LISTA STRON

|SŁOWO WSTĘPU|

Witam szanownego czytelnika w swoich skromnych progach.
Zapraszam do zapoznania się ze spisem mojej "twórczości" i wybraniem odpowiadającej sobie pozycji.
W razie problemów zapraszam do zakładki "Bohaterowie".
Życzę miłej lektury!

PS Będę wdzięczna za wszelkie komentarze~!

|Statystyka, co mnie na duchu wcale nie podnosi ani nic|

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mortis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mortis. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 września 2017

To była tylko gra

Tym razem gratka głównie dla ziomków z sekty, ale może i fani romansów, szczególnie tych w klimatach Harrego Pottera, znajdą coś dla siebie :)
W opowiadaniu znajduje się jedna moja postać oraz dwie innych osób.
Inspiracja: "Nazwij ją Hope"
***
 
 
Drobnymi pociągnięciami pędzla wypełniła nagie gałęzie zielonymi listkami, aby po chwili przyozdobić je białymi plamkami stawianymi w kształt kwiatów. Wiosenny krajobraz był tym, za czym tak bardzo tęskniła Hope, Puchonka z szóstego roku. Był już marzec, lecz biała pierzyna wciąż okrywała tereny Hogwartu. Złośliwe plotki mówiły, że dyrektor Bułhakow postanowił na dłużej zatrzymać domowy klimat, lecz Potocka nie wierzyła im. Widziała w nim dobrego człowieka, który nie narażałby uczniów na nieprzyjemności związane z pogodą. Właśnie mieszała farby, kiedy drzwi do sali artystycznej otworzyły się.
— Nie wolno tutaj przebywać uczniom bez opieki nauczyciela, Potocka. — Chłodny, lecz aksamitny głos, rozbrzmiał w pomieszczeniu.
— Mam zgodę od profesora Bułhakowa, Malfoy. — Hope nie musiała odrywać wzroku od płótna, aby wiedzieć, kto zaszczycił ją swoją obecnością. Mascius Brutus Malfoy był prefektem naczelnym i w każdej wolnej chwili szukał okazji do odjęcia punktów innym domom. Szczególnie lubił zabierać je przeciwnikom idei czystości krwi, a Hope Potocka była jedną z ważniejszych osób w środowisku szlam. Jej rodzice swoim charłactwem plamili genealogię dwóch czystokrwistych rodzin, zaś kuzynem był syn przewodniczących Ruchu Obrony Mugoli i Mugolaków. Mascius bardzo lubił nękać dziewczynę, co było dość trudne, ze względu na jej odwagę i spryt. Była Puchonką sercem, lecz duszę rozdartą miała pomiędzy Gryffindorem, a Slytherinem. Mogło to wydawać się dziwne, jednak miała kuzynkę Ślizgonkę, Morrigan, z którą utrzymywała potajemnie kontakt, gdyż jej rodzice nie pozwalali zadawać się z kimś tak nieczystym jak Hope. Z tego powodu Puchonka nie uznawała wszystkich uczniów z domu węża za złych. Bardzo lubiła swoją kuzynkę, chociaż ta przyznała się do związku z Masciusem. Hope nie potrafiła zrozumieć, co Morrigan widziała w tym wrednym chłopaku, który właśnie podszedł bliżej sztalugi.
— Co my tu mamy... — mruknął spoglądając na dzieło Puchonki.
— Odejdź, Malfoy — syknęła, chcąc osłonić ręką płótno, lecz niewiele to dało, gdyż było ono zbyt duże.
— Dodaj tego granatu trochę tutaj — zasugerował chwytając za jej dłoń, w której trzymała pędzelek, i kierując w obranym kierunku. — Widzisz? Ten kolor wydobył głębię.
Oniemiała Hope zerknęła z ukosa na chłopaka o włosach w barwie platynowego blondu.  Jego błękitne oczy z niesamowitą przenikliwością wpatrywały się w obraz, kryjąc jednocześnie w sobie jakąś tajemnicę. Dziewczyna była często zbyt nieśmiała, aby utrzymać kontakt wzrokowy, lecz tym razem jej zielone tęczówki nie uciekły spojrzeniem, kiedy Malfoy odwrócił wzrok i spojrzał w jej piegowatą twarzyczkę. Zarumieniła się lekko, co dodało jej uroku. Ślizgon uniósł dłoń i odsunął z jej czoła kasztanowy kosmyk włosów.
— Żaden obraz i tak nie będzie idealny, dopóki nie znajdzie się na nim twoja podobizna — wyszeptał. Hope dopiero teraz spuściła wzrok. Puchonce przypomniało się, jak jej koleżanka Anastasia wspominała o zamiłowaniu Malfoya do tworzenia portretów. Oczywiście nie chciała w to wierzyć, lecz wykazał się dzisiaj wystarczającą wiedzą, aby uznać tą informację za prawdę.
— Czy chcesz mnie na nim domalować? — Spytała cicho, unosząc wzrok, aby ponownie nawiązać kontakt wzrokowy.
— Nie, Hope. Nie tym razem. Najpierw chciałbym uczynić coś innego — szepnął zbliżając swoją twarz do niej. Pocałował ją krótko i namiętnie. — Kocham cię, Hope.
— Ale... jak to? — Zdziwiła się, a jej warga zadrżała. — Przecież ty i Morrigan...
 To tylko taka gra. Wiem, że chociaż Morri nie może zadawać się ze szlamami... przepraszam, to znaczy z osobami o takiej krwi jak twoja, to wciąż macie potajemny kontakt. Mówiła mi o tym kiedyś. Dlatego postanowiłem się zbliżyć do niej... aby w jakiś sposób być bliżej ciebie.
— Ja... Nie wierzę... To dlaczego... Dlaczego byłeś dla mnie taki niemiły? — Hope zacisnęła wargi, a jej oczy zasłonił strumień łez.
— Chciałem zwrócić na siebie uwagę... Przepraszam... Wybaczysz mi?
— Oczywiście, że tak! — Krzyknęła w odpowiedzi, jednak po chwili wróciła do szeptu. — Mascius... Ja... Ja ciebie też kocham...
Chłopak nie mówił już nic więcej. Objął ją, pocałował mocno i nie przestawał długi czas.
Po kilku godzinach wracali do dormitoriów trzymając się za rękę. Pokoje Slytherinu i Hufflepuffu były w lochach, więc większość drogi mogli iść razem. Niestety tuż przed ostatnimi schodami napotkali na swojej drodze dyrektora Bułhakowa.
— Panno Potocka? Panie Malfoy? — Uniósł brew spoglądając to na jednego, to na drugiego ucznia. Spojrzeniem również uraczył ich złączone dłonie.
— Eskortuję pannę Potocką do jej dormitorium, jako że jest już po ciszy nocnej — odpowiedział chłodno Mascius.
— Dobrze spełniasz swoje obowiązki, panie Malfoy. Po twoim ukończeniu Hogwartu będę mógł tylko pomarzyć o drugim takim prefekcie.
— Dziękuję, panie profesorze.
Bułhakow odwrócił się i odszedł. Malfoy odprowadził Hope, całując ją szybko na pożegnanie, po czym ruszył w stronę wyjścia z lochów. Chciał złapać dyrektora, nim ten zniknie w swoim gabinecie. Na szczęście znalazł go na schodach.
— Panie profesorze?
— Tak, panie Malfoy? — Vakel odwrócił się do ucznia.
— Mógłbym mieć do pana profesora prośbę?
— Jak najbardziej.
— Czy... czy udzieli mi pan ślubu?
— ...
— Mi i... Hope.
— Będę zaszczycony.
Kilka miesięcy później nadszedł dzień końca roku szkolnego. Uczniowie ostatniego roku znali już swoje wyniki OWUTEMów, a część z nich dostała już pracę w Ministerstwie Magii. Mascius Malfoy napisał swoje egzaminy nie tylko bezbłędnie, ale i popisał się wiedzą znacznie wykraczającą poza podstawę programową. W wypracowaniach zawarł wiele własnych tez i wyników badań, tak więc dodatkowe punkty umożliwiły mu zdobycie posady Ministra Magii. Nie było go jednak teraz na sali, tak jak i jeszcze jednej osoby.
— Cisza! — Dyrektor Bułhakow powstał i spróbował uciszyć uczniów siedzących w Wielkiej Sali na uroczystości zakończenia. Przerwali szepty, aby usłyszeć, czy nie zostaną dodane bądź odjęte jakieś punkty i czy wynik Pucharu Domów nie zmieni się.
— Moi drodzy. Mam dla was ważną wiadomość! Tym razem zakończenie roku świętujemy inaczej! — Klasnął w dłonie, a sala wypełniła się dekoracjami w barwach Slytherinu i Hufflepuffu. Uczniowie znowu zaczęli głośno rozmawiać. — Spokój! Puchar Domów symbolizuje ciężką pracę i wytrwałość, jednak dzisiaj będziemy świętować miłość! A dokładniej to ślub Masciusa Brutusa Malfoya i Hope Hermiony Potockiej!
Na kolejny gest profesora rozbrzmiał marsz weselny. Drzwi otworzyły się i do sali weszła para młoda. Mascius miał najelegantszą szatę wyjściową, jaka istniała na świecie, zaś Hope przywdziała biało-złotą szatę ślubną z welonem, który ciągnął się po ziemi. Ceremonia nie była długa, lecz pełna wzruszeń. Kiedy po przysiędze małżeńskiej para młoda złączyła swe usta w pocałunku, kasztanowe włosy Hope zajaśniały platyną. Głębokie emocje, jakie teraz przeżywała, rozbudziły w niej zdolności metamorfomagiczne, a potężna miłość do Masciusa upodobniła jej włosy do jego. Po ślubie wszyscy świętowali tak długo, że powrót Expressem przełożono na następny dzień.
Kilka lat później.
Kobieta o platynowych włosach pogłaskała małego chłopca po głowie.
— Mamo, ale podobno do Hufflepuffu idą tylko ci, którzy nie nadają się do innych domów.
Platynowowłosy mężczyzna położył chłopcu rękę na ramieniu.
— Brianie Martinie Malfoy. Masz w sobie krew najdzielniejszej, najsprytniejszej i najmądrzejszej Puchonki, jaka chodziła po tym świecie. Przydział do Hufflepuffu powinien być dla ciebie zaszczytem.
— Dobrze. Kocham cię mamo. Kocham cię tato — powiedział chłopiec tuląc rodziców, po czym wszedł do pociągu i odjechał w swoją pierwszą podróż do Hogwartu.


***
 
 
NIE WIERZĘ, ŻE TO NAPISAŁAM

sobota, 25 marca 2017

Tom Marlboro Lidl i Komnata Tajemnic z Kamieniem Filozoficznym

Padły pomysły, a ja spróbowałam coś napisać, ale to już nie wyszło takie śmieszne. Nie podoba mi się zakończenie.
Krótki opis bohaterów dla kontekstu:
Są to postacie z Mortisa, uczniowie Hogwartu, przedstawieni w nieco innej wersji.
Ururu Marquez - mój misiu, siwe włoski, miodowe oczki, Ślizgon, autystyczny naukowiec, zaginator czasoprzestrzeni.
Cyril Carter - młodszy o 2 lata kolega, Puchon, główny rozrabiaka Hogwartu, młody Batman.
Zack Raven - niewidomy Gryfon o uroczej buźce i kasztanowych falowanych włosach, właściwie znalazł się tu z przypadku, bo jest porządnym chłopcem.
Gabriel Foks - niby się znał z Markizem z drużyny, ale go nie lubił, Krukon, niemal białe włoski długości sięgające do podbródka, animag, raczej nie broi, ale życie.




 listopad, 1942rok, Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie

    Niewielu potrafiło tyle, co on. Niewielu było w stanie myśleć o rzeczach, jakie przechodziły przez głowę tego piątoklasisty. W starannie ułożonej fryzurze ciemnych włosów odbijały się refleksy spowodowane światłem świec zwieszających się przy kamiennych ścianach zamku. Było już po ciszy nocnej, lecz widok spacerującego chłopca nie budził niczyich zastrzeżeń. Był prefektem, zapewne przeprowadzał wieczorny obchód. Zawsze na swoim miejscu, zawsze wywiązujący się z obowiązków. Maska, którą przybrał, była idealna. Znany, lubiany, szanowany i doceniany. A może jednak niedoceniany? Nikt nie spodziewał się przecież po nim takich rzeczy, jakie krążyły w jego umyśle, domagając się ujścia. Ślizgon miał swoje ambicje, które półsłówkami wynurzał na świat rzeczywistości tak, żeby nie raziły swoim okrucieństwem. Teraz nie byłoby to wskazane, ale w przyszłości... Kto wie.
Chłopak skręcił, wchodząc do pomieszczenia, w jakim jeszcze ani razu nie dane mu było przebywać. Łazienka dziewcząt. Nie różniła się wiele od tej męskiej. Obszedł stojącą na środku walcowatą konstrukcję, wokół której ustawione były umywalki z lustrami. Wzrok miał spuszczony na wysokość kranów. W końcu dostrzegł znak. Symbol, którym oznaczone były rzeczy związane z legendarną Komnatą Tajemnic. Ślizgon był zafascynowany myślą o tym, że gdzieś pod szkołą mieszka niebezpieczna bestia, będąca zwierzątkiem wyhodowanym przez samego Slytherina do zabijania szlam. Z super tajnych książek dowiedział się, jak dostać się do Komnaty, a także w jaki sposób zapanować nad bazyliszkiem. Wysyczał hasło do zlewu, ten zaś wsunął się w konstrukcję i zsunął w dół, ukazując chłopcu tunel prowadzący w dół. Odpaliwszy Lumos na różdżce, skoczył w dół niczym Alicja do Krainy Czarów. Zjazd nie był przyjemny i potłukł sobie trochę pupcię. Wstał. Poświecił światłem. Był w jakimś pomieszczeniu, które było chyba dopiero przedsionkiem, gdyż przed nim znajdowały się wielkie wrota zamknięte na węże. Szepnął im znowu miłe słówko, a one zsunęły się z drzwi i otworzyły okrągłe przejście. Zafascynowany chłopak wszedł do korytarza. Posadzka była ze szlifowanego kamienia, zaś po obu bokach znajdowała się jakby fosa, oddzielająca go od ścian, z których wystawały potężne rzeźby otwartych paszczy węży. Ogólnie wszędzie było czuć wilgoć, jak to w lochach. Z sufitu chyba kapało. Szedł do przodu, widząc z daleka znaną już z książek płaskorzeźbę brodatego mężczyzny. Niektóre źródła podawały, że to podobizna samego Slytherina, inne, że to ojciec loszki z loga Starbucksa. Ale właściwie te informacje nie były sprzeczne ze sobą, prawda? Okrągłe pomieszczenie z płaskorzeźbą powiększało się w jego oczach, lecz coraz mniej wpasowywało się w klimat opuszczonego na tysiąc lat lochu. Na podłodze był jakiś dywan, po bokach ustawiono regały wypełnione książkami, stały tam też fotele i stoliki. Chłopak niemal wystraszył się zapachu herbaty, jaki dotarł do jego nosa. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że w fotelach odwróconych do niego tyłem, siedzieli ludzie.
    — Zack, weź zobacz kto przyszedł — rozległ się leniwy głos.
    — Jestem Tom — odezwał się chłopak od razu. — Tom Ma... — przerwał jednak, onieśmielony tym, że fotel poruszył się. Był zwykłym fotelem wypoczynkowym, ale odwrócił się, zapewne z powodu użycia magii. Siedział na nim mężczyzna o srebrnych włosach, lecz z całą pewnością nie był stary. Biła z niego jakaś młodość, jakby byli rówieśnikami. Zdradzało go tylko spojrzenie, niemożliwie przenikliwe, zawierające w sobie jakieś doświadczenie i tajemnicę.
    — Co tutaj robisz? — spytał srebrnowłosy świszczącym głosem.
    — Chciałem oswoić bazyliszka — odpowiedział Tom, rozglądając się. Siedzący przy najszerszym stole mężczyzna parsknął śmiechem. Ten rozmawiający ze Ślizgonem przybrał natomiast niezwykle poważny wyraz twarzy.
    — Spójrz na podłogę.
    Tom spuścił niespokojnie wzrok. Dywan. Co w nim było takiego niezwykłego? Jednak po chwili patrzenia dostrzegł, że to, co uważał za misterne sploty, było wężową łuską. Wybałuszył oczy zastanawiając się, czy tak naprawdę skończył słynny bazyliszek.
    — Ale... jak?
    — Zabiłem go — odpowiedział siwowłosy wpatrując się martwo w jakiś punkt.
Wtem obok Toma przebiegł lis z płaskim kwadratowym pudełkiem w pysku.
    — Mam wrażenie, że to była jego wina. — Sowie spojrzenie zatrzymało się na wyblakłym lisie, który nagle zamienił się w jasnowłosego młodego mężczyznę.
    — Hej, ale to nie byłem ja — mruknął pretensjonalnie wyciągając pudełko z ust. — Przyniosłem pizzę.
Mężczyzna, który wcześniej parsknął śmiechem rzucił się na pizzę. Tom poczuł woń kurczaka i ananasa. Hawajska. Poczuł się jeszcze bardziej zagrożony.
    — Poza tym — ciągnął lisi towarzysz — to nie ty go przecież zabiłeś.
    — Jak tego dokonaliście? — wtrącił się Tom.
    — To było proste. Nasłaliśmy na niego Zack'a — srebrnowłosy ruchem ręki odwrócił fotel stojący obok. Siedział na nim mężczyzna spoglądający pustym wzrokiem przed siebie. Jego dłonie poruszały się lekko, zapewne sterując unoszącym się w powietrzu zielonym szalikiem, który tworzył się magicznie na drutach. Sam czarownik miał na sobie sweter w tym samym kolorze z wyszytym srebrnym napisem "Gryffindor". Tom odczuł konsternację.
    — Ale on jest ślepy — stwierdził.
    — Ma echolokację — wyjaśnił srebrnowłosy. — Zazwyczaj stał na czatach i patrzył czy nikt nie idzie, ale tym razem stwierdziłem, że spełni główną rolę w przygodzie.
    — Skoro bazyliszek nie żyje... a wy chyba już nie jesteście uczniami... to co tu robicie?
    Sowiooki zamrugał.
    — Siedzimy — uśmiechnął się słodko i niewinnie. Chłopiec zawstydził się. Zerknął na jedzących pizzę, na ślepca, po czym powrócił wzrokiem na srebrnowłosego. W głowie pojawił mu się pewien plan.
    — Wydaje mi się, że jesteście wielkimi czarownikami. Czy moglibyście mi pomóc z pewnym problemem?
    — Niech będzie. Odpowiemy na jedno pytanie — odrzekł mężczyzna.
    — Czy... powiecie mi, jak się tworzy horkruksy? — spytał Tom z ekscytacją, ale i pewnym niepokojem. Może jednak nie wiedzieli wszystkiego?
    Odpowiedział mu uprzejmy śmiech każdego z czwórki mężczyzn. Siwowłosy popił herbatkę z kamienia filozoficznego.
    — Tak, tak horkruksy. Zabijasz kogoś, mówisz zaklęcie i kawałek twojej duszy trafia do wybranego przedmiotu. Wybierz coś osobistego, na przykład pamiętnik. Koniecznie schowaj to w jakimś oczywistym miejscu, pod latarnią najciemniej, cha cha. I wiesz, nie warto rozszczepiać duszy na więcej niż siedem kawałków. Bo co wtedy zrobisz z ciałem? Nakarmisz nim swoje zwierzątko?  Dostanie jeszcze niestrawności. Jeśli chciałeś być nieśmiertelny, to wystarczyło spytać o to, a nie o jakieś "horkrusy". Tych metod używa się chyba jeszcze tylko w plemionach pierwotnych i w Rosji — czarodziej wzruszył ramionami z uśmiechem. Tom odczuł ból zawodu. Jak mógł tak głupio zmarnować swoje jedyne pytanie?
    — Mogę spytać jeszcze o jakąś rzecz, proszę — błagał padając na kolana.
    — Spytaj, to się zastanowię, czy odpowiedzieć.
    — Jak stać się potężnym czarownikiem, który może osiągnąć wszystko?
    — Dobrze się składa, mam na to wzór — srebrnowłosy wyciągnął zwój pergaminu z kieszeni i rzucił chłopcu. Zafascynowany Ślizgon odwinął kawałek pegaminu, który rozwinął się niemal od razu do końca. A długi był, jak lista zamówień Świętego Mikołaja. Oczywiście końcówka wpadła do fosy i tyle z zabawy. Tom zapłakał gorzko, ale zabrał się za obliczenia. Srebrnowłosy podsunął mu nawet liczydło. Mężczyźni z zaciekawieniem wpatrywali się w chłopca, który trzaskał równania.
    — Opłacało się zamienić Wróżbiarstwo na Matematykę — szepnął ucieszony sowiooki do towarzyszy.
    Tom dochodził do końca suchej części. Wysunął pergamin ostrożnie z wody. Pismo nie rozmazało się tak bardzo, jak myślał. Miały minuty, godziny. Mężczyźni z dobroci serca podsunęli mu kawałek pizzy, ale nie chciał. Zajęli się swoimi sprawami, a dzielny Tom liczył. Po tygodniu podłączyli go do kroplówki, bo pochłonięty zadaniem nie reagował na bodźce z zewnątrz, a nie chcieli go tracić.
    Minęły trzy lata. Tom w końcu oderwał wzrok. Spojrzał przekrwionymi oczami na srebrnowłosego i otworzył buzię, powoli wydobywając z siebie głos.
    — A... Ale... Tu jest... Wychodzi mi... Ujemna delta — jęknął. Mężczyźni zachichotali.
    — Oj, głupi chłopcze. Naprawdę wydawało ci się, że na bycie wielkim czarodziejem jest wzór?
    Tom rozpłakał się i uciekł. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że zmarnował dość ważny kawałek swojego życia na coś takiego. Okazało się, że został wyrzucony z Hogwartu, bo nikt nawet nie pomyślał, że mógł zaginąć, więc uznali, że uciekł. Z tego powodu nie mógł przystąpić do żadnych egzaminów, nie miał wykształcenia, nie mógł podjąć dobrej pracy. Został mścicielem, który postanowił trenować w zaciszu, aby zemścić się na czwórce czarodziejów.
    Morał z tego taki, że nie warto wątpić w Ururu Markiza. Do widzenia.

sobota, 24 grudnia 2016

Ponowne spotkanie Bonifacego i Jewgienija

Opowiadanko na Sekretnego Bułkołaja na Mortisie.
Wylosowałam Kaylin (Iryska) i wybrałam jedyną słuszną opcję z tych, które zaproponowała (żartuję, Buttermore też jest fajne).
Mam nadzieję, że Ci się spodoba, misiu.

Informacje, które mogą się przydać dla osób spoza tematu:
Jewgienij "Giena" Bułhakow - super ekstra czarodziej z Rosji, zabił ojca godzinę przed swoim ślubem i zrobił horkruksa.
Vakel Bułhakow - brat powyższego, na pierwszy rzut oka misiaczek, ale tak naprawdę to niezbyt, ale w sumie tak, dyrek Hogwartu; kiedy szedł z Gieną zakopać ciało ojca, wpadli na gromadkę dzików, starszy brat spetryfikował lochę, a młodszy zaadoptował jednego z warchlaków.
Czas akcji: ostatnie dni sierpnia, 1934 rok.

***

   Jewgienij nie spał dobrze tej nocy. Nękany koszmarami wiercił się we wszystkie strony tak, że obudził się jeszcze przed wschodem słońca, podduszany prześcieradłem. Wyplątał się z materiału, naciągnął górną część piżamy, która się podwinęła podczas nocnej przygody i wstał. Zimny kamień posadzki nie byłby niczym nowym dla Bułhakowa, gdyby nie fakt, że ostatnie lata spędził w dość ciepłych zaułkach Ministerstwa, a nie w Rosji. W Hogwarcie pogoda była zdecydowanie gorsza, niż w Londynie. Wniosek ten wysnuł na podstawie niecałych dwudziestu czterech godzin, jakie tu spędził, ale mógł. W końcu był panem świata. Wciągnął pierwszą lepszą szatę, do tego kołnierz z dzika i ruszył. Rok szkolny zaczyna się dopiero za tydzień, lecz skrzaty już szykowały posiłki dla nauczycieli, mających wiele do zrobienia jeszcze przed początkiem września. Jewgienij wyszedł z pokoju, ruszył korytarzem, po czym z zadowoleniem odkrył klatkę schodową, o wiele większą niż ta, po której wprowadził go wczoraj Vakel na górę. Była zdecydowanie bardziej elegancka, w dodatku mógł sobie popatrzeć na ładne obrazy. Śmiało postawił nogę, na pierwszym stopniu prowadzącym w dół, kiedy niespodziewanie schody zaczęły się ruszać. Płynące gdzieś po skosie w dół stopnie rozciągnęły Bułhakowa, mającego drugą stopę cały czas na stabilnym piętrze. Rozciągany czarodziej zrobił szpagat, po czym zebrał się w sobie i jakimś cudem udało mu się wtoczyć na uciekającą platformę. Ledwo zatrzymał się przed sturlaniem po stopniach w dół, gdzieś na jakieś ostatnie piętro. Kiedy schody przycumowały do brzegu, wsunął się na wyglądający stabilnie kawałek podłogi. Nie wstał na nogi, póki nie znalazł się na korytarzu.
   Jewgienijowi przeszedł nastrój na śniadanie. Postanowił odnaleźć braciszka i pokazać mu, co myśli o tej szkole. Wczoraj zahaczyła go jakaś zbroja, podczas kąpieli podglądały duchy, a teraz prawie się zabił na głupich schodach. Ciekawe ile ofiar śmiertelnych zgarniają stopnie grozy w ciągu roku szkolnego.
   Wypowiedział głupie hasło obok gargulca, który wpuścił go na kręte schodki (znowu schody!). Jewgienij wbiegł na górę, po czym poślizgnął się na wycieraczce stojącej przy wejściu. Udało mu się złapać równowagę, ale jakieś dwa metry przejechał. Odesłał ją kopniakiem pod ścianę i rozejrzał się. Nie sądził, że Vakel poszedł na śniadanie, to nie w jego stylu. Może poszedł do kuchni wyrywać? Chociaż nie, w Hogwarcie były skrzaty, chyba aż tak nienormalny nie był. Bo nie był? (Jewgienij oczywiście dowiedział się o wizycie Vakela w kuchni Bułhakowów w dniu "ślubu".)
   — Ej! — krzyknął, bojąc się zrobić kroku. Już mu wystarczyło niespodzianek. Spojrzał w lewo - książki. W prawo - książki. Przed sobą biurko zawalone papierami. Fotel z wysokim oparciem odwrócony był od Jewgienija. A może Vakel na nim zasnął? Czas na pobudkę, pomyślał Giena i aż zatarł rączki. Zrobił ostrożny krok w przód, potem drugi... aż nagle fotel drgnął. Oh nie, obudził się! Siedzenie nagle zaczęło się odwracać. Coś ścisnęło się w Bułhakowie w momencie, w którym powinien dojrzeć chociażby kolana brata, ale dalej nic nie widział. Fotel powoli kończył odwracanie się o sto osiemdziesiąt stopni. Giena wbił wzrok w miejsce, w którym zobaczyć powinno się twarz... lecz jej nie ujrzał. Samoobracające się krzesła, fantastycznie - pomyślał, lecz wtedy jego spojrzenie spoczęło nieco niżej i ujrzał faktyczną żywą istotę, siedzącą na fotelu. Na początku myślał, że to tylko jakaś szmata. Jednak szybka analiza bodźca wzrokowego dostarczyła mu informacji o dokładnym kształcie obiektu.
   Ciśnienie w czystokrwistych żyłach Jewgienija podskoczyło gwałtownie. Źrenice zwężyły się, zaś pięści zacisnęły.
   — To ty — wysyczał do młodego dzika siedzącego na fotelu z założonymi raciczkami. Ubrany był w brązową szatę z kapturem. — Pamiętam ciebie! Byłeś wtedy w Rosji...
   Dziczek wpatrywał się w Jewgienija stalowym spojrzeniem. Oczywiście, że go poznawał. Nie odezwał się jednak ani słowem. Chciał, aby Bułhakow sprowokował się samym patrzeniem.
   — W tym zamku nie ma miejsca dla nas obu — stwierdził czarodziej wyciągając z kieszeni swoją różdżkę. Wycelował w dziczka wypowiadając dwa magiczne słowa: Hokus pokus.
   Zielone światło rozbłysło z końca jego różdżki. Nawet nie próbuj, Jewgieniju - pomyślał dzik. Podskoczył wysoko i wykonując salto, opadł na biurko stojąc na tylnych raciczkach. Również wyciągnął swoją broń. Ze srebrnej różdżki wystrzelił złoty promień.
   Prawdziwa walka rozpoczęła się. Jewgienij z całą mocą atakował dzika, chcąc trafić go swoim laserem. Ich szaty falowały. Ciął w prawo, w lewo, boki krótko, góra, dół. Nieustraszony warchlaczek odskakiwał od każdego ciosu, niczym wirująca piłeczka. Sam jeszcze nie atakował. Dopiero po chwili również zamachnął się i skrzyżował lasery ich różdżek.
   — Daj spokój, nie masz żadnych szans — warknął Jewgienij. Był na tyle silny, że bez problemu odepchnął prosiaczka. Ten przesunął się kilka metrów do tyłu, odbił od podłogi, zostawiając ślady zarysowane przez tylko raciczki, po czym jak strzała poleciał w stronę Jewgienija, wirując wokół własnej osi. Czarodziej nie wiedział jak chwycić różdżkę, aby dobrze odbić atak, postanowił więc się odsunąć. Dzik przestał się kręcić na chwilę przed kontaktem ze ścianą, odbił się, jego szata zafalowała, a następnie znowu nacierał na Bułhakowa przecinając powietrze swoją bronią. Tym razem czarownik chciał odebrać atak. Nie spodziewał się jednak takiej siły ze strony napastnika. Różdżka wypadła mu z ręki i poturlała się pod biurko. Podczas obrotu dzik kopnął Jewgienija w twarz tak, że ten przewrócił się na plecy. Prosiak stanął na nim i wycelował laserem w szyję. Bułhakow nie wiedział, co zrobić. Życie nie przeleciało mu przed oczami, lecz nie potrafił stwierdzić, czy to znak, że dzik nie wykona ostatecznego ciosu, czy to z powodu posiadania horkruksa.
   — Zawsze zapominasz, czego się nauczyłeś, Jewgieniju — przemówił warchlak. — Użyj mocy!
   Bułhakow poczuł, jak odzyskuje siły. Wyciągnął dłoń w kierunku biurka, zaś różdżka posłusznie wleciała do jego ręki.
   — Na ujemne punkty Marqueza, co tu się dzieje? — wykrzyknął zaskoczony Vakel, który właśnie wszedł do gabinetu. — Gdzie jest wycieraczka!?
   Dyrektor podszedł do ściany, gdzie spoczywał zwinięty ów przedmiot i elegancko ułożył go we właściwym miejscu. W tym czasie pozycja Jewgienija i dzika nie zmieniła się.
   — Bonifacy, wystarczy — westchnął Vakel, zaś warchlak posłusznie schował broń i zszedł ze starszego Bułhakowa. — Czego chciałeś? I czemu nie przyszedłeś na śniadanie? — zwrócił się do brata i rzucił mu spojrzenie, jakby ten nie nazywał się Bułhakow, tylko Sue. — Myślałeś, że co, że wyrywam skrzaty w kuchni zamiast coś zjeść, jak normalny człowiek?
Jewgienij podniósł się z podłogi bez słowa. W tym momencie chciał po prostu wyjść.
   — Odpowiedz mi. W jakim celu wtargnąłeś do mojego gabinetu? Mam ciebie zwolnić?
   Giena spuścił wzrok. Nie chciał być zwolniony.
   — Pytam się. Czy ja mam ciebie zwolnić? Co? Chcesz wylecieć?
   — Przyszedłem, bo... — Jewgienij przerwał. Nie mógł teraz zacząć narzekać, bo faktycznie wyleci. — Miałem dostać zadanie.
   Vakel pokiwał głową.
   — Dobrze, proszę bardzo. Odbierz misję, a potem znikaj — powiedział wskazując na biurko. Giena liczył na zadanie od brata. Liczył, że to Vakel był tutaj szefem i da mu jakieś papiery do wypełnienia. Lecz prawda okazała się jeszcze gorsza. Na fotelu siedział już Bonifacy. Siedział tam tak, jakby od zawsze to było jego miejsce. Twardym wzrokiem wpatrywał się w Jewgienija. W co ja się wkopałem, pomyślał wściekły.
   — Jesteś już gotowy — przemówił dzik. — Możesz rozpocząć szkolenie swojego padawana.
   Jewgienij nie mógł w to uwierzyć. Czyli jednak powrócił do szkolenia. Poza tym, Vakel wiedział o Dziku Jedi. Co więcej: Dzik siedział na jego dyrektorskim fotelu. Czy cały Hogwart był pod wpływem Imperatora? Jaką rolę odgrywał w tym sam Vakel? Przed oczami Jewgienija przeleciały wszystkie ważne chwile jego życia. Poznanie Dzika Jedi, szkolenie na specjalnych zajęciach dodatkowych w szkole, egzamin na Jedi, wojna w Wietnamie. Widział teraz te wspomnienia, jakby na nowo ożyły w jego sercu. Również to, w którym "Bonifacy" (bo nie było to jego prawdziwe imię), wyrzekł się go za złamanie kodeksu. Od tego czasu Jewgienij szkolił się na własną rękę. Podczas pobytu w Rosji nie dostrzegł, że w grupce dziczków krzątających się wokół spetryfikowanej loszki znajdował się Dzik Jedi, ale teraz kawałki układanki ułożyły się w jedną całość. On go tak naprawdę nigdy nie opuścił. To była część szkolenia. Obserwował wszystkie ważne momenty jego życia. A teraz znowu się ujawnił i zezwolił na posiadanie własnego padawana.
   — Potocka? — spytał chcąc upewnić się, że myślał o tej samej osobie, co Dzik Jedi.
   — Potocka — warchlak skinął głową. Nie każdy mógł dołączyć do zakonu Jedi. Nie każdy miał dobrą krew, aby wykonać słowiański przykuc, niezbędny do wielu pradawnych technik zakonu.

środa, 28 września 2016

Co ona w nim widzi?

Siema, misiaczki. Mam coś dla Was.
Krótkie opowiadanko zainspirowane uczącym się Iryskiem.
Historyjka o postaciach z Mortisa, ale zadbałam o to, aby każdy mógł się tym delektować.
Miłej lektury.

>>MUZYCZKA<<

***
Zadanie na zadaniu. Chociaż w tym roku i tak zrezygnowała z większości przedmiotów, obowiązków miała wystarczająco, żeby odczuwać dyskomfort z tym związany. Pół roku minęło, jakby było tylko kilkoma dniami spędzonymi przy ciężkiej pracy oraz zaganianiu pierwszaków do dormitorium po ciszy nocnej. Samopoczucie od początków wrześnie nie poprawiło się. Częste migreny, trudności z zasypianiem, dziwne, niewyraźne wizje. Starała się opanować swoje umiejętności związane z posiadaniem trzeciego oka, lecz pomimo stosowania wskazówek profesor od wróżbiarstwa, niewiele się zmieniło. Kaylin oczywiście nie wątpiła w kompetencje pani Lestrange - w końcu sam Bułhakow ją zatrudnił, dlatego uznawała wszystko za swoją winę.
Z podkrążonymi oczami wyjrzała z łazienki prefektów, aby upewnić się, że nikogo nie ma w pobliżu. Jej dość nieprzystępna poza niestety nie odstraszała niektórych nachalnych pierwszaków, którzy lubowali się w zagadywaniu panny Wittermore i proszeniu jej o pomoc w nauce. Zazwyczaj się zgadzała, bo cóż innego mogła zrobić? Musiała przyznać, że takie prośby podnosiły jej nieco samopoczucie, czuła się doceniona i... najlepsza. Cisza nocna miała wybić za kilka minut. Jako prefekt mogła się wałęsać po korytarzu dowoli, lecz jej ostrożność wynikała z braku nastroju na chociażby zobaczenie innej żywej duszy, nie wspominając już o wysileniu się na jakiekolwiek słowa pozdrowienia. Chude palce obejmowały kurczowo podręcznik do numerologii autorstwa samego Bułhakowa. Kiedy się uczyła z tego przedmiotu, potrzebowała absolutnej ciszy i spokoju, a łazienka prefektów nadawała się do tego perfekcyjnie. W końcu tylko kilka osób miało dostęp do tego miejsca... a i tak z niego niespecjalnie korzystali. Najmniej oczekiwanym przybyszem byłaby oczywiście Hope, lecz Puchonka z przyzwyczajenia zazwyczaj chodziła po prostu do damskiej toalety. Całe szczęście.
Krukonka nie dostrzegła nikogo, więc wyszła na korytarz. Chcąc dość szybko znaleźć się w dormitorium obrała swoje najszybsze tempo... co tym razem skończyło się prawie wypadkiem. Nagłe pojawienie się istoty ludzkiej przed dziewczyną wywołało odruchowe zatrzymanie się zaledwie kilka sekund przed, wydawałoby się pewnym, zderzeniem z Marquezem, który pojawił się znikąd.
- Co ty tu robisz? - niemal krzyknęła na szarowłosego, nie unosząc nawet głowy, żeby spojrzeć mu w twarz.
- Przepraszam, właśnie wracałem do dormitorium. Proszę się nie martwić, już za chwilę się tam znajdę - zapewnił, a Wittermore dobrze wiedziała, że na jego twarzy widnieje promienny uśmiech. Co prawda widziała go w stanie głębokiej rozpaczy, lecz wciąż nie mogła uwierzyć w tamto spotkanie. Ururu był czasem naprawdę niewiarygodny... i to wcale nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Chociaż był dobrym uczniem, Kaylin nigdy nie uważała go za dobrego człowieka. A najgorsze w nim było to, że... Addyson chyba wolała go od niej. Dlaczego? Bo był chłopakiem? Krukonka nie wiedziała dokładnie jakie relacje są pomiędzy Marquezem, a Clemen, ale samo patrzenie na nich na lekcjach było obrzydliwe. Kiedy spoglądali na siebie... Kiedy jego idiotyczny uśmiech jeszcze bardziej się powiększał na widok Puchonki... Kaylin wiele razy obiecywała sobie nie ingerować, jako że sama obdarzyła uczuciem osobę dla niej nieodpowiednią, lecz Ślizgon zawsze kuł ją w oczy.
- Byłem tylko w bibliotece. Miałem niesamowite szczęście. Udało mi się wypożyczyć ostatnią książkę. Wie panienka, tu jest ten rozdział, który profesor Bułhakow kazał nam przeczytać na jutrzejsze zajęcia. Panienka pewnie już go dobrze zna - dodał, gdyż w jego przypadku wypowiedzenie dwóch zdań to zdecydowanie za mało. Opatrzył je też swoim lekkim śmiechem, który brzmiał jakby po prostu wydychał powietrze, które uśmiech jego ust przeistacza w śmiejącą się mgiełkę. - Życzę miłej nocy, do zobaczenia na jutrzejszych... - przerwał widząc jak lico stojącej przed nim dziewczyny podnosi się i obdarza przerażonym spojrzeniem. - Coś się stało? - spytał szczerze zmartwiony, lecz wciąż brzmiał pogodnie.
Zapomniała. Kompletnie zapomniała o tym dodatkowym zadaniu wyznaczonym przez Bułhakowa. I co ona teraz zrobi? Z pewnością zapyta na lekcji o to... a ona nie będzie mogła się zgłosić. Czy wtedy do odpowiedzi zostanie wybrany taki Marquez? Albo co gorsza - Potocka? Do wypowiedzi Puchonki Kaylin była sceptycznie nastawiona po jej popisie na Opiece Nad Magicznymi Stworzeniami w ubiegłym roku szkolnym, lecz teraz jakby się poprawiła... i stała się jeszcze bardziej aktywna. Nie wiedzieć czemu, Hope zapisała się nawet na numerologię. Po co? Powodem tego była chęć spędzenia dodatkowego czasu ze swoim opiekunem - Bułhakow pomimo zajęcia stanowiska dyrektora pozostał odpowiedzialny za Hufflepuff, lecz dla Wittermore każda osoba w pobliżu ukochanego numerologa była nadmiernie podejrzana.
Ktokolwiek by nie uczęszczał na zajęcia - nie ma prawa zabłysnąć w oczach tego konkretnego profesora, chyba, że nazywa się Kaylin Wittermore. Chciała już wyrwać książkę z rąk Marqueza, ale zdołała tylko upuścić podręcznik, jaki sama targała ostatkami sił. Schyliła się szybko po niego, ubolewając w głębi duszy nad lekko zagiętym rogiem, jaki powstał w tym wypadku. Ururu jako osoba nieznająca się na emocjach, dostrzegła jednak rozdarcie Krukonki. Nie mógł niestety wpaść na żaden powód, dla którego byłaby ona tak przygnębiona.
- Czy coś panienkę boli? Pomóc panience dojść do skrzydła? - zaoferował, przyglądając się dziewczynie uważnie swoimi dziwnymi oczami w kolorze miodu.
- Nie, dziękuję. Mógłbyś mi... pożyczyć na chwilkę tą książkę? Chciałabym coś... sprawdzić - powiedziała starając się brzmieć i wyglądać normalnie. Chłopak podał jej tom, zaś ona odszukała sprawnie rozdział, jaki mieli przeczytać. Może to tylko kilka stron... dojrzy kilka słów kluczowych i jakoś się domyśli, o czym tam jest napisane. Mało prawdopodobne, w końcu numerologia była dla niej przysłowiową "czarną magią", ale nie miała innego wyjścia.
Rozdział rozciągał się na niemal jedną czwartą książki. Nie w sposób dojść nawet o czym opowiada. Zacisnęła zęby, gwałtownie oddała Marquezowi jego własność, po czym biegiem wróciła do łazienki.
Pochyliła się nad toaletą. Nie zjadła kolacji, obiad zdążyła już dzisiaj zwrócić... jednak negatywne emocje wciąż z niej ulatywały. Nie słyszała kroków, poczuła tylko jak ktoś delikatnie unosi jej splątane blond loki, aby nie przeszkadzały w bezowocnym pochylaniu się nad muszlą. Zdążyła tylko zakaszleć okrutnie kilka razy, po czym otarła usta rękawem szaty. Z jej oczu pociekły łzy, usta zaś wydał się cichy szloch. Kaylin potrafiła długo trzymać uczucia w sobie, lecz kiedy zbyt wiele sytuacji na nią napierało, dawała im upust właśnie w tym miejscu. Zamglonym spojrzeniem dostrzegła siadającego naprzeciwko niej Marqueza. Widziała też chusteczkę, którą podawał dziewczynie, lecz nie przyjęła jej.
- Nie możesz tu być - powiedziała zła na niego.
- Wiem, ale panienka wyglądała bardzo źle i nie chciałem tak panienki zostawiać - wyjaśnił pospiesznie wciąż wpatrując się w Krukonkę ze zmartwieniem.
- Nie jestem Addyson, nie zadawaj się ze mną - rzuciła nie dbając specjalnie o to, czy mówi z sensem. Chciała się go po prostu pozbyć. - I oddaj mi książkę. Konfiskuję ją za bycie poza dormitorium w czasie ciszy nocnej. Trzeba było wcześniej pomyśleć i udać się do biblioteki o normalnej porze.
Wyciągnęła wyczekująco rękę w jego stronę.
- Ale to panienka mnie zagadała, kiedy ja już chciałem iść... - rzucił na swoje usprawiedliwienie, brzmiąc jak zawsze niewinnie, wcale nie tak, jakby chciał Krukonce ubliżyć w jakikolwiek spokój. Powoli jednak sięgał po książkę. Chociaż... przecież mógł uciec. Tak jak przy ich pierwszym "bliższym" spotkaniu. Kiedy to miała skonfiskować mu samopiszące pióro, a on dał jej zwykłe, po czym wybył z sali.
- Oddawaj! - podniosła głos, łapiąc za książkę będącą wciąż w jego uścisku.
- A czy wtedy nie stracę punktów? Wie panienka, nie chciałbym w tym roku ich tracić... - zaczął ostrożnie. W ubiegłym roku dzięki niemu Slytherin wylądował z ujemną punktacją. Z drugiej strony, był też Ślizgonem, który zdobył ich najwięcej... a w dodatku był drugim najlepszym uczniem w całej szkole. Zaraz po Wittermore. Tej samej, która właśnie siedziała przed nim na zimnej posadzce łazienki prefektów i próbowała wyszarpnąć mu książkę. - Niech mi panienka da szansę przeczytać to, bardzo proszę... Obiecuję, że się nie zgłoszę do odpowiedzi, żeby panienka mogła to zrobić... Chciałbym tylko z ciekawości ją przeczytać...
- Nie będziesz czytał żadnej książki, Marquez - warknęła. Była coraz bardziej zła. Ona chciała przeczytać wymagany fragment, aby zaimponować Bułhakowowi, a ten Marquez chciał przeczytać aż całą książkę tylko dla przyjemności? Szarpnęła przedmiot mocniej, lecz niestety chłopak jakąś siłę również posiadał (poza tym kto mógłby być słabszy od tak wychudzonej i przemęczonej dziewczyny?), dlatego jedynie przyciągnęła się nieco do niego.  - Oddaj mi to... Ja muszę przeczytać... Jeszcze raz...
- Jestem przekonany, że panienka wszystko zapamiętała, poza tym ma panienka z całą pewnością zrobione dobre notatki, jakich ja już nie będę spisywał ze względu na późną porę.
Ururu nie dawał za wygraną, chociaż cała sytuacja była nawet dla niego nieco dziwna. Dostrzegał też w tym pewną niezręczność.
- Oh, na Merlina, daj mi to, bo ja tego na oczy nie widziałam! - krzyknęła nie wytrzymując i zalewając się kolejną falą łez. Marquez odpuścił.
- Panienka wygląda na zmęczoną, jest panienka pewna, że chce się za to zabierać teraz? Przeczytałem kilka stron po drodze, to jest dość nieciekawe... - powiedział kiwając głową.
Kaylin desperacko przerzuciła strony do wymaganego rozdziału. Miał rację. Słowa zlewały jej się przed oczami. Co teraz? Otarła łzy rękawem, aby przypadkiem nie spadły na otwarte stronnice zadrukowane numerologią.
- Ale niech się panienka nie martwi... Możemy przeczytać to razem...
Usłyszawszy propozycję, przyciągnęła książkę do piersi. Nie ma mowy, żeby jakiś Marquez spędzał z nią czas o tej porze. Ale czy miała inny wybór? Uspokoiła oddech i podała mu książkę.
Zaczął czytać... a jednocześnie streszczać tekst na głos. Z początku myślała, że Ururu żartuje, lecz dobrze widziała jak miodowe tęczówki biegają szybko po stronicach, a uśmiechnięte usta wypluwają wiarygodnie brzmiące treści. Nie mając lepszych alternatyw po prostu słuchała. Czasami wtrącał w niektóre miejsca ten swój dziwny śmiech, bądź też dodawał jakiś komentarz nawiązujący do rzeczy, o których nie miała pojęcia - o matematyce, czy też fizyce. Rzucał też osobliwymi porównaniami. Starała się go jednak słuchać, pomimo zmęczenia, jakie je ogarniało. Czyżby sen postanowił przyjść w tak niepowołanym momencie? Trzymała się jednak mocno, chociaż musiała wyglądać nieszczególnie dobrze, gdyż Ślizgon co jakiś czas pytał się jej, czy słucha. Kiwała wtedy tylko głową, czasem coś odburkiwała w odpowiedzi. Dziewczynie udało się zapamiętać, co było na ostatniej stronie, jednak nie mogła już sobie przypomnieć, czy dotarła do dormitorium o własnych nogach.
Właściwie nie byłoby niczym dziwnym, gdyby Marquezowi udało się odpowiedzieć poprawnie na pytanie przy wejściu do królestwa Krukonów.
Na drugi dzień czuła się w pewnym sensie wyspana, miała również jakiś taki spokój w sobie. W sali od  numerologii była pierwsza, zajęła więc miejsce w ławce najbliżej biurka nauczycielskiego. Normalną rzeczą był srebrnowłosy Ślizgon siadający obok niej chwilę później. Ururu, tak jak ona, preferował miejsca w pierwszych rzędach, a jako że byli na rocznikach mających zajęcia wspólnie, a on chodził na wszystkie możliwe - był jej towarzyszem niemal za każdym razem. Na niektórych lekcjach wymieniali się tylko miejscami obok Addyson. Również dla tego nie znosiła jego widoku. Tym razem nie było inaczej. Jego pojawienie się spowodowało odwrócenie wzroku i zaburzenie dotychczasowego spokoju.  Miała mu za złe, że wczoraj pojawił się na korytarzu, że przypomniał o zadaniu, że pobiegł do łazienki... i pomógł jej. Tyle razy sama służyła mu radą. Wiedziała, że nie może szukać w nim ziarna dobra, a nie chciała, żeby się odwdzięczał. Bo też tym było to, co uczynił, prawda?