LISTA STRON

|SŁOWO WSTĘPU|

Witam szanownego czytelnika w swoich skromnych progach.
Zapraszam do zapoznania się ze spisem mojej "twórczości" i wybraniem odpowiadającej sobie pozycji.
W razie problemów zapraszam do zakładki "Bohaterowie".
Życzę miłej lektury!

PS Będę wdzięczna za wszelkie komentarze~!

|Statystyka, co mnie na duchu wcale nie podnosi ani nic|

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fanfic. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fanfic. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 kwietnia 2021

#4 Alternatywny powrót do przeszłości

 

Alternatywny powrót do przeszłości – część trzecia i ostatnia.


Był rok 2015, gdy powstały trzy pierwsze części tej serii: pierwsza, druga i czwarta. Obfitowały w historie z przeszłości, z roku 2010 i wcześniej. Minęło pięć lat i wiele się zmieniło, ale tak naprawdę wcale nie.


Trzecia część przeznaczona była na wątek z bohaterami, którzy w dniu dzisiejszym są mi znów niesamowicie bliscy. Nie zostałoby to napisane gdyby nie to, że szykując się do wystawy znalazłam ilustracje do poprzednich kawałków i postanowiłam przeczytać moje wypociny, a także skończyć tą serię.


No to do roboty.


***

Chlebek schowany w zamrażarce został skonsumowany jeszcze tego samego dnia, gdy nasi bohaterowie odbyli podróż do słynnego Centrum. Cały czas strumienie pamięci omijały stromy brzeg wspomnienia o brakującym elemencie załogi. Ulquiorra Schiffer, pseudonim „Braciszek”, siedział samotnie w pokoju rozważając pewną sprawę. Kat była pierwszą, która przypomniała sobie o jego istnieniu.

– Gdzieś ty był ten cały czas? – rzuciła wpadając do pokoju.

– Dokładnie to pytanie chciałbym ci zadać.

– Skoczyliśmy po chleb...

– Nie chodzi mi o to, gdzie byłaś przed chwilą, tylko gdzie byłaś cały swój czas istnienia? Słuchałem twoich opowieści, widziałem twoich towarzyszy z dawnych lat, czytałem wątpliwej jakości prozę, która chyba jest twoim dziennikiem...

– Ej! „Nocne party u Kat” to kultowa seria opowiadań młodzieżowych!

– Powiedz mi, gdzie byłaś od swych początków i gdzie jesteś teraz? Gdzie tak naprawdę jesteś?

Dziewoja zamarła przez chwilę. Analizowała pytanie Ulquiorry. Jego sens powoli docierał do zakamarków jej umysłu.

– Czy to ten moment, w którym spisuję swoją autobiografię? Nie będę cię zanudzać szczegółami, ani zbyt długim dialogiem... może po prostu pójdziemy na wycieczkę?

Ulqu nie wyraził sprzeciwu, a więc wyteleportowała ich w kij daleko.


– Poznałeś Jack'a, Whuy'ę i całe to towarzystwo piżamowe. Oni byli przed tobą. A jeszcze wcześniej była prosta grupa zwyczajnej młodzieży, której nie miałeś okazji zobaczyć, bo nie pojechałeś z nami po chleb. A jeszcze wcześniej...


Przestronny salon z oszkloną ścianą. Widok na miasto i ocean. Naprzeciwko długiej kanapy telewizor, na niej dwóch zapalonych graczy miażdżących pady swojej konsoli Plejtejszyn 3. Po prawej stronie pomieszczenia zaplecze komputerowe okupowane przez czarnowłosego młodzieńca w jaskrawych rajstopach, po lewej kuchnia zajmowana przez pomarańczowoskórą kosmitkę i jej podejrzane potrawy. W tym rozgardiaszu znalazło się miejsce dla drobnej gotki próbującej zagłębić się w horror Kinga czy innego słynnego pisarza.

Przebił się przez to wszystko narastający bit, zaś za oknem pojawiły się sylwetki dwóch tajemniczych postaci. Nie wiadomo skąd rozbrzmiał głos Emajnema.

//GESUS BAK. BAK EGEJN.

KAT IS BAK. TEL E FREND.//

Szyby, w tym matryca potężnej plazmy (jak i cała reszta plazmy), rozbiły się. Mieszkańcy przestronnego apartamentu zebrali się za swoim liderem.

– Tytani, wio!



Nie wiedział wtedy ów czarnowłosy chłopiec, że stanowili żadne zagrożenie dla przybyszy. Kat wraz z Ulquiorrą wylądowali w pomieszczeniu.

– Ups, sorki za okno – zaśmiała się nerwowo i gestem dłoni cofnęła skutki teleportacji z dźwiękowymi efektami specjalnymi.

Młodzi Tytani, bo tak zwała się ta specyficzna grupa młodzieży, nie mogła się ruszyć nie tyle z wrażenia, co z powodu jej profilaktycznego zaklęcia.

– Przybywamy w pokoju. Czy coś – oznajmiła. Gapili się chwilę na siebie, po czym ściągnęła z nich czar. – No więc, Ulqu, oto moi koledzy.

– Koledzy? – Chudy chłoptaś o zielonej skórze, włosach i oczach, który jeszcze przed chwilą był wilkiem, który przed jeszcze wcześniejszą chwilą grał w grę, mierzył ją zagubionym wzrokiem. – No ja to ciebie nie kojarzę, a z moim węchem się nie handluje.

– No wiesz!? Mnie nie kojarzysz? To ja! Eeee, Caytlin? Kat? Kate? Eh, na zakręcony ogonek tatusia świnki, jakże ja się wtedy przedstawiałam...

Mijały kolejne sekundy tej dziwnej wizyty. Bestia postanowił pomóc wszystkim i zamieniwszy się znów w psa, obwąchał przybyszy, oczywiście zachowując stosowną odległość. Cyborg, jak na chłopca-robota przystało, zaczął skanować gości swoim metalowym ramieniem, wyszukując barkodów i czipów 5G... a nie, 5G wtedy jeszcze nie było. Kosmitka o brwiach w kształcie kropek nie wiedziała co począć, tak samo jak były pomocnik Batmana, natomiast gotka w czarnej pelerynie rozbierała spojrzeniem niewzruszonego niczym Ulquiorrę.

– Nosz kurczę, a to dopiero! – Krzyknęła w końcu Kat, gdy sobie przypomniała. – Ja u was nie byłam jako ja! Nie wiedzieć czemu, miałam wtedy kradzioną tożsamość!

– Co!? Wcielałaś się w kogoś innego i jeszcze cię to bawi? Kradzież tożsamości to nie żart, każdego roku cierpią z tego powodu miliony rodzin! – oznajmił Cyborg wskazując na nią oskarżycielsko paluchem.

– No spoko, ale tak czy inaczej możecie sobie teraz przypomnieć kim jestem! – Kat przyjęła pozę pełną rozumu i godności, po czym jej cechy fizyczne zmieniły się nieco, aż zaczęła przypominać pewną wróżkę roślin.

– Flora? – westchnął zszokowany Robin i aż musiał się zainhalować bat-inhalatorkiem skrywanym w kieszeni.


Gdy już wszyscy się pośmiali (oprócz Ulqa i jego nowej fanki, Raven), przyszedł czas na trudne tematy.

– Czemu nas opuściłaś?

– Opuściłam was, bo poznałam takiego fajnego ziomka co sprzedawał kiełbasy na kiju.

– A tak na serio?

– No dokładnie tak było.

Nastała niezręczna chwila ciszy.

– Czyli postanowiłaś przerwać cudowne życie superbohatera dla sprzedawcy kiełbas? – jęknęła podsumowująco kosmitka.

– Superbohatera? – Ulquiorra spojrzał pytająco na Kat.

– DOBRE, CO NIE, ULQU? – Trąciła go frywolnie łokciem. – Nim zostałam szefem twojego grajdołka, pomijając ten epizod z szynkami z biedronki [tłum. „szinigami”], to wcale nie od początku swojej kariery byłam po stronie tych „złych”.

– Byłaś po stronie złych? – jęknął Bestia.

– Nie od początku. Tak jak mówiłam, najpierw sprzedawałam kiełbasy na kiju czy coś, potem byłam dalej prawilnym bohaterem, tylko w czerwonej piżamie, a potem, hehe, poszłam na drugą stronę i wiecie co? Tak naprawdę niczym się to nie różniło oprócz tego, że wpadłam w fajniejsze towarzystwo, dostałam kolejne super moce, a potem poznałam kolejnych ziomeczków i teraz nic tylko sobie imprezujemy od rana do nocy, co nie Ulqu?

Znowu trącenie łokciem.

– Czyli co, stałaś się jak Slade? – spytał Robin. Biła od niego nieufność, co było normalne dla dziecka wychowanego przez Batmana.

– Slade... – Kat zachichotała i okryła się rumieńcem. – Nie jak on, chociaż trochę szkoda, bo jest superancki. – Pomimo tego, że Tytanów zamurowało takie określenie na ich głównego wroga, który był bezwzględnym mordercą szczeniaczków, dziewczyna kontynuowała. – Hej! Właśnie! Co do niego, to ostatnio wspominałam swoją przygodę na jakiejś wyspie. Bestia, byłeś tam! Pamiętasz? Tam był Slade i ja i moi ziomkowie i 10 dinozaurów! Nie pamiętam absolutnie szczegółów, bo to było milion lat temu...

– Coo?? Nie pamiętam tego... Powinienem? – Bestia złapał się za głowę.

– Ah, no tak, sorki, bo przybywając tu cofnęłam się też w czasie, hihi. Bo chciałam Ulqowi przedstawić Was jak jeszcze byliście razem jako drużyna.

– To nie będziemy drużyną już zawsze? – jęknęła Gwiazdka (kosmitka) ze łzami w oczach.

– O w kij, zdradzając to zaburzyłam tą czasoprzestrzeń. Za maksymalnie pięć minut wasz wszechświat zniknie. No to nara, Ulqu, zwijamy się... ŻARTUJĘ. No ale wracając, no, Bestia, nie masz co płakusiać, może jeszcze tak się czas ułoży, że spotkasz mnie i ziomków i 10 dinozaurów.

– Nie rozumiem teraz niczego. To skąd ty jesteś? – spytał Robin.

Ciężkie pytania padały tego dnia z nieba jak szalone. W życiu Kat nawet niewinna wizyta u znajomych kończyła się tłumaczeniem zawiłych dziejów, a co dopiero dyskoteka w Stodole u Cygana.

– Jakby to prosto ująć... Moja rozmowa z Ulqiem miała miejsce w 2015 roku. U was jest teraz 2009, bo w 2010 roku już mnie z ziomkami, z którymi zwiedzałam wyspę, nie było. Śmieszne, co nie?

– Nieszczególnie...

– To teraz powiem ci coś jeszcze śmieszniejszego, Robin. Bo jakoś w okolicach tych czasów, w których teraz tu jesteśmy, tylko w alternatywnej rzeczywistości, spotkasz kogoś, kto powie ci, że zna ciebie właśnie z tego wymiaru i tym kimś będę ja. Ale tak naprawdę to nie będę ja, tylko osoba, która myślała, że jest mną, a tym samym wydawało jej się, że była mną wtedy, gdy byłam u was jako Flora. A co najlepsze, w kolejnej alternatywnej rzeczywistości, która jest już moją rzeczywistością, ta osoba będzie znacznie zmieniona i zostanie głównym bohaterem moje serii fanowskich komiksów, za które się zabieram w 2021.

– Skąd ty 2021 wytrzasnęłaś teraz!? – Bestia zrolował się w najprawdziwszego ślimaka. Tak, tak też umiał.

– Bo tak naprawdę to wszystko dzieje się w 2021 właśnie, aczkolwiek jednocześnie w 2009, skoro właśnie taki macie tu rok. A komiks będę robić, bo odkryłam, że to jest właśnie coś, co chciałabym zrobić. Jakoś od końca 2015 roku, Ulqu, z góry przepraszam za spoilery, przestałam być głównym bohaterem swojego życia, a miejsce to zajęły inne postacie. Bo za bardzo zalatywało Mary Sue i brała mnie krindżówa. Szarowłosa Ururu, która potem była szarowłosym Ururu Marquezem, znanym później jako „O nie, tylko nie Markiz”, wraz z całą gromadą innych czarodziejów z przeszłości, walczyli o swoje miejsce we wszechświecie. Później był moment dla nowocześniejszej czarownicy Gal Sue i perełki historycznych fanficzków Meb Jones, chociaż ona nie zagościła w moim sercu na dłużej, aczkolwiek ze spisania jej historii jestem najbardziej dumna. No bo ile można pisać szalonych parodii jak „Życie w NY”, którego nikt poza mną nie rozumie, że też nie wspomnę o tej dzikiej kontynuacji „Życie w Erasmusie”. Swoją drogą, warto by było to skończyć wraz z końcem studiów... „Nocne party u Kat” to też był sztos, ale skończyły się i nie chcę o tym teraz gadać. No a teraz przyszedł znowu czas na superbohaterów i tym razem ujęcie bardziej wizualne. Mówię Ci, Robin, najpóźniej za rok, w sensie w 2022, twoja twarz będzie zdobić okładki moich komiksów.

– Powrót do korzeni... – mruknął Ulqu całkiem refleksyjnie jak na niego.

– W pewnym sensie tak, ale to nie od Tytanów się wszystko zaczęło – odpowiedziała tracąc nieco swej pewności siebie. Dlaczego wspominanie tych dalszych czasów nagle było krępujące? Ale musiała opowiedzieć, żeby dokończyć odpowiadanie na pytanie Ulquiorry. I w końcu to ma być ostatnia część historii o jej przeszłości.

Reszta słuchaczy już dawno przestała ogarniać co się działo, aczkolwiek Robin, jak na Cudownego Chłopca przystało, wciąż próbował zrozumieć objawiane przed nim tajemnice.

– Przed Tytanami było kilku zabawnych ziomeczków, podobnych do tych Mugoli z Centrum. Były też dziaciaki bawiące się w zapasy i dwa bobry wraz z jakąś... dziwną babką, nie pamiętam dokładnie o co chodziło z nią. Wtedy wciąż miałam tą kradzioną tożsamość. Bycie Florą z Winx było bardziej ekscytujące niż bycie mną. Chociaż nim ją poznałam to byłam też sobą i latałam po kosmosie z humanoidalną kaczką. Dobre, co nie? Ale i tak wszystko się pewnie zaczęło od pacynkowej żaby, która była dla mnie bardziej atrakcyjna niż księciowie Disneja. Których w ogóle nie znałam wtedy. Hej, Ulqu, a opowiadałam ci to? To było jakoś jak miałam sześć, siedem lat. Siedziałam z moją ówczesną „przyjaciółką od urodzenia” w takim małym domku dla dzieci na jej podwórku. Ona wzdychała do swoich księciów, ja do swojego kaczora. Przyłapał nas na tym jej tata i nas wygonił do „zwykłych” zabaw. Wtedy wydawało mi się, że źle zrobił. Teraz już wiem, że Disnej to nic dobrego, bo wspiera chiński reżim, Książę sika w gacie, a zakochiwanie się w zwierzętach to zoofilia...

– Ej, Bestia, mówi o tobie.

– Ja to sobie wypraszam, ile razy mam mówić, że nie jestem pułapką na zoofili i furasów!

– Dzięki, Cyborg, teraz nie pamiętam do czego zmierzałam.

– Nic z tego nie rozumiem, więc mogę ci tylko przypomnieć, że twoje furasowe lata się chyba wtedy nie skończyły, skoro bardzo dobrze pamiętam, jak...

Nim zaczął się sugestywnie śmiać, oberwał od Bestii jakąś ciężką częścią ciała zwierzęcia, w które się ten aktualnie przemienił, ale to było akurat mało istotne, gdyż Kat wróciła do pierwotnego wątku.

– Chyba odpowiedziałam już na wasze pytania, prawda? – Spojrzała wyczekująco na Ulqa i Robina. Ten pierwszy z wahaniem skinął głową. Samo hasło „alternatywnych rzeczywistości” dało mu do zrozumienia, że tego nie zrozumie i tak. Robin natomiast wciąż starał się rozwiązać zagadkową historię siedzącej naprzeciw niego osoby.

– Czyli... od najmłodszych lat masz różne szalone przygody w różnych... czasoprzestrzeniach, tak?

– Tak.

– Ale jak do tego doszło? Jak to wszystko się zaczęło? Wspomniałaś, że zdobywałaś nowe moce. Jakie więc miałaś na początku?

– Nie pamiętam jak to się zaczęło. A trochę szkoda. Ale to było naprawdę dawno. Mogłam mieć trzy, cztery lata. A jakie moce miałam na początku? Serce, głowę i masę różnych jednostek informacji kulturowej. Wiesz co to informacja kulturowa? Informacja przekazywana pozagenetycznie. A wiesz, jakim pojęciem określa się te jednostki? Memami. Otóż to, od samego początku mojego istnienia żyłam memami, tak jak każdy żyje memami, bo oprócz genów, mamy też środowisko, a to ono generuje memy. I nie psuj sobie tej wzniosłej chwili tym, że Wikipedia ma osobny artykuł dla „memów internetowych”, bo to wciąż memy. Więc każdy kto ma te trzy elementy, może być jak ja.

– To wszystko nie brzmi, jakby wystarczyły te elementy.

– No, pewnie też kwestia jakości tych elementów. Ale jakby nie było, „to wszystko moje”, też nie jest jakieś szałowe, bo niedużo w tym inwencji twórczej. Ta się miejscami pojawia mniej lub bardziej, ale głównie moja działalność to jakiś szalony fanfik będący mokrym snem nastolatek.

Robin zmarszczył brwi.

– Jak tak to nazywasz to mnie też skręca, że biorę w tym udział.

– No widzisz.

– Ale nurtuje mnie jeszcze jedna kwestia... Czy to wszystko... To się dzieje naprawdę?

– Powiedz mi, czy patrzysz teraz na mnie, a ja na ciebie? Czy słyszysz mnie, a ja adekwatnie reaguję na wypowiadane przez ciebie słowa?

– No... tak...

– To masz odpowiedź. To się dzieje naprawdę. To jest tak prawdziwe jak moje pierwsze kroki, jak mój puchaty Henryczek Zbrodniarz leżący teraz na dywaniku, jak ty w pięciu miliardach alternatywnych rzeczywistości ujętych komiksem, filmem, kreskówką, czy samą myślą. I wiesz co? Fajnie by było, gdyby chociaż raz to do mnie się kopsnął jakiś międzywymiarowy podróżnik.

Zamilkli, a ich umysły parowały po tak wymagającej dyskusji. Kat i Ulqu wrócili do domu i swojego roku 2015, gdzie znowu nie było chleba, po czym Kat, już sama, wróciła do piwnicy, w której dane jej było obecnie przebywać, a tym samym do roku 2021, w którym została zakończona ta historia. Chociaż miała tyle zadań na głowie, jej priorytetem była publikacja tych wypocin, uprzedzona wykonaniem ilustracji, żeby potencjalni czytelnicy mogli lepiej wyobrazić sobie chociaż część spisanego tu chaosu.


***


Przypadkowo poukładałam więcej, niż myślałam, że poukładam.

niedziela, 1 stycznia 2017

Super spotkanie super złych osób

Ludzie chcieli drugą część, to napisałam XD Właściwie skończyłam to jakiś miesiąc temu, ale klęczałam nad końcówką, dokładniej to nad ostatnim zdaniem. Stwierdziłam, że to i tak nie ma sensu, wiec dodałam pierwsze co mi wpadło do głowy. Miłego czytania.

***
   Pewnie wielu zastanawiało się, jak działa Las Noches. Ile mają łazienek, gdzie śpią Fraccion, czy herbatka na posiedzeniach Espady pojawia się z nikąd tak jak w Hogwarcie. Ciekawym pytaniem jest także, czy gdzieś w Hueco Mundo nie biegają złole znani nam z historii. Dariusz, Temudżyn, czy inny Sauron. Bardziej wnikliwi mają w głowie jeszcze jedno pytanie: co się stało z Klubem Złych i Genialnych? Czy dalej istnieje? Przecież wszyscy pamiętamy sceny śmierci poszczególnych członków. Voldemort ugodzony zaklęciem z ręki zbuntowanego horkruksa, Darth Vader słabnący z powodu męczeńskiego poświęcenia, Davy Jones ginący w odchłani morza, czy Biała Czarownica... cóż, to nie tak, że nikt nie pamięta, jak wyglądała jej śmierć.
   W każdym razie: Gdzie oni są? Czy możemy mieć nadzieję na ponownie spotkanie, widząc śmierć naszego ulubionego bohatera na ekranie?
   Otóż, możemy. Nadzieja umiera ostatnia. Zawsze.
   Tajemnicza postać okryta szarym kocem, wysunęła się z pomieszczenia i szybkim krokiem ruszyła w znanym sobie kierunku. Jedynym wystającym elementem była cienka paróweczka, wystająca zapewne z otworu gębowego.  Tajemniczy osobnik bezszelestnie przesuwał się podziemiami Las Noches licząc na pozostanie w cieniu. Niestety się przeliczył.
   
- Kim jesteś? - ostrze katany zostało podstawione niebezpiecznie blisko kiełbaski.
   - Powiem wsystko, tylko opuść, prose, swojo broń - wymamrotał parówkowicz.
   - To nie jest moja broń... - mruknęła cicho strażniczka, odsuwając miecz. Wpatrywała się swoim jedynym okiem w tajemniczą postać, co mogło wyglądać niejednoznacznie biorąc pod uwagę brak źrenicy, czy tęczówki. Prawa powieka była zaszyta grubymi nićmi.
   Szary koc zsunął się nieco ukazując błękitną czuprynę szóstego z Espady. W śnieżnobiałych kłach wciąż trzymał parówkę. Spoglądał niemrawym wzrokiem w stojącego przed nim Arrancara. Podniósł się z klęczek, gdyż w takiej pozycji przed chwilą się poruszał, i spojrzał w dół na dziewczynę.
   - Jesce coś mas mi do pedzenia? - mruknął wsuwając parówkę. Koc zsunął mu się z ramion ukazując tonę jedzenia, jaką trzymał w rękach. Strażniczka nie wydawała się zaskoczona w żaden sposób tym widokiem. Uniosła nieco głowę, aby być w zasięgu rozmówcy, zaś różowa grzywka odsunęła się na boki, zahaczając o skrawek pozostałości maski po lewej stronie czoła.
   - Camaleón-san. Szósty nigdy nie używa słowa "proszę". Poza tym jedzenie pakuje do kieszeni, natomiast parówki upycha w swojej dziurze pustego. Pomijając fakt, że lokalizacja kuchni jest dla niego ukryta - powiedziała. Kiedy skończyła, mogła opuścić głowę na normalną wysokość, gdyż jej rozmówca skurczył się. Miała przed sobą pulchną kobietę w uniformie Arrancara. Z salami w dekolcie.
   - Już nie bądź taka mądra, Ko - rzuciła udając oburzenie wobec młodziej wyglądającej istotki. Cama zdecydowanie wyglądała na co najmniej pięćdziesiąt lat, co było dość niespotykane. Chociaż któż wiedział, czy aby na pewno tak wygląda - potrafiła zmieniać się w każdego.
   - Zabierz to jedzenie, skoro chcesz. Mam nadzieję, że pamiętasz o dzisiejszym naborze - odrzekła różowowłosa. Kobieta o czerwonej fryzurze zbladła, zaś w jej złotych oczach dostrzec można było przerażenie typowe dla każdego sługusa Aizena.
   - No tak, dzisiaj nabór, ojej, już uciekam - odwróciła się na pięcie i już miała uciekać, kiedy poślizgnąwszy się na kocu, przejechała na podłodze dość spory kawałek. Zatrzymała się u stóp kogoś, kto dopiero teraz pojawił się w korytarzach spiżarni.
   - Camaleón-san. Czyżby ostatnia wizyta w Świecie Żywych źle na ciebie wpłynęła?
   Kobieta nie musiała podnosić wzroku, żeby wiedzieć, kim jest owa postać. Kaname Tousen. Jej bezpośredni przełożony. Na nic wszelkie tłumaczenie się, czy nawet przeprosiny. Zrzuciła szybko całe jedzenie na koc, zrobiła z tego zawiniątko i pobiegła, tym razem bezkolizyjnie, do sali rekrutacyjnej. Miała nadzieję, że procedura się nie zaczęła. Gdyby się spóźniła, zostałaby odebrana jej możliwość corocznych wycieczek w celu obserwowania swojej córki. Szybko sprawdziła, czy broszka wciąż wpięta jest w jej uniform, czy odpadła przy wyciąganiu salami. Jako zwykła dusza, była zależna od tego drobnego przedmiociku, który chronił ją przed zbyt silnymi źródłami Reiatsu, jakie spacerowały sobie po całym Las Noches.
   Wślizgnęła się do sali, rzuciła pakunek w kąt i zasiadła przy okienku. W pomieszczeniu była sama, więc nie wolno było jej jeszcze otwierać. Czuła, że po drugiej stronie ściany, w poczekalni, siedzą naprawdę wyjątkowe osobniki. A teraz musiał pojawić się ktoś naprawdę silny, bo prawie ją zemdliło. Broszka nie była idealna, dlatego kobiecina mogła bezpiecznie czuć się tylko w lochach po przeciwnej stronie od salonów Espady. Z niecierpliwością oczekiwała przybycia Kaname, bądź Ichimaru. Zazwyczaj to oni pełnili funkcję rekrutującego. Tym razem było inaczej.
   - Eloszka.
   Camaleón odwróciła się czując źle. O nie. Oto sam Aizen postanowił dzisiaj przybyć. Rekrutujący zazwyczaj musieli tłumić swoje Reiatsu, pozwalając kobiecie na spokojną pracę, jednak inaczej było z szefem i panem. Rzucał swoją aurą na lewo i prawo, aż wszyscy mieli ochotę rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady. Nie dało się z tym człowiekiem normalnie pracować.
   Aizen odsunął kobietę wraz z krzesełkiem. Sam otworzył półokrągłe okienko, wychylił się z niego nieprzyzwoicie i zaczerpnął powietrza, jakby witał samą wiosnę. Dobrze wiedział, kto wpadnie na dzisiejszą rekrutację. Już od rana siedział w krzakach przy wejściu, obserwując.
   - Hmmmmm... A kogo my tu mamy? - podparł głowę na dłoniach rzucając rozpalone spojrzenie w stronę postaci siedzących na długim klocku. Ze zgromadzonych tylko jedna osoba, starzec o szpiczastych brwiach, zdecydował się nieco zwrócić spojrzenie w stronę Aizena. - Siema, misiaczki. No to kto pierwszy? - zachichotał król świata.
   - Ja - odpowiedział staruszek wstając. Opierając się na drewnianej lasce, pochylił się przy okienku, które znajdowało się niecałe półtora metra nad ziemią. W dodatku wystawała z niego połowa Aizena. Starzec pochylił się nieco niefortunnie, przez co nagle jego plecy nie wytrzymały i zahaczył twarz króla swoją długą brwią, która okazała się resztką maski. Aizen wrzasnął czując, jak ostry szpikulec wbija mu się w oko. W dodatku ruszył się zbyt gwałtownie i grzmotnął kręgiem w górę okienka. Bluzgając, niczym Jurand na Krzyżaków, wynurzył się z otworu masując twarz.
   - Otwórz mu - mruknął pod koniec. Camaleón wcisnęła guzik. W pozornie gładniej ścianie ukazało się przejście. Starzec wszedł niepewnie do środka. Drzwi za nim się zasunęły. Aizen zasiadł na fotelu rekrutatora, uprzednio przykleiwszy sobie wielki różowy plasterek na zranione oko. Mierzyli się wzrokiem kilka sekund, po czym rozpoczęła się rozmowa. Z tej złości, Aizen zapomniał nawet, że powinien czerpać satysfakcję widząc, jak były członek KZiG płaszczy się przed nim, chcąc uzyskać dobrą fuchę u swojego kolegi. Ah ta amnezja pośmiertna. Sosuke bardzo się cieszył, że karierę rozpoczął dopiero po śmierci. Chociaż, kto to tam wie, co robił za życia. Może był samym Juliuszem Cezarem?
   - Pokaż uwolnienie swojego miecza - nakazał Aizen. Był to główny punkt rekrutacji. Jak ktoś miał jakieś pierdy na kiju to go wywalał. Nie ukrywajmy, nie potrzebował silnych ludzi. Wybierał tylko tych najbardziej epickich. Ostatnio zgarnął jakiegoś Itahiego Uhicha, który miotał karambitami jak pojebany. Tapeta w całym pomieszczeniu do wymiany, ale było warto. Tym razem mogło nie być tak widowiskowo. Kandydat miał na sobie klasyczny strój Arrancara, co już na starcie powiewało nudą. Jego dziura pustego nie dodawała epickości, gdyż nawet nie było widać jej umiejscowienia. Być może znajdowała się pod tą długą białą brodą, bądź włosami. No i te paskudne pozostałości maski, które wyglądały jak długie, przerysowane brwi.
   Staruszek powstał. Chociaż nie. On cały czas stał. Chwycił swoją laskę w obie ręce i uniósł trochę. Aizen spodziewał się triku Dziadzia Generała, że drewno zaraz wyparuje ustępując miejsca zwykłej katanie, ale nic bardziej mylnego.
   - Spójrz, Nieprzyjacielu - mruknął dziadoszek. Zadymiło się lekko, jak to zawsze się dzieje, po czym brwi rozpoczęły pracę. W mig zduplikowały się i porozciągały tak, że staruch został zabudowany kościstym tworem. Wyglądał jak... wieża. Kończąca się dwoma słupami, pomiędzy którymi zabłysło oko stworzone ze strumienia Reiatsu...
   - Kurna, no ja ciebie proszę, Saruman - Aizena aż ścisnęło na ten widok. - Ja chromolę, przecież nie pamiętasz swojego życia, zostaw w spokoju biednego Saurona - rozmasował sobie z nerwów brwi, czując, jakby one też rozpoczęły procesy replikacyjne. - Pamiętam, kiedy wpadliśmy na pomysł, żeby zrobić sobie jaja i udawał oko z mocą - zaczął, przechodząc w refleksyjny ton. - A potem jakieś niziołki myślały, że go zabiły, a to jego matka wpadła do pokoju i odłączyła internet, he hehe... Stare dobre czasy - westchnął na końcu.
   - Jaki Saruman? Jaki Sauron? - spytała wieża.
   - Tak, a swojego imienia już nie pamiętasz, eh - Aizen machnął ręką. - Camaleón, wpisz tego pana do drużyny szachowej.
   Tak, Aizen miał takie "żywe" szachy jak w Potterze. Wszystko dzięki Ulqowi, który kiedyś podsunął mu dzieła pani Rowling.
   Następną postacią wchodzącą do sali była kobieta. Miała gruby, puchaty kołnierz, jej kurtka nie miała rękawów, zaś ręce zdobiły czarne wstęgi. Najprawdopodobniej nie miała hakamy, lecz na jej wzór stworzoną spódnicę, obszytą u dołu czarną lamówką. Szpilki zastukały na posadzce, a Aizen posłał Camie spojrzenie mówiące "Oho, kolejna typiara, która myśli, że to casting do Master Chefa, a jak przyjdzie co do czego, to że nie może, bo buty". Król popatrzył sobie na maskę kobiety, zakrywającej niemal całe jej czoło i lewą stronę twarzy, wraz z okiem. U dołu wyglądała, jakby była wmrożona w skórę. Dopiero teraz rzuciło mu się w oczy coś ważnego. Dobierany warkocz platynowych włosów przewiniętych przez lewe ramię.
   - Nie, żadnych Elz tu nie będzie - zaznaczył, po czym narysował krzyżyk na formularzu.
   - Czemu moje imię jest tu zakazane? - spytała kobieta chłodnym głosem.
   - Haha, bardzo śmieszne, Biała. Może jeszcze masz ze sobą Aslana przebranego za tego głupawego bałwana? - pogroził jej ołówkiem. Kobieta zamrugała kilka razy.
   - Aizen-sama... Pani Biała Czarownica przeszła na ten świat na długo przed wyjściem do kin wspomnianej bajki... - wtrąciła się ostrożnie Cama, po czym wstrzymała oddech, ściskając w łapce tablet z odpaloną Wikipedią. Król zastanawiał się chwilę. Mierzył wzrokiem Białą, zerknął niepewnie na okienko, odsunął rękaw, aby spojrzeć na Rolexa.
   - No dobra, pokaż, co umiesz robić... I nie będziesz się żadną Elzą nazywać, jasne?
   - ...dobra, to nie jest śmieszne, ukrywacie coś przede mną - rzuciła podejrzliwie. - Nie przekupicie mnie żadnymi piankami, nic wam nie powiem, rodzeństwa nie wydam...
   Aizen policzył do dziesięciu, żeby się uspokoić. Myślał, że dzień, w którym przyjdą do Las Noches jego byli znajomi będzie raczej pełen satysfakcji. On wiedział, co robili przed śmiercią. Oni nie. Ale ta wiedza powodowała teraz u niego tylko irytację.
   Głupi mają lepiej.
   - No dobra, użyj miecza, pani-ktokolwiek - machnął ręką zrezygnowany.
   - Nie mogę tutaj. To wywołuje zamieć śnieżną - powiedziała wyciągając coś zza pasa. W pierwszej chwili Aizen myślał, że to serpentyny, albo jakieś anielskie włosie. Biała... czy tam Elza, trzymała rękojeść zakończoną srebrzystymi łańcuszkami. Długie były na jakiś metr, zwijały się lekko, jakby odpychały się od siebie nawzajem, zaś na końcu każdego z nich zamocowana była metalowa śnieżka.
   - Musi boleć nawet bez uwolnienia - pokiwał głową Aizen wyobrażając sobie, jak te śnieżynki mogą ładnie poharatać komuś twarzyczkę. Następnie skreślił krzyżyk i domalował ptaszka. - Bierzemy. Przydasz się do eventu zimowego. A powiedz no jeszcze... ELZA... Jakieś zwierzątko przypominasz podczas przemiany? Może pingwina? I jak mieczyk się wabi?
   - Aslan. I jestem...
   - TO JUŻ JEST PRZESADA, NO NIE WYTRZYMIĘ. ŻĄDAM PRZERWY.

   Aizen sączył herbatkę starając się zapomnieć o tym, że Biała Czarownica po śmierci nazwała się Elzą i jej uwolniony Aslan przemienia ją w lwa. Odłożył filiżankę. Czas na kolejną osobę. Wrota otworzyły się, a do pomieszczenia wszedł negatyw Dartha Vadera.
   - Co my tu mamy... - mruknął Aizen zacierając rączki. Były kolega miał białą kurteczkę z nadprogramową ilością czarnych pasków i ciemne rękawiczki. Reszta w normie. Jednak z całą pewnością nie zniknąłby w tłumie. Na głowie miał swoją charakterystyczną maskę, tylko białą. Różniła się detalami, między innymi, zamiast paskowanego trójkąta w miejscu buźki, miał coś bardziej przypominającego... trójkąt z dwoma kropami, niczym świński ryjek. W dodatku podczas oddychania wydawał dźwięk przypominający delikatne dzwoneczki.
   - Dżentelmen ściąga nakrycie głowy w pomieszczeniu - Król zwrócił mu uwagę.
   - Ale to moja maska Pustego - zakwiczał Vader. Tak. Zakwiczał jakimś skrzekliwym głosem, jak prosiak.
   - Panie, z czym pan do ludu! - Cama aż zbulwersowała się. - Mamy tu już jednego niedorobionego, więcej nie-Arrancarów nie potrzebujemy! Do wygód to by się wszyscy pchali, ale jak trzeba robić, to nie ma komu! Pamięta pan, Aizen-sama, tą plagę imigrantów z zachodnich regionów Hueco Mundo? Ale im pan wtedy powiedział! Opowiedziałam wszystko córce! A ona potem w ciele takiego pomarańczowego, bo wie pan, ona też umie jak ja zmieniać kształty, też zaczęła takie rzeczy o imigrantach wygadywać! I jeszcze jakieś wybory wygrała! - zachichotała. Aizen zawtórował, z grzeczności.
   - Cama, dlaczego taka duszyczka jak ty pamięta o córce, to ja nie wiem - oparł głowę na ramieniu i przypatrywał się jej krótką chwilę. Puści tracili pamięć całkowicie (chociaż jak widać, przebłyski przeszłości u niektórych pozostają), plusy zachowywały jakieś podświadome myśli, czy predyspozycje, zaś o swoich bliskich pamiętali tylko, jeśli umarli w tej samej chwili. Córka Camy wciąż żyła i miała się dobrze. - W każdym razie. WESZŁAŚ MI W SŁOWO I NIE PRZYWOŁUJ PANA VADERA DO PORZĄDKU, BO SAMA JESTEŚ ZWYKŁĄ DUSZĄ.
   Kobiecina aż odjechała na krzesełku pod ścianę, wystraszona wybuchem Aizena. Ten odchrząknął i spojrzał na Dartha Vadera.
   - No więc... jak się zwiesz? Obi Tak To Robi?
   - Nie, Dżuk - wydyszał.
   - Cudownie. A walczyć ty umiesz? Pokażesz swoją broń?
   Vader-Dżuk wyciągnął prostą rękojeść. Z jednego końca wyleciał strumień utrzymującego się Reiatsu - prawdziwy miecz świetlny!
   - Brawo! Pięknie! Co jest nie tak z tą cholerną amnezją pośmiertną!? - klasnął w dłonie Aizen. Już nawet nie wiedział, czy śmiać się, czy płakać, taki to był poziom rozpaczy.
   Dżuk poinformował, że niestety nie może pokazać swojego mieczyka w pełnej krasie, gdyż zamienia się w Sokoła Milenium... to znaczy w "latający obiekt niezidentyfikowanego kształtu". Nie potrafił tego określić, ale na pytanie "Czy to kula?" odpowiedział, że nie, więc Aizen mógł spać spokojnie nie bojąc się, że pewnego dnia trafi na Gwiazdę Śmierci w ogrodzie.
   Czas na ostatnią osobę. Łysy mężczyzna z białą szatą narzuconą na zwykły uniform wszedł na boso do pomieszczenia rekrutacyjnego.
   - Odważnie - Aizen uniósł brwi. - Cama, daj no panu jakieś mokasynki. Wiadomo, BHP i te sprawy.
   Kobieta podeszła do szafki z aktami i wyciągnęła z jednej z szuflad odpowiednie obuwie. Podała je łysemu. Przypatrywał się krótko bamboszom, ale je ubrał.
   - Dobra decyzja, Voldi. To znaczy... jakie imię wybrałeś? - Aizen usiadł wygodniej, żeby czuć się nieco bardziej komfortowo w tej chwili. Oczywiście czekał na "Harry Potter", czy inne takie. Skupił wzrok na twarzy byłego kolegi. Los nie obszedł się z Voldemortem łaskawie. Wręcz zakpił z niego na całego. Dziurę pustego miał on w miejscu nosa, zaś resztką po masce była długa, górna część ptasiego dziobu umiejscowiona dokładnie nad twarzowym pępkiem. Niby miał nos, ale jednak nie.
   - Bogdan Alejandro Martinez Garcia.
   - ...cóż - Król założył nogę na nogę. Właściwie poczuł się wyjątkowo nieśmieszenie. Na szczęście nowe moce Voldemorta nie rozczarowały. Za broń służył mu krótki sztylet, subtelnie przypominający różdżkę. Jelec był w kształcie węża ułożonego w literę S. - Prezentacji się doczekam?
   - Oczywiście. Pasztetuj, Poterroza... - syknął Voldi, po tym jak odsunął lewy rękaw i przejechał ostrzem zygzaka na ręce. Mieszane uczucia znowu napłynęły do Aizena. Głównie dlatego, że nie był pewien, czy usłyszał "pasztetuj", czy "kaszkietuj".  Sama nazwa broni spowodowała tylko pęknięcie dwóch wrzodów i związanie jelitka cienkiego w gustowny supełek. Następnie zaczął się zastanawiać, czy ujrzy za chwilę feniksa, czy hipogryfa. Kiedy dym opadł, oczom zebranych ukazał się średnich rozmiarów żmijoptak (taki długaśny wąż z ptako-smoczym pyskiem i skrzydłami)
   - Widzę, że jesteśmy na bieżąco - Aizen usilnie starał się zachować pokerową twarz, lecz widać było, że coś jest na rzeczy. Zachowywał się, jakby siedział na zestawie nowych brwi Sarumana. - No, Cama, dopisz pana gdzieś tam. No, to kończymy na dzisiaj. Szkoda, że Calipso nie chciała po prostu skończyć z Davym, był chyba najfajniejszy z tego towarzystwa... Hehe. Cóż. A może jednak nie. No to do wiedzenia, Cama. Panie Bogdanie... pan może pójść ze mną. Ależ proszę, proszę zostać w takiej formie, zapraszam.
   Aizen wstał z miejsca, jak oparzony, jednak powierzchnia jego fotela była cały czas gładka i w odpowiedniej temperaturze, więc raczej nic go nie kuło w pupcię. Poklepał nowe wcielenie Voldemorta po grzbiecie... czy jak to się nazywa ta część ciała.
   Od tego dnia, Bogdana Alejandro Martinez Garcia nikt już więcej nie widział. Plotki mówią, że ktoś był świadkiem tego, jak Aizen zaprosił go do jakiejś walizki, po czym ją zamknął zaraz po wejściu tam żmijoptaczej formy byłego kolegi, jednak tylko jedna osoba tak naprawdę wie, co tu się dzieje.
   A jestem nią ja, Ulquiorra. Najlepszy obserwator tego grajdołka. Dobrze wiem, że Aizen-sama ukrywa przede mną zaczarowaną walizkę z magicznymi stworzeniami. Wiem, że to Szayelowi zlecił stworzenie takiej, z magicznie powiększonym dnem. Ja się nie przejmuję, nie uznaję kanoniczności filmów. Mimo wszystko żałuję, że wprowadziłem Aizen-samę w magiczny świat Harrego Pottera. Odkąd do kin weszły "Fantastyczne zwierzęta", przestał się mną interesować. Teraz zajmują go tylko Arrancarzy, którzy przy uwolnieniu przypominają jedno ze stworzeń z filmu. Zabiera ich ze sobą i zamyka w walizeczce, a tam z czułością dogląda i pielęgnuje. Rowling, jeśli to czytasz to wiedz, że nigdy nie wybaczę ci nie dodania żadnego nietoperzo-podobnego stworzenia. Nie, nie uznaję filmów, lecz ten znam, obejrzałem kilkukrotnie, gdyż Aizen nam je puszczał podczas posiedzeń Espady. Znam go na pamięć, a w razie potrzeby mogę przywołać jego paskudny obraz krusząc swoje oko. Kiedy już uda mi się wytworzyć w sobie Obskurusa, będę najbardziej niszczycielskim Obskurodzicielem. Dobrze wiem, że moim przeznaczeniem jest władać ciemnością (Cero Oscuras mówi samo za siebie). Muszę poprosić Dżuka o pomoc w opanowaniu ciemnej strony mocy, ale teraz muszę znikać, gdyż leci już w telewizji nowy odcinek mojego ulubionego serialu American Horror Story. Do zobaczenia.

czwartek, 24 listopada 2016

Odgrzewane kotlety - Super złe spotkanie super złych osób

Kopałam i wykopałam stare opko, które wbrew pozorom jest całkiem zgrabne i szykowne. Poprawię tylko literówki.

Napisane:
piątek, 01 października 2010

***

minuta po 1 w nocy czasu wschodnioeuropejskiego, drewniana chata na Wyspach Dziewiczych

Na zewnątrz - spróchniała chata wielkości kiosku RUCH. Wewnątrz - pomieszczenie wielkości średniej Biedronki, ściany wyściełane ciemnym atłasem, na podłodze czerwona wykładzina z IKEI, kryształowy żyrandol, długi mahoniowy stół z kilkoma krzesłami. Na każdym krześle siedzi coraz to mroczniejsza postać. reprezentują oni największe zło na świecie. Przynajmniej większość z nich. Przedstawmy ich pokrótce:
LORD VOLDEMORT - zwany też przez rodzinę Valdkiem (przypominam, tylko przez rodzinę, TYLKO); ma manię biegania nago i tańczenia tak na drzewach, nienawidzi pewnego chłopca w okularach o dziwnym wyrazie twarzy; według większości osób uznawany za martwego

SARUMAN - facet kochający biel oraz szalone prywatki; często jest na haju, ma wtedy rozwojenie jaźni; choruje na shizofremię: gada do wszystkiego co okrągłe (sentyment po Sauronie) i nie wie jak korzystać z toalety

DARTH VADER - pseudo Waldemar; maniak wielkości, kocha czarny i często kłóci się z Sarumanem; z powodu zmasakrowanej twarzy poszedł na operację plastyczną i zrobił sobie twarz na Michaela Jacksona, jednak kiedy takie twarze wyszły z mody, Vader powrócił do maski

DAVY JONES - facet-sardynka, ośmiornicowy koleś, weganin, założył z kumplami własną budkę, gdzie sprzedaje owoce morza w czekoladzie

BIAŁA CZAROWNICA - straciwszy całą władzę zaczęła się podlizywać Sauronowi; jej matką jest Baba Jaga, po której odziedziczyła skłonności do porywania dzieci; pomocą służą jej krasnoludki (nie udało im się zabić Śnieżki - byli oni tajnymi szpiegami z CBA) [???]

CATWOMAN - kocia maniaczka, wciąga żwirek z kociej kuwety, kocha czarne i obcisłe wdzianka jak Vader

SōSUKE AIZEN - uosobienie zła: tylko on może ukraść image Supermana i udawać, ze jest kimś innym (ostatnie kilka napadów na banki z dużą ilością ofiar śmiertelnym było zrzucone na Supermana, z powodu tego, iż kamery zarejestrowały kolesia z takim samym fryzem); uważa, że jest pępkiem świata, kocha biały i uosabia go ze złem (jest daltonistą a mianowicie czarny i biały są dla niego odwrotne); jest osobą, która w ogóle tu nie pasuje ale gdyby nie on nie byłoby tu tego artykułu (byłby nie na temat)
Znając wszystkich "bohaterów" tego reportażu można wyobrazić sobie, co za bałagan panował w sali obrad. Jak zwykle siedziałam cicho obok swojego zacnego kuzyna (nie powiem który to!) i przysłuchiwałam się ich paplaninie:
- Kochani przyjaciele, musimy zrobić coś, o czym wszyscy zapamiętają na długo. Nie możemy siedzieć tak w cieniu i sprawiać, że inni myślą, iż jesteśmy martwi - wygłosił Lord Voldemort.
- Mów sam za siebie. Mi wszystko dobrze idzie - powiedział Aizen. Uśmiechnął się kpiąco i wygodnie oparł o siedzenie.
- No właśnie widzę. Zamieniasz się w jakąś głupią wróżkę - powiedziała Białą Czarownica i zaczęła przedrzeźniać Aizena - Fry, fry, polecę sobie i będę taki boski. Mam boską fryzurę, mam boskie wdzianko. Aż niedobrze się robi - dodała wracając do swojego zwykłego tonu.
- Siedź cicho. Musimy faktycznie coś wymyśleć. Spytam się swojego pana. Zaraz wracam - zakomunikował Saruman i wyszedł - najprawdopodobniej rozmawiać z klamką od drzwi, która była okrągła.
- Ja wiem. Otworzymy bar sushi! - krzyknął Davy i uderzył szczypcami w stół.
- Jestem za - powiedział Aizen.
- I ja też. Lubię rybki - zamruczała Catwomen i oblizała wargi.
- Będę odpowiedzialna za dostawy. Moje krasnale zajmą się łowieniem a ja zamrażaniem ryb i innych takich. Jeśli się nie zmieści to w moich saniach to pożyczę od Mikołaja - dołączyła się Biała Czarownica.
- Mikołaja? Świętego? Tego w czerwonym kubraczku co mówi "hoł hoł hoł"? - zapiszczał Aizen - Możesz skołować mi jego autograf? Pliska!
- E... Zapomnij - powiedziała Biała a Aizen rozpłakał się.
- A ty co sądzisz, czarny przyjacielu? - zwrócił się Voldemort do Vadera.
- Mogę ja smażyć ryby - odpowiedział. Nagle drzwi się otworzyły i wszedł Saruman.
- Mój pan powiedział, że musimy znaleźć pierścień! - oznajmił z dumą.
- Idioto, tego pierścienia już dawno nie ma - szepnęła mu Biała i przywaliła z łokcia. Tak więc Saruman dołączył do Aizena.
- E... Valdek, mogę się wtrącić? - spytałam.
- A.. No... Tak. Dobrze, mów więc co o tym sądzisz - powiedział zdezorientowany Lord Voldemort.
- Pomysł z tym całym barem jest beznadziejny. Niby jak to ma wpłynąć na podbicie świata? - spytałam i wszyscy przez chwilę pomyśleli. Oprócz płaczących. Oczywiście.
- Najpierw jedna budka w Nowym Jorku a później wiele budek na całym świecie! Hahahahaekheekhe... - powiedział Davy z triumfem, zaczął się śmiać i kaszleć, więc szybko wyciągnął swój inhalator.
- To faktycznie jest beznadziejny pomysł - stwierdziła Biała i zerknęła na płaczących.
- Zły - mruknęła Catwoman.
- Zgadzam się... - dołączył Saruman ocierając łzy.
- <dyszenie>Ta... Z mojego podgrzewania nici... <dyszenie>- mruknął Vader i oparł głowę na dłoniach.
- Aizen...? - spytała Biała białego i płaczącego "geniusza zła".
- Nienawidzę was... Buu...
- Czyli nie...
- ...
- ...
- Skoro Aizen jest niesprawny to nie może sprawować swoich obowiązków. Mam drugi plan: Katechi w formie edukacji tymczasowo przejmie fuchę Aizena. Co wy na to?
- Okej - odpowiedzieli myśląc o czymś innym wszyscy oprócz samego Aizena, który płakał.
- Aizen, słyszysz? - spytał Saruman szturchając płaczącego swoją laską.
- ZOSTAW MNIE!!! Chcę być sam. - wrzasnął Aizen, poprawił fryzurę i wyszedł z sali przewracając po drodze krzesło z Sarumanem. Ten po chwili wstał, postawił krzesło i ponownie na nim usiadł. Schował głowę w dłoniach i zaczął łkać.
- Mój panie... Czemu wszyscy są dla mnie tacy brzydcy... Bu...
- Tak więc zakończmy to spotkanie. Do zobaczenie niedługo - powiedział Voldemort i wszyscy wstali aby wyjść. Nagle Saruman wskoczył na stół i zaczął bić się w twarz.
- Zamknij się! WSZYSCY SIĘ ZAMKNIJCIE! - krzyknął aż Davy chwycił go za nogę i wyrzucił z sali.

I tak zakończyło się jedno ze spotkań KZIGu. No więc dostałam ważną rolę i muszę się wykazać, bo nigdy nie dostanę się do tego super klubu.

***
Dla zainteresowanych:
www.bleachparody.blox.pl
Aż mam ochotę napisać drugą część XD

niedziela, 16 października 2016

Wyjazd służbowy ||Jumin Han x Irysek||

Na zamówienie.
Wyszło mocno średnio, przepraszam.

***

Chora Jaehee była poważnym utrudnieniem dla Jumina. Grypa rozłożyła ją kompletnie, łóżko mogła opuszczać tylko idąc do łazienki, bądź kuchni. Brak osobistej asystentki nie był dla Jumina tak wielkim problemem, jak brak możliwego opiekuna dla Elżbiety III, podczas jego nieobecności. W grę nie wchodził nikt wynajęty, kotka źle znosiła obecność obcych. Yoosung był nieodpowiedzialny, Zen wykręcał się alergią, V był jak zwykle zajęty... Został więc nowy członek R.F.A., Irysek. Dziewczę to przypadkowo dołączyło do ich grupy, zastępując nieżyjącą Rikę, lecz powierzone jej zadanie wykonała perfekcyjnie. Był to już tydzień po przyjęciu charytatywnym, jakiego urządzaniem się zajmowali, lecz Jumin ufał jej na tyle, aby powierzyć w opiekę kota. Pozostał tylko mały problem - wciąż tylko V i Seven wiedzieli o lokalizacji apartamentu Riki, w jakim przez większość czasu stacjonowała Irysek. Musiał ją więc zaprosić do siebie, a ona nie wyraziła sprzeciwu.
Przybyła tego samego wieczora, którego wyjeżdżał w służbową podróż. Wyjaśnił jej obowiązki, a także zapoznał ze swoim mieszkaniem.
- Na telefonie masz zapisany numer pokojówki i kucharza, jeśli czegoś potrzebujesz, nie krępuj się i dzwoń. Gdybyś wolała jednak sama coś ugotować, lodówka jest pełna. Nie opuszczaj mieszkania, wrócę pojutrze - mówił zapinając teczkę, do której chował jeszcze jakieś dokumenty.
- Do zobaczenia, Elźbieto III - pochylił się nad kotem siedzącym grzecznie na kanapie. Pogłaskał go czule po główce, po czym opuścił mieszkanie, dając eskortującemu go ochroniarzowi chwilę na przejechanie rolką na kłaczki po juminowym garniturze, na którym zdążyły osiąść elżbietowe elementy sierści.
- Do zobaczenia... - mruknęła Irysek, nie otrzymując odpowiedzi. Tak, Jumin bywał bucem. Ale przynajmniej mogła sobie pomieszkać w jego apartamencie. Szybki Internet, lodówka pełna jedzenia, kucharz na zamówienie... i nie wiedzieć czemu - konsola do gier. Dziewczyna rzuciła się na kanapę, starając się nie zgnieść Elżbiety III, po czym odpaliła Mortisa na smart TV. Jumin posiadał oczywiście najlepszy sprzęt, w którym czujnik głosowy był perfekcyjny, dlatego nie musiała pisać postów. Wystarczyło, że powie, a system generował tekst. Ręcznie trzeba było tylko nanieść poprawki.
Tak minęła pierwsza noc.
Irysek obudziła się o dwunastej. Głupio było dzwonić po śniadanie, dlatego szybko przekąsiła jakąś kanapkę z kawiorem, po czym zamówiła obiad.
Cały dzień oglądała Atelier z Elżbietą III na kolanach i wyczekiwała telefonu od Jumina. Lecz ten nie zadzwonił ani razu. Dopiero po dwudziestej pierwszej, telefon zawibrował.
Wiadomość od Jumina: Jak tam Elżbieta III?
- Jak ty to robisz? - westchnęła Irysek, przejeżdżając ręką po białym futerku kotki. Jumin patrzył tylko na swojego zwierzaka, a tak bardzo chciała, aby dostrzegł w końcu ją. Od początku kontaktów z R.F.A. czuła jakąś więź z mężczyzną. Po ich spotkaniu na przyjęciu, zdecydowanie poczuła coś do niego. Był miły, ale jednocześnie szczery. Potrafił zadbać o swój biznes, jak i o przyjaciół. Nie znali się długo, pomimo tego wiele dla niej znaczył. Niestety wciąż traktował ją tylko jako koleżankę, bądź nawet dalszą znajomą.
Podczas oglądania jednego z ostatnich odcinków serialu poczuła, jak jej powieki robią się ciężkie. Było pewnie już bardzo późno. Leżała sobie na kanapie wraz z Elżbietą III, która grzecznie służyła za kaloryferek. Irysek w pewnym momencie zasnęła.
Nie miała pojęcia, jak długo spała, kiedy obudziła się słysząc jakiś dźwięk. Nie miała jednak siły się ruszyć, więc po prostu nasłuchiwała. Apartamentowiec Jumina był bardzo dobrze strzeżony. Niemożliwe, aby doszło do włamania. Może pokojówka przyszła posprzątać kuwetę... albo Jumin już wrócił. W końcu nie powiedział, o której planuje powrót. Słyszała kroki kierujące się w jej stronę. Szelest materiału - ktoś chyba przykucnął, a zaraz potem poczuła, jak owa osoba głaszcząc Elżbietę III przy okazji przypadkowo muska także jej dłoń, obejmującą kota. Serce Iryska zaczęło bić mocniej, kiedy poczuła perfumy Jumina. To zdecydowanie był on. Nie drgnęła jednak dalej, a starała się oddychać spokojnie, jakby wciąż spała. Wtedy poczuła oddech na swojej twarzy, a zaraz potem na swoich ustach... jego. Pocałunek był delikatny, eteryczny. Zdawała sobie sprawę, że Jumin po prostu nie chce jej obudzić, nie chce, aby o tym zajściu wiedziała. Tylko co ona teraz zrobi, po obudzeniu się rano? Czy będzie mogła spojrzeć mu w oczy tak, aby się nie domyślił? Czy może teraz powinna dać mu znak, że tak naprawdę już nie śpi? Jakie wyjście będzie najlepsze w tym przypadku i ile czasu zostało jej na decyzję?

wtorek, 9 lutego 2016

4# Alternatywny powrót do przeszłości - Chleb, kalkulator i klapki od Hilfigera

Yoł yoł!
Zdałam sobie sprawę z dwóch rzeczy:
1) Podczas pisania tej części - że przed nią powinna być jeszcze jedna. Na dobrą sprawę to bez różnicy. Ale w inspiracji Mickiewiczem ogłaszam, że to jest czwarta część, a trzecią zrobię potem.
2) Podczas zerkania na listę postów - zepsułam numerację. Numerowałam wszystkie opowiadanka po kolei, a tą serię zaczęłam osobno... D: No trudno. W sumie nie ma sensu zmieniać. ŻYCIE.


Aha, i to jest podobno 30 post.

 
Ilustracja tym razem jedna. Otóż dlaczego: po zobaczeniu tej jedynej zrozumiecie - derpy! O ile styl ten nie wychodzi mi jakoś bardzo tragicznie, to postacie nie wyglądają jak miały wyglądać, chociaż jednej z nich twarz naprawiałam nakładają oryginał DDD8 Zastanawiałam się też nad po prostu wklejeniem jej... ale to by było słabe D: Tak więc bierzcie.

Swoją drogą jestem bardzo zadowolona z tej części. Mam nadzieję, że poczujecie ten powiew świeżości, bo to w końcu coś innego~! (Więcej info na końcu, żeby nie spoilerzyć.)


***
 
U góry róże
Na dole chleb...
A przynajmniej tak się Kat wydawało. Niestety chleba nie było.
- No nie, Szayel, ni ma chlebaaa - krzyknęła do pokoju obok. Odpowiedziało jej przeciągane chrapnięcie. Zerknęła tam. Ujrzała tylko Grimmjowa i Nnoita śpiących wciąż. Na jednym łóżku. Przykryci jednym kocykiem od pępka do łydek. I w sumie nie mogła stwierdzić czy jednak mieli jakieś ubrania na sobie. Odwróceni byli w jedną stronę, przy czym Grimm był niebezpiecznie zbliżony do Nnoita.
- Scena porno normalnie, pedały solone - wrzasnął Szayel wchodząc do środka i odpychając przy okazji Kat na bok, a następnie ściągnął z nich kocyk.
- Matko, ludzie, kurde! - Nnoitra zacytował słynnego Chucka Krasnoludka, a zwinąwszy się w pozycję embrionalną okrył głowę rękoma. Grimmjow spał dalej z jakimś dziwnym uśmieszkiem. Kropelka śliny pociekła na wychudzone plecy Cyklopa, który jednak postanowił wstać. Na szczęście mieli jakieś tam spodenki.
- Byłem po chleb, już nie ma nigdzie - Szay poinformował dziewoję, która westchnęła głośno i załamała ręce.
- Ale nie mam ochoty na bułki...
- To trzeba gdzieś pojechać i kupić - Nnoit porozciągał trochę ramiona i bezkolizyjnie wyszedł z pomieszczenia pomimo Szayela stojącego wciąż w drzwiach. Bycie wykałaczką się opłaca.
- No dobra, jedziemy - Kat złapała się za brzuszek, który zaburczał groźnie. Wsunęła więc tylko plasterek żółtego sera firmy Światowid, zgarnęła torebkę i ruszyła do samochodu.
- No to kto jedzie? - zapięła pasy.
- Jakbyś nie wiedziała - Szayel przewrócił oczami zakluczając domek. Grimmjow i Nnoit już siedzieli na tyłach samochodu.
- Ale te racice won z siedzenia - różowowłosy strzepnął nogi Grimmjowa z oparcia siedzenia pasażera. Nie minął tydzień, a zdążyli kompletnie zasyfić jego nowy limonkowy kabriolet mini. Szayel miał ograniczoną cierpliwość do debili.
Ale w końcu udało im się wyruszyć.
Wydawało im się, że o czymś zapomnieli... albo coś przeoczyli.
Sarbinowo fajne miasto, alezaopatrzenie zbyt małe jak na jego potrzeby. Z roku na rok turystów przybywało i nikt nie wiedział jak to ogarnąć. Na szczęście w pobliżu była niewielka miejscowość, do którego prawie nikt nie zaglądał. Może tam znajdą chleb. Chyba, że na ten sam pomysł wpadła połowa wypoczywających w Sarbinowie.
Wjeżdżając do Mielna spotkali się od razu z tabliczką "Nie, nie mamy chleba".
- Świetnie - westchnęła Kat.
- Mogę zrobić ci jajeczniczkę z bekonem - zaproponował Szayel posyłając jej zachęcający uśmiech.
- Nie. Dzisiaj chleb. Zrobimy to inaczej - powiedziała uparcie. Zawróciła, po czym zaczęła się rozpędzać. Szayel z niepokojem spojrzał na nią, kiedy prędkościomierz pokazał liczbę większą od dziewięćdziesięciu.
- Kaczi?
- Trzymajcie się.
Różowy niepewnie złapał za siedzenie i zmarszczył brwi. Oby jego nowiutkiemu samochodzikowi nic się nie stało. Bo trafi go jasna cholera.
Licznik szybko wbił over milion. A przed nimi zakręt.
- Co ty kurna robisz! - wrzasnął Szayel. Bo jak widać tylko on widział jakieś niebezpieczeństwo ze wszystkich tu zgromadzonych.
Nagle zabłysło i wjechali w jakiś portal.
Normalnie jak w Powrocie do Przyszłości. [Wow, nawet nie planowałam, że ta scena będzie kolejnym, po tytule tej serii, nawiązaniem do tego filmu XDD]
Limonkowy kabriolet mini wypadł na średnio zapełniony parking przed jakimś centrum handlowym. Zatrzymał się z piskiem opon, a Nnoit wraz z Grimmjowem wypadli do przodu i zaryli twarzami w rozgrzanym betonie.
- No brawo świetnie, tyle razy mówiłem, że zapina się pasy, bezbeki niedołężne - warknął Szayel szybko odpinając pasy, a następnie zabierając się do oględzin auta.
- Ej, nie ekscytuj się tak, muszę zaparkować - powiedziała Kat. Więc się odsunął.
Wycofała szybko w lewo.
- Już.
Szayel wrócił do uważnej analizy grubości opon, kiedy Nnoit i Grimmjow próbowali ogarnąć swoje buźki. Kat stała z założonymi rękami.
- To może ja pójdę po chleb... - powiedziała.
- Nie, nie, już idę - Szayel wyszedł spod auta i poszedł za nią. Tak samo dwójka jego kolegów, którym humorki opadły.
Weszli do centrum handlowego, które przywitało ich chłodem klimatyzacji.
- Całkiem przestronnie - Szayel rozejrzał się po dość sporym miejscu, które pełne było tylko stolików, krzesełek i fontann. Widać było schody prowadzące na piętra ze sklepami i kilka budek z jedzeniem.
- Tylko czy tu był w ogóle market... - zastanowiła się dziewoja.
- Tu jest plan - Grimmjow zaczął macać interaktywny panel dotykowy szukając swoich ulubionych sklepów. Nnoit natomiast mruknął coś o tym, że idzie szukać łazienki.
- Złapią grzybicę, jak będą tu tak chodzić boso - Szayel spojrzał sceptycznie na stopy kolegów.
- No to kupię se klapki, RETY - Grimmjow przewrócił oczami, wbił ręce w kieszenie i poszedł szukać Tommiego Hilfigera. Szayel prysnął płynem antybakteryjnym na panel z mapą.
- Zobaczmy... mamy dział spożywczy w Mariusz & Stanisław... To nie była czasem nazwa sklepu z odzieżą?
- No, sprzedają teraz też jedzenie, ale chleb tam pewnie kosztuje miliony monet - zerknęła na mapkę. Miejsca, które najbardziej znała wciąż widniały, jednak faktycznie nie znalazła niczego, co mogło być sklepem z jedzeniem. Musiała mieć sporo hajsu, że żywiła się czymś innym niż bułki z marketu w czasach przebywania tutaj. Chyba, że żywiła się z gestu friendsów. Hehe.
Lista sklepów na mapce nie była podzielona tematycznie, więc może jednak coś tutaj jest marketem, a po prostu nie wygląda.
- Trzeba się kogoś spytać - powiedziała, po czym ruszyła w pewnym kierunku. Szayel podążył za nią wzrokiem nie rozumiejąc o co chodzi.
- Minęłaś dziesiątki ludzi, czemu ich nie spytasz? - dogonił ją.
- Nie lubię pytać obcych - mruknęła cicho. Jakby nie wiedział. Różowy zastanowił się co to za miejsce i kiedy tu ostatnio była. Oraz czy będą musieli szukać potem Nnoita i Grimmjowa, czy może będzie mógł ich tu zostawić.
Kat uśmiechnęła się odruchowo widząc znajomy szyld Huntingtona. Chwila, a może tutaj mieli chleb? Bo... co oni tu właściwie sprzedawali??? Zgodnie z oczekiwaniami spotkała znajomą blondynkę w dziale z pieluchami.
- Nie wierzę, że ciebie tu widzę - Vanessa uśmiechnęła się szeroko.
- No cześć. Wiesz może, gdzie mogę kupić chleb?
- Pewnie. W dziale z chlebem. To zaraz obok działu z damską odzieżą, dokładniej to w pobliżu wieszaka z bielizną - dziewczyna wskazała na lewo.
- O, dzięki - Kat uśmiechnęła się i ruszyła we wskazanym kierunku. Szayel zniknął jej z oczu jakoś w okolicy przechodzenia obok działu z kalkulatorami i patyczkami do uszu.
Oto i on. Chleb. A dokładniej miliony chlebów z różnych zakątków świata. Można sobie tylko wyobrazić jak tam pachniało.
Nie, nie pleśnią. Chociaż pleśniowe chleby z Kuby też były. Wzięła pierwszy lepszy najtańszy i w miarę świeży chlebek, po czym ruszyła do kasy.
Szła, szła, aż w końcu spotkała Szayela. Zerknął na jej pieczywo z uśmiechem, po czym pomachał jej przed twarzą jakimś pudełkiem. Kiedy przestał, mogła skupić się na obrazku.
- Co to w sumie jest?
Tak więc jej wyjaśnił. Właściwie zrozumiała tylko tyle, że jest to mini kalkulator z miliardem funkcji, który wygląda trochę jak taki zestaw cieni do powiek, co mają rozsuwane szufladki i otwierane lusterko na górze. Tylko tutaj zamiast zwierciadełka był wyświetlacz, a kosmetyku - przyciski.
- W końcu znalazłem model, w którym są dwa różne motywy dźwięku do wyboru - zakończył wypowiedź wpatrując się z miłością w pudełeczko ze sprzętem marzeń.
- Świetnie, to do kas - powiedziała.
Po czym zdała sobie sprawę z czegoś ważnego.
A mianowicie...
...tutaj nie można było płacić w złotówkach.
Co więcej.
Tutaj nie dało się nawet wymienić złotówek! I to nie dlatego, że nie było kantoru!
- To co teraz? - Szayelowi brew drgnęła, kiedy o tym usłyszał.
- Spokojnie, może Vanessa mi coś da... Ten kalkulator to po ile?
- Czterysta pięćdziesiąt... waluty - odpowiedział po chwili wpatrywania się w symbol znajdujący się po cyferkach na cenie naklejonej na opakowaniu. - To w przecenie - dodał z uśmiechem.
Niech go pochwali. Zawsze chwaliła za znalezienie dobrych okazji.
- Nie jestem pewna, czy zgodzi się dać tyle...
Nie pochwaliła.
- Ale jak to!? To co ja zrobię? - starał się nie popaść w panikę. Kat wzruszyła ramionami.
- Trzeba by jakoś zarobić.
- To idź zarób, ja tu poczekam - poklepał ją po ramieniu.
- Możesz przecież iść...
- Ktoś mi wykupi!
- To daj Vanessie, przechowa ci...
- NIE.
Szayel przycisnął przedmiot do piersi. No to tyle w temacie.
- Dobrze, ale w takim razie nie wychodź ze sklepu, bo potem się nie znajdziemy... i tak się pewnie nie znajdziemy - westchnęła. Tak naprawdę to nie wiedziała jak duży jest Huntington.
Wyszła ze sklepu i zauważyła Grimmjowa ze splecionymi rękami na piersi. Jego twarz wciąż wyglądała źle po kontakcie z parkingiem. Poza tym wyraźnie był zirytowany.
- Coś nie tak? - spytała.
- Nie wziąłem kasy, a znalazłem super klapki... - mruknął tylko patrząc w bok.
- Nie martw się, i tak byś nie kupił, tu jest zupełnie inna waluta... - zastanowiła się czy poklepać go na pocieszenie po ramieniu, ale w końcu miał je gołe. - Chodź ze mną, może uda nam się jakoś zarobić.
Nie liczyła na wiele. Ale może jakiś stary znajomy zechce wziąć ją na zastępstwo na jakiś czas... oczywiście za opłatą. Tylko ile by zarobiła w godzinę? 30? Na kalkulator nie starczy przecież...
- To nie ma sensu - westchnęła. - Nawet jeśli byśmy coś znaleźli to zajmie zbyt wiele czasu, żeby zarobić na kalkulator Szayela i twoje klapki. Po ile one?
- Niecałe 500 - odpowiedział.
Prawie zeszła na zawał.
Tak czy inaczej stali przed Taj Mahome Video. Złote kolumny i wszystko inne w stylu arabskim wyraźnie zachęcały do wejścia. Zupełnie jak jakiś Seba w dresie stojący w standardowym rozkroku przed sklepem z przewieszoną przez siebie tabliczką z napisem "STOP WESTERNIZACJI ISLAMU". Ciekawie.
- Jak tu się nie poszczęści to wracamy - powiedziała.
- Hę? - spytał Grimmjow.
- Vanessa powiedziała, że tu pracuje Jonesy. Niedawno był słynnym modelem, ale go wywalili, bo zrobił dramę na Instagramie. Jakimś cudem przyjęli go tutaj - wyjaśniła wchodząc do sklepu, który był właściwie wypożyczalnią filmów. Zdała sobie sprawę, że jest sama. Grimmjowa zatrzymali przy wejściu za twarz. No trudno. Poczeka. Rozejrzała się. Kilka dziewuszek w strojach tancerki brzucha... i jeden Jonesy w stroju kastrata z haremu. Cudownie.
- Hej, słonko - została przywitana kuszącym głosem. Zastanowiła się, czemu Jonesy jest jak skondensowanie najgorszych cech Szayela, Grimmjowa i Nnoitry.
- Potrzebuję pieniędzy - wyjaśniła od razu.
- Każdy potrzebuje! - uśmiechnął się. - Dlatego tu jestem - dodał już bez uśmiechu.
- Tylko 900 i jakieś drobne na chleb!
- I bilet powrotny. Nie. Na pieniążki trzeba zapracować - powiedział. - Idź do Jude'a, może potrzebuje pomocnika - dodał ukrywając podstępny uśmieszek.
Tylko nie on.
TYLKO NIE JUDE.
- No dobra.
Przecież wiedziała w co się wkopuje przychodząc w to miejsce.
Wyszła więc ze sklepu i wraz z Grimmjowkiem ruszyła do sekcji gastronomicznej.
- O gacież Ajzena - Pantera skomentował kampanię reklamową najnowszej części Gwiezdnych Wojen w Wonder Taco. Niezbyt urodziwa wychudzona dziewuszka z jakimś przedpotopowym aparatem na zęby w niewolniczym stroju Lei wkładała sałatę bułkę w kształcie Jabby. Kat starała się zapomnieć.
Przechodzący właśnie obok nerd ubrany w czarne rękawiczki, pelerynę i hełm Dartha Vadera z wycięciem na twarz oraz z podobnym do taco-girl aparacie chyba nie był pokojowo nastawiony do reklamowania siódmej części klasykami.
- Nie mogę uwierzyć, że reklamuje ten szit - powiedział do Kat, po czym ruszył dalej. Zastanowiła się, czemu jej to powiedział - czy to tak mocno przeżywa, czy ją jakimś cudem pamięta. Przecież nie zamienili nawet słowa! Chyba. W końcu spędziła tu jakiś dłuższy czas...
Tak czy inaczej Nadziej Mnie było tuż przed nią.
- Co to za rakowe knajpy, żadnego kejefsi ani nortfisza... - mruknął Grimmjow, który poczuł, że robi się głodny. O nie.
Kat zebrała się na odwagę i podeszła do lady.
Może jej nie pozna.
Ale chwila.
Jak nie pozna to i tak nic nie zdziała. Raczej.
- Witamy w Nadziej Mnie - Jude przywitał ją przeciągając samogłoski. Jak zwykle.
- Podobno szukasz pomocnika... - zaczęła.
- Nic mi o tym nie wiadomo - odpowiedział.
Czemu Jude to taki Grimmjow po Locomotivie i herbatce z melissą.
Jaki rak, pomyślała, czemu porównuję wszystkich do nich.
- Ale mi wiadomo - odpowiedziała. Będzie walczyć. Nie podda się.
- Nie mam nawet zbytnio klientów, nie potrzebuję dodatkowych rąk do pracy - blondyn wzruszył ramionami.
Zastanowiła się.
Nie.
Jude wcale nie jest jak dziecko Gina i Izuru.
- Możemy zareklamować ci to miejsce - powiedziała wpadając na świetny pomysł. Oparła ręce o blat. - Jeszcze dzisiaj będziesz miał tu tyle klientów, że sam nie dasz rady.
- Co proponujesz? - spytał zaciekawiony.
- Zrobimy reklamę, przyjdą tłumy, pomożemy z zamówieniami. Dasz nam za to 900.
- Cooo!? Ziooom, ale to niemożliwe!
- Że to zareklamujemy, czy że dasz nam tą kasę?
- No... jedno... i drugie - odpowiedział.
- Dobra. To 700 jeśli uwiniemy się z tym w dwie godziny.
- To zakład? - spytał nieogarniając.
- ...tak-
- Okej, w takim razie... - zmrużył oczy - ...600, ale w godzinę - powiedział z miną zapalonego zakładowicza.
- Stoi.
Uścisnęli dłonie, po czym Kat uciekła w głąb centrum.
- Aha.
Grimmjow podrapał się po głowie. Odwrócił się i poszedł za nią.
- To co właściwie zrobimy?
- Ludzie mogliby się rzucić, gdyby były jakieś konkretne promocje... albo gdyby ktoś to wypromował. Będziemy udawać, że jesteś słynnym zagranicznym jułtuberem, który nagrywa właśnie odcinek o świetnym... tym czymś co Jude tam sprzedaje...
- Dobra. Tylko czym to nagramy?
- ...telefonem... tylko byś musiał umyć buźkę.
- A no tak - Grimm przejechał dłonią po twarzy. - Tam są chyba łazienki - wskazał na znak i ruszył w tę stronę.
Okazało się jednak, że są płatne.
- Oj serio? - Kat oparła się zniechęcona o ścianę.
- To umyję tam - Grimmjow wskazał na fontannę i już ruszył w tę stronę.
- Nie! - krzyknęła panicznie. Strażnik Ron mógł w każdej chwili się pojawić i zgarnąć go za zanieczyszczanie wody. - Poczekaj, Jude ma zlew na zapleczu...
- Robicie filmik o plażowych zombie?
Kat odwróciła się, bo ktoś zwracał się wyraźnie do niej.
- O... h-hej...
- Cześć - odpowiedział Wyatt. Ciemnoskóry koleżka splótł ręce na piersi zerkając na umorusaną twarz Grimmjowka - Darmowe łazienki są obok kina, ale z tego powodu są do nich długie kolejki. Poza tym sprzątane są tylko raz na jakiś czas.
- Nie mam nawet najmniejszego pieniążka - mruknęła.
- Trzymaj - wyciągnął drobniaka z kieszeni i jej podał.
- D-dzięki... - złapała pieniążka w obie dłonie i zaczęła go nerwowo obracać w palcach. Wyżydzić więcej, czy nie... - C-co tam u ciebie?
Spojrzał na nią, jakby nie do końca wiedział, o co jej chodzi.
- Bo... pamiętasz mnie, prawda? - wyszczerzyła panicznie oczy.
- Szczerze mówiąc, to skądś cię kojarzę, ale nie wiem skąd - zaśmiał się nerwowo.
Super.
- A to nie ma sprawy - uśmiechnęła się płytko, po czym przywołała Grimmjowka do siebie. - Zrób się na bóstwo - wcisnęła mu monetę w dłoń. Ten zasalutował i wszedł do łazienki.
- To nie oświecisz mnie? - Wyatt wciąż tu stał.
- Cóż...
W tym momencie jego telefon zadzwonił.
- Wybacz... Tak? - odwrócił się nieco. Odetchnęła z ulgą. Oby Grimmjowek szybko załatwił co miał. Chciała już skończyć tą niewygodną pogawędkę. Ale właściwie czemu była niewygodna? Może odnowienie starych znajomości pozwoli jej uzbierać pieniążki?
- Muszę już iść. Ale szybko jeszcze powiedz... skąd się znamy?
Ok. Chyba powie. O nie.
- Pamiętasz może Vanessę...?
- Haha, jak mógłbym zapomnieć. Przecież to najdłuższy związek Jonesy'ego.
- A pamiętasz jej siostrę i koleżankę?
- Hm... To było dosyć dawno...
- No to ta koleżanka to ja... - zakończyła niepewnie.
- Ah. Czyli ty to... Caytlyn?
- No... jakoś tak to leciało.
Oho, niezręczny temat imienia.
- Przepraszam, nie pamiętam już. To jak miałaś na imię?
WCALE NIE BYLIŚMY JAKIMIŚ LEPSZYMI PRZYJACIÓŁMI, pomyślała. Ale chwila. Na dobrą sprawę to nie pamięta niczego oprócz Jude'a, Jonesiego i Huntingtona. Więc nie była taka pewna, czy aby na pewno i z nim się przyjaźniła... Nie żeby się przyjaźniła z tymi uprzednio wymienionymi...
- Kat, pa, jestem już piękny - Grimm wyszczerzył się wychodząc z łazienki. Na szczęście nie miał żadnej rany na buzi, więc wyglądał znośnie.
- Macie jakieś plany? Bo ja idę właśnie do Cytryny, Caitlin chce coś ogłosić - uśmiechnął się Wyatt rezygnując z tematu imienia.
- Mamy zamiar nagrać film promujący Nadziej Mnie z Grimmem w roli słynnego zagranicznego jułtubera.
- O, świetny pomysł! Może mógłbym wam pomóc, ostatnio wrzucam swoje piosenki na youtube i nawet są ludzie, którzy chcą tego słuchać!
- Fantastycznie! - wyszczerzyła się.
- Gdyby Jude wcześniej powiedział, że chce się jakoś rozreklamować to bym mu pomógł - wzruszył ramionami. - To idziemy do Cytryny?
- Ok.
I ruszyli.
- Gdzie jest Szayel? - spytał Grimm po drodze.
- Siedzi w sklepie i pilnuje swojego łupu - Kat przewróciła oczami. - A Nnoit?
- Nie wiem. Poszedł szukać łazienki jak tylko tu weszliśmy... - przerwał wgapiając się w jakiś punkt. Natychmiast wskazał gdzieś lekko w bok. Wyatt i Kat spojrzeli w ową stronę. Ujrzeli Cyklopa w całkiem przystępnych letnich ubrankach, raczącego się jakimś koktajlem w towarzystwie loszki dobrej jakości. Siedzieli na jednej z ławek przy fontannie.
Natychmiast do nich podeszli. Znaczy oprócz Wyatta, który powiedział coś, że będzie czekał przy Cytrynie.
- Co ty tu... skąd masz te... - Kat zamachała rękoma przed Nnoitem.
- Ma się swoje sposoby - mrugnął do niej.
- Daj się napić - Grimmjow odebrał kubeczek i zaciągnął się orzeźwiającym mohito bezalkoholowym.
- Będziesz tu siedział, czy idziesz z nami? - spytała.
- Nigdzie mi się nie spieszy - zabrał Panterze kubek.
Kat i Grimmjow ruszyli więc do Cytryny.

- Halder to rak - powiedziała Jenny o krótszych niż zawsze włosach wyraźnie rozzłoszczona. - Gdyby to nie był mój ulubiony sklep sportowy, to nigdy bym tam już nie poszła.
- Wyluzuj, ja to bym chciała móc KUPOWAĆ w Khaki Bazar zamiast tam PRACOWAĆ - odpowiedziała Nikki malując paznokcie od stóp na turkusowo-bursztynowo.
- To znajdź coś zamiast ciągle narzekać - Caitlin w Cytrynie zajmowała się udawaniem, że robi soki.
- O, patrzcie, zgadnijcie kogo dzisiaj spotkałem - Wyatt aż podszedł do nadchodzącej Kat, jakby to on ją tu właśnie w tej chwili sprowadził. Blondyna w cytrynie na głowie pisnęła podbiegając, aby uścisnąć dawną koleżankę.
- Myśleliśmy, że zginęłaś - powiedziała puszczając ją.
- Hehe - odpowiedziała Kat. Reszta dziewczyn na szczęście nie chciało się przytulać.
- Co tam u ciebie? - spytała Jen z uśmiechem.
- Cóż... to skomplikowane...
- Mamy czas - odpowiedziała Niki.
- Ale ja nie mam, wpadłam tylko po chleb... - rozległo się głośne burczenie w brzuchu. Grimmjow zaczynał być coraz bardziej rozdrażniony.
- Nagrajmy to gówno i wracajmy stąd - podzielił się swoją opinią. Nikt nie skomentował.
- To ja może zagram jakąś improwizację o Nadziej Mnie, a ty to nagrasz - Wyatt zwrócił się do Kat wyciągając gitarę z kieszeni, bo był Simsem. Następnie zaczął grać coś chwytliwego o kiełbaskach na patyku.
A wtedy Kat olśniło.
- Sznycelki. To jest to - włączyła w telefonie wifi i po chwili pokazała wszystkim teledysk o sznyclach. https://www.youtube.com/watch?v=RSpQqohpqYQ  - Możemy lekko przerobić tą piosenkę... No i przydałyby się jakieś kostiumy...
- Wydaje mi się, że w Khaki Bazar znajdę idealnie wieśniackie szorty - powiedziała Niki.
- Znajdę akordy - Wyatt wyciągnął swój telefon.
- Studiuję prawo - powiedziała Jen.
- To miłe, że pomagasz Jude'owi. Rzadko kiedy osoby po zerwaniach mają ze sobą dobry kontakt - Caitlin wyciskała właśnie cytrynę, a sok wskoczył jej do oka. - Ała...
Kat zrobiła poker face'a. Na szczęście Grimmjow nie zrozumiał.
- A ja co będę robił? - spytał tylko.
- Będziesz latał w tych szortach...
- Może lepiej, żeby Jude się tym zajął? Chyba lepiej by się nadawał. Jest taki... jakby to powiedzieć: PRZYJAŹNIEJ WYGLĄDAJĄCY - stwierdziła Nikki.
- COŚ SUGERUJESZ? - Grimmjow tylko zerknął i wyszczerzył się niebezpiecznie.
Oj robi się groźnie.
- Nie, to zakład, musimy to sami zrobić - wyjaśniła Kat.
- Oh, czyli to nie jest takie bezinteresowne... - Caitlin nie ukryła swojego rozczarowania.
Dokładnie, chodzi o chleb, wybajerowany kalkulator i klapki za 500 dolonów.
Tak czy inaczej udało im się w bardzo krótkim czasie wszystko przygotować. Grimmjow w stroju stylizowanym na jakiegoś szwaba stanął na początku trasy. Razem z podobnie ubranym Wyattem z gitarą przejdą przez całe centrum śpiewając cover sznycelkowej piosenki. Dziewczyny będą nagrywać z różnych stron. Potem to zmontują i wrzucą na kanał Wyatta, dla większej efektywności reklamy.
- Cały czas idziesz za mną, wypowiadasz tylko ustalone kwestie, a kiełbaski... - Wyatt zerknął na te kilka "porcji", które Jude przeznaczył na reklamę. - ...dawaj tylko dzieciom. Zaśpiewamy to jakieś kilkanaście razy i zakończymy przy Nadziej Mnie. Cały czas się uśmiechaj. Okej?
- Ta.
Tak więc ruszyli. Pomimo standardowego zgiełku głos Wyatta miał dobre przebicie.
- Kiełbaski, królewny mięs, ocieka niebem każdy kęs, Nadziej Mnie kiełbaski ma, grzecznym dzieciom chętnie da.
W niemalże podskokach wykonali pierwszy utwór. Ludzie oglądali się za nimi z zainteresowaniem i rozbawieniem.
- Jeśli chcesz ręką jedz! - krzyknął Grimmjow wciskając kiełbaskę na patyku jakiemuś dresowi.
- Możesz wcinać cały dzień.
- Proszę trzymaj, rośnij wszerz - Pantera podał kolejną jakiejś karynie, która urażona poszła sobie. - Za szelki schowaj jeśli chcesz!
- Joi jo Nadziej Mnie! Joi jo Nadziej Mnie!
Szło im całkiem nieźle. Grimmjow tak się wciągnął, że śpiewał też całą piosenkę razem z Wyattem.
- Możesz lizać cały dzień - zaśpiewał podając ostatnią kiełbaskę Nnoitrze. Ten ze zbereźnym uśmiechem przyjął darmowy poczęstunek.
Zakończyli planowo przy Nadziej Mnie.
- Wyszło ekstra - pisnęła Caitlyn.
- Teraz to trzeba zmontować.
Ruszyli więc szybko do Cytryny zostawiając Jude'a z natłokiem nowych klientów.
- Ej, a miał mi ktoś też chyba pomóc!? - krzyknął za nimi, ale nikt nie zareagował.
Natychmiast po dojściu do ich głównego miejsca, Kat spojrzała na zegarek.
- Dwie godziny bez śniadania! - krzyknęła z rozpaczą.
- Śniadania? Jest prawie piąta... - powiedziała Nikki.
- To... skomplikowane. Dzięki za wszystko, my się zmywamy.
- Nie chcesz zobaczyć finalnego filmiku? - Wyatt zerknął na nią znad netbooka.
- Poszukam potem, narazicho! - pomachała im, po czym zaciągnęła Nnoita za jego kaptur od bluzy z krótkim rękawem i poszli, a Grimmjowek, już bez stroju szwaba, za nimi.
Doszli do Nadziej Mnie, przy którym był prawdziwy kolejkon.
- Nieźle - mruknął Nnoit.
- To ja pójdę po kasę... - Kat podeszła do Jude'a, który właśnie kasował zamówienie.
- Nie mogę teraz gadać, jestem zajęty - odpowiedział.
- Pinionszki - szepnęła.
- No niech będzie.
Podsunął jej 500.
- Ale miało być 600...
- Nie pomogliście z klientami i musiałem zatrudnić Lydię.
Kat zerknęła na rudą dziwaczkę, która co chwila zerkała na Jude'a.
Groźna jak zawsze.
No ale cóż.
- Mimo wszystko dzięki... - odpowiedziała biorąc kasę. Starczy na kalkulator i chleb. Albo na klapki, jeśli Vanessa im zasponsoruje pieczywko. Podeszła do kolegów z nieciekawą miną. - Wciąż trochę brakuje...
- To ile ten chleb kosztuje - Nnoit podłubał sobie w uchu.
- Na chleb to Vanessa pewnie by nam dała. Ale Szayel chciał kalkulator, a Grimmjow klapki...
- CO - Cyklop aż się zadławił. - Odstawialiście tą szopkę, żeby zarobić na jakieś japonki kurna gumowe?
- Skórzane - poprawił go Grimmjow.
- SKÓRZANE? Ty wiesz w ogóle, że nie będziesz mógł w takich chodzić po plaży, bo się zniszczą?
- One są od HILFIGERA, nie ZNISZCZO się.
- Hilfiger srifiger, chyba cię porąbało, żeby tracić jakikolwiek hajs na buty, które zaraz zgubisz. Ja wam pokażę jak to się robi - wyszczerzył się.
- Nie powiem, jak zdobyłem ciuchy - zaczął, kiedy ruszyli w stronę sklepów - ale mogę pokazać inny protip na wyciągnięcie itema ze sklepu.
Zatrzymali się przed Huntingtonem.
- Cóż... nie jestem pewna, czy to dobry pomysł... - Kat zaczęła szukać wzrokiem Szayela. Może akurat kręcił się gdzieś przy wejściu.
- Why not?
- Vanessa tu pracuje, a ty chyba chcesz zrobić coś złego...
- Masz rację. Lepiej oskubać kapitalistów - Cyklop poklepał ją po ramieniu i ruszyli do Hilfigera.
Weszli do środka jak gdyby nigdy nic.
- No to pokazuj je - nakazał Grimmowi. Ten sugestywnie wskazał na najzwyklejsze w świecie brązowe klapki. Taka zwykła podeszwa z szerokim pasem w poprzek.
- Ale rak - skomentowała Kat.
- No to to się robi tak - Cyklop złapał za parę z numerem Grimmjowa, po czym oderwał jednym ruchem metkę. - Wkładaj - podsunął mu. Pantera wykonał polecenie. - A teraz udajesz niemowę i do wyjścia.
Tak więc wyszli. Oczywiście bramka za nimi pisnęła, lecz z idealnie nihilistycznymi minami oddalili się.
Ale nie ma tak dobrze.
Strażnik Ron zawsze w gotowości.
- Młodzieży, zatrzymać się! - nakazał stając przed nimi.
- Słucham, panie władzo - odpowiedział Nnoitra.
- Zdaje się, że coś nie należy do państwa.
- Ta?
Ron zmierzył ich wzrokiem, po czym wyciągnął jakiś śmieszny patyczek. Przejechał nim przed naszymi bohaterami. Zapiszczało, kiedy był w pobliżu stóp Grimmjowa.
- Te klapki są kradzione - powiedział.
- No co pan nie powie - rzekł Nnoit, a Kat nie wychodziła z podziwu, że nawet zachował pozory kultury osobistej.
- Proszę je zwrócić.
- Żartowałem. Nie są kradzione. Do widzenia.
- W takim razie rachunek poproszę.
- Nie noszę rachunków przy sobie, oszczędzam drzewa.
- A ja nie oszczędzam kryminalistów.
Następnie stało się coś jeszcze bardziej nieprawdopodobnego. Nnoitra wygłosił mowę na temat dbania o środowisko, poruszając szczegółowo problem wycinki drzew i nadmiernego wykorzystywania papieru. Nawet Grimmjowowi pociekła łezka, chociaż nie wiedział, czym drzewa są.
- Koniec tego, idziesz ze mną - Ron złapał Cyklopa za ramię.
- Nie idzie.
Odwrócili się. Oto członkowie GreenPeace przyszli wytoczyć walkę z władzą. Natychmiast przywiązali się do Rona tworząc zamieszanie w tej części centrum. Nasi bohaterowie w tym czasie ulotnili się pod Huntingtona.
- Poczekajcie tu, załatwię to szybko - Kat wlazła sama do sklepu rozglądając się za Szayelem. Niestety musiała sobie pomóc wypytywaniem pracowników. Znalazła różowego siedzącego w rogu działu z książkami. Przyciskał do siebie pudełko z kalkulatorem oraz czytał jakąś biografię Messiego czy innego czipsera. - Dalej, idziemy.
- Wybawienie - wstał szybko i ją uściskał. - Myślałem, że tu zginę. Muszę siusiu.
Wcisnął jej pudełko i uciekł.
- Łazienka jest płat... Poradzi sobie... - mruknęła. Poszła po chleb, a następnie do kasy opłacić wszystko.
Kiedy wyszła, jej kolegów już nie było. Panicznie rozejrzała się wokół. Ujrzała błękitną czuprynę Grimma, więc pognała w tamtą stronę.
Właśnie lali jakiegoś ochroniarza.
- Chciał wlepić mi mandat za załatwienie potrzeb fizjologicznych w fontannie - wyjaśnił Szayel bez wyrazu twarzy. - Masz moje cudeńko? - wyrwał jej pudełko z kalkulatorem i z miłością objął.
- Dobra, idziemy - Grimm otrzepał się z niewidzialnych kurzków. Nieznany jej ochroniarz leżał w opłakanym stanie.
Wrócili więc do samochodu.
Już nigdy nie będę mogła tam wrócić, myślała Kat wracając do Sarbinowa. W końcu ktoś się skapnie, że człowiek, który pobił ochroniarza to ten sam, co reklamował Nadziej Mnie. Jej "przyjaciele" raczej nie będą chcieli się z nią widzieć...
Wchodząc do domu, pomimo wygranej, wszyscy czuli się nienajlepiej.
- Zjedzmy w końcu to śniadanie... - Grimmjow osunął się na krzesełko.
- Syfiarze, nigdy was tego nie nauczę... - mruknął Szayel podnosząc jakiś papierek po cukierku leżący na blacie.
- Meh... - Nnoit przewrócił oczami, po czym trzepnął Szayela, który się zawiesił.
- ...spójrzcie - różowy nie odwracając się pokazał papierek, który okazał się zwykłą karteczką z tekstem.
"Znalazłem chlebek, zostawiam go w zamrażalce, wyciągnijcie na noc, to rano będzie gotowy do spożycia. Miłej zabawy, minionki~!"
- Gin musiał zostawić tą karteczkę przed wyjazdem, ale żeśmy jej nie zauważyli - stwierdził Nnoit, po czym otworzył zamrażalkę i wyciągnął bochenek chleba. - Haha.
- Przynajmniej wzbogaciłem się o kalkulator - stwierdził radośnie Szayel.
Grimmjow zauważył, że chyba zostawił klapki przy ochroniarzu, bo go nimi tłukł po oczach. Trochę przegryw.
 
***
 
No samo zakończenie bez puenty, ale nie ten poziom XD Bardzo mi się podoba, gdyż:
- jest jakaś składna akcja, jakaś przygoda (chociaż na dobrą sprawę bezcelowa)
- zmieniłam nieco zarys Szayela, Nnoita i Grimmjowa, ale jestem ciekawa, czy ktoś to zauważył <<:

Pozdrawiam cieplutko i wypowiedzcie się w komentarzach, co o tym sądzicie!

PS Planuję dwie nowe serie 8)

sobota, 28 listopada 2015

1# Alternatywny powrót do przeszłości - Nowa seria

YO YO YO KACZI SQUAD XDD
Ruszamy z nową serią. Od jakiegoś bardzo dłuższego czasu chciałam narysować różne "stare" rzeczy, raz się nawet zabrałam, ale nie wychodziło, więc olałam. Natomiast trzymało się mnie to mocno i w końcu wykiełkowało.
Szukając pewnej informacji znalazłam nawet stare opowiadanko, dlatego jest tu pewien "bonus". Będzie tego więcej.
Pozdrawiam Pesę~


***

***

Katechi przechadzała się po torze w kształcie elipsy w sali głównej pałacu Chase'a. Wuya siedziała wygodnie na swoim tronie i przeglądała jakieś Instagramy, czy inne kije na telefonie. Szum wodospadów niósł się po pomieszczeniu.
- Ale właściwie to skoro jesteś taka wszechpotężna, to po co ci Shen Gong Wu? I po co nas szkoliłaś? - spytała Kat. Pytanie to wpadło jej do głowy właśnie teraz, zaledwie kilkanaście sekund po przybyciu na stare śmieci. Wuya spojrzała na nią nie wiedząc czy ona pyta serio, czy to słabe prowo. Wydała się też lekko zmieszana.
- No wiesz... - westchnęła lekko. - Zapieczętowanie w masce i do tego jeszcze w pudełku zablokowało mój dostęp do magii w znacznym stopniu. Po powrocie do ludzkiej formy wciąż nie miałam od razu pełnych możliwości. Dlatego zbierałam Wu. A was szkoliłam, bo mieliście potencjał - uśmiechnęła się na wspomnienie starych dobrych czasów. - Kiedy dałam ci klejnot, troszkę też osłabłam. Nie byłam mimo wszystko na siłach tak do końca... Dobrze im się udało mnie zamknąć... - splotła ręce na piersi. - No a potem przyszły dzieci... wiesz, ja i Chase sobie tak możemy żyć nieśmiertelni, ale niezbyt możemy dawać życie. Musiałam przekazać dzieciakom sporą część mojego klejnotu, żeby mogły żyć... Wiesz, Chase nie ma duszy czy coś - zachichotała.
- Rozumiem. Czyli nie dało się tego załatwić na tej zasadzie, na jakiej ja ożywiałam tych tam? - Kat skinęła głową gdzieś w bok mając na myśli swoich... koleżków z dziurkami.
- A nie wiem - Wuya wzruszyła ramionami. - To już jakaś tam sprawa cząsteczek duchowych. Jestem tylko wiedźmą, nie znam się na tym. Spytaj tego swojego... kolegi - kobieta rzuciła krótkim spojrzeniem na Ulquiorrę, który stał prawie na samym krańcu góry i nie ruszał się. Kat również na niego spojrzała.
- Cząsteczki duchowe można w pewien sposób złączyć odzyskując to, co utracone... szczególnie, jeśli nie mogą się odrodzić. Espada nie zginęła z miecza Shinigami, więc obróciła się w nicość, aczkolwiek ich resztki zostały zapieczętowane... - urwał. Chyba nie musiał dalej wyjaśniać. Dobrze wiedziała, z czego ich odtwarzała.
- Noooo, w końcu to parę lat wytrzymało... - mruknęła Kat do siebie zerkając w sufit. Te sople zwisające to stalagmity czy stalagdyty? Nigdy nie mogła ogarnąć które to które. Wuya zerkała zaintrygowana na Ulquiorrę. Nie była do niego pozytywnie nastawiona. W końcu to nie do końca istota żywa, a w dodatku posiadał część jej magii... a także moce, których w ogóle nie znała i nie ogarniała. Ten cały świat dusz zawsze był dla niej tajemnicą. Sama nigdy w niego nie ingerowała, nie była głupia, to dosyć niebezpieczne rejony, nawet dla niej. Chciała zawładnąć światem, ale nie naruszać tego, co nim steruje.
Kiektóre derpy jednak bez wahania ruszyły zmieniać świat na lepsze zaburzając równowagę. Ale czym była równowaga?
- No a teraz nie możesz podbić świata? Przecież to nie takie trudne - powiedziała zwracając się do wiedźmy.
- Niezbyt... ale ty jesteś w stanie. Dalej, podbijaj - Wuya rozłożyła ręce z uśmiechem.
Ok. To nie byłoby trudne. Musiała po prostu ogłosić wszem i wobec, że jest władcą świata. W sumie... szkoda czasu. Bo weź się tym potem opiekuj. Już miała dosyć władania czymkolwiek.
- Wiesz... niezbyt mi się chce - odpowiedziała. - Chciałam tylko, żebyś zobaczyła jak sobie radzi - wskazała na Ulqa posyłając Wuyi szeroki uśmiech. Była bardzo dumna ze swojego dzieła. Wiedźma niepewnie rzuciła spojrzeniem na Arrancara.
- Że niby jak silny jest?
- Mogę z nim walczyć prawie na równi - odpowiedziała rozradowana dziewuszka.
Wyua zagryzła wargi. Chyba nigdy nie myślała, że można dać istocie duchowej kawałek klejnotu heylińskiego. Z tego co się dowiedziała, ten ktoś sam w sobie był silny... a skoro dorównuje Kat...
- Nie chce mi się. Idźcie sobie do Jack'a - zmieniła pozycję na fotelu i wróciła do przeglądania sieci.
- No ok. Jak wolisz. Nie wiesz co tracisz - odpowiedziała Kat i tepnęła siebie i Ulqa od razu do pokoju wspomnianego przez wiedźmę chłopaka. Zazwyczaj przestrzegała zasad grzecznościowych, czyli dzwoniła normalnie do drzwi, ale dzisiaj... tak jakoś wyszło.
- No hej - rzuciła do albinosa.
Jack ściągnął słuchawki i oderwany od rzeczywistości spojrzał na przybyszy. Widać było, że jest lekko niewyspany. Nienaturalnie jasne włosy opadały mu na jedno oko.
- O co chodzi? - zmrużył wrogo ślepka widząc Ulquiorrę. Znał typa, i chociaż nawet był z nim na jednej imprezie, wciąż nie wiedział co go łączy z Kate. A jego wyobraźnia podsuwała mu nawet sugerowanie bycia pedofilem albo jakimś sponsorem. Nie, żeby miał o niej złą opinię. Po prostu tak wyglądał.
A coś mu wpadło do głowy.
- A gdzie ten niski białas, z którym wtedy uciekłaś?
Dziewuszka zamrugała oczętami niezbyt wiedząc o czym on teraz gada.
- No ten kurdupel, co tu był, a ty z nim... i wiesz... - właściwie to chyba żałował, że zaczął temat. - Nie ważne - odwrócił się z powrotem do swoich kartek porozrzucanych na biurku.
- Wuya chciała, żebyś go przetestował.
Jack zerknął znowu na Ulquiorrę. Że niby jest robotem?
- W jaki sposób?
- Nie wiem. Ale wiem, że ty będziesz wiedział.
- A co on, że tak powiem... robi?
- No walczy - posłała mu szeroki uśmiech.
No tak. Przecież nie gotuje.
- No dobra... ale coś sądzę, że sam muszę się za to zabrać - powoli wstał. Z tego co widział kilka lat temu, nawet najlepsze z jego robotów nie nadawały się na walkę z kimś takim jak ten zielonooki emos. To byli po prostu nadludzie. Będzie musiał sam spróbować. Licząc na to, że nie straci od razu jakiejś kończyny, będzie mógł skopać tyłek temu... komuś. W sumie fajnie.
- To chodźmy - Jack wyprostował się, kiedy Kat wlazła mu na biurko i zaczęła macać uchwyt od klapy w suficie. - Nie teraz - mruknął łapiąc ją w pół. Teleportował ich w pobliże lasu, po czym wziął i poleciał wgłąb niego.
- Serio tego nie naprawili?! - westchnęła głośno Kat. Okoliczny las był polem osłabiającym działanie wszelkiej magii (dlatego nie dało się latać nad nim). Poza tym był pełen podejrzanych stworzeń, które atakowały wszystko, co posiadało wszelkie nadprzyrodzone moce. Za nim znajdowała się pustynia, gdzie ulokowany był pałac Chase'a i Wuyi. Do nich dało się teleportować. Na pustynię lub do lasu nie. A czemu nie teleportował się więc w pobliże pałacu? Sprawy osobiste.
Tak czy inaczej dolecieli sobie unikając po drodze dziwne potworki, ewentualnie niszcząc w sekundę te, które jakimś cudem do nich doskoczyły. Na prawdę, przed kim ten las ma chronić to nie wiadomo.
Kiedy ich stopy dotknęły prawie pomarańczowego piachu pustyni, Jack stanął kawałek dalej i zahaczył wzrok na Ulquiorze.
- Właściwie to co mam dokładnie przetestować? - spytał.
- Jego MAGIĘ - odpowiedziała omal nie dławiąc się z przejęcia.
- ...magię?
To ma sugerować, że nie zginie od razu?
- No dałam mu kawałek klejnotu. Ale właściwie używa go tylko do wzmocnienia swoich dotychczasowych ataków - wyjaśniła z lekkim rozczarowaniem. Co prawda wiedziała, że uczył się takich podstawowych rzeczy jak przenoszenie przedmiotów za pomocą magii, jednak widocznie nie bawiło go to. Tradycjonalista.
Jack'a nie ucieszyła ta wiadomość. Od razu wzmocnił swoje ciało bordową aurą klejnotu. Ciekawiło go, jak duży kawałek dała emosowi. Nie, żeby chciał porównać kto ma większy przed walką. A może jednak...
- Pokaż go - powiedział. Starał się nie brzmieć zbyt rozkazująco, żeby nie zdenerwować zielonookiego. Chociaż nic nie wskazywało na to, żeby ten dał się sprowokować komukolwiek. Ulqu bez słowa przyłożył dłoń do krtani, gdzie kiedyś znajdowała się dziura Pustego. Zobaczyć można było kilka purpurowych iskier w szmaragdowej aurze, po czym nad odsuniętą ręką unosił się niewielki odłamek ametystowego kamienia, długości około dziesięciu centymetrów. Jack uśmiechnął się triumfalnie. Jego był większy. I co najważniejsze - kompletny. Co prawda nie był tak duży jak ten Kate, ale emosowi brakowało trochę. Cóż. To nie tak, że nadrabiał wszystkim innym. Chociażby tym, że atak fizyczny Jack'a niewiele mu zrobi (dokładniej to tyle co nic), a w drugą stronę... no wiadomo.
- Atakuj - powiedział albinos.
- Ty pierwszy - rzekł słowo Ulquiorra. Serio pedofil, pomyślał Jack, po czym ruszył na niego z zamiarem przeteleportowania się na jego tyły i ścięcie go z nóg. Ale gdy tylko był przed, emos zniknął z wizji. Albinos był całkiem szybki. Wyteleportował się kawałek dalej. Tego się Arrancar nie spodziewał, gdyż sam chcąc się pojawić za młodzieńcem... nie zdążył go zaatakować. Rzucił mu swoje nihilistyczne spojrzenie.
- Nie uciekaj, no - krzyknęła Kat.
- Taka moja taktyka - odpowiedział Jack. Nie należał do tych, co się pchają jak wiedzą, że nie wiele mogą. Ale teraz właściwie MUSIAŁ przyjąć na siebie atak. Westchnął głęboko. Nie pokaże przecież Kate, że lekko się tego obawia. Poza tym ona na pewno go poskłada jak coś mu się stanie, co nie? - Dobra, teraz nie ucieknę - wyciągnął z kieszeni jakąś szmatę, po czym ruszył na zielonookiego. - Omen Randuina - wypowiedział, a srebrzysta szmatka owinęła się wokół jego torsu jak zbroja. Jego ciało zaświeciło się na purpurowo. Tym razem panowie nie zamierzali chytrze pojawiać się za plecami wroga. Jack losowo postanowił zaatakować z pięści, natomiast Ulquiorra trzymając leniwie ręce w kieszeniach zamierzał zrobić krok do przodu i wykopać pana Spicera hen daleko. Niesamowicie szeroki uśmiech satysfakcji pojawił się na twarzy młodszego z nich, kiedy noga zielonookiego zatrzymała się na jego brzuchu. Natomiast lekkie zdziwienie mógł wykryć każdy na twarzy nihilisty, gdyż oto w idealnym slow motion, jego atak został tak bardzo spowolniony, że cała siła, jaką w to włożył, poszła w las. Jednak przypomniał sobie o magicznym kryształku. Rozbłysło trochę szmaragdem z fioletowymi iskrami, a następnie młodszy wojownik poleciał na drzewo. Jack'owi udało się wyhamować i chociaż uderzył w jakiegoś dęba, zaraz wyprostował się posyłając zwycięski uśmiech. Kate natychmiast pojawiła się obok patrząc z zaciekawieniem na srebrzystą szmatkę, którą od siebie odwinął.
- Spowalnia atak, a dodatkowo dodaje całą masę wytrzymałości - pomachał jej przed nosem kawałkiem materiału, który skurczył się do rozmiarów zwykłej chusteczki.
- Jaki bajer. Za moich czasów Wu nie były takie fajne... to znaczy, że dalej je zbieracie?
- A co mamy robić? - wzruszył ramionami patrząc na trzymane Shen Gong Wu i wracając myślami do początków swojej przygody z Wuyą. To były czasy... - Głównie sam się tym zajmuję. Tobie i Raiowi się znudziło, Ross postanowił skończyć szkołę, a ci tam zamienili się w nudną rodzinkę Januszów i Grażyn - skinął w stronę ledwo widocznego stąd pałacu. - Natomiast piżamowce nadal w formie. Znaczy Kimiko to w sumie od jakiegoś czasu nie widuję, ale reszta się trzyma.
Kate złapała za końcówkę Wu. Było wykonane z całkiem delikatnego materiału, pewnie jedwab. Miało kolor ciemnej śliwki, pod światło widać było jakieś wzorki.
- Jack, pracujesz dla Rito? - spytała.
- Tak. Ale co to?
- Taka tam grupa ludzi co robi tą słynną grę Ligę Legend - wyjaśniła. Ale nie wyglądał, jakby rozumiał. - W tej grze jest przedmiot o takiej nazwie jak to. Pewnie jest więcej Wu, co się nazywają jak itemki z gry... ah to przenikanie się wymiarów... - westchnęła. Przypomniały jej się stare, dobre czasy.

[Panie i panowie, to naprawdę stare czasy. Spisane zostały w marcu 2008 roku w formie... no niezbyt wartej pokazywania. Aczkolwiek bardziej śmieszkowej niż to co spotkacie poniżej. Większość zgodnie z oryginałem, poprawiona tylko estetyka językowa.]

Heylińska czwórka leciała szukać nowego Wu. Ukryte było na jakiejś wyspie Pacyfiku. Kate i Jack zajęli się szukaniem, Rai wraz z Rossem w tym czasie siedzieli obok latającej maszyny wyglądając za ewentualnym zagrożeniem. Blondyn miał nieodpartą pokusę skonsumowania bananów, które wisiały mu nad głową. Postanowił wejść na skałkę, na której rosły.
- Masz coś? - spytała Kate przeszukując zarośla.
- Nie - odpowiedział jeszcze czerwonowłosy Jack uważając na niebezpieczne stworzenia typu mrówki.
- Pospieszcie się, bo lecą łysole - krzyknął z góry Ross.
- Ej! Moja siostra nie jest łysa...
- Dobra, sorki, Rai...
- Jak się to Wu w ogóle nazywa? - spytał Jack strzepując z ramienia tarantulę.
- Nie wiem - Kate podrapała się po głowie. - Ale wiem co można zrobić.
Wyczarowała swój parasol i uniosła do góry.
- Omi! - krzyknęła imię wybrańca. Z czubka parasola wyleciała fioletowa smycz porywająca łysego żółtka z latającego smoka, prosto w szpony heylińskiej czwórki. - Gadaj no jak się to Wu nazywa.
- Ogon Tusami - odpowiedział przemądrzale malec. On wiedział, a oni nie, phi.
Ups, już wiedzieli.
- Ok, dzięki - weszła w jakieś krzaki puszczając go. - Mam! - krzyknęła machając Wu trzymanym w ręce. Był to jakby płaski, beżowy kamień w kształcie połączonych ze sobą wierzchołkami kropli deszczu.
- To teraz się zabawimy... - wyczarowała farby, a następnie namalowała Omiemu mapę świata na głowie. Heylini zaśmiali się z globusa. Następnie Jack wytworzył kulę ognia, która była całkiem dobra, jak na jego początkowe zdolności magiczne. Strzelił nią w lecących piżamowców.
Ojej, ojej, ojojojojojoj, trafił. Dojo zaczął się palić, spanikował i zmniejszył. Wpadli do wody, ale szybko wyszli na brzeg.
- Ogon Tusami - Kate odważnie użyła Wu, które zamieniło jej dolną część ciała w syreni ogon. - Wow - skomentowała, po czym rzuciła się w wodę. Wymijając piżamowców wypłynęła na kamień wystający nieco na powierzchnię. Ogon, oddychanie pod wodą, co jeszcze?
- Co ona niby chce zrobić? - Jack zerkał tak tylko.
- Ja chyba wiem... zatkajcie uszy - powiedział Ross, po czym założył słuchawki od MP4. Jego koledzy uczynili to samo, przy czym oni mieli tylko od MP3. Zgodnie z jego przewidywaniami, Kate zaczęła śpiewać. Jako, że Shen Gong Wu oferowało wszystkie syrenie cechy, chłopacy z przeciwnej drużyny (wraz z Dojo) zahipnotyzowani ruszyli w stronę dziewczyny.
- Ja też tak chcę! - krzyknęła Kimiko.
- Ja też! - dołączyła się Kochimoko.
Czyżby śpiew działał też na płeć piękną? Bo oto popłynęły i niewiasty.
- Kurczę, też chcę posłuchać - powiedział Rai ściągając słuchawki. Natychmiast wpadł w trans i ruszył w wodę. Ross ruszył mu na ratunek starając się na siłę wepchnąć mu słuchawki do uszu, czego zahipnotyzowany kolega nie chciał.
- Zostaw! - krzyczał ciągle.
W tym momencie Omi przypomniał sobie, że nie umie pływać. Ok, kontrola nad wodą to jedno, ale był w takim stanie, że raczej sobie nie zdawał sprawy z tego, co się działo. Kiedy globus był już pod wodą, a na jej powierzchni pojawiły się spłukane farbki, Kate dezaktywowała Wu.
Piżamowce uciekli. Uuuu, ale nowość.
Chłopacy wyciągnęli słuchawki z uszu i pogratulowali sobie sukcesu.


[A teraz fragment ORYGINALNY, bo nie mam pojęcia jak o rozpisać XD]

Nagle Rai użył szala Longi. Wlazł Kate do głowy i zamieszał jej tam. Jack ją uratował. Nie mogli wrócić do domu. Mieszkali na wyspie. Jack'a i Rossa ktoś porwał. Rai zarywał do Kate. Ona zniecierpliwiona poszła szukać reszty. Rai poszedł za nią. Nagle zauważyli zieloną wiewiórkę. Kate poznała Bestię od razu. Odmienił się i powiedział, że Slejd tu jest. Znaleźli podziemne przejście pokonując 10 dinozaurów. Rai znalazł Rossa. Razem znaleźli ciało Jack'a. Kate płakała. Użyła Klejnotu by go ożywić. Ożył ale miał jeszcze strupy i siniaki. Nie pozwolił Kate dalej go uzdrawiać aby nie doszło do tego co miesiąc temu. Potem wrócili do domu dzięki Bestii. A Sleida przy okazji zniszczyli.

[Nim spytacie "CO" to odpowiem: NIE MAM POJĘCIA XDDD Nie wiem czemu nie mogli wrócić, ani nie pamiętam co się stało przy poprzednim ożywieniu. Co do Bestii i "Slejda" to w sumie kij mnie to, ale to WAŻNY fragment XD]


***

***

Komentujcie, pls.