LISTA STRON

|SŁOWO WSTĘPU|

Witam szanownego czytelnika w swoich skromnych progach.
Zapraszam do zapoznania się ze spisem mojej "twórczości" i wybraniem odpowiadającej sobie pozycji.
W razie problemów zapraszam do zakładki "Bohaterowie".
Życzę miłej lektury!

PS Będę wdzięczna za wszelkie komentarze~!

|Statystyka, co mnie na duchu wcale nie podnosi ani nic|

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hetalia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hetalia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 września 2015

26# Nocne Party u Kat 3

Witam serdecznie.
Postanowiłam na poważnie podejść do tego bloga, a mianowicie zmienić wygląd (mam raka oka od tego co widać w "Spisie opowiadań") i może jakoś zareklamować. Muszę zerwać z myśleniem, że skoro w opowiadaniach pojawiają się nieznane innym osoby, to będzie to dla nich nudne. Bo przecież jak czytamy nową książkę, to jest to nasz pierwszy kontakt z jej bohaterami, czyż nie?

Nocne Party u Kat 3 zostało napisane 28-29 sierpnia tego roku. Niestety wena nie dopisała i musiałam to wszystko obrobić. Współautorką można nazwać Roxi, bo pomogła nawet bardziej niż ostatnio, huehue XDD

Co do powieści - robi się... a raczej robiła. Nie wiem jak wyjdzie.

Chętnie bym spisała Nocne Party u Roxi, bo to była taka psychodela, że szok i w ogóle to było w końcu prawdziwa nocna impreza XDD

Wracając do głównego tematu. Wczoraj przeczytałam mojego starego bloga (Bleach Parody Magazine, gdzieś w linkach na starym blogu jest) i w kilku momentach naprawdę poleciały mi łezki ze śmiechu. Nie stwierdzam, że się wypaliłam w pisaniu parodii, czy jakkolwiek nazwanych śmiesznych rzeczy... Po prostu tak jakoś mieszam ładne opisy z randomami.

Miłej zabawy.

_____________________________________________________


A wszystko zaczęło się w Krainie Świnek. Po udanej misji, Kat i Roxi wróciły do domu. Były lekko zmęczone, jednak objawił im się duch... Nie wierzyły własnym oczom... Nie był to jednak duch Michaela Jackson'a, który miał piątą [szóstą!] rocznicę śmierci. Jasne włosy odbijały się w świetle księżyca. Na początku myślały, że to Jerzak, jednak po chwili padły na kolana, widząc, iż mają przed sobą prawdziwego Emajnema.
- Biały, nie znaczy lepszy - powiedział. Wtedy przypomniały sobie jego naukę. Nie było czasu na odpoczynek. Pora zorganizować kolejne przyjęcie.
Tym razem miało być to eleganckie przyjęcie herbaciane. Filiżanki, ciasteczka, imbryczki, Henryczki i Orliczki.  Jednak, pojawiły się trudności z utworzeniem listy gości. Nie wiedziały bowiem, kto ze znajomych skusiłby się na takie klimaty, poza Aizenem, którego i tak nie zaproszą. Postanowiły nadać przyjęciu jakąś tematyczną otoczkę. Padły różne propozycje. Minecraft, Posiedzenie Rządu, Bal transwestytów im. Ciela P. Nie mogły się jednak zdecydować, dlatego zostały bez tematu. Poza tym znając życie nikt by się nie przebrał i dekoracje kij by trafił. Przebrani ludzie w normalnym miejscu wyglądają o wiele lepiej niż Hogwart z Mugolami.
Rozpoczęły przygotowania. Gośćmi, zajmą się później. Zamówienie serwetek i herbaty, dla nieokreślonej liczby osób nie było niestety łatwe. Dlatego zaprosiły większość znajomych nie mówiąc im o tym, że to przyjęcie herbaciane. Tak chyba najłatwiej. Może jednak ktoś przyjdzie.
Rok później, czyli w dniu imprezy, już o siódmej, kiedy gang piekarzy harcował na ulicy, nadjechał tajemniczy van. Jego kierowca przedstawił się jako dostawca porcelany. Razem z Kat i Roxi rozłożyli zastawę na stołach, pożyczonych z Ikei. Następnie rozstawiły inne potrzebne rzeczy, np. krzesła, darmowy parking, dmuchany zamek i stoisko z watą dla Grimmjowa. Nie zdążyły niestety się przebrać w odpowiednie kreacje, gdyż pojawili się pierwsi goście. Niekulturalnie to z ich strony.
- Mamusiu - powiedział Iwan machając do Kat na powitanie. Roxi w tym czasie wycofała się nieco, udając, że nie widzi Yao stojącego obok Rosji. Nie, żeby w jakiś sposób unikała go, czy tam może bała się Iwanka. Spróbowała wejść do domu, aby się przebrać. Niemal nie zderzyła się z Pepper, która właśnie staczała się ze schodów. Dexter, idący za nią, nie przejmował się tym, że jego dziewczyna nieco za bardzo panoszy się wszędzie. W końcu byli buntownikami.
Kat w tym czasie witała kolejnych gości. Niezbyt komfortowo się czuła robiąc to w swoim codziennym dresie, ale cóż miała zrobić. W sumie to był dres wyjściowy, bo tą spódnicę ubierała także na specjalne okazje. Chociaż nawet dobrze było - miała w co wytrzeć dłonie po tym, jak przez przypadek jej ręce otarły się o Grimmjowa przechodzącego zbyt blisko. Goście z wyraźną nieśmiałością zajmowali miejsca. Większość z nich nigdy nie była na przyjęciu, gdzie stał zastawiony stół i nie wiedzieli, jak się zachować. Wywołało to lekkie zgorszenie na twarzy Dziadka Janusza. Poza tym byli w szoku, że to przyjęcie herbaciane. Ale na przykład taki Grimmjow nawet się cieszył. Mógł popisać się swoją umiejętnością picia herbaty, którą opanował do perfekcji podczas służenia Aizenowi. Dobra, wystarczy już tego pisania o Grimmie tylko, przecież tam była masa innych osób jeszcze! Na przykład Hirako. Nikt nie miał pojęcia skąd ten facet wziął się w tym gronie. Poza tym wzbudzał kontrowersje krawatem niedopasowanym do koloru butów.
Roxi udało się przebrać i dojść do gości. Przypomniało jej się Nocne Party u Kat, kiedy latała w stroju Vadera. Teraz wiedziała już kim on jest. Niestety. W końcu każdą lampę w tym domu zdobił jego wizerunek. Odkąd Kat kupiła książeczkę z naprasowankami i innymi poradami DIY z Gwiezdnymi Wojnami, zmieniło się tu nie do poznania.
Po pierwszej filiżance, widać było, kto ma słabą głowę. Yao rękawami zamiatał połowę stołu, kiedy sięgał po cukier. Iwan starał się ostrożnie dodawać kostki cukru do herbaty, jednak niestety kruszył je szczypczykami w połowi drogi do napoju. Nnoit dzwonił łyżeczką przy mieszaniu. Pepper piła całą filiżankę jednym łykiem i wycierała po tym usta. Dziadek Janusz nie wytrzymał. Nie podobało mu się to wschodnie towarzystwo.
- Jak ty wyjdziesz za Ruska, albo Ukraińca, to ja na ślub nie przyjadę! - krzyknął w stronę Kat, która właśnie patrzyła. Iwan nie zdążył spytać, czemu miałby brać ślub z mamusią, bo Dziadek opuścił serwer.
Roxi otwarcie zaczęła przyznawać się do kontaktów z Iśkiem dopiero wtedy, gdy Yao zniknął pod krzesłem. Nie wiedziała co prawda, czy Leon informuje ojca o swoim życiu prywatnym, jednak wolała nie ryzykować. (Sugerowanie, że mu cokolwiek mówi.) Iwanowi było przykro, więc zabrał Chińczyka i poszli do domu.
Kat zapuściła w końcu normalną muzykę. Było to coś o wiele lepszego niż rok temu. Wtedy było tylko zwykłe "Jestem bogiem", tego dnia leciała prawilna wersja będąca coverem z feat i Arką Noego. Wystarczyło, aby Nnoitra zamanifestował swoją przynależność do Zgromadzenia Magicznych Fasolek. Jest to, drodzy koledzy, organizacja ekologiczna, mająca na celu zlewicowanie świata przestępczego. Ale kogo to obchodzi. Większość ze zgromadzonych, nie wiedziała kim jest pan Jiruga, więc po prostu go zignorowali. Zainteresowania nie okazał również Bartioszek, będący zazwyczaj osobą otwartą na nowe idee.
Parkiet tej imprezy został ochrzczony przez Codiego, który ze swoją nową modną fryzurą (tak, zgadliście, "na pędzla"), co krok załapywał coraz więcej atencji od przebywających wokół.
/Britnej Plaża/
Cody godnie zastępował Łosia, który porzucił życie dynamicznego tancerza, na rzecz producenta Szopkinsów - najlepiej sprzedającej się serii zabawek na zachodzie. Zdobył tym serca milionów osób.
Grimmjow był zazdrosny. Nie mógł pozwolić, aby jakiś młodziak zabrał jego atencję. Ruszył na parkiet. Wyginając się jak stały bywalec dożynkowych dyskotek w remizie spowodował, że ludzie automatycznie oderwali wzrok od miejsca do tańca. To było po prostu niesmaczne. Nnoitra aż zakrztusił się torebką od herbaty widząc kolegę w akcji. Szayel musiał go ratować. Na szczęście zabrał swój podróżny zestaw małego medyka. Kiedy tak go ratował, siedzący obok Tesla nie zauważył, że wstawiony pięcioma filiżankami Luppi, malował mu paznokcie na buraczkowo. Łotwie aż przypomniała się pewna szarlotka, przez co jego twarz przybrała kolor wspomnianego wcześniej warzywa. Miał nadzieję, że Roxi tego nie widziała.
Mógł być spokojny. Była zajęta dyskretnym uciekaniem od Braciszka Francji, który postanowił przełamać wszelkie bariery i pokazać czym jest równość wszystkich ludzi, poprzez taniec z Grimmjowem. Tym samym niebezpiecznie zbliżyli się do miejsca, w którym siedział Isiek z obstawą. Czyli Roxi, hehe.
Na chwilę zgasły światła. Ale tylko na sekundę. Wszyscy zwrócili wzrok na drzwi od piwnicy. Zauważyli dwa lasery, które okazały się po chwili oczami gospodarza. Henryk zerknął na taras, po czym zdecydował, że wróci do środka. Znajcie łaskę.
Kat postanowiła się przebrać w coś ciekawszego. Wchodząc na górę upewniała się, że w domu nikogo nie było. Na parterze czysto. Na piętrze też. (Na półpiętrze też). Tylko Henryczek zabunkrował się pod stołem w salonie czekając na sposobny moment aby zgankować kogoś za pomocą swojej umiejętności biernej. Kaczi zakluczyła więc drzwi do swojego pokoju, aby w spokoju przebrać się w piękną sukienkę. Kiedy tylko lekko podciągnęła bluzkę, usłyszała kogoś. Odwróciła się spanikowana. Szayel i Ulquiorra siedzieli na kanapie. Matko jedyna, Szopkinsie limitowany. Jak mogła ich nie zauważyć. Zamieniła twarz na czerwonego pomidora, po czym grzecznie kazała im ulotnić się stąd. Nie wiedzieli o co chodzi. Szczerze mówiąc nawet na nią nie patrzyli. No bo przecież nie sugerujmy, że jakiś dojrzały mężczyzna pokroju Szayela zainteresuje się ledwo pełnoletnią losową dziewoją. Haha, zabawne. Musiała więc iść przebrać się do łazienki. Niestety na toalecie siedział Jason czytając nowy numer Gościa Niedzielnego. Chciała załatwić to szybko, więc musiała wrócić do pokoju. Przebrała się tak, żeby niczego nie zauważyli. Bo akurat by na nią patrzyli. Byli pochłonięci poważną rozmową na temat wpływów występowania pauzy we wszystkich Tamagotchi, oprócz tych japońskich, na podaż obuwia w Stanach. Zapomniała niestety o portrecie Sparrowa, który czujnie obserwował wszystko jednym okiem (drugie było zasłonięte fartuszkiem wiszącym na wieszaku nad plakatem). Ledwo się przebrała, ktoś wpadł do drzwi. Musiała zapomnieć zakluczyć, albo rozwalili jej klamkę. Dan, z krawatem na czole, w jednej ręce przytrzymywał Prusa, a w drugiej trzymał jakąś dwulitrową puszkę Mołtan Dju.
- No bo chciołem z gospodorzem się zoboczyć żeby upominek wręczyć osobiście - rzekł wciskając dziewczynie puszkę w ręce. Lekko zakłopotana odłożyła ją do reszty, po czym rzuciła się ocenić stan drzwi. Blondyn opuścił pomieszczenie słysząc jakieś ciekawe bity z dołu. Prusa niestety zostawił. Trzeźwy albinos rzucił spojrzeniem na dwójkę siedzącą na kanapie. Westchnął i mruknął coś pod nosem.
- Co to za cieniasy - powiedział do Kat. Nie wiedziała o co mu chodzi. Może to miało być pytanie, lecz Prus będąc nowoczesnym, nie używał znaków interpunkcyjnych. Albo Iwan zjadł mu cały zapas, ups.
Szayel i Ulqu tradycyjnie zignorowali go. Nie lubili rozmawiać z obcymi młodzieńcami. Ulquiorra po chwili wstał, otworzył balkon i wyszedł mówiąc coś o tym, że idzie odebrać telefon. Kat po bilansie drzwi ruszyła na dół pilnować przyjęcia.
- Ju szol mi dałn bat ajm skfaf ajm tajtaaan - krzyczał ktoś do mikrofonu. Chyba odpalili karaoke.
Szayel klikał sobie na swoim telefoniku z klapką, kiedy poczuł, że ktoś zajął miejsce obok niego. Miodowe oczy na ułamek sekundy spotkały na swojej drodze dwa rubinki. Prus uśmiechnął się szeroko.
- Kolejne azjatyckie transiki? - spytał. Wiedział, że Kat lubi Kambodże i inne takie. Nie mógł jednak stwierdzić, kiedy dokładnie pozbył się lewego ramienia. Może urodził się bez niego? Po chwili zarejestrował palec różowowłosego przyłożony do miejsca, gdzie kiedyś mogła znajdować się pruska kończyna. Ciekawie. I nawet kropla krwi nie upadła na podłogę. Szayel wiedział, że nie warto denerwować Kat syfieniem domu.
Izuru w ciszy i skupieniu zaparzał kolejną herbatkę. Wszyscy mu odradzali. Wypił już wystarczająco. Co zrobi, gdy... Blondyn nagle wstał i wbiegł do domu. Musiał jak najszybciej znaleźć łazienkę. Ilość herbaty, którą wypił, nie mogła zmieścić się w jego małym pęcherzu. Przypomniał sobie swoją babcię, która wydziergała na drutach sweterek na pęcherz, żeby sobie nie przeziębił. A może to zrobiła Kim na swoim biuście. Nie ważne. Niestety spotkała go tragiczna wiadomość. Obie łazienki były nieczynne. Przypomniał sobie dopiero teraz słowa ludzi mówiących mu, aby odpuścił kolejną filiżankę. Poczuł wtedy coś. Ten smutek zalewający jego ciało. Upadł na podłogę. Czemu to zawsze musiało się tak kończyć. Sięgnął ręką do kieszeni. O nie. Musiał zostawić telefon w domu. A tak bardzo chciał się podzielić tym uczuciem ze swoimi kolegami z Uczuciopedii. Poczuł wilgoć pod palcami. Widocznie łzy cieknące mu po twarzy utworzyły niezłą kałużę. Poczuł znowu coś - jak ktoś klepie go po głowie. Spojrzał w górę.
- Gin?
- Jejku, Izuru, czemu klęczysz w jakiejś kałuży moczu? - spytał białowłosy uważając, aby samemu nie wejść w żółte jeziorko. Izuru chciał umrzeć. Ale jego pęcherz, uwolniony od zmartwień, powiedział mu, że życie jest piękne. I tego blondyn postanowił się trzymać. Wyciągnął dłoń w stronę byłego przyjaciela, aby ten pomógł mu wstać, jednak zdał sobie sprawę, że miał ją mokrą. Smutne.
Kat pilnowała porządku. Wszystko szło elegancko. Nawet Francja opuścił parcelę, a ktoś pokusił się na stwierdzenie, że zrobił to razem z Łotwą. Kilka osób tańczyło do murzyńskich rapsów, niektórzy leżeli na trawie i oglądali gwiazdy. Niebo faktycznie wyglądało tego dnia wyjątkowo.   Postanowiła więc wyciągnąć telefon i zerknąć w Plemiona. Surowce same się nie zdobędą, a wojsko samo się nie zrobi. Nagle ktoś ją złapał za ramię. Odwróciła się szybko. Zobaczyła niezidentyfikowaną rękę bez właściciela. Miała nadzieję, że nie maczał w tym palców Jason. Jednak lepiej i tak znaleźć Pesę.
Nie wiedząc, o co chodzi, Nnoit wrzucił pieniążka do kapelusza leżącego przy nieznanej mu osobie, która całkiem ładnie udawała chodzącego grzyba. Później się dowiedział, że ten ktoś nie zbierał pieniędzy, a nakrycie głowy po prostu leżało i stracił bezpowrotnie trzy dolony.
- No kurczę - skomentował Nnoit, lat sto czternaście. (Ze względów bezpieczeństwa dla młodych czytelników i ogólnej przyzwoitości dubbing został ocenzurowany.)
Roxi wraz z Iśkiem była jedną z osób leżących na trawie i oglądających gwiazdy, leżała przytulona do jego boku. Nagle podszedł do nich Cody.
- No hej mała, mogę się dołączyć ? - nie czekając na odpowiedź wepchnął się pomiędzy nich. Isiek spojrzał na Roxi pytająco po czym wstał a ona zrobiła to samo.
- Co ty tworzysz? Nie zgodziłam się na dotykanie mnie - chwyciła Iśka za dłoń i przeszli położyć się kilka metrów dalej. - Następnym razem najpierw wypełnij podanie - dodała odchodząc.
Cody westchnął. Na lekkie dotknięcie podanie, na dodanie do znajomych podanie, na dołączenie do grupki jakieś refy... Co z tym światem jest nie tak? Gdzie jest miłość dla innych? Braciszku Francjo, czemuś nas opuścił?
- Znam to uczucie - usłyszał czyjś głos. Odwrócił głowę w bok. Obok niego leżał Harold wpatrujący się w gwiazdy.
Pan Lala wdał się w ciekawą pogawędkę z Pedobearem. Sączyli sobie herbatkę, kiedy ich spokój został zakłócony przez... nie, jednak nie został zakłócony.
Kat naśladowała dźwięki miecza świetlnego machając jakimś zwitkiem papieru. Patrzyła przy tym uważnie na swoje odbicie w piekarniku. Głupio by było, gdyby nagle ktoś wszedł do kuchni.
- Aha - powiedział Hirako wchodząc do kuchni. W ręce trzymał puszkę Małtan Dju. Rzucając w dziewczynę zdegustowanym spojrzeniem, schował to do lodówki. Kat zauważyła, że puszka była otwarta. Dziwne. Schowała szybko zwitek papieru za siebie i spoglądała na jego blond włosy powiewające na braku wiatru. Najgorsze było to, że miał je dłuższe od jej włosów, chociaż zapuszczał dopiero dwa lata. Zaczęło się to wszystko wtedy, kiedy zaproponowała mu zrobienie kospleju Lady Gagi i Beyonce z Telephone. Niestety nic z tego nie wyszło, gdyż Kat była zbyt jasna. A nie chciała, żeby inni kosplejerzy się śmiali z jej wady. Bo cała ta gadka o tym, że kosplej to tylko zabawa to zwykła ściema. Wiele już wycierpiała, kiedy jej koledzy byli nękani z powodu rzeczy, na które nie mają wpływu. Tak było w przypadku Izuru w stroju Deidary (zbyt nisko osadzony zewnętrzny kącik oka), Kaname w stroju Lucjana z Ligi Legend (za krótka szyja) lub Ulqa w stroju Dołka z Krasnoludków (za krótki palec wskazujący przy prawej stopie). Kiedy Hirako wyszedł z kuchni, wyciągnęła puszkę z lodówki. Tak jak myślała, była kompletnie pusta. Nie rozumiała, czemu wrzucał puste opakowania po produktach spożywczych do lodówek, piekarników i pod łóżka. Może to ten słynny kryzys wieku średniego.
Pomimo dynamicznej muzyki, zawiewało trochę nudą. To już nie były te stare dobre imprezy, które wspominało się z pokolenia na pokolenie. Kat postanowiła zaproponować jakąś zabawę, jednak wiedziała, że "7 minut w niebie" jest zbyt kontrowersyjne. I bała się sama trafić do szafy z kimś niepowołanym. Ogłosiła więc grę w butelkę. Niestety trudno znaleźć butelkę na przyjęciu herbacianym, więc rolę tą pełnił tradycyjnie Harold. Odsunęli meble na bok i usiedli w kole. Harold przyjął pozycję żelazka (czyli kołyski - przyp. dla osób typu Kat).
Pierwsza kręciła Roxi. Wylosowała Izuru.
- Pytanie czy zadanie? - spytała. Blondyn, wciąż pełen traumy wydarzenia na korytarzu, odpowiedział krótko, że pytanie. - Czy pomysł z herbacianym przyjęciem był dobry, czy wolałbyś coś innego?
Mina Nnoita po tym pytaniu wyrażała wszystko.
- Co to za pytanie! - zbulwersował się.
- Spokojnie, Nnoitro - uspokoił go Szayel. - W końcu nie ustaliliśmy poziomu dirtu pytań - zerknął na Kat. Ta rozejrzała się po ludziach. Odpowiedź była prosta. Super dirty.
- Obojętnie - powiedziała. Niestety towarzystwo było zbyt mieszane, żeby zaszaleć.
- Czym jest dirt? - spytała Natalka z uśmiechem.
- To ziemia po angielsku - odpowiedziała Pepper zawstydzając Natalkę brakiem znajomości języka.
Izuru podrapał się po głowie. Ogólnie by mu się podobało, jednak ta cała sytuacja z przedawkowaniem...
- Nie jest źle... - wymruczał zastanawiając się jak zakręcić Haroldem. Kiedy już się udało, wylosował Kat. Wybrała zadanie. Po zebranych przeszło krótkie "Ooooo". - Musisz... Wykonać głupi telefon.
- Uuuuu - powiedzieli wszyscy. Nieco staroświeckie zadanie, ale jednak wzbudzało emocje i kontrowersje nawet wśród młodzieży XXI wieku. Wyciągnęła telefon. Wybrała numer. Włączyła na głośnik, żeby wszyscy mogli słyszeć. Pierwszy dźwięk, drugi, trzeci... Niestety jak zwykle Sea nie odbierał. Postanowili więc zadzwonić do kogoś innego. Dan podał jej numer do Szweda i zadzwonili. Odebrał.
- Halo? Ikea? Stół mi się rozkręcił, HEHEHE - krzyknęła nieśmiesznie do telefonu. - Twoja matka skręca ołówki w Ikei!
Nnoit pokręcił głową. Nie podobało mu się to. Musiała się bardziej postarać. O dziwo, Szwed jeszcze był na linii.
- Kupuję meble w Voxie - powiedziała do telefonu i rozłączyła się. Poziom śmieszności w atmosferze był bardzo zły. Ludzie spoglądali speszeni w posadzkę. Kat zakręciła szybko Haroldem. Wylosowała Luppiego. Był to odważny chłopiec, dlatego wybrał zadanie.
- Zaśpiewaj patriotyczną piosenkę - powiedziała. Chłopak zamrugał kilka razy swoimi pięknymi oczkami. Hueco Mundo chyba nie miało własnych piosenek. - Jak nie, to zaśpiewaj "Wojenko, wojenko".
Więc zaśpiewał. Niestety nikt nie mógł zweryfikować, czy zrobił to poprawnie, bo nikt nie znał tego utworu. A następnie wylosował Iśka, który o dziwo wybrał również zadanie.
- Poliż tego tam w łokcie - powiedział Luppi wskazując na Hirako.
- Chyba nie - blondyn złapał się za łokcie.
- To może kogoś innego? - spytał Isiek niezwykle ochoczo (jak na niego). Luppi wskazał więc na Szayela. Różowowłosy podwinął rękawki. Iśko wykonał zadanie sprawiając, że Roxi prawie umarła z zażenowania. No kurczę, lizać łokcie Szayela, serio, Iśko? Dan zakrztusił się Prince Polo na ten widok, po czym oberwał od Roxi za kradzież jedzenia z jej buta. Następnie wypadł Bartioszek wybierający zawsze pytanie.
- Jaka była ostatnio przeczytana przez ciebie książka?
Kat miała zamiar rzucić się na Iśka. Nie było chyba gorszego pytania. Bartioszek zaczął opowiadać o książce opowiadającej o podróży pewnej dziennikarki do Estonii. Opisywał jej zmagania z biedą i ubóstwem, na które się natknęła. Dodatkowo opisywał zalety okładki i papieru wydania, które posiada. Trzeba było mu przypomnieć, że teraz kręci, bo by nie skończył. Wylosowany został Tesla. Ten spokojny chłopiec został przy pytaniu.
- Co sądzisz o teledysku "Alejandro"?
- Chyba jest w porządku... - odpowiedział Tesla. Zaszalał. Aż Nnoit zagwizdał zębami. Następnie tenże cyklop został wylosowany. Oczywiście wybrał zadanie.
- Okrąż nas skacząc jak króliczek.
Tego Nnoit nie przewidział.
- Przesadziłeś, gnojku!
Ale zrobił to. Po dwóch skokach Tesla upomniał go, żeby przyłożył ręce do głowy jak uszka. Bez grymaszenia, tak jak to jest w przypadku jedzenia warzyw na obiad, Cyklop wykonał zadanie. Teraz się zemści na kolejnej osobie. Cody. Na niej akurat słabo mógł się zemścić, poza tym to mugol, którego zabije pierwszy lepszy pantofelek czy inne gronkowce, no ale. Imię Nnoitra do czegoś zobowiązuje.
A to ciekawe.
- Hehe, zadanie - powiedział chłopiec luzackim tonem. - Pytania są dla ciot.
Izuru spuścił głowę.
Nie no, serio, wystarczy już tego poniżania go.
- Przytul Henryczka - powiedział Nnoir mrużąc oko.
Wszyscy wstrzymali oddech. Chyba przesadził. Dan wykaszlał uchem okruszki Prince Polo.
Kat szybko poszła jednak po kotka i podała go Codiemu. Ten nie zdążył dobrze go złapać, gdyż Henryczek odgryzł mu nos i wydrapał oko. Nnoit tarzał się po ziemi we własnych łzach popuszczonych ze śmiechu.
- Tak się nie robi... - powiedział smutno Cody odkładając kota. Grimm pocieszył go, że podczas ostatniej imprezy on stracił obie gałki. W nagrodę Harold zakręcił się na konto Codiego bez jego ingerencji.
- Eh, loszki to kurki - westchnął tylko Cody, który nie miał nastroju.
Nawet takie śmieszki jak Dan, odczuwał ten przykry nastrój. Niestety nie zdążył nikt wypaść, bo Harold odwinął się z pozycji kołyski i wstał.
- Tu jest tak nudziarsko, że lepiej bawiłem się na wakacjach z mamą w Sarbinowie - powiedział. - Zagrajmy w prawdziwą GRĘ. Normalnie Tibia w trzy de. Taka terenowa fajna. I ja wam ją zorganizuję. Połączę Was w pary i dam zadania do wykonania.
Wyciągnął jakąś kartkę, pospisywał imiona zebranych, po czym w sposób zupełnie losowy stworzył super świetne zespoły.
- Pamiętajcie, walczycie na śmierć i życie! - krzyknął do ludzi, którzy właśnie zapoznawali się z treścią pierwszego zadania. Nikt nawet się nie zastanawiał, kiedy zdołał on zorganizować grę terenową na te okolice.
Pepper i Hirako przenieśli się na dach. Blondyn od razu stwierdził, że chyba już nie będą w ten sposób podróżować. Prosiaczka nie ważyła dużo, ale dziwnie mu było ją uchwycić w jakikolwiek sposób. Poza tym Dexter wyglądał groźnie, nie chciał wywołać kontrowersji ani tym bardziej zostać pobitym przez tego buntownika. Spojrzał na kartkę z zadaniem. To było proste.
Gin uśmiechnął się szeroko. Lubił całkiem Toshiro, jednak bez wzajemności. Mierzyli się tylko wzrokiem zastanawiając się nad pierwszym zadaniem.
Prus rozwalił się na trawie. Roxi spojrzała na kartkę z zadaniem.
"Na górze duże,
Na dole róże,
Tosty z jajeczkiem
Smażę na rurze"
Odpowiedź była oczywista. Jednak nie wiedziała jak znaleźć daną osobę. Zerknęła na Prusa. W końcu byli przyjaciółmi.
- Prusie, zadzwoń po Francę, on nam pomoże wykonać zadanie. Teraz!
/Gesus bak, gesus bak, gesus bak, gesus, nanananananana narara nanananan/
Mój mózg nie może przetworzyć Dana i Tesli jako wspólników. Zostawmy to bez komentarza póki co.
Bartioszek spojrzał na obuwie Iśka, który zapoznawał się z treścią pierwszego zadania. Jasnowłosy zauważył ten wzrok, więc posłał mu spojrzenie pytającego kamienia. Zapowiadała się ciężka współpraca.
Nnoit zaśmiał się aż z treści zadania. Co nie zmieniało faktu, że ani on, ani Luppi nie wiedzieli co z tym zrobić.
- Może musimy się przebrać, zrobić żywą rzeźbę... - zastanawiał się na głos niższy z dwójki. I chyba na tym skończyli. Nnoitra jednak się nie poddawał. Wyciągnął z buta miniaturkę Santy Teresy, którą mógł w każdej chwili powiększyć do normalnych rozmiarów, i ruszył spokojnie w stronę Harolda. Na jego twarzy widniał wielki uśmiech.
Cody przeczytał zadanie na głos i posłał Panu Lali swoją szparkę między jedynkami.
- Pewnie chodzi o striptizerkę - powiedział chłopak. - Tylko nie wiem co mamy z tym zrobić.
Izuru z Ulquiorrą miał również problem. Nie tylko nie mogli wpaść na żaden pomysł, ale i mieli problemy z komunikacją. Ulqu się właściwie nie odzywał. Izuru był bardzo speszony. Nie wiedział, czy coś robi nie tak, czy Arrancar z natury nie będzie odzywał się do Shinigami. Najgorsze było to, że Ulqu patrzył w zupełnie inną stronę, jakby go zupełnie nie interesowała ta zabawa. A bez pracy zespołowej daleko nie zajdą... Izuru musiał pracować sam, jeśli nie chciał przegrać. Znowu. Jak zwykle.
Ale nie zapominajmy, że jest bardzo dzielny i w końcu sam prowadził trzeciom dywizję szynek z Biedronki!
Szayel i Grimmjow wpadli na podobny trop jak Cody. Byli właśnie w drodze do Pig Pena, który niestety znajdował się w innym wymiarze. Z tego powodu Szay wątpił, że robią dobrze. W końcu organizator zabawy był zwykłym człowiekiem...
Kat założyła kaptur. Dexter zawiązał na czole czerwoną przepaskę. Byli gotowi. Wygrają to. Niestety zagadka mimo wszystko była trudna nawet dla nich. Ostatnie dwie linijki Kat interpretowała jako metaforę miecza świetlnego.
- Na górze coś dużego, fajnego, a na dole róże - może to oznaczać też po prostu kolce. Może chodzi o Jedi? - zaproponowała. Nie wiedzieli tylko co z tym zrobić. Chyba czas pójść do Harolda. Może trzeba było po prostu podać mu odpowiedź na zagadkę.
Pedobir posłał swojej partnerce spojrzenie "Too old". Natalka wydała się zafascynowana zagadką. Może będzie mogła wykazać się swoimi harcerskimi zdolnościami?
- Może mamy ugotować coś na kuchni polowej - zastanowiła się. Pedobir wciągnął na głowę czapkę kucharza. Wchodził to. Zacisnął w pasie mocniej fartuch piekarzo-ciastkarza. Do roboty.
To musiało się udać. Hirako całkiem się uśmiechnął patrząc na efekt swojej pracy. Jego ubrania przesiąknięte były jajkiem, nogawki spodni były podpalone. Posypany był okruszkami chleba. Pepper natomiast owinięta była łodygami róży. Wyglądała zupełnie jak czerwony kwiat. Pasowali do tej historii. Byli gotowi na walkę z przeznaczeniem. Magia przyjaźni pokona największe zło.
Gin i Toshiro stwierdzili jednoznacznie, że nie interesuje ich ta zabawa.
- Ale na pewno, Toshiro-san? - spytał wyższy z dwójki, kątem zamkniętego oka zerkając na Izuru, który był w pobliżu i zakopany w notatkach próbował coś wyciągnąć z tej chorej zagadki.
- Halo? Franca? - Prus trzymając kłos trawy w ustach przyciskał telefon jedyną ręką jaką miał do ucha. - Jesteś nam potrzebny. Ehe. W fartuszku i z patelnią. Nie, spoko, nie musisz się ubierać, zostań jak jesteś. No, ok - schował telefon i machnął ręką na Roxi. - Załatwione.
- Kiedy przyjdzie? - spytała. - Ma być tu jak najszybciej! - krzyknęła. Była bardzo emocjonalnie nastawiona do tej gry. Nagle poczuła jak czyjeś ręce oplatają się wokół jej talii.
- Jestem, mon cheri - usłyszała charakterystyczny głos. Jej dusza była o krok od opuszczenia ciała. Widzący to Toshiro wyciągnął już swój miecz, aby odesłać ją do Rungokai. Zawsze gotowy do działania, to się ceni.
Tą scenę widział również Isiek. Patrzył i był zazdrosny. Jego małe, wulkaniczne serduszko bolało. W tym czasie Bartioszek zajęty był nalewaniem sobie herbaty tak, aby do filiżanki nie dostał się ani jeden liść mięty.
Dan, zrobiwszy samolocik z kartki z wypisaną zagadką, nie zauważył, kiedy Tesla oddalił się. Szedł on bowiem do Harolda, aby coś mu oznajmić. Nie był jednak jedyny. Okularnik oblegany był też przez innych uczestników gry. Nnoitra trzymał go za szyję i groził mu dojrzałą Santą Teresą. Harold próbował coś powiedzieć, ale nie mógł nawet powietrza złapać, a co dopiero wydobyć jakikolwiek dźwięk. Luppi stał obok znudzony i przyglądał się im biernie czekając na swoją kolej.
Cody zahaczył okiem o tą scenkę. Również Pan Lala się przyglądał, jednak nie zareagował. Pamiętał dobrze, co stało się ostatnio, kiedy mieszał się w takie rzeczy. Dźwięk piły przeszywającej jego ciało wciąż brzmiał w jego uszach. To uczucie, kiedy przebudził się półmartwy w pociągu w drodze do Herburtowa... Nie, nie chciał o tym myśleć. Przez tamto wydarzenie jego zapał zgasł, a kinder party nie sprawiały tej przyjemności co kiedyś.
Zapracowany Izuru i jak zwykle nihilistyczny Ulqu nawet nie zwrócili uwagi na to wszystko.
Szayel i Grimmjow dotali do Pig Pena. Po przejrzeniu katalogu pracowników, nie znaleźni niestety niczego, co by im pomogło w jakikolwiek sposób wygrać tą grę.
- Już wiem - powiedział Szayel. To było przecież oczywiste.
Kat i Dexter grzecznie czekali w kolejce do Harolda na swoją kolej. Żart. Kiedy Dexter zauważył, że Nnoitra gnębi słabszych, zaserwował mu swój popisowy cios stopą w twarz. (Dokładnie taki jak w The Movie!) Cyklop się tego nie spodziewał. Puścił Harolda, który zwinął się w kulkę, która otoczyła się kałużą. Chyba popuścił czy coś. Dexter już miał używać swoich super mocy, kiedy zakończył żywot jednym cięciem Santa Teresy.
- Nie będzie mi jakiś wymoczek mówił co mam robić! Nie znasz, nie oceniaj, znasz, szanuj! - krzyknął Cyklop machając dziwnie rękoma jakby rapował. Kat wkleiła mu żółtą kartkę za ścięcie drzewa Santą Teresą podczas tego machania. Biedna wiśnia leżała teraz biednie częściowo na podwórku sąsiada, którego świecące ślepia widniały przez krzewy. Usłyszeli piosenkę graną na harmonijce. Powiało grozą.
Pedobir i Natalka gotowali bez opamiętania.
Pepper zachrumkała radośnie paradując razem z Hirako w dziwnych odzieniach przed Haroldem. Nie zwróciła w ogóle uwagi na zwłoki swojego chłopaka leżące obok, które Kat próbowała właśnie posklejać w całość. Na całe szczęście był z plastiku. Poszło całkiem łatwo i szybko.
Harold pozbierał się w końcu z podłogi.
- Co wyście zrobili? - spytał zdziwiony widząc Pepper i Hirako. Para od razu straciła cały entuzjazm. Czyli zrobili to źle, czyli przegrali.
JAK TO MAGIA PRZYJAŹNI MA PRZEGRAĆ, ŻARTY SOBIE STROISZ? - krzyknąłby Hirako, gdyby był Nnoitem bardziej niż jest teraz. Bo ten, miał opaskę z jajka na lewym oku. Tesla stanął obok okularnika.
- Ta zagadka nie ma sensu - powiedział.
- Jasne, że nie ma sensu - odpowiedział Harold. - To miało być podchwytliwe.
- Co? - Prus zawiedziony podbiegł do nich. - Przecież my to zrobiliśmy! - popchnął przed siebie Francisa, który trzymał tosty na patelni. Tradycyjnie nagość miał okrytą pojedynczą różą, a wyjątkowo na jego torsie gościła wielka francuska flaga.
- Jakim cudem wpadliście na coś takiego? - zastanawiał się Harold.
- No masz róże, francuskie tosty i w ogóle - Prus machał ręką wskazując na Francję.
- Kolego mój drogi, a gdzie ty masz swoją lewą rączkę? - Francis spotkał zatroskany na albinosa.
- A nie wiem - Prus spojrzał na brak lewego ramienia. Ten różowowłosy zrobił to tak, że nawet go nie bolała rana ani nic. - Niezły był.
Francis zachichotał.
- Ale jakie róże... - Harold nie wiedział co tu się dzieje. Luppi podał mu kartkę z tekstem zagadki. Okularnik zerknął na nią. - Oh, dałem wam złe kartki.
Nowo narodzony Dexter musiał znowu interweniować i walczyć z przemocą ratując Harolda z rąk wściekłych imprezowiczów. Znaczy przyjęciowiczów.
- Tak czy inaczej wygrałem - powiedział na końcu Tesla. Harold poprawił okulary i wciągnął spodnie, które ktoś mu ściągnął przed chwilą.
- Nie do końca, bo to było dopiero pierwsze zadanie. Właściwie jako jedyni możecie po prostu przejść dalej. Zaraz dostaniecie drugą... - nie dokończył, gdyż wszyscy (oprócz Izuru, który pogrążał się z powodu kolejnej przegranej) spojrzeli na osobnika z piłą mechaniczną wychodzącego głównym wyjściem. Pan Lala zemdlał, a Cody nie zdążył go złapać. Z pomocą ruszyła Natalka, która miała umiejętność pierwszej pomocy.
Jason spojrzał na zebranych, pomachał im piłą i ruszył szybko w stronę ulicy, na której stał czarny mercedes. Wyścigowy i bez dachu.
- Dżejson, rusz te poślady! - krzyknęła do niego Pesa poprawiając okulary przeciwsłoneczne. Obok niej siedział sam Szumaher. Oczywiście to nie on kierował, no bez przesady, jeszcze czego. Dżejson załadował się na tył samochodu i grzecznie zapiął pasy. Odjechali przejeżdżając przez podwórko piekarzy, którzy zaczęli ich gonić z bagietami.
Po 22 większość gości poszła do domu. Niektórzy jednak zostali na kameralnym piżama party. Z powodu tego, że dom właściwie był bez rodziców tego dnia, Kat miała gdzie przenocować tą skromną gromadkę. Oczywiście każdy chciał spać w jej pokoju. Ale niestety nie każdemu było to dane. Dexter i Pepper zaklepali sypialnię na parterze. Roxi zaklepała dla siebie i Iśka gościnne łoże z klaunami w pokoju Kat, co spotkało się z głośnym sprzeciwem Nnoitry i Grimmjowa, którzy chcieli to łóżko dla siebie. Bo nigdy na nim nie spali (dlatego nie wiedzieli, że tam trzeba napchać poduszek pod podplecie, żeby nie dostać raka kręgosłupa podczas snu). Sprytny Szayel zaklepał dla siebie i Ulqa pokój gościnny. Wiedział, że przegrany w walce o sofę z klaunami trafi do salonu. A lekko bał się spać w pomieszczeniu, do którego w każdej chwili może wejść Henryczek. I wydłubać mu oczy podczas snu. Straszne.
Bo ten, do salonu nie ma drzwi. Poza tym Henryk to kleptoman.
- Ulqu śpi u mnie - powiedziała Kat. - A klauny są dla Roxi i Iśka. Niestety, i tak byście się tam nie zmieścili, jesteście za duzi. A taka kruszynka jak Isiek będzie idealna.
Kruszynka się obraziła.
- W takim razie ja idę z Szayelem do tego pokoju obok! - oznajmił Nnoit przyklejając się do pleców kolegi o różowych włosach. Kat zgodziła się na to, a następnie dała Grimmjowowi do nadmuchania materac.
W tym czasie w kuchni Dexter i Pepper pili sobie mleczko przed snem. Cieszyli się, że przyjęcie się udało. Lekko się zmęczyli nawet tym całym imprezowaniem.
Hihi.
Kiedy Grimmjow nadmuchał materac, oddał go uradowany.
- To co, będę na nim spać? - spytał dumny z siebie.
- No co ty, to dla Ulqa-samy - powiedziała Kat zabierając materac. - Ty śpisz na dole. Masz cały pokój z telewizorem dla siebie. Tylko nie oglądaj zbyt głośno - machnęła na niego ręką, żeby sobie już poszedł. Nnoit i Szayel nawet posłali za nim współczujące spojrzenie.
Nastała nerwowa godzina okupowania łazienki. Dexter i Pepper wzięli wspólną kąpiel już wcześniej, więc mogli spokojnie spać. Grimmjowek nawet nie chciał wchodzić na górę. W łazience na parterze umył tylko ząbki i przebrał się w swoją piżamkę, która składała się z białych bokserek w niebieskie kotki. Oryginalnie. Na górze panował chaos, jak w ubierance Sailor Moon. Nnoitra w jednoczęściowym kombinezonie-piżamce ze wzorkiem w żyrafę maltretował drzwi od łazienki chcąc dostać się do środka. Niestety pech chciał, że dzisiaj Ulqu miał dzień nakładania maseczki. Musiał z nią siedzieć 10 minut, przez co tamował ruch, lecz nie mógł się tak pokazać przecież ludziom. Kat jako gospodarz chciała iść ostatnia, więc w tym czasie kampiła na telefonie siedząc w Plemionach.
- Eh, znowu jakieś dramy robią na forum plemienia... - mruknęła do siebie. Roxi tłumaczyła się Iśkowi z tego całego zajścia z Francisem. (W ogóle na co tu się tłumaczyć? Tak jakby Isiek się dzisiaj urodził, ror.) On natomiast słuchał jej uważnie ubierając swoje wełniane skarpetki do snu. Szayel densił sobie w pokoju puszczając piosenkę Kejti Pery "Last Frajdej Najt". I skakał na łóżku w slow motion, dopóki nie uderzył głową w sufit.
- Jest coś do picia? - drzwi do pokoju Kat uchyliły się i ukazały wystającą głowę Grimmjowka.
- Tak, w piwnicy, poszukaj sobie - odpowiedziała. Nie chciało jej się wstawać. Poza tym pewnie miał tylko dolną część piżamki. Nie miała zamiaru go widzieć w takim negliżu.
Grimmjow ruszył więc na dół pamiętając o tym, żeby zamknąć drzwi do piwnicy, aby Henryczek nie uciekł. Spadł ze schodów nie wiedząc, jak włączyć światło, po czym wpadł jeszcze na Codiego, który spał na kartonach przeznaczonych do spalenia. Kiedy myślał, że już będzie dobrze i trafi na jakiś napój, zobaczył światło i jakiegoś żula. Prawie zszedł na zawał, jednak tajemnicza osoba okazała się tylko Łosiem składającym Szopkinsy. Spojrzeli na siebie.
- Szukam picia - wyszeptał Grimmjow łapiąc się za serce.
- Tu jest jakieś - Łoś wskazał na sześciopak Zbyszka. Pantera poczęstował się w duchu przyznając, że Zbyszko jest nieźle napakowany.
Ulqu zwilżył twarz, otarł ją ręcznikiem i wyszedł z łazienki. Nnoit wpadł do niej trzaskając drzwiami tak, że aż klamka odpadła, a drzwi się otworzyły na oścież ukazując Cyklopa rozbierającego się. Ulqu w swojej ładnej ciemnozielonej piżamce dwuczęściowej z długimi rękawami i nogawkami, wsunął się pod kołderkę w wyznaczonym miejscu i zasnął. Kat było go trochę żal. Szturchnęła go lekko.
- Ulqu-sama, może chcesz zamienić się łóżkami?
Spojrzał na nią spojrzeniem "Kobieto, czego ty chcesz ode mnie".
- Twoje łóżko ma niepełny materac - przypomniał jej. Niezbyt je lubił. Było wąskie, szczególnie z tym materacem. Jednak Kat wyglądała, jakby miała się popłakać, dlatego wstał i zamienił się meblem sypialnianym. Nim wszedł pod nową kołdrę, wbił wzrok pod biurko. W jego ślad poszli inni.
- Sealand? - zdziwiła się Roxi. Młody blondynek udawał, że wcale go tam nie ma. Postanowili go więc zignorować.
- Isiek, umyjemy się gąbką? - spytała Roxi. Zarumienił się, ale zgodził. (AHA.) Więc poszli. Kat rzuciła się na materac dmuchany wracając do Plemion.
Nastała noc. Wszyscy byli czyści i umyci. Jednak nie wszyscy spali. Kat obracała się na różne boki, ale jakoś Dziadek Sen do niej nie przychodził. NASYP MI DO OCZU TEJ PUSTYNI, ŻEBYM SIĘ POCZUŁA JAK NA TATOOINE, TY WSTRĘTNY DZIADZIE, pomyślała. Wstała starając się nie robić zbyt wielkiego hałasu. Niestety czujne oczy Ulqa ją zachaczyły. Ignorując to wyszła do pokoju, w którym spali Szayel i Nnoit. Zamknęła drzwi, po czym rzuciła się na nich. Nnoit wrzasnął, bo to na nim wylądowała większa jej część. Szayel tylko oberwał ręką w nos. Wbiła pod ich kołderkę, po czym zastanowiła się, dlaczego nie dała im dwóch. Przecież Szayel może nabawić się od tego zapalenia płuc, bo Nnoit prędzej czy później zawinie całą wokół siebie. A spali przy uchylonym oknie!
Nastąpiła krótka chwila szarpaniny między długowłosymi, po czym się całkiem uspokoili. W objęciach Szayela łatwiej było Kat zasnąć.
Tymczasem Sealand stwierdził, że dostaje raka stawów, dlatego wylazł z pod biurka. Niestety nie przewidział bólu i skurczów, jakie nastąpiły. Leżał dobrą godzinę rozlany na dywanie, po czym udało mu się wczołgać łożem klaunów od dołu pod kołdrą pomiędzy Roxi i Iśka.
Około piątej, kiedy Gang Piekarzy rozpoczynał finał swojej imprezy, Kat obudziła się ponownie. Lekko otworzyła oczy i prawie zeszła na zawał widząc Ulqa stojącego przy łóżku.
- Co - powiedziała chowając się pod kołdrę. Bez słowa wyszedł. Niestety po tym epizodzie nie mogła ponownie zasnąć, a żołądek domagał się paliwa. Wyszła więc na spacer do kuchni. Spotkała tam Hirako, który w swoim codziennym odzieniu siedział przy stole i pił kawę. Kątem oka spojrzał tylko na nią nie przerywając konsumpcji. Oparła się o blat stołu. Teraz go zabajeruje.
- Te włosy muszą spędzić dzisiejszą noc ze mną - powiedziała swoim najbardziej bisznym głosem jaki miała. Hirako kawa pociekła nosem z wrażenia.
- Już jest dzień, spóźniłaś się - powiedział ocierając noc rękawem. (Niestety bawił się z Henryczkiem, więc był cały od kociej jedwabistej sierści, przez co teraz wyglądał, jakby miał siwe wąsy.) Kat zabrała więc tylko kawałek chlebka, a kiedy się odwróciła musiała się aż przytrzymać o blat kuchenny. W drzwiach stał Ulqu. Śledził ją, czy jak?
Hirako nawet nie zwrócił na niego uwagi. Tak czy inaczej było czuć wyraźnie, że coś jest nie tak.
Około dziesiątej wszyscy byli na nogach. Nie widziano jeszcze Grimmjowka i zastanawiano się, czy nie ma go w namiocie, który pojawił się w salonie, lecz nikt nie był na tyle śmiały, aby to sprawdzić. Były też podejrzenia, że został pożarty przez Henryczka.
Wszyscy napychali się francuskimi tostami, które Dexter zrobił razem z Pepper. Nie jadła tylko Roxi z urazem do Francisa i Isiek właściwie z tego samego powodu. Nie popijali herbatą, bo mieli jej dosyć po poprzednim dniu - zamiast tego Kat zaproponowała drinki składające się z Pepsi i Tumbarku. Sama ich nie piła, tak samo jak Roxi (czy to anoreksja już) i Ulqu (pije tylko zielone napoje).
I teraz będą mieć nieprzyjemności żołądkowe, frajerzy.
Dzisiaj był wielki dzień. Mieli iść na dożynki miejskie, gdzie wystąpić miał sam Eminem!
Kiedy niektórzy jeszcze jedli, Pepper opowiedziała co spotkało ją z Dexterem podczas porannej wyprawy po chleb. Otóż jakaś ciężarówka jechała bardzo szybko, skręcając na zakręcie przewróciła się i wypadli z niej ludzi! Okazało się, że to był gang handlarzy ludźmi, którzy transportowali nielegalnych imigrantów na tereny Włoch. Zlecenie to było od nieznanej osoby i miało na celu rozwalić Unię, która biorąc tych ludzi za uchodźców, nie poradzi sobie z problemem i strzeli sobie w głowę. Jakoś nikt się tym specjalnie nie przejął, chociaż Kat wydawała się całkiem zadowolona.
Życie sobie trwało, kolejne piękne dni ukazywały się jej oczom. Już rozumiała, że nie da się ani zapisać ani tym bardziej odtworzyć chwil, które się przeżyło. Taki jest morał z tego opowiadania, drodzy czytelnicy. Nie wolno się zbytnio nastawiać, lecz łapać to co najlepsze!
Dzisiaj na pierwszą kolację mam parówkę Jedynkę, resztkę pomidora znalezioną w papryce, kawałek papryki i sok XD
 
__________________________________________
 
Jak zauważyliście, nie usuwałam wszędzie przerw, bo mi się nie chciało. .^.
A oto jak ten tekst wygląda w Wordzie:
 
 
 
 
 
 
Widzicie gdzieś kilometrowe przerwy między akapitami? BO JA NIE. A jak kopiuję z notatnika to jeszcze większy kosmos się robi. Omf.
Poleci ktoś jakiś edytor tekstu? Bo chyba zacznę pisać to bezpośrednio tutaj. (W sumie niegłupi pomysł.)
 
Pozdrawiam serdecznie i miłej nocy życzę c:

niedziela, 24 lutego 2013

10# Historie koedukacyjnej łazienki cz.1

Ohayo~
Czas na nową serię >D
Za inspirację dziękuję Francy i mojemu internatowi <3
Pisane na telefonie <3
***
To coś zupełnie nowego... Państwa jako ludzie - pewnie wszyscy znają ten motyw. Jednak co powiecie na jeszcze większe okrojenie znanych nam scenariuszy? Bez gejaszków, przewidywalnych pairingów i skomplikowanych połączeń rodzinnych?
Tego się nie spodziewaliście...
POLECAM NIEZNAJĄCYM HETALII - ZAPEWNIAM, ŻE OGARNIECIE POSTACIE
***
1)
Istniał sobie kiedyś gdzieś pewien internat. Chodzili do niego uczniowie różnych szkół średnich, kilku właściwie było z gimnazjum. Kilkadziesiąt pokojów, sala komputerowa z biblioteką, straszna stołówka i koedukacyjna łazienka. Dlatego trafiali tu tylko zboczeńcy, silne psychicznie i fizycznie dziewczyny, parę bezdomnych oraz osoby, które nie miały wyboru.
Rozpoczął się rok szkolny. Ale rzeczą oczywistą raczej jest to, co działo się na początku, dlatego pominiemy pierwsze dwa miesiące. Albo nawet trzy. Obiecuję, że nie ominą was najważniejsze wydarzenia.

Otworzył oczy i wyłączył budzik. Więc poniedziałek się zaczął. Przetarł oczy. A weekend był taki fajny. No cóż. Powoli wyszedł z łóżka i zaczął się ubierać. Idąc do łazienki minął się z Tino, który jak zwykle wstawał 10 minut wcześniej. Wchodząc do łazienki przywitał się z Felicjano zasypiającym nad zlewem ze szczoteczką do zębów w buzi. Często zastanawiało go co ten młody robi, że rano zawsze jest w takim stanie.
Tino wyciął karteczki na śniadanie dla siebie i Arthura. Każdy mieszkaniec miał kartkę pełną kwadracików, za które dostawało się śniadanie, obiad i kolację. To takie komunistyczne. Ale wszyscy się już przyzwyczaili. Taki urok tego internatu. Blondyn spojrzał na śpiącego jeszcze Ravisa i idealnie zaścielone łóżko Kiku. Miał nadzieję, że młody znowu nie zaśpi.
- Idziemy? - Arthur wrócił do pokoju, odwiesił ręcznik na wieszak i odłożył grzebień.
- Tak - odpowiedział.
I poszli.
- Dzień dobry - mruknęli do portiera, który zagadywał biedną Olenę. Przez swój dość duży biust dziewczyna nie raz miała problemy. Głównie z powodu starego zboczonego portiera.
Weszli do stołówki.
- Witajcie chłopcy - przywitała ich uroczo kucharka. Tino położył ich kartki na blat po czym wzięli po talerzu z dwoma bułkami, kosteczką masła oraz kilkoma plasterkami sera i szynki. Śniadania były w porządku. Kolacje zazwyczaj też (oprócz tych przypadków, kiedy dodatkiem była jakaś parówka czy coś). Ale obiady często były pogromem. Mięso ze znieidentyfikowanego miejsca. Zupa z dziwnymi składnikami. Surówki z nieznanych nikomu roślin. Ale mimo wszystko, póki nie myślało się co to właściwie jest, było dobrze. Czasami nawet bardzo. Co niektórzy próbowali wyciągnąć od kucharki przepisy ale nigdy im nie podała.
- To moja słodka tajemnica - mówiła zawsze. Słodka jak mięso, które podawała. Miało tak dziwny, słodko-słony smak, że zaczęto nazywać je mięsem z ludzi a kucharkę po prostu kanibalem.
2)
Dzień skończył się równie szybko jak się zaczął. Ale tylko dla mniejszości internatu. Pojedyncze osobniki (np. maturzyści z pierwszego piętra) o tej porze się uczyli, zaś reszta albo próbowała a nie mogła albo nie oszukiwała się nawet, że możliwa jest tu nauka. Bo jeśli w jednym pokoju jest takich dwóch nudziarzy jak Ludwig i Berwald to nawet gdyby chcieli to by nie rozmawiali,dlatego zostaje im tylko kucie do matury.
A więc co robiła reszta mieszkańców? Gimnazjalistki siedziały w sali komputerowej na facebooku czym denerwowały czekającego na wolny komputer Romano. Jest 6 komputerów: 3 zajęte przez gimnazjum, jeden przez Iwana, który akurat dzisiaj postanowił zrobić wpis na blogu, jeden przez jakiegoś kolesia w okularach oglądającego dziwne teledyski na youtube a ostatni był zepsuty. Czasami wolny był siódmy komputer stojący na biurku obok. Niestety w poniedziałki zajęty był przez bibliotekarkę, która przychodziła dwa razy w tygodniu. Po godzinie czekania Romano postanowił wybrać się na przechadzkę po pokojach aby pożyczyć od kogoś laptopa.
Na pierwszym piętrze nie miał co szukać - był tu tylko jeden pokój nudnych maturzystów, owa sala komputerowa z biblioteką i gabinet dyrektora, o którym się nie mówiło.
Na drugim piętrze ominąwszy od razu bezlaptopowy pokój brata zajrzał do swojego pokoju z niewielką nadzieją, że Yong nie gra w grę. Nadzieja umiera ostatnia.
Właśnie umarła.

sobota, 5 stycznia 2013

9# Monolog pominiętego państwa

Tak więc to coś poniżej to miało być Spamano dla Supełka. A co wyszło? Sami sobie zobaczcie |:


Podziękowania dla Francyja za użyczenie laptopa do napisania dwóch pierwszych akapitów i za muzyczkę.
***
Można temu nadać też inny tytuł:
"Monolog o byciu państwem"
***
Muzyczka:
Nie upadnę,
Nie będe głupim,
Tym razem moje serce jest silne,
Stoisz tuż przede mną-
-Mistrz Smutku.
*znowu piosenka jakoś pasuje*
***
Patrzyłem wgłąb oceanu. Woda opływała moją twarz. Była ciepła. Chyba. Prawie jej nie czułem. Chyba, że nadeszła jakaś fala. Wtedy poczułem jak coś delikatnie muska moją twarz. Słońce zachodziło zabierając ze sobą ciepłe odcienie brzoskwini, mango i malin a zostawiając jedynie kwaśne winogrona, cierpkie śliwki i gorzkie jagody. Mogłoby to trwać w nieskończoność. Ale nie trwało. Oczywiście.
               Wynurzyłem się na powierzchnię i wróciłem na brzeg. Spotkały mnie lekko zaniepokojone spojrzenia parki siedzącej dosyć długo na plaży. Zignorowałem ich kompletnie. Ciepły wietrzyk muskał moje nagie ciało. Nie zważając na piasek, który przyczepił się do moich stóp ubrałem mundur i buty zostawione pod jakimś krzakiem zwinięte byle jak. Nie miałem zegarka ale mogłem przypuszczać, że już jest późno. Ruszyłem w stronę miasta przystając na przystanku autobusowym. Na szczęście mój autobus przyjechał prawie od razu. Piasek wbijał się mi w stopy, chyba nawet zgarnąłem jakiś większy kamyk. Trudno.
               Nie kasowałem biletu. Wysiadłem przystanek wcześniej niż powinienem. Chciałem jeszcze rozchodzić ten przeklęty piasek. Niecałe dziesięć minut zajęło mi podejście pod budynek ministerstwa. Z westchnięciem pokonałem te kilkadziesiąt czy kilkaset schodów.
               - Wyciągnij ręce z kieszeni – przywitał mnie jakiś sekretarz. – Przynajmniej mundur ubrałeś jak ci kazałem – zerknął na zegarek. – Na czas nawet jesteś. Twój brat i ambasador czekają w głównej sali.
               Poszedłem więc w tamtą stronę nie wyciągając rąk z kieszeni. Ten staruch zawsze się tego czepia. Otworzyłem drzwi i niemal od razu musiałem złapać równowagę. Felicjano jak zwykle nie może się pohamować z tego typu rzeczami.
               - Vee~ Braciszku, a jednak przyszedłeś mnie pożegnać – uśmiechnął się radośnie nie wypuszczając mnie z objęć. – I jeszcze się elegancko ubrałeś!
               - Ta. No jak widać – mruknąłem. On naprawdę myślał, że przyszedłem tu z własnej woli. Felicjano paplał dalej jak najęty a ja go nie słuchałem. Na każdym kroku lekceważyłem go. Dlaczego? Czy to przez to, że przez jego istnienie byłem pomijany?
               - Venecjano, pora iść – ponaglił go ambasador. Brat w końcu mnie puścił po czym spojrzał mi w oczy. Nienawidzę kiedy tak robi.
               - Jak wrócę to ugotuję ci pyszną pastę z pomidorkami, dobrze? Przywiozę ich dużo od braciszka Hisz…
               Przerwał gdy zobaczył moją narastającą złość. Nienawidziłem jego pogody ducha. No ale czemu to winić go za to, że mnie nigdy nigdzie nie wysyłają. Że muszę tkwić wiecznie w domu cały czas.
                Z drugiej strony – już nigdy nie zobaczę tego jełopa. Miałem na niego alergię chociaż nikt mi w to nie wierzy. Pieprzony pedofil. Mówią, że charakter kształci się w dzieciństwie. To prawda. Każdy kto miałby jako dziecko mieszkać z tak zboczonym człowiekiem skończyłby jak ja. Tylko, że dopadło mnie jeszcze nieszczęście posiadania brata. Brata, którego jedynym kłopotem w dzieciństwie było zamiatanie w willi paniczyka i uważanie na małych Szwabów czyhających na każdym kroku. Zawsze miał lepiej. Kiedy ktoś powie „Włochy” to reakcja jest zawsze ta sama: „Włochy? To ten uroczy chłopiec?”. Nie dosyć, że o mnie nikt prawie nie wie to jeszcze cały kraj ma zepsutą opinię przez tego mazgaja.
               - No to do zobaczenia – uśmiechnął się pocieszająco Felicjano i poszedł za ambasadorem.
               - No, cześć – mruknąłem odprowadzając ich wzrokiem.
               Wróci dopiero za miesiąc. To krotki odcinek czasu dla państwa patrząc na to jak długo już żyjemy ale… cholera, będę tęsknić za tą ciotą. Całe 30 dni spokoju to dla mnie masakra. Jeszcze kilka miesięcy temu było lepiej. Ale potem nadeszły reformy i te pe…
               - Skoro mamy dwie personifikacje to kiedy jedna będzie wysyłana w delegacje, druga zostanie w stolicy. W ten sposób w kraju zawsze będzie ład i porządek – usłyszałem wtedy od premiera. Wsadzić wiadomo-gdzie mógł sobie te reformy. Przecież i tak zawsze Felicjano wyjeżdżał a nawet wtedy ja nigdy nic nie robiłem. Jednak czasami pozwalali mi gdzieś „prywatnie” wyjechać. Jeździłem wtedy do Antonia.
               Nie potrafię wytłumaczyć czemu do niego. Może po prostu dlatego, że go znałem praktycznie od zawsze. Może dlatego, że z resztą „znajomych” widziałem się właściwie tylko w święta jak już. No i jest jeszcze Francja no ale bez przesady, kto normalny by do niego pojechał? Tak więc został Hiszpania. Bo w domu nie zawsze chce mi się siedzieć, to chyba oczywiste. W sumie nienawidzę go bardziej niż Francuza ale cóż poradzić, u niego czuję się bezpieczniej. Chociaż nie wiem jak można mówić o bezpieczeństwie mając na myśli pedofila, który nawet nie patrzy na płeć atakowanej osoby. Cholera, on jest jednak jak Francja jakby nie patrzeć.
               To czemu wolę go?
               Czy ja go w ogóle wolę?
               Kurna.
               Wróciłem do mieszkania i wtargałem się do pokoju. Na szafce w ramce stało zdjęcie Antonia zrobione z dwa lata temu. Zerknąłem na niego. Te zielone oczy dały mi odpowiedź. On jest jedyną mi bliską osobą. Bliską w dobrym ale bardziej złym znaczeniu. Życie państwa jest chore. Wiele bym dał za to aby prowadzić normalny byt śmiertelnego człowieka. Nasze oficjalne życie jest całkiem zwyczajne jednak prywatnie to chyba nie ma państwa czującego się obco w tym świecie. Żadne z nas nie może znaleźć sobie miejsca i nigdy go nie znajdzie. Dlatego go nie szukam. Pogodziłem się z tym, że jest jak jest. Co nie znaczy, że to cholernie boli.
               Felicjano kiedyś powiedział: „Braciszku, czemu pomimo uśmiechu każdy z nas ma smutek w oczach?”. Odpowiedziałem mu: „Feli, mamy spierniczone życie, jak widzisz mi się nawet udawać nie chce, że jest okej.” A on na to: „Braciszku, jaki ty jesteś mądry. Chciałbym być jak ty i przestać się uśmiechać bez powodu.” „Chyba śnisz. Jak się przestaniesz uśmiechać to cię zabiję”, odpowiedziałem odruchowo. Nie zważył chyba na to i tylko wtulił się we mnie mocniej. Z uśmiechem na ryjcu.
               Nie wiem czemu musimy mieć ludzkie potrzeby i uczucia. To jakieś przekleństwo. Nasze życie to tylko alkoholowe orgie i szukanie „wsparcia” u drugiej osoby co i tak kończy się w łóżku.
               Mam nadzieję, że nadejdzie taki dzień, w którym mógłbym się obudzić i być śmiertelny. Pracowałbym w restauracji razem z Felicjano. Pewnie i założyłbym rodzinę. A gdybym poznał śmiertelnego Hiszpanię jako śmiertelny Włochy? Pewnie poszlibyśmy na piwo z naszymi żonami. I nie byłoby niczego chorego w naszym życiu.
               Antonio, nienawidzę cię, bo jesteśmy państwami.

piątek, 19 października 2012

7# Kolor białej czekolady

Podziękowania:
+ Dla Kurorin, która opowiedziała o Białorusi z innego punktu widzenia
+ Dla Karoliny, która udostępniła mi laptopa do pisania oraz zapuściła muzyczkę, która mnie zainspirowała
+ Dla Dalii, która sprawiła mi wielką przyjemność dramując po przeczytaniu mojej dramy


Taka uwaga: Właśnie przed chwilą sprawdziłam tekst owej piosenki.
Jestem w szoku, gdyż ona naprawdę całkowicie pasuje do opowiadania.
----------------------------------
[Muzyczka podkładowa do dramy]



- Nie myślałem nigdy tak o tym... - powiedział gorzko upuszczając list pożegnalny na stół. Schował twarz w dłoniach i zapłakał. Słone krople opadły na kartkę, którą w rękach miały tylko dwie osoby: Iwan i Natasza.
Olena siedziała ze spuszczoną głową po drugiej stronie stołu. Cierpienie wyżerało ją od środka. Nawet nie była w stanie płakać. Zbyt wiele łez wylała na inne błahe sprawy, aż zabrakło jej łez na opłakanie śmierci własnej siostry.
Oddała mu się całkowicie.
Wstał i ruszył w stronę pomieszczenia obok. Olena odprowadziła go wzrokiem. Nie miała siły zatrzymywać go. Nie chciała aby znowu to zobaczył.
Drobne ciało w skromnej białej sukience, bielszej od włosów koloru białej czekolady, bielszej od bladej skóry ich posiadaczki.
Iwan czuł, jak paliły go oczy. Nie mógł na to patrzeć... ale musiał. Po prostu nie mógł w to uwierzyć. Był ślepy przez tyle lat...
Podszedł bliżej.
Chciał ją dotknąć ale brak mu było odwagi.
Jej oczy wpatrzone były martwo w sufit.
Nikt nie śmiał jej ich zamknąć.
"Na zawsze Twoja."
Zamknął oczy i odwrócił się. Uderzył z całej siły pięścią w drewnianą komodę stojącą przy słonecznikowej komodzie aby stłumić kolejny jęk bólu.
Tak bardzo żałował, że nie mógł go nikt teraz zabić. Chciał uciec. Nie był wystarczająco silny by przetrzymać to co się stało.
Ale nie mógł zginąć.
Nie chciał jej stracić już zupełnie.

"Kochany Iwanie,
chciałam Ci powiedzieć jak bardzo Cię kocham.
Szkoda, że dopiero teraz wpadłam na pomysł napisania do Ciebie listu.
Gdy byłam blisko dostawałam szału. Bałam się, że w każdej chwili ktoś coś Ci zrobi. Widziałam nienawiść w oczach wszystkich, którzy patrzyli na Ciebie, mówili o Tobie lub nawet myśleli. Chciałam zabić ich wszystkich. Nie mogłam znieść tego co o Tobie mówili.
A kiedy byliśmy sami było jeszcze gorzej. Wiem, że moje uczucia były chore, że chciałam Ciebie na własność pomimo Twego sprzeciwu. Ale nie mogłam inaczej. Gdybyśmy stali się jednością byłabym zawsze z Tobą. Mogłabym Cię ochronić przed wszystkim, nawet we śnie.
Kocham Cię i chciałam dla Ciebie dobrze, zawsze.
Piszę do Ciebie, bo dłużej tego nie wytrzymam. Tego bólu, który Ci zadaję. Bo widzę jak mnie źle znosisz.
Nienawidzisz mnie.
Jestem wariatką, która nie może wyjaśnić powodu swoich starań do bycia jednością.
Lecz skoro nie mogę stać się z Tobą jednością w sposób, który zawsze próbowałam, będę Twoja w inny sposób.
Oddaję się Tobie jako nic niewarte ziemie z całkowicie zrusyfikowanymi obywatelami.
Ja nie mam historii.
Jestem sztucznym tworem. Stworzonym z niewiadomego powodu.
Jestem jak biała czekolada - stworzona ot, tak sobie.
Nawet nie jestem czekoladą.
Z resztą nie ma sensu dłużej tego tłumaczyć.
Me ziemie będą Twoje lecz swego ducha pragnę zniszczyć.
Pragnę zniknąć, byś żył szczęśliwy bez mojego wariactwa, bo wiem, że tak będzie lepiej.
I dla mnie, i dla Ciebie.
Iwan, pamiętaj, że zawsze będę Cię kochać.
Mam też taką ostatnią prośbę... Pomyśl o mnie czasem dobrze.
Przepraszam.

Na zawsze Twoja
Natasza"


piątek, 28 września 2012

6# Podsumowanie tygodnia

Priviet <3
Oto w dużym skrócie opiszę co ciekawego zdarzyło się u mnie.
Chciałabym pisać tak jak Marg ale naprawdę nim wszystko skleję w całość to połowy pozapominam.
Chociaż zawsze mogę zrobić sobie coś na kształt planu wydarzeń i potem to spisać.
Mądre.
*robi plan wydarzeń*
Na wycieczce było superaśnie, chociaż w pokojach było zimniej niż na dworze. Normalnie Sybirek bez śniegu. I miałam zimną kurtkę |:
Rozpowszechniłam fazę na Narnię. Nawet w pobliskiej księgarni kupiłam sobie pierwszy tom za 20 zł!
A fauny to gwałciciele |:<
A w parku-lesie bawiłam się w randomową grę terenową xD
Miałam na poczcie załatwić: wysłać kartkę, wysłać paczko-list, zrobić przelew.
1) Pani przy okienku spytała mnie czy jestem razem z małżeństwem stojącym przy okienku. Odpowiedziałam, że nie a ona "przy okienku może stać tylko jedna osoba". Zrobiłam poker fejsa, bo znieogarniłam o co jej chodzi skoro nie stałam przy okienku.
2) Nie wysłałam kartki, bo ją zgubiłam.
3) Nie dokonałam przelewu, bo z gotówki na konto można było tylko w Banku Pocztowym a okienko do niego było zamknięte i nie wiadomo kiedy otwierali.
4) Nie wysłałam paczko-listu, bo zginął mi adres.
Le pech |:
Wyprawa na pocztę, podejście drugie
1) Wysłałam inną kartkę
2) Wysłałam paczko-list
3) Okienko Banku Pocztowego nadal nieczynne
4) Obsługiwała mnie pani o nazwisku Margowska ;u;

Dwa pokoje ode mnie, w bursie, mieszka dziewczyna, którą znałam już od pierwszego dnia. Ale dopiero w tym tygodniu dowiedziałam się, że zna Hetalię.
Fazowałyśmy razem, głównie sprawy z Francją (ustaliłyśmy prawo, że za każde mniejsze lub większe przestępstwo będzie gwałt xD). Także ten... :'D

I wzięłam udział w castingu na statystę do filmu "Hiszpanka". Jak łatwo można wyczytać z tytułu, film ten jest o Powstaniu Wielkopolskim.
AH, NIE WIEM JAK MOŻNA TEGO NIE WYWNIOSKOWAĆ I MYŚLEĆ, ŻE TEN FILM MA COŚ WSPÓLNEGO Z PEWNĄ CHOROBĄ. IGNORANCI.
|:
Nieogarniam tego tytułu, serio.
To chyba na tyle.

I poznańskie budynki <3
Zapraszam na zwiedzanie Poznania. Darmowy przewodnik w postaci mojej osoby gratis <3
ZAPRASZAM DO MOJEJ GRUPKI COSPLAYOWEJ NA JAPANICON 3 "ŚWINKA PEPPA"!


poniedziałek, 2 lipca 2012

5# Ostatni raz, słoneczniku! [DRAMA] [Rosja-Chorwacja]


Iwan przyszedł i usiadł na kanapie ignorując osobę w kącie, gdyż postanowił całkowicie zignorować jej istnienie.
W kącie siedziała dziewczyna. Wyglądała jakby płakała.
Iwan dalej ją ignorował.
Przytuliła się do swoich kolan.

Rozejrzał się po pomieszczeniu z udawanym zainteresowaniem.

Dziewczyna w końcu wykonała jakiś ruch. Wyciągnęła zdjęcie znajomego Litwina, by po chwili podrzeć je na kawałki i rzucić przed siebie.
Tak, Iwan to zauważył. Coś w nim pękło i podszedł do niej. Dziewczyna podniosła głowę i zmierzyła go zapłakanym spojrzeniem. Rosja usiadł przed nią po turecku patrząc na nią smutno.
Spuściła głowę. Rosjanin przysunął się troszkę do niej.

- …C-co? – spytała.

Iwan bez słowa pogłaskał ją po policzku. Z oczu dziewczyny na nowo popłynęły łzy.
- Nie płacz tyle.

- J-ja… Idź.

- Nie mogę - cmoknął ją w czoło.

- I-idź. Nie chcę znać ani ciebie, ani jego.

- Ale ja nie mogę nie znać ciebie - cmoknął ja w nos.

- Z-zostaw. IDŹ – zalała się łzami.

- Niet - zatrzymał sie dosłownie kilka centymetrów przed jej ustami - A to już teren towarzysza Litwy, nieprawdaż?

- ... Nie mów o nim. Nigdy.

- Nie? - zdziwiony oddalił swoją twarz od niej aby móc spojrzeć na nią calą.

- Ne.

- Czemu?

- Bo go n-nienawidzę – załamał jej się głos, gdy wypowiadała ostatnie słowo.

- Dlaczego?

- B-Bo mnie wykorzystał.

- Zabić go? – Iwan spoważniał.

- Goran chce to zrobić. Ale możesz i ty.

Rusek uśmiechnął się po czym przytulił ją delikatnie ale stanowczo. Przymknęła oczy a on pogłaskał ją po policzku.
Znowu zaczęła płakać.
- O co chodzi? – przestał się uśmiechać.

Dziewczyna skuliła się chowając twarz w dłoniach.

- Nie płacz... - chwycił ją za dłonie i całuje je obie.

- K-kiedy ja nie potrafię przestać.

- To pomyśl o czymś miłym - uśmiechnął się.

- ... Wszystko co miłe kojarzy mi się z nim.

- Ah… - westchnął po czym pocałował ją czule w usta.
Odsunęła go.

- Nie mam siły... Teraz, ja....

- Ale... chciałem abyś miała mile chwile...

- Teraz chcę spokoju. Tylko...

- Ale nie płacz.

- ... D-dobrze.

Uśmiechnął się krzywo i pogłaskał ją po głowie.

- Tylko szkoda, że... – zaczął.

- ... Hm? – spojrzała na niego pytająco.

- ...nie mogę... - zerknął na jej usta.

- ...O co ci chodzi teraz?

- Pragnę cie – powiedział. Wyglądał teraz jak psychopata. Oczy jakby powiększyły mu się a źrenice zwężyły. Patrzył na nią jak wściekły wilk na ofiarę, którą miał zaraz pożreć. Dziewczyna milczała. Przytulił ją mocniej. Zamknęła oczy i oparła głowę na jego ramieniu.

- Kocham cię – powiedział wracając powoli do normalności. Czasami miał takie dziwne napady… ale ona go rozumiała. Dlatego ją kochał. Wiedział, że jeśli w pobliżu nie ma Ukrainy to zawsze może powiedzieć wszystko Chorwacji. Tylko ona wsparła go przed wyborami. Przy niej nie bał się płakać. Była jak ognisko na Syberii… Była jego słonecznikiem…

- Lecz ja ciebie nie. – odpowiedziała po chwili. Iwan zastygł w bezruchu.

- … Jak to?  - spojrzał na nią nieprzytomnie.

- Tak to. Po prostu cię nie kocham.

Odsunął się od niej.
- Nie prawda… Nie… - odsuwał się od niej ciągle. Robił się coraz bledszy. A ona tylko spoglądała na niego.

- Nie... Kłamiesz...

- Dlaczego miałabym?

- Nie wiem – odpowiedział z beznadzieją w głosie.

- Więc widzisz. Nie kłamię.

- Kłamiesz... to niemożliwe... - odsunął sie jeszcze trochę a jego twarz wykrzywił grymas, przyśpieszył oddech.

- To prawda, Rusija.

- NIET! - wrzasnął głośno - NIET! NIE ZROBISZ TAK JAK ON, NIE ZROBISZ!
Miał panikę w oczach.
Chorwacja westchnęła przenosząc wzrok na ścianę.
Iwan nie mógł złapać oddechu, z oczu leciały mu łzy.

- NIET! BOLISZ MNIE!

- ... Uspokój się… - mruknęła.

Wpadł w paniczny szloch po czym zaczął płakać jak dziecko. Jak małe dziecko, któremu zabrano zabawkę. Tylko, że ona była dla niego czymś więcej niż zabawką.

- Ja kochałem cię, bo ty mnie kochałaś... bo miałaś być przy mnie... ale niestety nawet jak odeszłaś to cię kochałem. A NIE CHCĘ. NIE CHCĘ CIĘ KOCHAĆ – krzyczał przez łzy.
Dziewczyna przełknęła ślinę.

- NIE CHCĘ TAKIEGO DRUGIEGO JAO. NIE CHCĘ KOCHAĆ. NIKOGO. NAWET MACEDONII. NAWET UKRAINY. NAWET VODKI. NIKOGO! – wrzasnął tak, że czuł ból każdej struny głosowej.
- I nie będę musiał się niczym martwić... – ściszył głos. Mówił teraz prawie szeptem a jego wyraz twarzy powoli wracała to psychicznej formy…
- I tak wszyscy będą jednością z Rosja... tak...już niedługo... – zaczął mówić do siebie jak obłąkany. Bo i taki był w tej chwili. Człowiek, który stracił drugą miłość. Czuł się oszukany. Znowu. Obiecała mu… Tak łatwo się na ludziach zawodził. Ale już tak nie będzie. Nie będzie kochać nikogo. NIKOGO!

Ale przecież cały świat go kocha, nieprawdaż? Może się wstydzą tego okazywać… Ah, przecież cóż to za wstyd, skoro WSZYSCY kochają Rosję i chcą być z nim JEDNOŚCIĄ?

Chorwacja wcisnęła się w kąt. Takiego Iwana jeszcze nigdy nie widziała. To było straszne… Tego się w nim bała zawsze. Nie umiał nad sobą panować…
Nagle wyciągnął kran i spojrzał na niego z uśmiechem.
- Witaj, towarzyszuu... ssstęsskniłeś sięęę? – syknął do niego z przymilnym uśmiechem po czym z całej siły rzucił go za siebie - NIE POTRZEBUJĘ CIĘ JUŻ!
Wpadł w furię. Wokół niego utoczyła się znana niektórym fioletowa aura. To promieniujące zło otaczało go z każdej strony… a on czuł wtedy w sobie siłę. Całą siłę świata.

W oczach Chorwacji pojawił się strach zmieszany z dużą dawką paniki.
Iwan wyciągnął z kieszeni rożne bronie, butelkę niekończącej się vodki i pierożki rzucając je po kolei gdzieś w głębię pokoju. Syczał przy tym coś do siebie pod nosem.
Po chwili przestał. Możliwe, że skończyły mu się zapasy w kieszeniach albo chęci. Schował twarz w dłoniach i skulił się wśród rozsypanych rzeczy.
W tym momencie dziewczyna zdobyła się na odwagę. Poczłapała do niego i tknęła go w ramię.

- Russia?

Lecz on się nie ruszył.

- ...Hej! RUSSIA.

- ...Idź – odpowiedział po chwili nie zmieniając pozycji.

- ...Jasne – potwierdziła i wyszła trzaskając za sobą drzwiami.

- NIET! – krzyknął za nią spanikowany.

- ...Hm? – zerknęła do środka.

- Usiądź tu – nakazał.

Usiadła. A on dalej leżąc przysunął się do niej tak aby dotykać jej czubkiem głowy.

- Boisz się? – spytał cicho.

-...Czego mam się bać?

- Mogę cię teraz zabić - od niechcenia machnął ręka w stronę usypanego niedawno stosiku broni. - Mogę też zrobić rożne inne rzeczy.

Przełknęła ślinę.
Iwan wyciągnął jedną rękę w bok aby chwycić jakiś leżący najbliżej nóż po czym zaczął go uważnie oglądać z każdej strony.
Chorwacja zdrętwiała.

- Podaj mi swoje dłonie.

Mimo przerażenia podała a on zacisnął jej ręce wokół rękojeści noża i przyłożył ostrze do swojego serca.

- C-Co ty robisz? – spytała ze strachem.

- Zabij mnie.

- Nie chcę cię zabić.

- Ale ja chcę abyś mnie zabiła. ZRÓB TO – rozkazał.

- A-Ale.

- Zrób. Może wtedy przestanę cię kochać. Może...

- Dobrze…
Powoli wbiła nóż w jego serce.

- Ah... Tak... dobrze... - zamknął oczy jakby z rozkoszy a jego oddech słabł z każdą chwilą…

Wbiła nóż na cały zasięg po czym go wyjęła. Spojrzała na niego jak westchnął delikatnie przy tym…
…i umarł.

Le ilustracja

Czymże była taka bezsensowna śmierć w obliczu innych, równie bezsensownych? Może jedynie małym przecinkiem w całym eseju jego życia.

Chorwacja odrzuciła nóż na bok. Spojrzała na krew wyciekającą z jego rany. Ogólnie cały Iwan wyglądał dosyć… żywo.

-...Coś z nim jest nie tak – powiedziała do siebie.

Nagle rzucił sie z rękoma na jej szyje z tym samym obłędem w oczach co wtedy

-...R-Rusija – zbladła.

Przestał ją dusić ale przejeżdża palcami po jej szyi. Dziewczyna znieruchomiała pod wpływem jego dotyku. Iwan zbliżył głowę i przejechał językiem po jej szyi. Westchnęła a on pocałował ją tam po czym przesunął się wyżej całując ją nachalnie w usta. Nie poruszyła się, niczym sparaliżowana. Zacisnęła tylko oczy.
Przerwał pocałunek i spojrzał jej w twarz.
- Ostatni raz… - szepnął. Przytaknęła głową.
Zbliżył ponownie swoje usta do niej.

Zamarła w bezruchu.
Odsunął się całkowicie od niej.
- Już – powiedział. – Już cię nie kocham – łza spłynęła mu po policzku ale uśmiechnął się słabo.

- ...Już? – wyprostowała się nadal blada.

- Da. Już koniec.
Wstał i usiadł na kanapie patrząc martwo przed siebie.

Usiadła na krześle w rogu sali.
Zamyślił się ale w głowie miał pustkę.

Zaczęła się bawić palcami.
Stara się na nią nie zerkać.
Spojrzała w okno.
Wstał i zaczął zbierać do kieszeni wszystko co wyrzucił, w tym nóż od własnej krwi.

- ...Eh, Litvanija... – mruknęła do siebie.

Skrzywił się słysząc to i usiadł na kanapie.
Zaczęła stukać palcami o parapet.

-...Chcesz pierożka? – spytał jak gdyby nigdy nic.

-... Podziękuję.

-...A kompociku?

- Nie, dziękuje.

- Na pewno?

- Da.

- Szkoda. ... A cukierka?

- ...Nie.

- Mam czekoladowe. Bardzo dobre.

- Nie chcę nic jeść.

- A pić?

- Też nie. Chyba, że wodę.

- Mam trochę... – wyciągnął z kieszeni mineralną w butelce. - Może być?

Pokiwała głową.

Podszedł i podał po czym wrócił na swoje miejsce.

- ...Dziękuje – upiła łyk wody.
Po chwili wahania wyciągnął cukierki i zaczął jeść.

- ...

- Może jednak chcesz cukierka? Są... – zamilkł.

- ...Dobrze, poproszę.

Podszedł więc znowu i podał jej paczuszkę.
- Weź sobie resztę – powiedział i wrócił na miejsce.
Wzięła jednego cukierka i odwinęła z papierka.

Wodzi wzrokiem po pokoju starając się na nią nie patrzeć.

Ugryzła kawałek.
Spojrzał na nią

Zjadła cały.
Patrzy dalej.

Odkłada papierek na stół.

Zauważa stół.
- O, stół – powiedział.
Wyciągnął ruską czapkę i ubrał ją.
Spojrzała na niego dziwnie.
Ściągnął czapkę i schował do kieszeni.

Spojrzała na niego jeszcze dziwniej.

- Coś nie tak? – spytał po chwili.
- Nie – odpowiedziała nadal się patrząc.

- Aha. Bo się tak dziwnie patrzysz… - stwierdził zaniepokojony. - Smakują cukierki? – dodał po chwili.

- Ymh. Smaczne.

- Bo z vodką – uśmiechnął się radośnie.

-...Z wódką?

- Da.

- .. Jasne.

- Nie, ciemne, bo czekoladowe.

- ...Rozumiem.
Uśmiechnął się.
Ah ta jego głupota…
- ...Taaak…

- Co tak? – spytał.

Przetarła oczy. Co za rozmowa…
- Zmęczona jesteś?

- Trochę… - przyznała.
- Odwieźć cię do domu?
- Nie… Sama pójdę.
- Odwiozę cię, bo znowu ci się coś stanie.

- Nic mi się nie stanie...

- Odwiozę cię – powiedział głosem nie uznającym sprzeciwu.

- ... Ja- Poradzę sobie sama.

- Odwiozę cię. Chodź – wstał.

-...Dobrze.

Wyszli na dwór. Iwan otworzył swój samochód i wsiadł do środka. Chorwacja spojrzała na s1)ój samochód stojący obok.
Odpalił silnik czekając aż wsiądzie.
W końcu wsiadła zerkając na niego.

- To twój? – skinął głową w kierunku samochodu stojącego obok.

- Da.

- To daj kluczyki do niego, potem ci go odwiozę.

- Po prostu przyjadę po niego jutro. Jedźmy już – przetarła twarz.

- ...No dobrze.
Odwiózł ją pod dom w milczeniu. Gdy już są u celu, pożegnała się z nim krótkim machnięciem ręki i wysiadła z samochodu.
Odmachał jej patrząc jak znika w drzwiach.

_________________________________
by Chwastka [Chorwacja] & Kat [Rosja]
Edycja - Kat
Chorwacja (c) - Chwastka
Rosja (c) - pan H.