LISTA STRON

|SŁOWO WSTĘPU|

Witam szanownego czytelnika w swoich skromnych progach.
Zapraszam do zapoznania się ze spisem mojej "twórczości" i wybraniem odpowiadającej sobie pozycji.
W razie problemów zapraszam do zakładki "Bohaterowie".
Życzę miłej lektury!

PS Będę wdzięczna za wszelkie komentarze~!

|Statystyka, co mnie na duchu wcale nie podnosi ani nic|

piątek, 28 października 2016

Tak zostałem... - Akty 1-5

Witam.
Chciałam kiedyś napisać "Życie w NY" edycję drugą, gdzie opisane byłoby życie naszych bohaterów na studiach. Całkiem fajne byłoby kontynuowanie tego, jakby nigdy nic. Jakby wcale to nie miało zakończenia swojego.
Ale nie zrobię tego, bo ta seria daje mi ból zmarnowanego czasu i potencjału.
Dlatego daję to.
Z dedykacją dla Mortisa. Dzięki niemu mam loszki w opku <3

***

Czym jest los? Czym jest przeznaczenie? Czy cel, do którego dążysz jest na pewno odpowiedni dla ciebie? Zastanów się: jakie są twoje mocne strony? Czym lubisz się zajmować? Co ciebie najbardziej pochłania? Zamknij oczy (żart, nie rób tego, bo wtedy nie przeczytasz dalej) i przeanalizuj swoje pragnienia. Być może masz takie, które ukryte pod warstwą różnych czynników, są zamaskowane przed świadomością, a po ich odkryciu popadasz w zaskoczenie, że przecież od zawsze wiedziałeś, co chcesz robić, tylko...
Akt pierwszy
Biolog Chaegirab
Zainteresowanie życiem pojawia się już u najmłodszych, kiedy z zafascynowaniem obserwują ślimaki wędrujące po płocie, merdający ogon psa, miękkość brzucha ulubionego wujaszka. Dlaczego ptaszki ćwierkają? Jak to roślinki same się odżywiają? Co zachodzi w ludzkim mózgu? Jak żyć, kiedy okazuje się, że tak naprawdę nie chcesz tego wiedzieć, tylko pozostać biernym obserwatorem?
Wstąpienie na konkretną ścieżkę i podążenie nią jakąś odległość zachęca do pójścia dalej, nie do powrotu. Idziesz, idziesz, czasem spadnie deszcz, czasem autobus podwiezie kilka przystanków, czasem pojawi się jakieś skrzyżowanie, ale nie wiadomo, dokąd prowadzi (zakładamy, że masz demencję i umysłowy kompas nie działa). Czasem miniesz jakiś skwerek i możesz przejść po trawie (ryzykując spotkanie strażników miejskich), ale o cofaniu mało kto myśli. Zazwyczaj spada się do studzienki, albo desperacko wsiada w autobus powrotny, który jednak wywozi na jakieś Dębce i inne Pragi Północ. Albo do Łodzi.
Zaliczam się do desperatów. Moje brnięcie w przód w nadziei na autobus się skończyło. Odwróciłam się na pięcie i pobiegłam za siebie.
Najgorsze w życiu jest, jak masz już postać w grze, a nagle, z różnych powodów, musisz zrobić ją na innym serwerze. I grać od nowa. Tą samą klasą.
Można zaszaleć i zrobić Likana (nie polecam). Ale mi inna nie odpowiada, dlatego zostanę szamanem. Ale tym razem zmienię specjalizację.
Właściwie to tak mogło się skończyć. Zmiażdżona na PvP. Z braku lepszych perspektyw musiałam się wturlać w ostatni bezpieczny rów. Tak więc na półmetku licencjatu z biotechnologii i porażką w rekrutacji na wokalistykę (specjalność: musical), wtoczyłam się na informatykę. Muszę nauczyć się latać na obciętych skrzydłach.
Akt drugi
Marian Mengele-Skłodowski


Bycie indywidualistą bywa trudne. Jeśli jednocześnie chcesz aprobaty społeczeństwa. Ja takowej nie potrzebuję. Robię, co muszę, co lubię, uważam za słuszne. Odkąd pamiętam zajmowałem się technologią biologiczną. Modyfikacje tkanek, sposoby na ukrycie substancji narkotyzujących w neutralnej sałacie, czasem broń. Odkąd pamiętam, pracowałem sam, uczyłem się sam. Szkołę ukończyłem z obowiązku prawnego, do matury nie podeszłem. Nie miałem czasu. Pracowałem. Zacząłem dla siebie, ale po odkryciu ukrytej sieci (deep web) znajdowałem konkretne oferty. Było zapotrzebowanie na takich, jak ja. Głównie narkotyki, sposoby na szybką śmierć. Ale rynek się zaostrzał, pojawiała się konkurencja, zleceniodawcy stawiali coraz wyższe wymogi. Jednym z nich było wykształcenie. Na świecie już nie było miejsca dla samouków. Zacisnąć zęby i wyjść z piwnicy. To powinienem był zrobić. Brak matury zabolał po raz pierwszy i to nawet nie z powodu jakiejś dumy, czy honoru. Trzeba to jak najszybciej zrobić, aby móc wrócić do normalnego życia. Szczególnie, kiedy ktoś dał mi bardzo poważną ofertę, pod warunkiem, że rozpocznę studia. Stary zleceniodawca, znałem go trochę. Rozumiał moją sytuację. Ten gram wsparcia wystarczył, żebym napisał egzaminy i poddał się rekrutacji.
Grażyna, nie wytrzymię. Poszedłem bez przygotowania, znam więcej biologii niż większość uczących w liceach. A oni dali mszaki i cykl rozwojowy sosny. W ten sposób trafiłem na informatykę. Szef mówi, że może być. No i dobrze.

Akt trzeci
Vincent van Gothic
Od dziecka chciałam malować. Rodzice nie dawali mi kredek, żeby ściany były czyste, ale w lodówce zawsze był keczup. A jak nie on, to majonez. Zabranie wszystkich cieczy z zasięgu moich dłoni było sprytnym posunięciem. Ale wtedy odkryłam masę papierową i klej z mąki. Dopływu wody chyba nie wyłączą.
Czynność malowania była tym, co mnie kręciło. Zaznaczam - czynność, bo nie tylko sam efekt, ale każdy ruch pędzlem na płótnie sprawiał mi przyjemność. Zapach farby, kolory wychodzące po zmieszaniu, gradienty powstające przy każdym maźnięciu. Nie wyobrażałam sobie nawet niczego innego, czym mogłabym się zajmować.
Do czasu, aż przy robieniu zadania domowego przy pomocy Internetu, nie wyskoczyła mi reklama gry.
Żegnaj życie.


Pasja gier i malowania nie połączyła się w jedno. Fanarty mnie nie kręcą tak bardzo, jak coś, co powstaje w mojej głowie. Tylko takie rzeczy wylewam na płótno. Gra to tylko niszcząca rozrywka, przez którą ledwo co zdałam gimnazjum. W szkole średniej było już lepiej. Głównie z powodu braku czasu. Liceum plastyczne to ciężka praca. Ciągle jakiś obraz na zaliczenie, bądź rysunek, a naprawdę nie lubię szkicować jabłek. Mój warsztat się jednak wyraźnie poprawiał, zaczęłam wykonywać zamówienia, aby zarobić sobie trochę, zaoferowano mi nawet pracę w Ikei. Rosłam w chwale i artyźmie, a potem rekrutacja na ASP powiedziała, że nie nadaję się na malarkę. Poszłam na informatykę, nie oglądając się za siebie. Jak ASP dzwoniło, bo zabrakło im ludzi na kierunku, to grzecznie podziękowałam i powiedziałam, że znalazłam coś lepszego.
Nie wiem, co tutaj robię, ale o dziwo mi wychodzi.
Akt czwarty
Marylin Manrou-Monson


Nie lubię mówić wiele o sobie. Jestem zamkniętym człowiekiem. Wszelkie pytania, czym się interesuję, co robię w wolnym czasie, nużyły mnie. Nie potrafię zrozumieć, po co ludziom taka wiedza. Jakby tworzyli sobie jakiś obraz kolorowego życia w społeczeństwie. Ludzie są sobie potrzebni, owszem. Ktoś musi zasiać zboże, upiec chleb, a potem go dowieźć do sklepu i sprzedać, aby ktoś taki, jak ja, mógł przedłużyć swój żywot.
Nie opuszczałem nigdy lekcji, ale nie miałem co liczyć na przyjęcie do lepszej szkoły. Nie uczyłem się. W podstawówce nie było to specjalnie widoczne, zaliczałem wszystko oprócz wierszy i śpiewu. Tego nie da się zapamiętać z lekcji, a ja nie uczyłem się. Dopiero w gimnazjum ktoś zdał sobie z tego sprawę. Dotychczas miałem raczej opinię przeciętnego ucznia. Same czwórki i trójki, czasem wpadała dwójka. Nie narzekam na złą pamięć. Na kolejnym etapie edukacji pojawiło się jednak więcej wiedzy, jakiej mój mózg nie przyswajał tak naturalnie. Może, gdybym chciał, byłoby inaczej.
Na terapię zacząłem chodzić, kiedy po raz piąty stwierdziłem, że nie chcę. Jeszcze w gimnazjum miałem spotkanie z doradcą zawodowym. Nic z ludźmi. Nic ambitnego. Posłano mnie do zawodówki, do obsługi maszyn. Robiłem to, co ode mnie wymagano, ale pewnego dnia znudziłem się. Powiedziałem, że nie chcę już się tym zajmować. I nie zajmowałem, dopóki nie zaproponowali mi innego zawodu. I tak pięć razy. Obsługa kasy była całkiem relaksująca. Przewijanie towaru na taśmie. Gorzej, kiedy musiałem wstać i ułożyć towar na półkach. Krzyczeli, że robię to zbyt wolno. A pierwszy raz się naprawdę starałem. Praktyki w Biedronce szybko zakończyłem, gdyż kolidowały z terapią. Zostały mi same zajęcia w szkole.
Terapeutka próbowała wyciągnąć coś ze mnie. Kiedy już stwierdziła, że właściwie jestem zdrowy, testowała różne rzeczy. Słuch muzyczny, talenty plastyczne, zdolności matematyczne. Zostałem zmuszony do wystąpienia w jasełkach, lecz rola Archanioła Gabriela w moim wykonaniu okazała się porażką. Być może źle wyglądam w białych sukienkach. Terapeutka postanowiła wysłać mnie do liceum. Jakimś cudem wepchnęła mnie do jednego z lepszych. Mieszkałem na Górnej Wildzie, miałem blisko.
Przyznam, że  dobrze wiedziała, gdzie mnie dać. Klasa matematyczno-fizyczno-informatyczna nie wymagała ode mnie nakładu pracy. Udawało mi się zaliczyć dwie brakujące klasy i podejść do matury. Polskie uczelnie stanęły przede mną otworem. (Niektóre miały tak nierozsądne możliwości przy rekrutacji, że z moimi zaliczeniami mogłem iść na socjologię, biologię i prawo.) Wybrałem informatykę. Podobno potrzeba informatyków, a skoro już jestem, to nie będę egzystował w zamkniętym pomieszczeniu jako nieprzydatny matematyk, czy fizyk.

Akt piąty
Juan Jewgienij Kleks
Nigdy nie umiałam w ludzi. Wstydziłam się zagadać. Moje żarty były nieśmieszne do granic możliwości. Byłam niestabilna emocjonalnie, a to też odstraszało. Próbowałam jednak udawać, że wszystko jest w porządku. Miałam nawet chłopaka. To były cudowne dni. Dopóki się nie okazało, że jest gejem i chodził ze mną tylko dla przykrywki. Wtedy zaszyłam się w piwnicy i nigdzie nie wychodziłam. Stworzyłam zakątek dla spragnionych życia, jakiego nigdy nie zaznają. Forum do tekstowej gry fabularnej, na którym można było się wcielić w wojownika-czarodzieja i wbijać expa za opisywanie życia swojej postaci. Bardzo fajna gierka, wiele ludzi tam przesiadywało i jest do dnia dzisiejszego.

Chęci do socjalizacji się jednak zostały. Socjologia nie rozwiązała jednak moich problemów, dlatego po roku przeniosłam się na pedagogikę z zamiarem zostania nauczycielem w podstawówce. Może chociaż siedmiolatki mnie zrozumieją. Niestety przegapiłam jeden szczegół. Moje forum pochłonęło ze mnie wszystkie pierwiastki życia. Całą manę ładowałam w zaklęcia i posty, tak więc nie miałam już za co iść na uczelnię. Obiecywałam sobie, że jak się zregeneruje, to pójdę, ale tak się nie działo. Wyleciałam. Ale nagle okazało się, że stoję na rondzie, a przede mną wiele dróg. Mogłam pracować na poczcie, w muzeum, w Kropie. Życie ciągle dawało mi nadzieję.
Więc poszłam na informatykę.
***
Wczytywanie . . .
"Tak zostałem informatykiem"
Koniec części pierwszej.
C.D.N.

niedziela, 16 października 2016

Wyjazd służbowy ||Jumin Han x Irysek||

Na zamówienie.
Wyszło mocno średnio, przepraszam.

***

Chora Jaehee była poważnym utrudnieniem dla Jumina. Grypa rozłożyła ją kompletnie, łóżko mogła opuszczać tylko idąc do łazienki, bądź kuchni. Brak osobistej asystentki nie był dla Jumina tak wielkim problemem, jak brak możliwego opiekuna dla Elżbiety III, podczas jego nieobecności. W grę nie wchodził nikt wynajęty, kotka źle znosiła obecność obcych. Yoosung był nieodpowiedzialny, Zen wykręcał się alergią, V był jak zwykle zajęty... Został więc nowy członek R.F.A., Irysek. Dziewczę to przypadkowo dołączyło do ich grupy, zastępując nieżyjącą Rikę, lecz powierzone jej zadanie wykonała perfekcyjnie. Był to już tydzień po przyjęciu charytatywnym, jakiego urządzaniem się zajmowali, lecz Jumin ufał jej na tyle, aby powierzyć w opiekę kota. Pozostał tylko mały problem - wciąż tylko V i Seven wiedzieli o lokalizacji apartamentu Riki, w jakim przez większość czasu stacjonowała Irysek. Musiał ją więc zaprosić do siebie, a ona nie wyraziła sprzeciwu.
Przybyła tego samego wieczora, którego wyjeżdżał w służbową podróż. Wyjaśnił jej obowiązki, a także zapoznał ze swoim mieszkaniem.
- Na telefonie masz zapisany numer pokojówki i kucharza, jeśli czegoś potrzebujesz, nie krępuj się i dzwoń. Gdybyś wolała jednak sama coś ugotować, lodówka jest pełna. Nie opuszczaj mieszkania, wrócę pojutrze - mówił zapinając teczkę, do której chował jeszcze jakieś dokumenty.
- Do zobaczenia, Elźbieto III - pochylił się nad kotem siedzącym grzecznie na kanapie. Pogłaskał go czule po główce, po czym opuścił mieszkanie, dając eskortującemu go ochroniarzowi chwilę na przejechanie rolką na kłaczki po juminowym garniturze, na którym zdążyły osiąść elżbietowe elementy sierści.
- Do zobaczenia... - mruknęła Irysek, nie otrzymując odpowiedzi. Tak, Jumin bywał bucem. Ale przynajmniej mogła sobie pomieszkać w jego apartamencie. Szybki Internet, lodówka pełna jedzenia, kucharz na zamówienie... i nie wiedzieć czemu - konsola do gier. Dziewczyna rzuciła się na kanapę, starając się nie zgnieść Elżbiety III, po czym odpaliła Mortisa na smart TV. Jumin posiadał oczywiście najlepszy sprzęt, w którym czujnik głosowy był perfekcyjny, dlatego nie musiała pisać postów. Wystarczyło, że powie, a system generował tekst. Ręcznie trzeba było tylko nanieść poprawki.
Tak minęła pierwsza noc.
Irysek obudziła się o dwunastej. Głupio było dzwonić po śniadanie, dlatego szybko przekąsiła jakąś kanapkę z kawiorem, po czym zamówiła obiad.
Cały dzień oglądała Atelier z Elżbietą III na kolanach i wyczekiwała telefonu od Jumina. Lecz ten nie zadzwonił ani razu. Dopiero po dwudziestej pierwszej, telefon zawibrował.
Wiadomość od Jumina: Jak tam Elżbieta III?
- Jak ty to robisz? - westchnęła Irysek, przejeżdżając ręką po białym futerku kotki. Jumin patrzył tylko na swojego zwierzaka, a tak bardzo chciała, aby dostrzegł w końcu ją. Od początku kontaktów z R.F.A. czuła jakąś więź z mężczyzną. Po ich spotkaniu na przyjęciu, zdecydowanie poczuła coś do niego. Był miły, ale jednocześnie szczery. Potrafił zadbać o swój biznes, jak i o przyjaciół. Nie znali się długo, pomimo tego wiele dla niej znaczył. Niestety wciąż traktował ją tylko jako koleżankę, bądź nawet dalszą znajomą.
Podczas oglądania jednego z ostatnich odcinków serialu poczuła, jak jej powieki robią się ciężkie. Było pewnie już bardzo późno. Leżała sobie na kanapie wraz z Elżbietą III, która grzecznie służyła za kaloryferek. Irysek w pewnym momencie zasnęła.
Nie miała pojęcia, jak długo spała, kiedy obudziła się słysząc jakiś dźwięk. Nie miała jednak siły się ruszyć, więc po prostu nasłuchiwała. Apartamentowiec Jumina był bardzo dobrze strzeżony. Niemożliwe, aby doszło do włamania. Może pokojówka przyszła posprzątać kuwetę... albo Jumin już wrócił. W końcu nie powiedział, o której planuje powrót. Słyszała kroki kierujące się w jej stronę. Szelest materiału - ktoś chyba przykucnął, a zaraz potem poczuła, jak owa osoba głaszcząc Elżbietę III przy okazji przypadkowo muska także jej dłoń, obejmującą kota. Serce Iryska zaczęło bić mocniej, kiedy poczuła perfumy Jumina. To zdecydowanie był on. Nie drgnęła jednak dalej, a starała się oddychać spokojnie, jakby wciąż spała. Wtedy poczuła oddech na swojej twarzy, a zaraz potem na swoich ustach... jego. Pocałunek był delikatny, eteryczny. Zdawała sobie sprawę, że Jumin po prostu nie chce jej obudzić, nie chce, aby o tym zajściu wiedziała. Tylko co ona teraz zrobi, po obudzeniu się rano? Czy będzie mogła spojrzeć mu w oczy tak, aby się nie domyślił? Czy może teraz powinna dać mu znak, że tak naprawdę już nie śpi? Jakie wyjście będzie najlepsze w tym przypadku i ile czasu zostało jej na decyzję?

Wybór ||Beza x Ali||

Bez wstępu.

Podobieństwo postaci do prawdziwych osób jest przypadkowe.

***

To nie był udany dzień dla Ururu. Długowłosa wsiadła zrezygnowana w pociąg w ostatniej sekundzie, posyłając Bezie zmartwione spojrzenie. Umówiły się dzisiaj z agentem L.O.G.A.N. na wymianę handlową, jednak coś mu wypadło po drodze, a Ururu musiała ruszać już w trasę załatwiać następne sprawy. W ich życiu nie było miejsca dla spóźnialskich, lecz mężczyzna, z jakim miały się dzisiaj spotkać był inny. Środek, jakim dysponował, miał naprawdę duże znaczenie dla jednego  poważniejszych projektów, którymi się zajmowały. Wysokiej wagi była również sprawa zmuszająca Ururu do wyjazdu tu i teraz. Nie można było tego przesunąć.
Beza odmachała towarzyszce, odsuwając się od rozpędzającego pociągu. Agent L.O.G.A.N. powinien zjawić się w każdej chwili. Dziewczyna zaczęła odczuwać pewien niepokój. Mężczyzna znany był ze swojej nieprzewidywalności i gwałtowności. Nigdy nie zgadzał się na kompromisy, ugodowe rozmowy kończył zawsze "Wprowadzaj se poprawność i równość na finite incantatem!". Beza zacisnęła mocniej pasek swojego długiego płaszcza, który okrywał jej lateksowy kostium. Nie chciała się rzucać w oczy w miejscu publicznym.
Wtem usłyszała ryk motoru i tuż obok niej zatrzymał się takowy. Siedzący na nim mężczyzna ubrany był w skórzaną kurtkę, z dużym X na plecach, oraz spodnie. Jego twarz miała dość agresywny wyraz.
- Wsiadaj, nie mamy czasu.
Beza działała odruchowo. Usiadła za mężczyzną i złapała go mocno w pasie. Ten ruszył. Świat migał dziewczynie przed oczami, a powietrze uderzające o powierzchnię gałek ocznych nie sprzyjało rozglądaniu się, dlatego przymknęła powieki. Kiedy poczuła, że się zatrzymali, puściła się mężczyzny i rozejrzała. Byli w jakiejś ciemnej dzielnicy.
- Chodź - rzucił krótko zsiadając z motoru i idąc do jednego z pobliskich barów. Beza, rozglądając się ostrożnie, ruszyła w stronę drzwi z napisem "Gonzales". Usiadła w rogu, na skórzanym siedzeniu, obok mężczyzny, lecz zachowując pewną odległość od niego. W końcu wciąż nie była pewna, kim on jest.
- Jestem L.O.G.A.N., ale mów mi Prewett. Jeszcze raz przepraszam za spóźnienie, ale poprzednie zadanie mi się wydłużyło - powiedział ocierając rękawem plamę krwi, jaka została mu na kurtce.
- Pokaż towar - rzekła Beza, wpatrując się w mężczyznę nieufnie. Pierwsze wrażenie chyba było mylne, gdyż "Prewett" miał obecnie bardzo miły wraz twarzy.
- Proszę - zza pazuchy wyciągnął probówkę ze srebrzystą substancją. - Świeże amelinium.
Dziewczyna odebrała towar, a także sugestywne spojrzenie mężczyzny. Zapłaciła wyznaczoną kwotę - trzy białe surowce oraz jednego Batorego, po czym gotowa była, aby wyjść.
- Poczekaj - złapał ją za rękaw. Spojrzała na niego. - Chcę się kochać z tobą w łazience.

Skończyło się na wynajętym pokoju w hostelu i dwukrotną dominacją Bezy. Nie odbyło się oczywiście bez moralnego zawahania.
- Coś się stało? - spytał Prewett, kiedy dostrzegł zmianę na jej twarzy.
- Jest ktoś inny.
- ...wiedziałem.
Prewett usiadł na krańcu łóżka. Beza zaś rozmarzonym wzrokiem spojrzała w okno, gdzie rozciągający się horyzont umożliwiał dostrzeżenie gwiazd. Błyszczały niemal tak samo, jak głowa Łysego.
Spotkała tego mężczyznę dwa dni wcześniej, tuż przed zgrupowaniem się z Ururu. Wroga agencja PKP wiedziała o ich zamiarach, dlatego zhakowali narzędzia konduktorów tak, aby kazali jej wysiąść na złej stacji. Dopiero po wyjściu z pociągu dostrzegła, że coś jest nie tak. Niestety było za późno na powrót do pojazdu - odjechał. Z pomocą przyszedł jej łysy mężczyzna. Kochali się tego popołudnia trzy razy, póki samochód z agencji nie podjechał, aby zabrać ją na miejsce spotkania.
Łysy był tajemniczy, owiewał mrokiem i gwałtownością. Prewet był po prostu dobrym człowiekiem. Wybór był bardzo trudny.
Beza obudziła się i spojrzała na zegarek. Było piętnaście minut po dziewiątej. Na jej stoliku nocnym stał talerzyk ze śniadaniem i parującą jeszcze herbatą. Podciągnęła kołdrę bliżej siebie, rozejrzała się po pomieszczeniu. Prewett siedział na krześle paląc papierosa i spoglądając na nią z uśmiechem. Już wiedziała, na kogo padnie jej wybór.

środa, 28 września 2016

Co ona w nim widzi?

Siema, misiaczki. Mam coś dla Was.
Krótkie opowiadanko zainspirowane uczącym się Iryskiem.
Historyjka o postaciach z Mortisa, ale zadbałam o to, aby każdy mógł się tym delektować.
Miłej lektury.

>>MUZYCZKA<<

***
Zadanie na zadaniu. Chociaż w tym roku i tak zrezygnowała z większości przedmiotów, obowiązków miała wystarczająco, żeby odczuwać dyskomfort z tym związany. Pół roku minęło, jakby było tylko kilkoma dniami spędzonymi przy ciężkiej pracy oraz zaganianiu pierwszaków do dormitorium po ciszy nocnej. Samopoczucie od początków wrześnie nie poprawiło się. Częste migreny, trudności z zasypianiem, dziwne, niewyraźne wizje. Starała się opanować swoje umiejętności związane z posiadaniem trzeciego oka, lecz pomimo stosowania wskazówek profesor od wróżbiarstwa, niewiele się zmieniło. Kaylin oczywiście nie wątpiła w kompetencje pani Lestrange - w końcu sam Bułhakow ją zatrudnił, dlatego uznawała wszystko za swoją winę.
Z podkrążonymi oczami wyjrzała z łazienki prefektów, aby upewnić się, że nikogo nie ma w pobliżu. Jej dość nieprzystępna poza niestety nie odstraszała niektórych nachalnych pierwszaków, którzy lubowali się w zagadywaniu panny Wittermore i proszeniu jej o pomoc w nauce. Zazwyczaj się zgadzała, bo cóż innego mogła zrobić? Musiała przyznać, że takie prośby podnosiły jej nieco samopoczucie, czuła się doceniona i... najlepsza. Cisza nocna miała wybić za kilka minut. Jako prefekt mogła się wałęsać po korytarzu dowoli, lecz jej ostrożność wynikała z braku nastroju na chociażby zobaczenie innej żywej duszy, nie wspominając już o wysileniu się na jakiekolwiek słowa pozdrowienia. Chude palce obejmowały kurczowo podręcznik do numerologii autorstwa samego Bułhakowa. Kiedy się uczyła z tego przedmiotu, potrzebowała absolutnej ciszy i spokoju, a łazienka prefektów nadawała się do tego perfekcyjnie. W końcu tylko kilka osób miało dostęp do tego miejsca... a i tak z niego niespecjalnie korzystali. Najmniej oczekiwanym przybyszem byłaby oczywiście Hope, lecz Puchonka z przyzwyczajenia zazwyczaj chodziła po prostu do damskiej toalety. Całe szczęście.
Krukonka nie dostrzegła nikogo, więc wyszła na korytarz. Chcąc dość szybko znaleźć się w dormitorium obrała swoje najszybsze tempo... co tym razem skończyło się prawie wypadkiem. Nagłe pojawienie się istoty ludzkiej przed dziewczyną wywołało odruchowe zatrzymanie się zaledwie kilka sekund przed, wydawałoby się pewnym, zderzeniem z Marquezem, który pojawił się znikąd.
- Co ty tu robisz? - niemal krzyknęła na szarowłosego, nie unosząc nawet głowy, żeby spojrzeć mu w twarz.
- Przepraszam, właśnie wracałem do dormitorium. Proszę się nie martwić, już za chwilę się tam znajdę - zapewnił, a Wittermore dobrze wiedziała, że na jego twarzy widnieje promienny uśmiech. Co prawda widziała go w stanie głębokiej rozpaczy, lecz wciąż nie mogła uwierzyć w tamto spotkanie. Ururu był czasem naprawdę niewiarygodny... i to wcale nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Chociaż był dobrym uczniem, Kaylin nigdy nie uważała go za dobrego człowieka. A najgorsze w nim było to, że... Addyson chyba wolała go od niej. Dlaczego? Bo był chłopakiem? Krukonka nie wiedziała dokładnie jakie relacje są pomiędzy Marquezem, a Clemen, ale samo patrzenie na nich na lekcjach było obrzydliwe. Kiedy spoglądali na siebie... Kiedy jego idiotyczny uśmiech jeszcze bardziej się powiększał na widok Puchonki... Kaylin wiele razy obiecywała sobie nie ingerować, jako że sama obdarzyła uczuciem osobę dla niej nieodpowiednią, lecz Ślizgon zawsze kuł ją w oczy.
- Byłem tylko w bibliotece. Miałem niesamowite szczęście. Udało mi się wypożyczyć ostatnią książkę. Wie panienka, tu jest ten rozdział, który profesor Bułhakow kazał nam przeczytać na jutrzejsze zajęcia. Panienka pewnie już go dobrze zna - dodał, gdyż w jego przypadku wypowiedzenie dwóch zdań to zdecydowanie za mało. Opatrzył je też swoim lekkim śmiechem, który brzmiał jakby po prostu wydychał powietrze, które uśmiech jego ust przeistacza w śmiejącą się mgiełkę. - Życzę miłej nocy, do zobaczenia na jutrzejszych... - przerwał widząc jak lico stojącej przed nim dziewczyny podnosi się i obdarza przerażonym spojrzeniem. - Coś się stało? - spytał szczerze zmartwiony, lecz wciąż brzmiał pogodnie.
Zapomniała. Kompletnie zapomniała o tym dodatkowym zadaniu wyznaczonym przez Bułhakowa. I co ona teraz zrobi? Z pewnością zapyta na lekcji o to... a ona nie będzie mogła się zgłosić. Czy wtedy do odpowiedzi zostanie wybrany taki Marquez? Albo co gorsza - Potocka? Do wypowiedzi Puchonki Kaylin była sceptycznie nastawiona po jej popisie na Opiece Nad Magicznymi Stworzeniami w ubiegłym roku szkolnym, lecz teraz jakby się poprawiła... i stała się jeszcze bardziej aktywna. Nie wiedzieć czemu, Hope zapisała się nawet na numerologię. Po co? Powodem tego była chęć spędzenia dodatkowego czasu ze swoim opiekunem - Bułhakow pomimo zajęcia stanowiska dyrektora pozostał odpowiedzialny za Hufflepuff, lecz dla Wittermore każda osoba w pobliżu ukochanego numerologa była nadmiernie podejrzana.
Ktokolwiek by nie uczęszczał na zajęcia - nie ma prawa zabłysnąć w oczach tego konkretnego profesora, chyba, że nazywa się Kaylin Wittermore. Chciała już wyrwać książkę z rąk Marqueza, ale zdołała tylko upuścić podręcznik, jaki sama targała ostatkami sił. Schyliła się szybko po niego, ubolewając w głębi duszy nad lekko zagiętym rogiem, jaki powstał w tym wypadku. Ururu jako osoba nieznająca się na emocjach, dostrzegła jednak rozdarcie Krukonki. Nie mógł niestety wpaść na żaden powód, dla którego byłaby ona tak przygnębiona.
- Czy coś panienkę boli? Pomóc panience dojść do skrzydła? - zaoferował, przyglądając się dziewczynie uważnie swoimi dziwnymi oczami w kolorze miodu.
- Nie, dziękuję. Mógłbyś mi... pożyczyć na chwilkę tą książkę? Chciałabym coś... sprawdzić - powiedziała starając się brzmieć i wyglądać normalnie. Chłopak podał jej tom, zaś ona odszukała sprawnie rozdział, jaki mieli przeczytać. Może to tylko kilka stron... dojrzy kilka słów kluczowych i jakoś się domyśli, o czym tam jest napisane. Mało prawdopodobne, w końcu numerologia była dla niej przysłowiową "czarną magią", ale nie miała innego wyjścia.
Rozdział rozciągał się na niemal jedną czwartą książki. Nie w sposób dojść nawet o czym opowiada. Zacisnęła zęby, gwałtownie oddała Marquezowi jego własność, po czym biegiem wróciła do łazienki.
Pochyliła się nad toaletą. Nie zjadła kolacji, obiad zdążyła już dzisiaj zwrócić... jednak negatywne emocje wciąż z niej ulatywały. Nie słyszała kroków, poczuła tylko jak ktoś delikatnie unosi jej splątane blond loki, aby nie przeszkadzały w bezowocnym pochylaniu się nad muszlą. Zdążyła tylko zakaszleć okrutnie kilka razy, po czym otarła usta rękawem szaty. Z jej oczu pociekły łzy, usta zaś wydał się cichy szloch. Kaylin potrafiła długo trzymać uczucia w sobie, lecz kiedy zbyt wiele sytuacji na nią napierało, dawała im upust właśnie w tym miejscu. Zamglonym spojrzeniem dostrzegła siadającego naprzeciwko niej Marqueza. Widziała też chusteczkę, którą podawał dziewczynie, lecz nie przyjęła jej.
- Nie możesz tu być - powiedziała zła na niego.
- Wiem, ale panienka wyglądała bardzo źle i nie chciałem tak panienki zostawiać - wyjaśnił pospiesznie wciąż wpatrując się w Krukonkę ze zmartwieniem.
- Nie jestem Addyson, nie zadawaj się ze mną - rzuciła nie dbając specjalnie o to, czy mówi z sensem. Chciała się go po prostu pozbyć. - I oddaj mi książkę. Konfiskuję ją za bycie poza dormitorium w czasie ciszy nocnej. Trzeba było wcześniej pomyśleć i udać się do biblioteki o normalnej porze.
Wyciągnęła wyczekująco rękę w jego stronę.
- Ale to panienka mnie zagadała, kiedy ja już chciałem iść... - rzucił na swoje usprawiedliwienie, brzmiąc jak zawsze niewinnie, wcale nie tak, jakby chciał Krukonce ubliżyć w jakikolwiek spokój. Powoli jednak sięgał po książkę. Chociaż... przecież mógł uciec. Tak jak przy ich pierwszym "bliższym" spotkaniu. Kiedy to miała skonfiskować mu samopiszące pióro, a on dał jej zwykłe, po czym wybył z sali.
- Oddawaj! - podniosła głos, łapiąc za książkę będącą wciąż w jego uścisku.
- A czy wtedy nie stracę punktów? Wie panienka, nie chciałbym w tym roku ich tracić... - zaczął ostrożnie. W ubiegłym roku dzięki niemu Slytherin wylądował z ujemną punktacją. Z drugiej strony, był też Ślizgonem, który zdobył ich najwięcej... a w dodatku był drugim najlepszym uczniem w całej szkole. Zaraz po Wittermore. Tej samej, która właśnie siedziała przed nim na zimnej posadzce łazienki prefektów i próbowała wyszarpnąć mu książkę. - Niech mi panienka da szansę przeczytać to, bardzo proszę... Obiecuję, że się nie zgłoszę do odpowiedzi, żeby panienka mogła to zrobić... Chciałbym tylko z ciekawości ją przeczytać...
- Nie będziesz czytał żadnej książki, Marquez - warknęła. Była coraz bardziej zła. Ona chciała przeczytać wymagany fragment, aby zaimponować Bułhakowowi, a ten Marquez chciał przeczytać aż całą książkę tylko dla przyjemności? Szarpnęła przedmiot mocniej, lecz niestety chłopak jakąś siłę również posiadał (poza tym kto mógłby być słabszy od tak wychudzonej i przemęczonej dziewczyny?), dlatego jedynie przyciągnęła się nieco do niego.  - Oddaj mi to... Ja muszę przeczytać... Jeszcze raz...
- Jestem przekonany, że panienka wszystko zapamiętała, poza tym ma panienka z całą pewnością zrobione dobre notatki, jakich ja już nie będę spisywał ze względu na późną porę.
Ururu nie dawał za wygraną, chociaż cała sytuacja była nawet dla niego nieco dziwna. Dostrzegał też w tym pewną niezręczność.
- Oh, na Merlina, daj mi to, bo ja tego na oczy nie widziałam! - krzyknęła nie wytrzymując i zalewając się kolejną falą łez. Marquez odpuścił.
- Panienka wygląda na zmęczoną, jest panienka pewna, że chce się za to zabierać teraz? Przeczytałem kilka stron po drodze, to jest dość nieciekawe... - powiedział kiwając głową.
Kaylin desperacko przerzuciła strony do wymaganego rozdziału. Miał rację. Słowa zlewały jej się przed oczami. Co teraz? Otarła łzy rękawem, aby przypadkiem nie spadły na otwarte stronnice zadrukowane numerologią.
- Ale niech się panienka nie martwi... Możemy przeczytać to razem...
Usłyszawszy propozycję, przyciągnęła książkę do piersi. Nie ma mowy, żeby jakiś Marquez spędzał z nią czas o tej porze. Ale czy miała inny wybór? Uspokoiła oddech i podała mu książkę.
Zaczął czytać... a jednocześnie streszczać tekst na głos. Z początku myślała, że Ururu żartuje, lecz dobrze widziała jak miodowe tęczówki biegają szybko po stronicach, a uśmiechnięte usta wypluwają wiarygodnie brzmiące treści. Nie mając lepszych alternatyw po prostu słuchała. Czasami wtrącał w niektóre miejsca ten swój dziwny śmiech, bądź też dodawał jakiś komentarz nawiązujący do rzeczy, o których nie miała pojęcia - o matematyce, czy też fizyce. Rzucał też osobliwymi porównaniami. Starała się go jednak słuchać, pomimo zmęczenia, jakie je ogarniało. Czyżby sen postanowił przyjść w tak niepowołanym momencie? Trzymała się jednak mocno, chociaż musiała wyglądać nieszczególnie dobrze, gdyż Ślizgon co jakiś czas pytał się jej, czy słucha. Kiwała wtedy tylko głową, czasem coś odburkiwała w odpowiedzi. Dziewczynie udało się zapamiętać, co było na ostatniej stronie, jednak nie mogła już sobie przypomnieć, czy dotarła do dormitorium o własnych nogach.
Właściwie nie byłoby niczym dziwnym, gdyby Marquezowi udało się odpowiedzieć poprawnie na pytanie przy wejściu do królestwa Krukonów.
Na drugi dzień czuła się w pewnym sensie wyspana, miała również jakiś taki spokój w sobie. W sali od  numerologii była pierwsza, zajęła więc miejsce w ławce najbliżej biurka nauczycielskiego. Normalną rzeczą był srebrnowłosy Ślizgon siadający obok niej chwilę później. Ururu, tak jak ona, preferował miejsca w pierwszych rzędach, a jako że byli na rocznikach mających zajęcia wspólnie, a on chodził na wszystkie możliwe - był jej towarzyszem niemal za każdym razem. Na niektórych lekcjach wymieniali się tylko miejscami obok Addyson. Również dla tego nie znosiła jego widoku. Tym razem nie było inaczej. Jego pojawienie się spowodowało odwrócenie wzroku i zaburzenie dotychczasowego spokoju.  Miała mu za złe, że wczoraj pojawił się na korytarzu, że przypomniał o zadaniu, że pobiegł do łazienki... i pomógł jej. Tyle razy sama służyła mu radą. Wiedziała, że nie może szukać w nim ziarna dobra, a nie chciała, żeby się odwdzięczał. Bo też tym było to, co uczynił, prawda?

czwartek, 8 września 2016

Sny - część pierwsza

Na pewnym fajnym forum o Tamagotchi (właściwie jedynym polskim), jest temat do opisywania snów, dlatego też zazwyczaj wrzucam moje sny w tamto miejsce. Postanowiłam jednak spisać je też tutaj, żeby mieć kopię zapasową. A jako, że większość z nich jest śmieszna - pasuje do bloga, elo.

Wrzucam w pisowni oryginalnej, chyba, żeby nagle mnie coś raziło XD


Ostatnio przechodzę sama siebie... xDD

Dzisiaj było coś mniej więcej takiego:
Jestem z Z. i ogólnie co chwilę zmieniamy miejsce, na początku jeździmy z moją mamą, potem pociągiem, potem ktoś nas gdzieś zawozi, i wszędzie jesteśmy poszukiwani i nie możemy znaleźć spokojnego miejsca.

A przed wczoraj to już w ogóle schiza xDDD Bo od niedawna w internacie dali nowe łóżka, które są tak bardzo twarde, że mi ręka cierpnie, jak śpię na boku.
I sen był bardzo niewyraźny, ale jak czułam się w nim niewygodnie to sobie myślałam "Karachan ma siłę, on mi pomoże, jest najlepszy" i wtedy niby było mi lepiej, a po chwili się przebudzałam xDDDD
 

Miałam dzisiaj dwa sny: pierwszy o zakończeniu roku i o tym jak musiałam cofnąć się, bo ubrałam biała bluzkę zamiast koszuli. Drugi o tym jak wróciłam do domu i miałam 3 Apple i Cupid i miały twarze częściowo lub całkowicie zmazane i ja takie emo i "mama co się stało ;__;" a ona mi tylko jakiś nowo wyremontowany pokój pokazywała i stwierdziłam, że muszę im namalować oczki i w głębi duszy nawet czułam dobrze, bo przynajmniej miałam okazję pomalować sobie.

Mój sen był chaotyczny, było trochę kataklizmu, trochę pociągów, przecen lalek, a nawet dostawanie ich (podczas snu pomyślałam, że nie jest fajnie dostawać lalki we śnie, bo po przebudzeniu ich nie ma ;; )
Tak czy inaczej najciekawszym momentem była msza. Ledwo się rozpoczęła, a już ksiądz dawał komunię, a nikt nie podszedł, więc szybko podeszłam, a już odchodził. Odwrócił się jednak do mnie i wepchnął mi pod twarz kielich i wepchnął garść hostii do buzi. Ja się przestraszyłam i tak z kilkoma w buzi i łzami w oczach wróciłam do bocznej ławki, gdzie siedziałam i powiedziałam mamie, że już tu nie chcę nigdy przyjść ;;
A potem było jakieś święto rodzinne i okazało się, że moja ulubiona kuzynka nie przyjedzie, przez co zdana byłam na tą, z którą nie mam o czym gadać ;_;  

Śniło mi się, że się nie mogłam obudzić ;_;
Nagle po prostu stwierdziłam, że to sen, ale nie mogłam otworzyć oczu ani się ruszyć, ale wiedziałam, że mogłam krzyczeć na pomoc. Jestem ciekawa czy serio krzyczałam @@ (przed pójściem spać brałam pod uwagę możliwość nie obudzenia się)  

Miałam sen, w którym były czarno-żółte pająki zwisające na pajęczynach w różnych miejscach domu. Na początku były tylko w kilku strefach domu, ale potem było ich coraz więcej i one spadały z tych pajęczyn jak się pod nimi przechodziło ;_______________; Chyba najgorszy typ snu. Chociaż ten i tak mnie nie zmęczył tak bardzo jak inne tego typu.
 EDIT: Śniło mi się, że znalazłam dobry kalendarzyk -,- DLACZEGO ;;  

Miałam sen-incepcję, a poza tym miałam w nim w rękawie kartkę, którą moja postać w fabule wczoraj miała XDDD To było lekko psychodeliczne.

Śniły mi się dzisiaj piękne lalki ;-; I connection za 20zl na wyprzedaży w opakowaniach XDDD wzięłam wszystkie, ale w myślach już miałam, że to pewnie sen ;__; a potem tlumaczylam mamie, że deal. potem byłam w jakimś zamkniętym mieście i walczyłam z zombie, wtf. I na końcu byłam znowu w sklepie z zabawkami i się kłóciłam z jakimś dorosłym, że kalafiorki nie znają wartości lalek xD (kalafiorki jako małe dzieci, bo od ich dłoni tak nazwałam xD) I potem do mnie dzwonili ze sklepu jak byłam w domu xD  

Miałam dzisiaj bardzo intensywny sen, który udało mi się zapamiętać. A więc był to:
ZJAZD FORUMOWY. XD
Który miał miejsce u mnie w domu. A właściwie w starym mieszkaniu- XD
Była Carol, Dogz, Inka (która potem zniknęła o: ), Michu z mężem i Maciek.
Michu mnie spytała, czy są tu gdzieś jakieś lasy, to odpowiedziałam, że tak, wszędzie wokół i zaproponowałam spacer. Tylko, że jak wyszliśmy to było ciemno, i w jednym miejscu lampy uliczne nie działały. (Poza tym były dwa księżyce na niebie XD). Więc spytałam "Ktoś chce tam iść?" I w sumie wszyscy tacy neutralni. To ja "Bo ja nie" i się cofnęłam, bo się bałam wchodzić w ciemne rejony, ale Wy jednak chcieliście iść. No to poszliśmy, weszliśmy do dużego torto-placka, który upiekł mój brat XDDD Zamknął drzwi do niego i powiedział, że go zrobił w pakcie z jakimś duchem, który teraz nas okrąża i będzie trawił 200lat. I że mam go pokonać, tak poza tym XD No to ja użyłam jakiejś magii i go zniszczyłam. Potem to ciasto było w wersji normalnej, były tylko dwa kawałki, brat wziął jeden, a tym drugim się podzieliłam z Wami (odkrajaliście sobie rękami, czy coś xD).
No i nadszedł czas powrotu. Ja miałam zawał, bo nie kupiłam wcześniej biletu do Warszawy, poza tym mój pociąg już odjechał, i tłumaczyłam mężowi Michu, że nie chcę być po 22 na miejscu, bo to za późno XD Ogólnie najbardziej martwiliśmy się o powrót Maćka i go prowadziliśmy na stację, chociaż tak na prawdę, to on ma najbliżej ode mnie i pociąg mniej niż co godzinę- XD Potem byłam na jakimś wielkim dworcu z Maćkiem, Michu i jej mężem, weszliśmy do jakiegoś pociągu i do Maćka leciały teksty w stylu "dbaj o siebie", "bądź ostrożny" i wgl., jakby nie wiadomo gdzie jechał XD Ale Michu powiedziała, że przecież jedzie z nim w tym samym kierunku (no bo do Warszawy przez Poznań XD), więc było ok. Tylko pociąg ruszył i musiałam wyskoczyć przez drzwi XDDD Stałam na jakimś dziwnym brzegu torowiska przy jakiejś ścianie...
I wtedy to coś walnęło mnie w potylicę |:
Obudziłam się, ale mocny nieogar miałam. Nic mnie nie bolało, ale czułam, że serio mnie ktoś uderzył XD  

Dzisiaj miałam trochę dziki sen, jakieś wspinaczki, lalki i inne nudziarstwa, ale chyba warto wspomniec, że w tym śnie miałam iść zamiast Maćka do szkoły XDD i to było takie wielkie łóżko, gdzie można było leżeć zawiniętym w kołdrę i nauczycielka kilka razy czytała listę obecności, a potem każdy miał opisać jakiś dowolny obrazek XDD i jeszcze było jakieś kupowanie biżuterii xD  

Dwa koszmary:
Pierwszy - że mama miała inne ciało. Niby to samo, ale czułam, że inne. I się okazało, że coś ją użądliło i umierała, ale wszczepili jej świadomość w inne ciało XDDDDDDDDDDDDD To było tak bardzo dzikie.
Drugi - oglądałam nowych mutantów i rola Petersa była tak bardzo żałosna, robił jakieś nudne rzeczy i na końcu podskoczył z radości. A POTEM ODETCHNĘŁAM Z ULGĄ, ŻE TO TYLKO SEN XDDDDDDD  

 Dzisiaj chyba mi się śniło coś z mutantami *-*  


Dzisiaj trochę różności, ale najbardziej zapamiętałam plażę i... Michaela Fassbendera *-* (Odtwórca roli młodszego Magneto).
Oglądał moje blizny na nogach (których nagle było o wiele więcej niż faktycznie mam) i porównywał do swoich... Znaczy tam była taka senna dziwaczność, że ja niby grałam gdzieś córkę Magneto i z tego powodu miałam te same blizny co on XDDDD A on je tak dotykał palcem i mówił "O, tą też mam", tylko był w tym śnie jako aktor, nie Magneto, dlatego no dziwne, aczkolwiek to było trochę tak, jakby serio był moim ojcem, tak czy inaczej było super XDDDDDDDD  

Znowu pociągi, żadna nowość... a oprócz tego w tym śnie było bardzo dużo mojej byłej przyjaciółki (ostatnio często mi się śni T_T) i... już drugi raz w ciągu tygodnia-dwóch przyśnił mi się Olly Alexander @@" Nigdy nie mogę zrozumieć, czemu w snach pojawiają mi się losowe osoby. Niedawno mi się śniła Maisie Williams w swoim stroju z GoT... a przecież nie oglądałam nigdy GoT, nie widziałam jej zdjęć żadnych ostatnio ani nic. A Olly to śnił mi się ostatnio w wersji z God Help The Girl, a dzisiaj nie wiem, czy w tej też, ale na pewno też jako on, za duża biała koszulka i czarne szorty. Tak było. Ale to mega dziwne XDDDDDDD Już mniej mnie dziwią ludzie z mojej klasy z podstawówki i gimnazjum XD  

 O, i jeszcze taki śmieszny epizod tam był. Byłam w jakiejś klasie, niby mojej, i było referendum, gdzie głos oddawali wszyscy od 15 roku życia. I ja zbierałam i liczyłam głosy tam. Ludzie oddawali na różnych kartkach w kratkę, na karteczkach (takich do zbierania) i pisali tam zazwyczaj nie "TAK" lub "NIE", tylko jedno zdanie, z którego musiałam dopiero wywnioskować, czy są za, czy przeciw XDD A pytanie było 1000/10. Nie pamiętam do końca, jak brzmiało, ale coś w stylu, czy transseksualni ludzie mogą wymieniać waluty, czy coś XDDDDDDDD Pamiętam jak z takim poker fejsem tam stałam i liczyłam te głosy XD
 EDIT:
Ok. Dzisiaj było dziwnie. Głównym bohaterem mojego snu był Kylo Ren.
Na początku byłam z tatą u dziadka w salonie, a Kylo Ren odcinał głowy ludziom i się baliśmy, że nam też odetnie i najpierw byłam taką chłodną jednostką, ale szybko zamieniło się to w rozpaczliwy szloch "Kylo reeen, nie zabijaj mnieee, zrobię wszystko, przydam ci się serio T---T". I jak przyszedł to nas nie ruszył, a potem wyszłam z salonu i tam było nagle inne pomieszczenie jakieś z kolumną, wyglądało jak to miejsce, z którego się steruje dużymi statkami kosmicznymi XD I miałam tam jakieś pomysły na lepszy początek 7/8 części GW i chciałam się skontaktować z reżyserem, ale podesłali mi panią producent i jej podałam swoje pomysły i ona powiedziała, że są świetne i ogólnie chciałam poprawić image Kylo, żeby wyglądał jak złol, a nie jakieś nie wiadomo co XDD
 EDIT: Chyba nie podbiło ostatnio, nie ważne. Lubię tutaj po prostu spisywać swoje sny, nikt nie musi tego czytać XD
Dzisiaj we śnie byłam Harley Queen, a przynajmniej czasami wyglądałam jak ona, a czasami jak ja. Nie pamiętam o co tam chodziło, ale to było raczej coś obyczajowego, niż jakaś akcja. Mój brat przetapiał szkło, bo chciał piniążki jak zwykle i mama chyba była tym załamana, czy coś. No i był tam Peters, który łaził z tą grupką ludzi, z którą się zadawałam i robił różne obrzydliwe rzeczy, np. wymiotował na kogoś (ale tak przez kilka dobrych sekund, trzeba było mu powiedzieć, żeby się ogarnął). To było w kij dziwne. I spałam do 12 niemal XDDDD
EDIT: (8.09)
Wczoraj mi się śniło, że mogłam się powiększyć i wyrzucać bomby spadające na Ziemię w kosmos, albo zamykać w różowych bańkach jak w SU, co nie było takie bezpieczne. A pod koniec snu siedziałam z jakimś chłopcem na ławce nad morzem i wtedy się tak stopniowo budziłam, a on stopniowo znikał ustępując miejsca pustce XDD
Dzisiaj zaś było tego o wiele więcej. Najpierw byłam u mojej byłej przyjaciółki, miałyśmy niby poważną rozmowę, ale w bardzo ciepłym tonie i nie pamiętam, na czym się skończyło. Potem byłam na rocznicy ślubu cioci i wujka, wszyscy siedzieli na podwórku pod takim namiotem i czekali aż wrócą z kościoła. Niektórzy twierdzili, że oni dopiero wyruszyli, a niektórzy, że będą już wracać. Jednak przybyli chwilę później wraz z dziećmi, usiadłam z kuzynką na jednym szerokim fotelu. Potem było coś takiego, że spałam na jakiejś poduszce na trawie, bo byłam zmęczona tą imprezą (kiedy nawet we śnie śpisz, lolol), i spory kawałek snu o tym, jak się przekładam z boku na bok, z miejsca na miejsce i okrążam ich wszystkich XDDD I muzyka leciała inna co chwilę. Potem stwierdziłam, że czas na imprezę i z boku namiotu było wejście do takiego miejsca co przypominało scenę (takie jakby dwie sceny połączone ze sobą), potem tam było nawet miejsce z wodą i wysuwany pomost, tak czy inaczej densiłam tam i śpiewałam potem nawet piosenki z Barbie jako Księżniczka i Żebraczka, ale te wysokie partie dość głośno i mnie uciszali, bo jakaś ciotka spała XD A ja się ciągle bałam, czy mój głos dobrze wychodzi. W każdym razie densiłam i kij, chciałam jedną z zasłon zasłonić wejście na scenę od imprezy, ale nikt z obecnych na scenie mnie nie słyszał, więc krzyknęłam na nich, oni "???", a ja, że nikt mnie jak zwykle nie słucha i poszłam emować w kącie i się cięłam długopisem XD Znaczy rysowałam sobie kreski, ale potem faktycznie mi w jednym miejscu lekko krew pociekła. I tata się pytał, czy wszystko w porządku, a ja z ustami przy ranie, że tak XD
Potem wróciłam do densów i było coś w rodzaju lodowiska, ale nie jestem pewna, czy ludzie się tam ślizgali, czy po prostu tak jakoś biegali w kółka. I byłam z jakimś kolesiem pod ramię i razem kółkowaliśmy, a nagle zobaczyliśmy Kylo Rena wbitego w ziemię. Kilka osób chciało go zobaczyć, czy coś, ale ja użyłam mocy i go przeniosłam na bok. Był tam też ktoś, kto wyglądał jak hybryda Vadera z Kylo Renem i on był jego ojcem. I potem też razem śmigali w kółeczkach, a miecz Kylo od zimna wyglądał jakby był z przezroczystego plastiku... trochę jak stopione przezroczyste plastikowe sztućce XD I chciałam z nim zdjęcie, dlatego mój towarzysz pożyczył mi swój wielki tablet. Wciskałam boczny guziczek, żeby włączyć aparat, ale tam jakieś gry się włączały i rzuciłam "Wszyscy mają w tym miejscu aparat, a ty gry" i hehe, w końcu włączyłam to ręcznie i zaczęliśmy sobie robić foty, nagle wszyscy właściwie zaczęli, średnio to wychodziło, ale nie było źle, ściągnęłam do tego czapkę (którą czasem miałam), ale ogólnie miałam brzydką bardzo cerę tam i trochę smutłam. I jak już zrobiliśmy kilka zdjęć, dużo osób zaczęło opuszczać to miejsce, a ja zaczęłam proponować, że zrobimy grupkę na "Cukierbuku", gdzie każdy wrzuci te foty, ale mój kolega mi zniknął, inni też już wychodzili i poszłam za nimi do wyjścia. Tam były jakieś namioty, czy coś, znalazłam z ludźmi, których niby znałam, ale czułam, że ich jednak nie znam. Mieli kilka różowych butelek wody (którą wcześniej rozdawali na "lodowisku") i znowu myślałam, że to te z Peppą, ale jednak nie XD I wbiłam im w namiot, a oni go właśnie składali i na mnie opadł. Jak wychodziłam to tam w środku jeszcze dwóch kolesi było, ale im się nie chciało wychodzić. Potem ci co składali rzucili czymś, że nie rozumiałam i im powiedziałam, że tak ciągle jest, że ludzie coś mówią, a ja nie rozumiem np. jakiegoś wyrazu i nie łapię XDD I na tym był chyba koniec.
Jeszcze podczas densów zaśpiewałam komuś tam piosenkę tworząc na bieżąco rymowany tekst, to było mega XDDD  

Mam nadzieję, że się dobrze bawiliście, bo ja w większości tych snów tak XD

  

wtorek, 9 lutego 2016

4# Alternatywny powrót do przeszłości - Chleb, kalkulator i klapki od Hilfigera

Yoł yoł!
Zdałam sobie sprawę z dwóch rzeczy:
1) Podczas pisania tej części - że przed nią powinna być jeszcze jedna. Na dobrą sprawę to bez różnicy. Ale w inspiracji Mickiewiczem ogłaszam, że to jest czwarta część, a trzecią zrobię potem.
2) Podczas zerkania na listę postów - zepsułam numerację. Numerowałam wszystkie opowiadanka po kolei, a tą serię zaczęłam osobno... D: No trudno. W sumie nie ma sensu zmieniać. ŻYCIE.


Aha, i to jest podobno 30 post.

 
Ilustracja tym razem jedna. Otóż dlaczego: po zobaczeniu tej jedynej zrozumiecie - derpy! O ile styl ten nie wychodzi mi jakoś bardzo tragicznie, to postacie nie wyglądają jak miały wyglądać, chociaż jednej z nich twarz naprawiałam nakładają oryginał DDD8 Zastanawiałam się też nad po prostu wklejeniem jej... ale to by było słabe D: Tak więc bierzcie.

Swoją drogą jestem bardzo zadowolona z tej części. Mam nadzieję, że poczujecie ten powiew świeżości, bo to w końcu coś innego~! (Więcej info na końcu, żeby nie spoilerzyć.)


***
 
U góry róże
Na dole chleb...
A przynajmniej tak się Kat wydawało. Niestety chleba nie było.
- No nie, Szayel, ni ma chlebaaa - krzyknęła do pokoju obok. Odpowiedziało jej przeciągane chrapnięcie. Zerknęła tam. Ujrzała tylko Grimmjowa i Nnoita śpiących wciąż. Na jednym łóżku. Przykryci jednym kocykiem od pępka do łydek. I w sumie nie mogła stwierdzić czy jednak mieli jakieś ubrania na sobie. Odwróceni byli w jedną stronę, przy czym Grimm był niebezpiecznie zbliżony do Nnoita.
- Scena porno normalnie, pedały solone - wrzasnął Szayel wchodząc do środka i odpychając przy okazji Kat na bok, a następnie ściągnął z nich kocyk.
- Matko, ludzie, kurde! - Nnoitra zacytował słynnego Chucka Krasnoludka, a zwinąwszy się w pozycję embrionalną okrył głowę rękoma. Grimmjow spał dalej z jakimś dziwnym uśmieszkiem. Kropelka śliny pociekła na wychudzone plecy Cyklopa, który jednak postanowił wstać. Na szczęście mieli jakieś tam spodenki.
- Byłem po chleb, już nie ma nigdzie - Szay poinformował dziewoję, która westchnęła głośno i załamała ręce.
- Ale nie mam ochoty na bułki...
- To trzeba gdzieś pojechać i kupić - Nnoit porozciągał trochę ramiona i bezkolizyjnie wyszedł z pomieszczenia pomimo Szayela stojącego wciąż w drzwiach. Bycie wykałaczką się opłaca.
- No dobra, jedziemy - Kat złapała się za brzuszek, który zaburczał groźnie. Wsunęła więc tylko plasterek żółtego sera firmy Światowid, zgarnęła torebkę i ruszyła do samochodu.
- No to kto jedzie? - zapięła pasy.
- Jakbyś nie wiedziała - Szayel przewrócił oczami zakluczając domek. Grimmjow i Nnoit już siedzieli na tyłach samochodu.
- Ale te racice won z siedzenia - różowowłosy strzepnął nogi Grimmjowa z oparcia siedzenia pasażera. Nie minął tydzień, a zdążyli kompletnie zasyfić jego nowy limonkowy kabriolet mini. Szayel miał ograniczoną cierpliwość do debili.
Ale w końcu udało im się wyruszyć.
Wydawało im się, że o czymś zapomnieli... albo coś przeoczyli.
Sarbinowo fajne miasto, alezaopatrzenie zbyt małe jak na jego potrzeby. Z roku na rok turystów przybywało i nikt nie wiedział jak to ogarnąć. Na szczęście w pobliżu była niewielka miejscowość, do którego prawie nikt nie zaglądał. Może tam znajdą chleb. Chyba, że na ten sam pomysł wpadła połowa wypoczywających w Sarbinowie.
Wjeżdżając do Mielna spotkali się od razu z tabliczką "Nie, nie mamy chleba".
- Świetnie - westchnęła Kat.
- Mogę zrobić ci jajeczniczkę z bekonem - zaproponował Szayel posyłając jej zachęcający uśmiech.
- Nie. Dzisiaj chleb. Zrobimy to inaczej - powiedziała uparcie. Zawróciła, po czym zaczęła się rozpędzać. Szayel z niepokojem spojrzał na nią, kiedy prędkościomierz pokazał liczbę większą od dziewięćdziesięciu.
- Kaczi?
- Trzymajcie się.
Różowy niepewnie złapał za siedzenie i zmarszczył brwi. Oby jego nowiutkiemu samochodzikowi nic się nie stało. Bo trafi go jasna cholera.
Licznik szybko wbił over milion. A przed nimi zakręt.
- Co ty kurna robisz! - wrzasnął Szayel. Bo jak widać tylko on widział jakieś niebezpieczeństwo ze wszystkich tu zgromadzonych.
Nagle zabłysło i wjechali w jakiś portal.
Normalnie jak w Powrocie do Przyszłości. [Wow, nawet nie planowałam, że ta scena będzie kolejnym, po tytule tej serii, nawiązaniem do tego filmu XDD]
Limonkowy kabriolet mini wypadł na średnio zapełniony parking przed jakimś centrum handlowym. Zatrzymał się z piskiem opon, a Nnoit wraz z Grimmjowem wypadli do przodu i zaryli twarzami w rozgrzanym betonie.
- No brawo świetnie, tyle razy mówiłem, że zapina się pasy, bezbeki niedołężne - warknął Szayel szybko odpinając pasy, a następnie zabierając się do oględzin auta.
- Ej, nie ekscytuj się tak, muszę zaparkować - powiedziała Kat. Więc się odsunął.
Wycofała szybko w lewo.
- Już.
Szayel wrócił do uważnej analizy grubości opon, kiedy Nnoit i Grimmjow próbowali ogarnąć swoje buźki. Kat stała z założonymi rękami.
- To może ja pójdę po chleb... - powiedziała.
- Nie, nie, już idę - Szayel wyszedł spod auta i poszedł za nią. Tak samo dwójka jego kolegów, którym humorki opadły.
Weszli do centrum handlowego, które przywitało ich chłodem klimatyzacji.
- Całkiem przestronnie - Szayel rozejrzał się po dość sporym miejscu, które pełne było tylko stolików, krzesełek i fontann. Widać było schody prowadzące na piętra ze sklepami i kilka budek z jedzeniem.
- Tylko czy tu był w ogóle market... - zastanowiła się dziewoja.
- Tu jest plan - Grimmjow zaczął macać interaktywny panel dotykowy szukając swoich ulubionych sklepów. Nnoit natomiast mruknął coś o tym, że idzie szukać łazienki.
- Złapią grzybicę, jak będą tu tak chodzić boso - Szayel spojrzał sceptycznie na stopy kolegów.
- No to kupię se klapki, RETY - Grimmjow przewrócił oczami, wbił ręce w kieszenie i poszedł szukać Tommiego Hilfigera. Szayel prysnął płynem antybakteryjnym na panel z mapą.
- Zobaczmy... mamy dział spożywczy w Mariusz & Stanisław... To nie była czasem nazwa sklepu z odzieżą?
- No, sprzedają teraz też jedzenie, ale chleb tam pewnie kosztuje miliony monet - zerknęła na mapkę. Miejsca, które najbardziej znała wciąż widniały, jednak faktycznie nie znalazła niczego, co mogło być sklepem z jedzeniem. Musiała mieć sporo hajsu, że żywiła się czymś innym niż bułki z marketu w czasach przebywania tutaj. Chyba, że żywiła się z gestu friendsów. Hehe.
Lista sklepów na mapce nie była podzielona tematycznie, więc może jednak coś tutaj jest marketem, a po prostu nie wygląda.
- Trzeba się kogoś spytać - powiedziała, po czym ruszyła w pewnym kierunku. Szayel podążył za nią wzrokiem nie rozumiejąc o co chodzi.
- Minęłaś dziesiątki ludzi, czemu ich nie spytasz? - dogonił ją.
- Nie lubię pytać obcych - mruknęła cicho. Jakby nie wiedział. Różowy zastanowił się co to za miejsce i kiedy tu ostatnio była. Oraz czy będą musieli szukać potem Nnoita i Grimmjowa, czy może będzie mógł ich tu zostawić.
Kat uśmiechnęła się odruchowo widząc znajomy szyld Huntingtona. Chwila, a może tutaj mieli chleb? Bo... co oni tu właściwie sprzedawali??? Zgodnie z oczekiwaniami spotkała znajomą blondynkę w dziale z pieluchami.
- Nie wierzę, że ciebie tu widzę - Vanessa uśmiechnęła się szeroko.
- No cześć. Wiesz może, gdzie mogę kupić chleb?
- Pewnie. W dziale z chlebem. To zaraz obok działu z damską odzieżą, dokładniej to w pobliżu wieszaka z bielizną - dziewczyna wskazała na lewo.
- O, dzięki - Kat uśmiechnęła się i ruszyła we wskazanym kierunku. Szayel zniknął jej z oczu jakoś w okolicy przechodzenia obok działu z kalkulatorami i patyczkami do uszu.
Oto i on. Chleb. A dokładniej miliony chlebów z różnych zakątków świata. Można sobie tylko wyobrazić jak tam pachniało.
Nie, nie pleśnią. Chociaż pleśniowe chleby z Kuby też były. Wzięła pierwszy lepszy najtańszy i w miarę świeży chlebek, po czym ruszyła do kasy.
Szła, szła, aż w końcu spotkała Szayela. Zerknął na jej pieczywo z uśmiechem, po czym pomachał jej przed twarzą jakimś pudełkiem. Kiedy przestał, mogła skupić się na obrazku.
- Co to w sumie jest?
Tak więc jej wyjaśnił. Właściwie zrozumiała tylko tyle, że jest to mini kalkulator z miliardem funkcji, który wygląda trochę jak taki zestaw cieni do powiek, co mają rozsuwane szufladki i otwierane lusterko na górze. Tylko tutaj zamiast zwierciadełka był wyświetlacz, a kosmetyku - przyciski.
- W końcu znalazłem model, w którym są dwa różne motywy dźwięku do wyboru - zakończył wypowiedź wpatrując się z miłością w pudełeczko ze sprzętem marzeń.
- Świetnie, to do kas - powiedziała.
Po czym zdała sobie sprawę z czegoś ważnego.
A mianowicie...
...tutaj nie można było płacić w złotówkach.
Co więcej.
Tutaj nie dało się nawet wymienić złotówek! I to nie dlatego, że nie było kantoru!
- To co teraz? - Szayelowi brew drgnęła, kiedy o tym usłyszał.
- Spokojnie, może Vanessa mi coś da... Ten kalkulator to po ile?
- Czterysta pięćdziesiąt... waluty - odpowiedział po chwili wpatrywania się w symbol znajdujący się po cyferkach na cenie naklejonej na opakowaniu. - To w przecenie - dodał z uśmiechem.
Niech go pochwali. Zawsze chwaliła za znalezienie dobrych okazji.
- Nie jestem pewna, czy zgodzi się dać tyle...
Nie pochwaliła.
- Ale jak to!? To co ja zrobię? - starał się nie popaść w panikę. Kat wzruszyła ramionami.
- Trzeba by jakoś zarobić.
- To idź zarób, ja tu poczekam - poklepał ją po ramieniu.
- Możesz przecież iść...
- Ktoś mi wykupi!
- To daj Vanessie, przechowa ci...
- NIE.
Szayel przycisnął przedmiot do piersi. No to tyle w temacie.
- Dobrze, ale w takim razie nie wychodź ze sklepu, bo potem się nie znajdziemy... i tak się pewnie nie znajdziemy - westchnęła. Tak naprawdę to nie wiedziała jak duży jest Huntington.
Wyszła ze sklepu i zauważyła Grimmjowa ze splecionymi rękami na piersi. Jego twarz wciąż wyglądała źle po kontakcie z parkingiem. Poza tym wyraźnie był zirytowany.
- Coś nie tak? - spytała.
- Nie wziąłem kasy, a znalazłem super klapki... - mruknął tylko patrząc w bok.
- Nie martw się, i tak byś nie kupił, tu jest zupełnie inna waluta... - zastanowiła się czy poklepać go na pocieszenie po ramieniu, ale w końcu miał je gołe. - Chodź ze mną, może uda nam się jakoś zarobić.
Nie liczyła na wiele. Ale może jakiś stary znajomy zechce wziąć ją na zastępstwo na jakiś czas... oczywiście za opłatą. Tylko ile by zarobiła w godzinę? 30? Na kalkulator nie starczy przecież...
- To nie ma sensu - westchnęła. - Nawet jeśli byśmy coś znaleźli to zajmie zbyt wiele czasu, żeby zarobić na kalkulator Szayela i twoje klapki. Po ile one?
- Niecałe 500 - odpowiedział.
Prawie zeszła na zawał.
Tak czy inaczej stali przed Taj Mahome Video. Złote kolumny i wszystko inne w stylu arabskim wyraźnie zachęcały do wejścia. Zupełnie jak jakiś Seba w dresie stojący w standardowym rozkroku przed sklepem z przewieszoną przez siebie tabliczką z napisem "STOP WESTERNIZACJI ISLAMU". Ciekawie.
- Jak tu się nie poszczęści to wracamy - powiedziała.
- Hę? - spytał Grimmjow.
- Vanessa powiedziała, że tu pracuje Jonesy. Niedawno był słynnym modelem, ale go wywalili, bo zrobił dramę na Instagramie. Jakimś cudem przyjęli go tutaj - wyjaśniła wchodząc do sklepu, który był właściwie wypożyczalnią filmów. Zdała sobie sprawę, że jest sama. Grimmjowa zatrzymali przy wejściu za twarz. No trudno. Poczeka. Rozejrzała się. Kilka dziewuszek w strojach tancerki brzucha... i jeden Jonesy w stroju kastrata z haremu. Cudownie.
- Hej, słonko - została przywitana kuszącym głosem. Zastanowiła się, czemu Jonesy jest jak skondensowanie najgorszych cech Szayela, Grimmjowa i Nnoitry.
- Potrzebuję pieniędzy - wyjaśniła od razu.
- Każdy potrzebuje! - uśmiechnął się. - Dlatego tu jestem - dodał już bez uśmiechu.
- Tylko 900 i jakieś drobne na chleb!
- I bilet powrotny. Nie. Na pieniążki trzeba zapracować - powiedział. - Idź do Jude'a, może potrzebuje pomocnika - dodał ukrywając podstępny uśmieszek.
Tylko nie on.
TYLKO NIE JUDE.
- No dobra.
Przecież wiedziała w co się wkopuje przychodząc w to miejsce.
Wyszła więc ze sklepu i wraz z Grimmjowkiem ruszyła do sekcji gastronomicznej.
- O gacież Ajzena - Pantera skomentował kampanię reklamową najnowszej części Gwiezdnych Wojen w Wonder Taco. Niezbyt urodziwa wychudzona dziewuszka z jakimś przedpotopowym aparatem na zęby w niewolniczym stroju Lei wkładała sałatę bułkę w kształcie Jabby. Kat starała się zapomnieć.
Przechodzący właśnie obok nerd ubrany w czarne rękawiczki, pelerynę i hełm Dartha Vadera z wycięciem na twarz oraz z podobnym do taco-girl aparacie chyba nie był pokojowo nastawiony do reklamowania siódmej części klasykami.
- Nie mogę uwierzyć, że reklamuje ten szit - powiedział do Kat, po czym ruszył dalej. Zastanowiła się, czemu jej to powiedział - czy to tak mocno przeżywa, czy ją jakimś cudem pamięta. Przecież nie zamienili nawet słowa! Chyba. W końcu spędziła tu jakiś dłuższy czas...
Tak czy inaczej Nadziej Mnie było tuż przed nią.
- Co to za rakowe knajpy, żadnego kejefsi ani nortfisza... - mruknął Grimmjow, który poczuł, że robi się głodny. O nie.
Kat zebrała się na odwagę i podeszła do lady.
Może jej nie pozna.
Ale chwila.
Jak nie pozna to i tak nic nie zdziała. Raczej.
- Witamy w Nadziej Mnie - Jude przywitał ją przeciągając samogłoski. Jak zwykle.
- Podobno szukasz pomocnika... - zaczęła.
- Nic mi o tym nie wiadomo - odpowiedział.
Czemu Jude to taki Grimmjow po Locomotivie i herbatce z melissą.
Jaki rak, pomyślała, czemu porównuję wszystkich do nich.
- Ale mi wiadomo - odpowiedziała. Będzie walczyć. Nie podda się.
- Nie mam nawet zbytnio klientów, nie potrzebuję dodatkowych rąk do pracy - blondyn wzruszył ramionami.
Zastanowiła się.
Nie.
Jude wcale nie jest jak dziecko Gina i Izuru.
- Możemy zareklamować ci to miejsce - powiedziała wpadając na świetny pomysł. Oparła ręce o blat. - Jeszcze dzisiaj będziesz miał tu tyle klientów, że sam nie dasz rady.
- Co proponujesz? - spytał zaciekawiony.
- Zrobimy reklamę, przyjdą tłumy, pomożemy z zamówieniami. Dasz nam za to 900.
- Cooo!? Ziooom, ale to niemożliwe!
- Że to zareklamujemy, czy że dasz nam tą kasę?
- No... jedno... i drugie - odpowiedział.
- Dobra. To 700 jeśli uwiniemy się z tym w dwie godziny.
- To zakład? - spytał nieogarniając.
- ...tak-
- Okej, w takim razie... - zmrużył oczy - ...600, ale w godzinę - powiedział z miną zapalonego zakładowicza.
- Stoi.
Uścisnęli dłonie, po czym Kat uciekła w głąb centrum.
- Aha.
Grimmjow podrapał się po głowie. Odwrócił się i poszedł za nią.
- To co właściwie zrobimy?
- Ludzie mogliby się rzucić, gdyby były jakieś konkretne promocje... albo gdyby ktoś to wypromował. Będziemy udawać, że jesteś słynnym zagranicznym jułtuberem, który nagrywa właśnie odcinek o świetnym... tym czymś co Jude tam sprzedaje...
- Dobra. Tylko czym to nagramy?
- ...telefonem... tylko byś musiał umyć buźkę.
- A no tak - Grimm przejechał dłonią po twarzy. - Tam są chyba łazienki - wskazał na znak i ruszył w tę stronę.
Okazało się jednak, że są płatne.
- Oj serio? - Kat oparła się zniechęcona o ścianę.
- To umyję tam - Grimmjow wskazał na fontannę i już ruszył w tę stronę.
- Nie! - krzyknęła panicznie. Strażnik Ron mógł w każdej chwili się pojawić i zgarnąć go za zanieczyszczanie wody. - Poczekaj, Jude ma zlew na zapleczu...
- Robicie filmik o plażowych zombie?
Kat odwróciła się, bo ktoś zwracał się wyraźnie do niej.
- O... h-hej...
- Cześć - odpowiedział Wyatt. Ciemnoskóry koleżka splótł ręce na piersi zerkając na umorusaną twarz Grimmjowka - Darmowe łazienki są obok kina, ale z tego powodu są do nich długie kolejki. Poza tym sprzątane są tylko raz na jakiś czas.
- Nie mam nawet najmniejszego pieniążka - mruknęła.
- Trzymaj - wyciągnął drobniaka z kieszeni i jej podał.
- D-dzięki... - złapała pieniążka w obie dłonie i zaczęła go nerwowo obracać w palcach. Wyżydzić więcej, czy nie... - C-co tam u ciebie?
Spojrzał na nią, jakby nie do końca wiedział, o co jej chodzi.
- Bo... pamiętasz mnie, prawda? - wyszczerzyła panicznie oczy.
- Szczerze mówiąc, to skądś cię kojarzę, ale nie wiem skąd - zaśmiał się nerwowo.
Super.
- A to nie ma sprawy - uśmiechnęła się płytko, po czym przywołała Grimmjowka do siebie. - Zrób się na bóstwo - wcisnęła mu monetę w dłoń. Ten zasalutował i wszedł do łazienki.
- To nie oświecisz mnie? - Wyatt wciąż tu stał.
- Cóż...
W tym momencie jego telefon zadzwonił.
- Wybacz... Tak? - odwrócił się nieco. Odetchnęła z ulgą. Oby Grimmjowek szybko załatwił co miał. Chciała już skończyć tą niewygodną pogawędkę. Ale właściwie czemu była niewygodna? Może odnowienie starych znajomości pozwoli jej uzbierać pieniążki?
- Muszę już iść. Ale szybko jeszcze powiedz... skąd się znamy?
Ok. Chyba powie. O nie.
- Pamiętasz może Vanessę...?
- Haha, jak mógłbym zapomnieć. Przecież to najdłuższy związek Jonesy'ego.
- A pamiętasz jej siostrę i koleżankę?
- Hm... To było dosyć dawno...
- No to ta koleżanka to ja... - zakończyła niepewnie.
- Ah. Czyli ty to... Caytlyn?
- No... jakoś tak to leciało.
Oho, niezręczny temat imienia.
- Przepraszam, nie pamiętam już. To jak miałaś na imię?
WCALE NIE BYLIŚMY JAKIMIŚ LEPSZYMI PRZYJACIÓŁMI, pomyślała. Ale chwila. Na dobrą sprawę to nie pamięta niczego oprócz Jude'a, Jonesiego i Huntingtona. Więc nie była taka pewna, czy aby na pewno i z nim się przyjaźniła... Nie żeby się przyjaźniła z tymi uprzednio wymienionymi...
- Kat, pa, jestem już piękny - Grimm wyszczerzył się wychodząc z łazienki. Na szczęście nie miał żadnej rany na buzi, więc wyglądał znośnie.
- Macie jakieś plany? Bo ja idę właśnie do Cytryny, Caitlin chce coś ogłosić - uśmiechnął się Wyatt rezygnując z tematu imienia.
- Mamy zamiar nagrać film promujący Nadziej Mnie z Grimmem w roli słynnego zagranicznego jułtubera.
- O, świetny pomysł! Może mógłbym wam pomóc, ostatnio wrzucam swoje piosenki na youtube i nawet są ludzie, którzy chcą tego słuchać!
- Fantastycznie! - wyszczerzyła się.
- Gdyby Jude wcześniej powiedział, że chce się jakoś rozreklamować to bym mu pomógł - wzruszył ramionami. - To idziemy do Cytryny?
- Ok.
I ruszyli.
- Gdzie jest Szayel? - spytał Grimm po drodze.
- Siedzi w sklepie i pilnuje swojego łupu - Kat przewróciła oczami. - A Nnoit?
- Nie wiem. Poszedł szukać łazienki jak tylko tu weszliśmy... - przerwał wgapiając się w jakiś punkt. Natychmiast wskazał gdzieś lekko w bok. Wyatt i Kat spojrzeli w ową stronę. Ujrzeli Cyklopa w całkiem przystępnych letnich ubrankach, raczącego się jakimś koktajlem w towarzystwie loszki dobrej jakości. Siedzieli na jednej z ławek przy fontannie.
Natychmiast do nich podeszli. Znaczy oprócz Wyatta, który powiedział coś, że będzie czekał przy Cytrynie.
- Co ty tu... skąd masz te... - Kat zamachała rękoma przed Nnoitem.
- Ma się swoje sposoby - mrugnął do niej.
- Daj się napić - Grimmjow odebrał kubeczek i zaciągnął się orzeźwiającym mohito bezalkoholowym.
- Będziesz tu siedział, czy idziesz z nami? - spytała.
- Nigdzie mi się nie spieszy - zabrał Panterze kubek.
Kat i Grimmjow ruszyli więc do Cytryny.

- Halder to rak - powiedziała Jenny o krótszych niż zawsze włosach wyraźnie rozzłoszczona. - Gdyby to nie był mój ulubiony sklep sportowy, to nigdy bym tam już nie poszła.
- Wyluzuj, ja to bym chciała móc KUPOWAĆ w Khaki Bazar zamiast tam PRACOWAĆ - odpowiedziała Nikki malując paznokcie od stóp na turkusowo-bursztynowo.
- To znajdź coś zamiast ciągle narzekać - Caitlin w Cytrynie zajmowała się udawaniem, że robi soki.
- O, patrzcie, zgadnijcie kogo dzisiaj spotkałem - Wyatt aż podszedł do nadchodzącej Kat, jakby to on ją tu właśnie w tej chwili sprowadził. Blondyna w cytrynie na głowie pisnęła podbiegając, aby uścisnąć dawną koleżankę.
- Myśleliśmy, że zginęłaś - powiedziała puszczając ją.
- Hehe - odpowiedziała Kat. Reszta dziewczyn na szczęście nie chciało się przytulać.
- Co tam u ciebie? - spytała Jen z uśmiechem.
- Cóż... to skomplikowane...
- Mamy czas - odpowiedziała Niki.
- Ale ja nie mam, wpadłam tylko po chleb... - rozległo się głośne burczenie w brzuchu. Grimmjow zaczynał być coraz bardziej rozdrażniony.
- Nagrajmy to gówno i wracajmy stąd - podzielił się swoją opinią. Nikt nie skomentował.
- To ja może zagram jakąś improwizację o Nadziej Mnie, a ty to nagrasz - Wyatt zwrócił się do Kat wyciągając gitarę z kieszeni, bo był Simsem. Następnie zaczął grać coś chwytliwego o kiełbaskach na patyku.
A wtedy Kat olśniło.
- Sznycelki. To jest to - włączyła w telefonie wifi i po chwili pokazała wszystkim teledysk o sznyclach. https://www.youtube.com/watch?v=RSpQqohpqYQ  - Możemy lekko przerobić tą piosenkę... No i przydałyby się jakieś kostiumy...
- Wydaje mi się, że w Khaki Bazar znajdę idealnie wieśniackie szorty - powiedziała Niki.
- Znajdę akordy - Wyatt wyciągnął swój telefon.
- Studiuję prawo - powiedziała Jen.
- To miłe, że pomagasz Jude'owi. Rzadko kiedy osoby po zerwaniach mają ze sobą dobry kontakt - Caitlin wyciskała właśnie cytrynę, a sok wskoczył jej do oka. - Ała...
Kat zrobiła poker face'a. Na szczęście Grimmjow nie zrozumiał.
- A ja co będę robił? - spytał tylko.
- Będziesz latał w tych szortach...
- Może lepiej, żeby Jude się tym zajął? Chyba lepiej by się nadawał. Jest taki... jakby to powiedzieć: PRZYJAŹNIEJ WYGLĄDAJĄCY - stwierdziła Nikki.
- COŚ SUGERUJESZ? - Grimmjow tylko zerknął i wyszczerzył się niebezpiecznie.
Oj robi się groźnie.
- Nie, to zakład, musimy to sami zrobić - wyjaśniła Kat.
- Oh, czyli to nie jest takie bezinteresowne... - Caitlin nie ukryła swojego rozczarowania.
Dokładnie, chodzi o chleb, wybajerowany kalkulator i klapki za 500 dolonów.
Tak czy inaczej udało im się w bardzo krótkim czasie wszystko przygotować. Grimmjow w stroju stylizowanym na jakiegoś szwaba stanął na początku trasy. Razem z podobnie ubranym Wyattem z gitarą przejdą przez całe centrum śpiewając cover sznycelkowej piosenki. Dziewczyny będą nagrywać z różnych stron. Potem to zmontują i wrzucą na kanał Wyatta, dla większej efektywności reklamy.
- Cały czas idziesz za mną, wypowiadasz tylko ustalone kwestie, a kiełbaski... - Wyatt zerknął na te kilka "porcji", które Jude przeznaczył na reklamę. - ...dawaj tylko dzieciom. Zaśpiewamy to jakieś kilkanaście razy i zakończymy przy Nadziej Mnie. Cały czas się uśmiechaj. Okej?
- Ta.
Tak więc ruszyli. Pomimo standardowego zgiełku głos Wyatta miał dobre przebicie.
- Kiełbaski, królewny mięs, ocieka niebem każdy kęs, Nadziej Mnie kiełbaski ma, grzecznym dzieciom chętnie da.
W niemalże podskokach wykonali pierwszy utwór. Ludzie oglądali się za nimi z zainteresowaniem i rozbawieniem.
- Jeśli chcesz ręką jedz! - krzyknął Grimmjow wciskając kiełbaskę na patyku jakiemuś dresowi.
- Możesz wcinać cały dzień.
- Proszę trzymaj, rośnij wszerz - Pantera podał kolejną jakiejś karynie, która urażona poszła sobie. - Za szelki schowaj jeśli chcesz!
- Joi jo Nadziej Mnie! Joi jo Nadziej Mnie!
Szło im całkiem nieźle. Grimmjow tak się wciągnął, że śpiewał też całą piosenkę razem z Wyattem.
- Możesz lizać cały dzień - zaśpiewał podając ostatnią kiełbaskę Nnoitrze. Ten ze zbereźnym uśmiechem przyjął darmowy poczęstunek.
Zakończyli planowo przy Nadziej Mnie.
- Wyszło ekstra - pisnęła Caitlyn.
- Teraz to trzeba zmontować.
Ruszyli więc szybko do Cytryny zostawiając Jude'a z natłokiem nowych klientów.
- Ej, a miał mi ktoś też chyba pomóc!? - krzyknął za nimi, ale nikt nie zareagował.
Natychmiast po dojściu do ich głównego miejsca, Kat spojrzała na zegarek.
- Dwie godziny bez śniadania! - krzyknęła z rozpaczą.
- Śniadania? Jest prawie piąta... - powiedziała Nikki.
- To... skomplikowane. Dzięki za wszystko, my się zmywamy.
- Nie chcesz zobaczyć finalnego filmiku? - Wyatt zerknął na nią znad netbooka.
- Poszukam potem, narazicho! - pomachała im, po czym zaciągnęła Nnoita za jego kaptur od bluzy z krótkim rękawem i poszli, a Grimmjowek, już bez stroju szwaba, za nimi.
Doszli do Nadziej Mnie, przy którym był prawdziwy kolejkon.
- Nieźle - mruknął Nnoit.
- To ja pójdę po kasę... - Kat podeszła do Jude'a, który właśnie kasował zamówienie.
- Nie mogę teraz gadać, jestem zajęty - odpowiedział.
- Pinionszki - szepnęła.
- No niech będzie.
Podsunął jej 500.
- Ale miało być 600...
- Nie pomogliście z klientami i musiałem zatrudnić Lydię.
Kat zerknęła na rudą dziwaczkę, która co chwila zerkała na Jude'a.
Groźna jak zawsze.
No ale cóż.
- Mimo wszystko dzięki... - odpowiedziała biorąc kasę. Starczy na kalkulator i chleb. Albo na klapki, jeśli Vanessa im zasponsoruje pieczywko. Podeszła do kolegów z nieciekawą miną. - Wciąż trochę brakuje...
- To ile ten chleb kosztuje - Nnoit podłubał sobie w uchu.
- Na chleb to Vanessa pewnie by nam dała. Ale Szayel chciał kalkulator, a Grimmjow klapki...
- CO - Cyklop aż się zadławił. - Odstawialiście tą szopkę, żeby zarobić na jakieś japonki kurna gumowe?
- Skórzane - poprawił go Grimmjow.
- SKÓRZANE? Ty wiesz w ogóle, że nie będziesz mógł w takich chodzić po plaży, bo się zniszczą?
- One są od HILFIGERA, nie ZNISZCZO się.
- Hilfiger srifiger, chyba cię porąbało, żeby tracić jakikolwiek hajs na buty, które zaraz zgubisz. Ja wam pokażę jak to się robi - wyszczerzył się.
- Nie powiem, jak zdobyłem ciuchy - zaczął, kiedy ruszyli w stronę sklepów - ale mogę pokazać inny protip na wyciągnięcie itema ze sklepu.
Zatrzymali się przed Huntingtonem.
- Cóż... nie jestem pewna, czy to dobry pomysł... - Kat zaczęła szukać wzrokiem Szayela. Może akurat kręcił się gdzieś przy wejściu.
- Why not?
- Vanessa tu pracuje, a ty chyba chcesz zrobić coś złego...
- Masz rację. Lepiej oskubać kapitalistów - Cyklop poklepał ją po ramieniu i ruszyli do Hilfigera.
Weszli do środka jak gdyby nigdy nic.
- No to pokazuj je - nakazał Grimmowi. Ten sugestywnie wskazał na najzwyklejsze w świecie brązowe klapki. Taka zwykła podeszwa z szerokim pasem w poprzek.
- Ale rak - skomentowała Kat.
- No to to się robi tak - Cyklop złapał za parę z numerem Grimmjowa, po czym oderwał jednym ruchem metkę. - Wkładaj - podsunął mu. Pantera wykonał polecenie. - A teraz udajesz niemowę i do wyjścia.
Tak więc wyszli. Oczywiście bramka za nimi pisnęła, lecz z idealnie nihilistycznymi minami oddalili się.
Ale nie ma tak dobrze.
Strażnik Ron zawsze w gotowości.
- Młodzieży, zatrzymać się! - nakazał stając przed nimi.
- Słucham, panie władzo - odpowiedział Nnoitra.
- Zdaje się, że coś nie należy do państwa.
- Ta?
Ron zmierzył ich wzrokiem, po czym wyciągnął jakiś śmieszny patyczek. Przejechał nim przed naszymi bohaterami. Zapiszczało, kiedy był w pobliżu stóp Grimmjowa.
- Te klapki są kradzione - powiedział.
- No co pan nie powie - rzekł Nnoit, a Kat nie wychodziła z podziwu, że nawet zachował pozory kultury osobistej.
- Proszę je zwrócić.
- Żartowałem. Nie są kradzione. Do widzenia.
- W takim razie rachunek poproszę.
- Nie noszę rachunków przy sobie, oszczędzam drzewa.
- A ja nie oszczędzam kryminalistów.
Następnie stało się coś jeszcze bardziej nieprawdopodobnego. Nnoitra wygłosił mowę na temat dbania o środowisko, poruszając szczegółowo problem wycinki drzew i nadmiernego wykorzystywania papieru. Nawet Grimmjowowi pociekła łezka, chociaż nie wiedział, czym drzewa są.
- Koniec tego, idziesz ze mną - Ron złapał Cyklopa za ramię.
- Nie idzie.
Odwrócili się. Oto członkowie GreenPeace przyszli wytoczyć walkę z władzą. Natychmiast przywiązali się do Rona tworząc zamieszanie w tej części centrum. Nasi bohaterowie w tym czasie ulotnili się pod Huntingtona.
- Poczekajcie tu, załatwię to szybko - Kat wlazła sama do sklepu rozglądając się za Szayelem. Niestety musiała sobie pomóc wypytywaniem pracowników. Znalazła różowego siedzącego w rogu działu z książkami. Przyciskał do siebie pudełko z kalkulatorem oraz czytał jakąś biografię Messiego czy innego czipsera. - Dalej, idziemy.
- Wybawienie - wstał szybko i ją uściskał. - Myślałem, że tu zginę. Muszę siusiu.
Wcisnął jej pudełko i uciekł.
- Łazienka jest płat... Poradzi sobie... - mruknęła. Poszła po chleb, a następnie do kasy opłacić wszystko.
Kiedy wyszła, jej kolegów już nie było. Panicznie rozejrzała się wokół. Ujrzała błękitną czuprynę Grimma, więc pognała w tamtą stronę.
Właśnie lali jakiegoś ochroniarza.
- Chciał wlepić mi mandat za załatwienie potrzeb fizjologicznych w fontannie - wyjaśnił Szayel bez wyrazu twarzy. - Masz moje cudeńko? - wyrwał jej pudełko z kalkulatorem i z miłością objął.
- Dobra, idziemy - Grimm otrzepał się z niewidzialnych kurzków. Nieznany jej ochroniarz leżał w opłakanym stanie.
Wrócili więc do samochodu.
Już nigdy nie będę mogła tam wrócić, myślała Kat wracając do Sarbinowa. W końcu ktoś się skapnie, że człowiek, który pobił ochroniarza to ten sam, co reklamował Nadziej Mnie. Jej "przyjaciele" raczej nie będą chcieli się z nią widzieć...
Wchodząc do domu, pomimo wygranej, wszyscy czuli się nienajlepiej.
- Zjedzmy w końcu to śniadanie... - Grimmjow osunął się na krzesełko.
- Syfiarze, nigdy was tego nie nauczę... - mruknął Szayel podnosząc jakiś papierek po cukierku leżący na blacie.
- Meh... - Nnoit przewrócił oczami, po czym trzepnął Szayela, który się zawiesił.
- ...spójrzcie - różowy nie odwracając się pokazał papierek, który okazał się zwykłą karteczką z tekstem.
"Znalazłem chlebek, zostawiam go w zamrażalce, wyciągnijcie na noc, to rano będzie gotowy do spożycia. Miłej zabawy, minionki~!"
- Gin musiał zostawić tą karteczkę przed wyjazdem, ale żeśmy jej nie zauważyli - stwierdził Nnoit, po czym otworzył zamrażalkę i wyciągnął bochenek chleba. - Haha.
- Przynajmniej wzbogaciłem się o kalkulator - stwierdził radośnie Szayel.
Grimmjow zauważył, że chyba zostawił klapki przy ochroniarzu, bo go nimi tłukł po oczach. Trochę przegryw.
 
***
 
No samo zakończenie bez puenty, ale nie ten poziom XD Bardzo mi się podoba, gdyż:
- jest jakaś składna akcja, jakaś przygoda (chociaż na dobrą sprawę bezcelowa)
- zmieniłam nieco zarys Szayela, Nnoita i Grimmjowa, ale jestem ciekawa, czy ktoś to zauważył <<:

Pozdrawiam cieplutko i wypowiedzcie się w komentarzach, co o tym sądzicie!

PS Planuję dwie nowe serie 8)

piątek, 25 grudnia 2015

2# Alternatywny powrót do przeszłości - Brednie o dawnych czasach

W sumie to jest mocno słabe, ale są obrazki.
Nie polecam.
7 stron wordowskich i kawałek.
Edytowałam już raz, bo się zrobiło nieciekawie, ale dalej są to nudy. Nie ma śmieszkowania, nie ma dramy ani akcji zbytnio. Dawno nie pisałam czegoś tak bardzo dla siebie |: Ale na rysunki można popatrzeć.

***


Dzięki Omenowu Randuina Ulquiorra mógł zaprezentować nieco swoich zdolności na Spicerze. Właściwie to już po kilku atakach udawało mu się przebić przez moc Wu, ale miał z tym spore trudności. Katechi siedziała sobie i ich obserwowała. Zastanawiała się jak silne właściwie są Wu.
- Możecie na chwilę przerwać? Jack, daj mi no spróbować - wstała i podeszła do niego.
- Jasne, a co? Ściągnąć to?
- Tak będzie najlepiej - odpowiedziała po chwili. Wolała, aby to jednak Ulquiorra miał Wu na sobie podczas pewnego testu, tak więc podała Arrancarowi szmatkę. Kiedy już ją chwycił, przypomniała mu nazwę tego magicznego itemka. Ulqu wymówił nazwę i po chwili miał na sobie lekko połyskującą koszulko-zbroję.
- Odsuń się - poleciła Jack'owi, co też natychmiast uczynił.
Dziewczyna wyciągnęła dłoń celując w środek torsu Arrancara z niezbyt dużej odległości.
- Nie rób nic teraz - powiedziała, po czym wystrzeliła w niego dość mocny pocisk energii. Purpurowa kula magii zaświeciła tylko mocno, poleciał jakiś dymek. Gdy spojrzała na Ulquiorrę, był on jakby odepchnięty spory kawałek dalej (świadczyły o tym ślady na piasku), rękawy i nogawki miał lekko spalone, natomiast jego tułów był jak nietknięty. Wu natomiast opadło na podłoże w pierwotnej formie szmatki.
- Ciekawe... - powiedziała. Miała ochotę powtórzyć to z jeszcze większym pociskiem. Ale co jeśli to odłamek klejnotu będący w nim mimowolnie blokował jej zaklęcie? Westchnęła. Nie ma czasu na zabawę w naukowca. Nie teraz.


- Masz przy sobie jeszcze jakieś fajne Wu? - spytała Jack'a, który pozwolił sobie na wrócenie do poprzedniego miejsca.
- Przy sobie nie. Raczej z nich nie korzystam - zaśmiał się. - To tu jest po prostu takie super fajne - podniósł Omen z ziemi, otrzepał z piasku i schował do kieszeni.
- Czym to właściwie jest? -  spytał Ulqu.
- Shen Gong Wu to takie magiczne przedmioty. Każdy z nich ma inną właściwość, ofensywną, defensywną lub... no po prostu - wyjaśniła Kat. - Są na przykład takie zbroje jak ta tutaj, kule lejące strumień niekończącej się wody, super szybkie buty... a także o wiele fajniejsze, niebezpieczniejsze... i ogólnie bardziej skomplikowane... - dodała zastanawiając się nad wrzuceniem kogoś ze znajomych do świata Yin Yang z tylko jednym jojo. Śmieszkowo by było. Zaraz też spytała, czy Jack je posiada.
- Eeee, chyba nie - podrapał się po głowie, po czym wyciągnął telefon i sprawdził w autorskiej aplikacji, które aktualnie posiada. - Nie, Yin i Yang mam, ale kremy.
- No nic, chodź, pobawmy się - wyszczerzyła się. On nie był jednak taki pewien, czy to dobry pomysł. I co, oni będą sobie bawić, przypomni sobie tylko stare dobre czasy... w dodatku cały czas będą pod okiem tego pedofila. Posłał mu nieufne spojrzenie.
- No Jack, pls - poprosiła mocno. Przewrócił oczami. Co mu szkodzi. Ona go zabrała na imprezę ostatnio. Mógł się jakoś odwdzięczyć. Chociaż w sumie już jej pomógł, właśnie teraz. Zauważył, że Ulquiorra gapi się na Kate cały czas, ale nie mógł wykombinować, co mogło siedzić w głowie tego zoofila.
Nope.
- Spadam stąd - założył google na oczy i odleciał w las. Kat uwiesiła mu się na nodze tak jak kiedyś to zrobił Omi. Tylko, że on teraz mógł lecieć razem z nią przyczepioną do kończyny. Szurała co prawda stopami po ziemi i rozwijali prędkość balkonikowca przejścio-dla-pieszego, ale co tam. Ulquiorra spacerkiem szedł obok i podziwiał dary natury.
W ten sposób przeszli przez cały las (Arrancar skutecznie chronił ich przed losowymi stworkami, tylko jeden z nich skoczył Jack'owi na twarz i chciał mu znieść jaja w nosie). Następnie chłopak strzepnął dziewczynę z siebie.
- Nie, jednak nie mam ochoty przebywać z tobą. Tak, mam ci to za złe, że uciekłaś do tych looserów - wydusił z siebie odwracając spojrzenie. Kate spuściła wzrok. No tak.
Kobiety to...
Brawo, Kat, jesteś kobietą.
Ciii... Czasami można.
Wracając do tematu. Atmosferka zrobiła się niezbyt fajna. Ale rozkręćmy tą zabawę.
Otworzyła się Garganta, z której wyszedł Szayel, Grimmjow i Nnoitra. Kulturalnie wyrzucili z siebie słowa przywitania.
- Witam.
- Siema.
- Hej-gej.
Jack rzucił im wrogie spojrzenie. Po ich kubraczkach mógł łatwo stwierdzić, że są kolegami zielonookich. Niebieskowłosego nawet kojarzył z tych smutnych dni 2010 roku.

- Czujesz to? - spytała Kate wstając i wyglądając przez okno.
- Huh? - zerknął na nią nie podnosząc się z kanapy.
- Chodźmy - odwróciła się do niego z szerokim uśmiechem. Weszła na barierkę i poleciała. Cóż miał robić? Polazł za nią. Znaczy poleciał. Dosłownie. Bez sprzętu, ani Wu. W końcu Wuya go też trochę nauczyła, czy coś.
Rzecz działa się w pobliżu jej domu. Jednak tym razem to nie Greyback szalał, lecz coś naprawdę dziwnego miało miejsce. Otóż jakieś niezidentyfikowane istoty stały sobie w powietrzu jak gdyby nigdy nic i chyba miały zaraz walczyć. Kilku knypków w białych ciuchach i kilku w czarnych. Każdy z nich w długiej spódnicy.
- Festiwal folklorystyczny? - szepnął do Kate, która usiadła na dachu, żeby obserwować. Widział po niej, że jest mocno podjarana tym wszystkim... i coś czuł, że maczała w tym palce. Od kilku dni była taka jakby nieobecna duchem. Przysiadł gdzieś obok również patrząc na wydarzenia. Każdy z dziwnych ludziów miał w ręce... miecz. Dokładniej to katanę. Jaki rak. Co tu się dzieje. Przyjrzał się im lepiej. Całkowicie ignorował co mówili.
W grupie czarnych był łysol, krótkowłosy ktoś (z tej odległości tylko sugerując się płaskością klatki piersiowej mógł domyślać się, że to facet), zdecydowanie ruda kobieta i białowłose dziecko, które najbardziej się wydzierało. U tych białych wyłącznie płeć męska: błękitnowłosy mięśniak, czarnowłosy emos z rogiem jak u pijanego jednorożca, jakiś grubas i dzieciak z autyzmem. Biorąc pod uwagę, że wyglądali jakby mieli zaraz się lać, Jack wybrał czarnych na swoich faworytów. No bo czarny, halo, mrok i Zło. Nagle zaczęli się naparzać mieczykami. Panie i panowie: MIECZYKAMI.
- Kurna, mogą latać, a biją się jak w średniowieczu - wyraził dziewczynie swoje niezadowolenie.
- Super, co nie? - powiedziała. Po czym ruszyła do nich.
- Co - jęknął widząc, jak mu znika. Ale po chwili zauważył, że po prostu czarni przegrywają. O nie. On, Jack Spicer, też pomoże. Ale niestety tym razem magia nie zadziałała tak dobrze i tylko wpadł w żywopłot w ogrodzie Kate. Na szczęście nie spotkał wilkołaka mieszkającego w schowku na końcu podwórka. Nie przepadał trochę za tym jej "braciszkiem".
Kiedy już na piechotę dotarł na miejsce akcji (przy okazji żałując, że nie zabrał swojego plecaczka do latania - w końcu jak się uczył jeździć na rowerze to też miał podpórki), akcji jako takiej nie było. Biali wchodzili do jakiegoś portalu, tylko czarnowłosy się obejrzał za siebie nawiązując jakiś kontakt wzrokowy z Kate. Oj, Jack'owi się to nie spodobało. Ale nie zdążył nawet zainterweniować, gdyż dziewczyna została zajęta rozmową przez dzieciaka. Aha. Tak więc rozmawiała sobie z nimi, a on stał kilka metrów od nich niezauważony. I skąd tu nagle wzięło się morze, którego fale zalewały mu buty?
- Kate, nie naciągaj tak tego świata może... - powiedział odsuwając się. Ale... niespodzianka! Został zignorowany.  - Nie to nie - naciągnął gogle i wrócił do domu. Jak się Kate nagada z nowymi kolegami to wróci. RACZEJ.
Dni mijały. Co prawda kilka razy Kate odwiedziła Jack'a, ale były to krótkie wizyty. I skupione głównie na zapoznawaniu go z nowymi jakimiś mocami. Szynki z Biedronki i inne sukienki. Nawet od Wuyi dostała jakiś mieczyk, żeby pasować do nowych kolegów. Aha.
A pewnego dnia po prostu zniknęła. Nawet nie widywał, ani nie czuł tych dziwnych ludziów. A coraz częściej kręcił się wokół jej domu. Greyback nic nie wiedział. Wuya tylko wzruszyła ramionami mamrocząc tylko coś o tym, żeby sobie dziewczyna krzywdy nie zrobiła. Trochę go to zaniepokoiło, ale Rai i Ross uspokajali. Pewnie odkryła jakieś nowe moce. Jak je opanuje to wróci.
Nie wróciła. Mijały kolejne miesiące. Powoli tracił nadzieję. Nie cieszyły go treningi czy polowania na Shen Gong Wu. Każda taka impreza przypominała mu o tym, że ich trójka nie była kompletna. To nie tak, że nie dawali sobie rady z piżamowcami, bo dawali. Co prawda trochę więcej czasu i wysiłku to zabierało. Rai i Ross byli jednak całkiem zadowoleni, w końcu mogli się wykazać.
- A nie, że ona tym swoim kamykiem robi magiczne bum i po imprezie - skomentował kiedyś Rai po ich kolejnym zwycięstwie. Ross szybciej niż on odczuł stratę. Brazylijczyk też potem ogarnął, ale trochę mu to zajęło.
- Jack, ale nie odchudzaj się, Kate i tak cię kocha - zaśmiał się pewnego dnia, kiedy zrobili sobie małe przyjęcie jedzeniowe, a albinos nawet nie tknął budyniu. BUDYNIU. Jack posłał mu wtedy tylko wrogie spojrzenie i wyszedł.

Pojawiła się pewnego dnia na boisku szkolnym. Czuł to. Natychmiast wyrwał się z lekcji pod pretekstem potrzeby pęcherza. Polazł na boisko. Zrobił na niej wrażenie, było to widać. W końcu zamiast tych obciachowych pseudo gotyckich ubrań miał na sobie zwykłe czarne spodnie, czerwoną koszulę w kratę i dopasowane kolorystycznei trampki. Taki casual. Posłał jej tylko uśmiech samca alfa. Była już jego. Znaczy... gdyby nie ten dziwny biały uniform z czarnymi lamówkami, w którym się już kiedyś pojawiła. Wtedy, jak się jeszcze pojawiała, żeby na przykład uchronić się jako osoba mocno poszukiwana. Takie bajery, a go nie zabrała ze sobą.
- O, nadal nie farbujesz włosów? - zaczęła zdaniem o zaburzonej składni (chyba).
Porozmawiali chwilę. Tak ogólnie. Bardziej o nim i jej normalnym życiu niż tym, co robiła z mieczastymi koleżkami.  Nie trwało to spotkanie długo. Zastanawiał się przez kilka następnych godzin co wtedy czuł. Powracającą nadzieję? A może to raczej było widmo przeszłości, którego chciał się pozbyć?

Jego złość narastała. Nowo przybyli koledzy zaczęli sobie radośnie rozmawiać z Kate, przekrzykując się jeden z drugim, jakby byli wszyscy w przedszkolu.
- Ja pieprzę... KIM WY KURNA JESTEŚCIE? - wrzasnął. Może niepotrzebnie. O ile całkiem zaciekawione i nieco zmieszane spojrzenie różowowłosego, oraz tępy wzrok błękitnowłosego mięśniaka nie zrobiły na nim wrażenie, to skośne oczko pirata zasiało w nim pewne ziarenko lęku. Cyklop zrobił kilka kroków w stronę chłopaka. Różnica wzrostu alert. Jack odważnie spojrzał w górę, w oko Nnoirty.
- Co cię to, kurna? - zaskrzeczał długowłosy, ale Kat zaraz potem go uspokoiła.
- Przecież się znacie... - zaczęła. Jack jej przerwał.
- Tak, tak, twoi koledzy i sługusy. Ale mam wrażenie, że coś tu nie gra.
- Sługusy to już tak formalnie nie... - wyjaśnił Szayel robiąc typowo animcowy gest poprawiania okularów.
- Nie obchodzi to mnie. Kim wy dla niej jesteście. Nie formalnie. Prywatnie.
- Jack... to są przyjaciele... W sumie pojawiliście się w złym momencie - zwróciła się zakłopotana do trójki koleżków.
- A ten? - wściekły Spicer wskazał na Ulquiorrę. - Bo patrzy się na ciebie cały czas jak pedofil lub gorzej. To twój sponsor?
Poczuł coś ciepłego wewnątrz siebie i to nie była porcja pysznego budyniu. Rozmazało mu się przed oczami. Chwilka... oh, to chyba ból. ZABILI MNIE - krzyknął w myślach i pisnął jak mała dziewczynka.
Przybyła trójka i Kat patrzyli tak sobie na Spicera nabitego na mieczyk Ulquiorry, który zaatakował od tyłu za pomocą Sonido.
- Ulqu, no weź... - mruknęła. - Idźcie sobie w ogóle...
Jak powiedziała, tak zrobili. Dziewczyna westchnęła głęboko. Uniosła Jack'a magią, wytarła krew z chodnika i teleportowała się do jego pokoju. Tam doprowadziła go do porządku, po czym położyła na kanapie.
Właściwie to był przytomny, ale dopiero po dłuższym czasie otworzył oczy, odwracając się jednocześnie plecami do niej.
- Nie wiem co ja sobie wtedy myślałam - powiedziała z prawdziwym smutkiem. - Nie kontrolowałam siebie, pozwoliłam sobie na za dużo... Nie będę przepraszać, bo to byłby żal.
- Kim on jest? - spytał. Solony pedofil, sponsor, nekrofil, chrupki promocyjne bez naklejki, skin w CSie najniższej jakości...
- Braciszkiem... - dodała z lekkim uśmieszkiem. A potem zrobili budyń wieczorny.

- Trochę zbyt narwany ten kolega - powiedział Szayel mieszając herbatę. Podał kubek dziewczynie.
- Nieee - odpowiedziała Kat pijąc herbatę. Wow, nawet posłodził. Szok normalnie.
- Jak wy się właściwie poznaliście?
- Hoho - zachichotała. - To było całkiem śmieszkowe.

- No ja teraz pracuję u Drakena - oznajmiła wtedy-jeszcze-nie-Gwen pewnego pięknego dnia.
- Co? Kto? - Kate wciągnęła pół łyżki do buzi. Siedziały sobie u czarnowłosej w pokoju.
- To taki koleś, on jest ogólnie tym złym. Ma taką pomocnicę i ja jestem drugą.
Super wyjaśnienie.
- Ale jak to złym? - Kate zamrugała oczkami. Jakaś mafia? Od pracy w sklepie odzieżowym w Centrum to niezły awans.
- No wiesz, czarny charakter, chce podbić świat i w ogóle.
- Aaa... - w sumie fajna robota. - To ja też tak chcę. Już wiem nawet u kogo będę pracować.
Zawiało mrokiem.

Ktoś zapukał do drzwi. Czerwonowłosy emo-got ruszył niechętnie otworzyć. Ujrzał znajomą dziewczynę z walizką. Ona była kiedyś u piżamowców smokiem elektryczności, energii czy innego światła czy coś.
- Czego - powiedział delikatnie. To miało być pytanie, ale nie chciało mu się wysilać na znaki interpunkcyjne.
- Mogę dla ciebie pracować? - spytała z radością w głosie. Co? CO?! Spicer zawiesił się trochę. Dobrze, że Wuya tu była. Wyleciała zza niego witając dziewczynę z uśmiechem.
- Zapraszamy, zapraszamy, chętnie przyjmiemy kogoś takiego jak ty. Wiem, że jesteś, hehehe, zdolna...
- To super - Kate wlazła do środka, a walizka zniknęła. W końcu to tylko był taki rekwizyt.

- I tyle? Nie brzmi emocjonująco - mruknął Szayel ssąc kostkę cukru.
- Początek może nie... ale było śmiesznie. Bo wiesz, to taka zmiana strony walki z powodu głupiej zachcianki.
- Czyli pierwotnie byłaś po stronie dobra... jaka nowość - uśmiechnął się znacząco Szayel.
Kate się zastanowiła. Na dobrą sprawę to jakoś nie uznawała siebie za osobę stojącą po stronie dobra, kiedy spędzała czas z Tośkiem... nawet kiedy pojawił się Aizen i te pe.
- W sumie to trochę skomplikowane... - raczej nie miała ochoty wykładać mu teraz tej całej filozofii czym jest Dobro, czym Zło i czym się różni Zło od zua zwanego popularniej złem.
- No i co tam z nim robiłaś?
- Szukaliśmy Shen Gong Wu - takich magicznych przedmiotów, walczyliśmy z piżamowcami - tymi dobrymi, u których kiedyś też trochę byłam... śmiesznie było, jak pierwszy raz zobaczyli mnie po jednej stronie z Jack'iem. No bo to ich wróg, no wiesz, mój kiedyś też. No i ćwiczyłam. Dużo ćwiczyłam. Wtedy najwięcej. Potem dostałam klejnot Heylinu, ściągnęliśmy do siebie Rossa i Raia...
- Wywiesiliście ogłoszenie w gazecie?
- HOHO. Nie. Rai był w piżamowcach, kiedyś już był po stronie Heylinu, ale wrócił. Ale jakoś tak wyszło, że dołączył ponownie, bo jesteśmy fajniejsi, a piżamowce to cieniasy. No błagam, kto by wytrzymał z Omim... to taki niski i łysy Grimmjow bez mięśni.
Szayel tylko pokiwał głową wciskając do ust kolejną kostkę.
- A Ross... cóż, to trochę skomplikowane. Bo wiesz, ja też się zapoznałam z tym całym Drakenem... bo to taka śmieszna sytuacja była.



- Dzisiaj idę na imieniny Drakena - oznajmiła powiedzmy-że-już-Gwen.
- Miłej imprezy - uśmiechnęła się Kate myśląc o tym co dzisiaj będzie robić z Jack'iem. Może w końcu uda im się obrabować tą Żabkę. Zabierają się do tego już jakiś czas, ale za każdym razem jak tylko dochodzi do czegoś to robi się już jasno na dworze.
- Taaa... On te imieniny robi co tydzień. Jak nie częściej.
- A czemu tak?
- Nie wiem. Sprasza wtedy całą rodzinę i wszystkich swoich złoli.
- Ale fajnie.
- Nie sądzę.
- A wiesz? Jack mówił coś, że on na jakieś imieniny dzisiaj idzie - przypomniało się jej.
- ...on jest taki biały, ma czerwone włosy i oczy, co nie?
- ...no.
Dziewczyny spojrzały na siebie.

 - O, Jack, przyszedłeś z koleżanką! Jak dobrze! Im więcej nas tym lepiej! - zaśpiewał niebieskoskóry dziwak z czarnym kucem i dziwnym płaszczem niby-nakowca, ale jednak takim eleganckim, otwierając drzwi, aby przywitać nowych gości.
- Ta... - mruknął albinos niezbyt zadowolony.
- To niesamowite, że jesteście kuzynami - Kate nie ukrywała zachwytu.
- Co nie? - wyszczerzył się Draken, po czym oboje oberwali po uszach dźwiękiem rozwijającej się trąbki-gwizdka, w którą dmuchnęła stojąca obok Gwen pełna emocji. Miała na sobie dokładnie ten sam kombinezon co stojąca gdzieś w pobliżu druga pomocnica Drakena - Strzyga. Tylko w innym kolorze. Chyba. Bo ciemno tam trochę było.
Jack przetarł uszy, po czym ruszył do stołu z przekąskami mijając po drodze tonę balonów i serpentyn.

- No i oboje mamy laski rzucające zielonymi magiami - mrugnął do wyżej wymienionej zielonej panienki, która na jego szczęście tego nie zauważyła.
- Przecież ci mówiłem, że nie jestem z Wuyą - odkrzyknął Jack z buzią wypchaną nachosami z sosem budyniowym.
- Jack, ale nie maczaj czipsów w plackach - Draken z łezkami w oczach podbiegł do niego.
- Hę? - albinos przyjrzał się naczyniu, w którym maczał trójkątne przekąski. Tak naprawdę to nie była miska, lecz półmisek i wcale nie wypełniony niczym kremowym... to po prostu było...
- Ciasto-krem. Bez biszkoptu i innych twardych warstw - wyjaśnił Draken ze smuteczkiem.
- Po prostu ci nie wyszło - skomentowała Gwen.
- Wcale nie!
- O, Vanessa - Kate dostrzegła blondwłosą siostrę Gwen, która siedząc na jakiejś kanapie obściskiwała się ze swoim chłopakiem Jonesym. - Też tu pracuje?
- Nie, dalej sprzedaje pieluchy w Hantingtonie - odpowiedziała dziewczyna.
Patrzyły tak chwilę na parkę. Nie, to było jednak niesmaczne. Wolały popatrzeć na faceta-małpę i Szkota w kilcie. Ciekawe czy był podrabiańcem i miał bieliznę.

- No to ciekawie - mruknął Szayel, któremu już robiło się lekko niedobrze od tego cukru.
Kate zamilkła zastanawiając się nad tym wszystkim. Dokładniej nad tym, czy gdziekolwiek załatwiła wszystkie sprawy do końca. No bo pomijając już to wszystko co było w 2010 roku... wystarczy nawet zostać przy czasach spędzonych z Jack'iem.

Hokus pokus, czary mary, tok wydarzeń nadszedł stary...
[Czyli kolejne staaare opko z drobną edycją, żeby oczy nie powypadały. Ale mniejszą niż ostatnio.]

Był piękny dzień. Kate spała w najlepsze. Aż tu nagle...
- Kate, wstawaj! - Jack był obudzony w najlepsze. Znaczy pobudzony czy coś. Kate w końcu (po 20 min.) wstała.
- Jack, mam pytanie. PO JAKIE LICHO MAM WSTAWAĆ TAK WCZEŚNIE?! Przecież Wielkanoc spędzam tu. Do Greybacka nie wrócę, a z Chasem i Whuyą też nie spędzę, no pls. Chciałabym pospać w święta, po prostu je tu przeczekam, iksde.
Jack przypuszczał, że taka odpowiedź padnie.
- A ja mam coś dla ciebie! Jedziesz do mnie na Wielkanoc! Mama się zgodziła.
- Na serio!? - Kate przytuliła Jack'a. - Jesteś słodki - pocałowała go w policzek.
- No ale dalej, na dworze czeka już autobus, pakuj się.
Co. Autobusem będą wracać ze szkoły mieszczącej się w piątym wymiarze do Jackowego domu w czwartym- Nie ważne. Wyjrzała przez okno. Na dworze czekał już ów pojazd. No szybko ją poinformował. Spakowała więc co tam miała. W sumie mając magię nie było jej to specjalnie potrzebne.
- Kate! Kate! Czekaj. Co ty... - Odd podbiegł do Kate i Jack'a idących w stronę autobusu. Gdy zobaczył walizki Kate posmutniał (puste walizki dla bajeru). - Myślałem że...
- Wiem, wiem - westchnęła. - Ale Jack dał mi propozycję nie do odrzucenia. Rozumiesz?
- No... - kolega i tak zrobił smutina na poziomie mocnym. Chciał, żeby razem spędzili te święta! Nikki też wyjeżdżała, został mu właściwie jeszcze...
- A przecież ma jeszcze mnie! - zza Odda wyjrzał Ten, Który Został, czyli Ben. - Jest też Mucha i Lenny! Będzie świetna zabawa! Papa! - pomachał gwałtownie do Kate.
Aha, już chciał się jej pozbyć?
- No to cześć Kate. I... Wesołych świąt - blondyn próbował się uśmiechnąć. Jakoś da radę. Może Mucha i Lenny przypadkowo wysadzą Bena czy coś.
- To pa - Kate podeszła do Odda i przytuliła go po przyjacielsku. - To tylko trzy dni - uśmiechnęła się.
- A ja? - upomniał się Ben i rozpostarł ręce do przytulenia.
Najpierw wygania a teraz hugaski.
- Cześć - powiedziała mu tylko i wsiadła z Jack'iem do autobusu. Ze środka pomachała jeszcze Oddowi.




 Po przyjeżdzie do domu... znaczy teleportacji. Czy kij wie co, bo przegapiła ten moment.
- Mamuś!
- Jack'uś! - tymi słowami Jack i mamusia już byli wtuleni w siebie.
Jak słodko.
- Dzień dobry - wymamrotała Kate.
- Witaj słonko. Jack mi o tobie opowiadał. Mam nadzieję, że dobrze się sprawował w szkole.
- Ależ tak. Dziękuję za przyjęcie mnie. Mam nadzieję, że nie sprawię kłopotu - powiedziała.
Ale inbowo.
- Skądże  - po tych chwilach uprzejmości Jack pokazał Kate pokój gościnny.
Trzy godziny później...
- Dzieci, zaraz obiad!
Rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Słychać dwa głosy.
- Jack! Tata wrócił!
- Tatuś! - Jack poderwał się i wybiegł z salonu, aby przywitać się z tatą. W końcu niezbyt często go widywał, bo ten pracował gdzieś w luj daleko. Ciekawe czy znowu przywiózł mu pamiątkę pokroju skrzynki z uwięzioną wiedźmą. Kate też wstała. Do salonu wszedł tata z Jack'iem przyklejonym do siebie.
- Dzień dobry - powiedziała Kate.
- Witaj Kate. Mam nadzieję, że ci się u nas spodoba - odrzekł ojciec.
NIECH SKOŃCZĄ Z TYMI UPRZEJMOŚCIAMI.
- Dobrze. To teraz chodźcie na obiad - powiedziała mamusia i poszli.
KONIEC, PLS.
Wieczorem ...
- Dzieci! Czas na kąpiel! - do pokoju Jack'a weszła mama. - Kate ty pierwsza. Jack, pokaż jej łazienkę i daj czyste ręczniki.
DOMOWE PRZEDSZKOLE, WSZYSTKIE DZIECI KOOCHAAAAA.
Po umyciu Jack'a i Kate gąbką, kiedy dziewczyna już leżała w gościnnym łóżku.
- Dobranoc - powiedziała do pani Spicer, która stała i się na nią gapiła.
- Dobranoc, Kate - rzekła mama i zgasiła światło.
Kate czuła się trochę dziwnie [w oryginale wspaniale, ale wtf, zmieniłam to bo bez sensu XD]. Była już w tym domu, ale nigdy nie czuła się w pełni legalnie. Zawsze właziła przez okno, albo się teleportowała. Poza tym głównie czas spędzała w pokoju Jack'a lub jego piwnicy. Panoszyli się po reszcie tylko jak nikogo nie było. Gdy w całym domu zgasły światła do pokoju ktoś zapukał.
- To ja - usłyszała.
- Wejdź - powiedziała szeptem. Drzwi się otworzyły i wszedł Jack w piżamie. (I z kocykiem w łapce.)
- Nie mogę zasnąć.
No pls, dopiero mamusia mu dała buziaka dobranocniaka, od kiedy zasypia się w sekundę?
- Kładź się... - poleciła odsuwając się na kraniec łóżka. Jack położył się obok niej.
Późną nocą... (A właściwie 10 minut później.)
- Rubin Ramzesa - Kate przeniosła Jack'a do jego pokoju i wróciła spać.

Szayel spał sobie z otwartymi oczami z głową opartą na dłoniach splecionych pod głową. Kat by się nie skapnęła, że nie słucha, ale chrapał. No ciekawe, pierwszy raz widzi śpiącego Arrancara, który nie jest Starrkiem. Wróciła do tych dziwnych wspomnień. W sumie dużo czasu spędziła po stronie Heylinu. Bardzo dużo. Tylko nie mogła sobie przypomnieć co tam tak długo robiła. Oprócz treningów, które odbywały się od czasu do czasu i jakiegoś wypadu do Wu. W Las Noches miała do dyspozycji milion osób więcej, a już się nudziła. No bo ile można imprezować, ściągać Ginowi buty, albo zastanawiać się z Szayelem nad sensem czegoś tam. Albo stalczyć Ulqa. Wtedy wpadło jej coś do głowy. A może tak odwiedzi starych znajomych? Na jej twarzyczkę wstąpił uśmiech. Atmosferka wspomnień z Jack'iem nie była śmieszkowa, ale z innymi zabawa może być znacznie ciekawsza... Tylko kogo by tu zabrać ze sobą na ten spacerek...


***
Mam nadzieję, że dostaliście raka od tego. Proszę nie komentować.
I nie rozumiem tych dwóch wcięć co się zrobiły na początku tekstu xD