|SŁOWO WSTĘPU|

Witam szanownego czytelnika w swoich skromnych progach.
Zapraszam do zapoznania się ze spisem mojej "twórczości" i wybraniem odpowiadającej sobie pozycji.
W razie problemów zapraszam do zakładki "Bohaterowie".
Życzę miłej lektury!

PS Będę wdzięczna za wszelkie komentarze~!

|Statystyka, co mnie na duchu wcale nie podnosi ani nic|

|SUBSKRYBCJA E-MAIL|

poniedziałek, 25 września 2017

To była tylko gra

Tym razem gratka głównie dla ziomków z sekty, ale może i fani romansów, szczególnie tych w klimatach Harrego Pottera, znajdą coś dla siebie :)
W opowiadaniu znajduje się jedna moja postać oraz dwie innych osób.
Inspiracja: "Nazwij ją Hope"
***
 
 
Drobnymi pociągnięciami pędzla wypełniła nagie gałęzie zielonymi listkami, aby po chwili przyozdobić je białymi plamkami stawianymi w kształt kwiatów. Wiosenny krajobraz był tym, za czym tak bardzo tęskniła Hope, Puchonka z szóstego roku. Był już marzec, lecz biała pierzyna wciąż okrywała tereny Hogwartu. Złośliwe plotki mówiły, że dyrektor Bułhakow postanowił na dłużej zatrzymać domowy klimat, lecz Potocka nie wierzyła im. Widziała w nim dobrego człowieka, który nie narażałby uczniów na nieprzyjemności związane z pogodą. Właśnie mieszała farby, kiedy drzwi do sali artystycznej otworzyły się.
— Nie wolno tutaj przebywać uczniom bez opieki nauczyciela, Potocka. — Chłodny, lecz aksamitny głos, rozbrzmiał w pomieszczeniu.
— Mam zgodę od profesora Bułhakowa, Malfoy. — Hope nie musiała odrywać wzroku od płótna, aby wiedzieć, kto zaszczycił ją swoją obecnością. Mascius Brutus Malfoy był prefektem naczelnym i w każdej wolnej chwili szukał okazji do odjęcia punktów innym domom. Szczególnie lubił zabierać je przeciwnikom idei czystości krwi, a Hope Potocka była jedną z ważniejszych osób w środowisku szlam. Jej rodzice swoim charłactwem plamili genealogię dwóch czystokrwistych rodzin, zaś kuzynem był syn przewodniczących Ruchu Obrony Mugoli i Mugolaków. Mascius bardzo lubił nękać dziewczynę, co było dość trudne, ze względu na jej odwagę i spryt. Była Puchonką sercem, lecz duszę rozdartą miała pomiędzy Gryffindorem, a Slytherinem. Mogło to wydawać się dziwne, jednak miała kuzynkę Ślizgonkę, Morrigan, z którą utrzymywała potajemnie kontakt, gdyż jej rodzice nie pozwalali zadawać się z kimś tak nieczystym jak Hope. Z tego powodu Puchonka nie uznawała wszystkich uczniów z domu węża za złych. Bardzo lubiła swoją kuzynkę, chociaż ta przyznała się do związku z Masciusem. Hope nie potrafiła zrozumieć, co Morrigan widziała w tym wrednym chłopaku, który właśnie podszedł bliżej sztalugi.
— Co my tu mamy... — mruknął spoglądając na dzieło Puchonki.
— Odejdź, Malfoy — syknęła, chcąc osłonić ręką płótno, lecz niewiele to dało, gdyż było ono zbyt duże.
— Dodaj tego granatu trochę tutaj — zasugerował chwytając za jej dłoń, w której trzymała pędzelek, i kierując w obranym kierunku. — Widzisz? Ten kolor wydobył głębię.
Oniemiała Hope zerknęła z ukosa na chłopaka o włosach w barwie platynowego blondu.  Jego błękitne oczy z niesamowitą przenikliwością wpatrywały się w obraz, kryjąc jednocześnie w sobie jakąś tajemnicę. Dziewczyna była często zbyt nieśmiała, aby utrzymać kontakt wzrokowy, lecz tym razem jej zielone tęczówki nie uciekły spojrzeniem, kiedy Malfoy odwrócił wzrok i spojrzał w jej piegowatą twarzyczkę. Zarumieniła się lekko, co dodało jej uroku. Ślizgon uniósł dłoń i odsunął z jej czoła kasztanowy kosmyk włosów.
— Żaden obraz i tak nie będzie idealny, dopóki nie znajdzie się na nim twoja podobizna — wyszeptał. Hope dopiero teraz spuściła wzrok. Puchonce przypomniało się, jak jej koleżanka Anastasia wspominała o zamiłowaniu Malfoya do tworzenia portretów. Oczywiście nie chciała w to wierzyć, lecz wykazał się dzisiaj wystarczającą wiedzą, aby uznać tą informację za prawdę.
— Czy chcesz mnie na nim domalować? — Spytała cicho, unosząc wzrok, aby ponownie nawiązać kontakt wzrokowy.
— Nie, Hope. Nie tym razem. Najpierw chciałbym uczynić coś innego — szepnął zbliżając swoją twarz do niej. Pocałował ją krótko i namiętnie. — Kocham cię, Hope.
— Ale... jak to? — Zdziwiła się, a jej warga zadrżała. — Przecież ty i Morrigan...
 To tylko taka gra. Wiem, że chociaż Morri nie może zadawać się ze szlamami... przepraszam, to znaczy z osobami o takiej krwi jak twoja, to wciąż macie potajemny kontakt. Mówiła mi o tym kiedyś. Dlatego postanowiłem się zbliżyć do niej... aby w jakiś sposób być bliżej ciebie.
— Ja... Nie wierzę... To dlaczego... Dlaczego byłeś dla mnie taki niemiły? — Hope zacisnęła wargi, a jej oczy zasłonił strumień łez.
— Chciałem zwrócić na siebie uwagę... Przepraszam... Wybaczysz mi?
— Oczywiście, że tak! — Krzyknęła w odpowiedzi, jednak po chwili wróciła do szeptu. — Mascius... Ja... Ja ciebie też kocham...
Chłopak nie mówił już nic więcej. Objął ją, pocałował mocno i nie przestawał długi czas.
Po kilku godzinach wracali do dormitoriów trzymając się za rękę. Pokoje Slytherinu i Hufflepuffu były w lochach, więc większość drogi mogli iść razem. Niestety tuż przed ostatnimi schodami napotkali na swojej drodze dyrektora Bułhakowa.
— Panno Potocka? Panie Malfoy? — Uniósł brew spoglądając to na jednego, to na drugiego ucznia. Spojrzeniem również uraczył ich złączone dłonie.
— Eskortuję pannę Potocką do jej dormitorium, jako że jest już po ciszy nocnej — odpowiedział chłodno Mascius.
— Dobrze spełniasz swoje obowiązki, panie Malfoy. Po twoim ukończeniu Hogwartu będę mógł tylko pomarzyć o drugim takim prefekcie.
— Dziękuję, panie profesorze.
Bułhakow odwrócił się i odszedł. Malfoy odprowadził Hope, całując ją szybko na pożegnanie, po czym ruszył w stronę wyjścia z lochów. Chciał złapać dyrektora, nim ten zniknie w swoim gabinecie. Na szczęście znalazł go na schodach.
— Panie profesorze?
— Tak, panie Malfoy? — Vakel odwrócił się do ucznia.
— Mógłbym mieć do pana profesora prośbę?
— Jak najbardziej.
— Czy... czy udzieli mi pan ślubu?
— ...
— Mi i... Hope.
— Będę zaszczycony.
Kilka miesięcy później nadszedł dzień końca roku szkolnego. Uczniowie ostatniego roku znali już swoje wyniki OWUTEMów, a część z nich dostała już pracę w Ministerstwie Magii. Mascius Malfoy napisał swoje egzaminy nie tylko bezbłędnie, ale i popisał się wiedzą znacznie wykraczającą poza podstawę programową. W wypracowaniach zawarł wiele własnych tez i wyników badań, tak więc dodatkowe punkty umożliwiły mu zdobycie posady Ministra Magii. Nie było go jednak teraz na sali, tak jak i jeszcze jednej osoby.
— Cisza! — Dyrektor Bułhakow powstał i spróbował uciszyć uczniów siedzących w Wielkiej Sali na uroczystości zakończenia. Przerwali szepty, aby usłyszeć, czy nie zostaną dodane bądź odjęte jakieś punkty i czy wynik Pucharu Domów nie zmieni się.
— Moi drodzy. Mam dla was ważną wiadomość! Tym razem zakończenie roku świętujemy inaczej! — Klasnął w dłonie, a sala wypełniła się dekoracjami w barwach Slytherinu i Hufflepuffu. Uczniowie znowu zaczęli głośno rozmawiać. — Spokój! Puchar Domów symbolizuje ciężką pracę i wytrwałość, jednak dzisiaj będziemy świętować miłość! A dokładniej to ślub Masciusa Brutusa Malfoya i Hope Hermiony Potockiej!
Na kolejny gest profesora rozbrzmiał marsz weselny. Drzwi otworzyły się i do sali weszła para młoda. Mascius miał najelegantszą szatę wyjściową, jaka istniała na świecie, zaś Hope przywdziała biało-złotą szatę ślubną z welonem, który ciągnął się po ziemi. Ceremonia nie była długa, lecz pełna wzruszeń. Kiedy po przysiędze małżeńskiej para młoda złączyła swe usta w pocałunku, kasztanowe włosy Hope zajaśniały platyną. Głębokie emocje, jakie teraz przeżywała, rozbudziły w niej zdolności metamorfomagiczne, a potężna miłość do Masciusa upodobniła jej włosy do jego. Po ślubie wszyscy świętowali tak długo, że powrót Expressem przełożono na następny dzień.
Kilka lat później.
Kobieta o platynowych włosach pogłaskała małego chłopca po głowie.
— Mamo, ale podobno do Hufflepuffu idą tylko ci, którzy nie nadają się do innych domów.
Platynowowłosy mężczyzna położył chłopcu rękę na ramieniu.
— Brianie Martinie Malfoy. Masz w sobie krew najdzielniejszej, najsprytniejszej i najmądrzejszej Puchonki, jaka chodziła po tym świecie. Przydział do Hufflepuffu powinien być dla ciebie zaszczytem.
— Dobrze. Kocham cię mamo. Kocham cię tato — powiedział chłopiec tuląc rodziców, po czym wszedł do pociągu i odjechał w swoją pierwszą podróż do Hogwartu.


***
 
 
NIE WIERZĘ, ŻE TO NAPISAŁAM

niedziela, 20 sierpnia 2017

Życie w Erasmusie 1#

Życie w Erasmusie

   W Stanach Zjednoczonych działa ponad 4 tysiące uniwersytetów i koledży. To wystarczająca liczba, aby każdy z naszych bohaterów mógł spędzić kolejne lata swojego życia w innym miejscu. I tak też było.
   Tej serii nie można nazwać kontynuacją Życia w NY, przez wzgląd na zakończenie, lecz uznajmy, że to przebieg wydarzeń w alternatywnej rzeczywistości... chociaż na myśl przychodzi mi jedynie określenie tego terminem fanowskiego opowiadania powstałego przed ostatnią częścią serii.
   Tak naprawdę to jest totalnie nieistotne. Wróćcie więc wspomnieniem do Życia w NY, kiedy to wszyscy bohaterowie szampańsko bawili się na dożynkach...

***
   To było jedno z ostatnich tak udanych spotkań. Grimmjow został porwany na wakacje mające być nagrodą za terminowe ukończenie szkoły. Nie mógł zaprotestować, gdyż to rodzicom zawdzięczał dostanie się na niewielką prywatną uczelnię stworzoną dla takich bogatych głąbów jak on. Semestr kosztował tam sto tysięcy dolonów, co wynosi dwa razy więcej niż studia na jakimś lepszym koledżu. Przez to nie mógł spotkać się z kolegami, lecz oni nie narzekali na nudę. Szayel dostał się do jednej z tych prestiżowych szkół z Ligi Bluszczowej, przez co spędzał wolny czas przeglądając broszurki z kursami, a Nnoit... został sam w Nowym Jorku. Tylko tyle informacji dotarło do Edwarda E., który przeżywał właśnie ostatni rok szkoły średniej. Usiadł w ławce obok Tesli, tego zupełnie niepopularnego chłopaka, lecz który posiadał całkiem sporo wiedzy o innych niepopularnych osobach. Edwarda kręciło interesowanie się odludkami, byli zdecydowanie bardziej tajemniczy niż te wszystkie szkolne gwiazdeczki, które same sprzedawały się na Instagramie i Snapczacie. Pluł na wszelkich celebrytów, kosztował smak niszowych życiorysów.
   A może po prostu próbował dowartościować status niepopularnych ludzi, do których sam należał.
   Nie zauważył nawet, kiedy zapuścił zarost godny zawodowego ścinacza drzew, a na jego nosie pojawiły się okulary w oprawkach modnych kilka dekad temu, chociaż nawet nie miał wady wzroku. Czerwony płaszcz zamienił na koszulę flanelową w tym samym kolorze, blond warkocz ustąpił miejsca ściętemu bokowi. Nie jadł już mięsa, zapragnął studiować socjologię. Stał się hipsterem. Nie wiadomo, jak długo jeszcze będzie w tym stanie, gdyż właśnie śmierć mignęła mu przed oczami, kiedy to słysząc najnowsze nowiny oddane całkowicie dobrowolnie przez Teslę , zakrztusił się kawą z papierowego kubka.
   — Całą trójką zapisali się na Erasmusa na rok do jakiegoś kraju Europejskiego — mruknął wyższy od niego chłopak, kartkując swój zeszyt.
   — Opowiedz mi o tym więcej — zaproponował Ed, kiedy już przestał się dławić, niczym niepogryzionymi dokładnie frytkami.
   Bo nie tylko ja się nimi dławię, co nie?


   Szayel przekluczył drzwi i wszedł w progi swojego jasnego mieszkania urządzonego w różnych odcieniach śnieżnej bieli. Nie czekał na niego żaden komitet powitalny. Oczywiście. Jego rodzice byli zawsze poza domem. Wjechał walizką do konta swojego pokoju i włączył swój jabłkomputer. Uruchomił się błyskawicznie, jak na tak dobrą firmę przystało, lecz chłopak umilił sobie ten czas wyprawą do kuchni po smakołyki, po drodze standardowo zatrzymując się przy lustrze, aby poprawić różową czuprynę modnie zaczesaną na boki. Modnie dwadzieścia lat temu. Dostrzegł pokaźny stosik poczty na blacie. Większość tego stanowiły biuletyny członkowskie ze sklepów obuwniczych, lecz miodowe oczy ukryte za okularami w białej oprawce dostrzegły także dość ważne pismo z uczelni. Pospiesznie rozerwał kopertę i niczym spragniony wody wędrowiec chłonął wypisane tam literki.

   Grimmjow czekał w pokoju na rodziców. Chciał, aby przysłali po niego samochód, lecz oni nalegali na osobistą wizytę. Pewnie liczyli na jakieś osobiste gratulacje od profesorów. Na pewno nie za zasługi syna. Wyświetlacz telefonu błękitnowłosego zaświecił się, ukazując jego samego na tapecie w negliżu górnej, bardzo rozbudowanej partii ciała.
   Czego, na zakręcony ogonek Tatusia Świnki, chciał teraz od niego Szayel?
   — No? — Odebrał w swój kulturalny sposób telefon. Przyjaciel po drugiej stronie zaczął coś głęboko przeżywać, chyba znowu dostał ataków lękowych. Grimmjow wciąż pamiętał, jak ten zemdlał na zakończeniu roku, kiedy okazało się, że ktoś miał wyższą średnią od niego. Wtem rozległo się pukanie do drzwi. — Zadzwonię potem, rodzice przyszli.
   Drzwi się otworzyły, a do środka wszedł mężczyzna z kobietą, spoglądając na swojego syna z szerokim uśmiechem i obrzucając go przytulaskami  i całuskami.
   — Synku, wiesz co? Przyszedł rano list z Erasmusa. Miejsce dokładnie to, które chciałeś, ale chyba im się kierunek pomylił, ale to nic wielkiego, przecież to nie ma dla ciebie wielkiego znaczenia, prawda?


   Tesla aż sapnął czytając dokumenty znalezione w kopercie wyraźnie zaadresowanej do jego kuzyna. Blondyn przeszedł korytarz i zapukał do pokoju Nnoitry. Czarnowłosy wychudzony kuc siedział po turecku na krześle przy komputerze i grał w Dotę1 na padzie.
   — Cojest — wyartykułował chcąc dowiedzieć się, cóż sprowadza szanownego współlokatora w skromne progi jego sypialni.
   — Nie wiedziałem, że chcesz studiować chemię — powiedział Tesla starając się zachować poważny ton wyprany z emocji.
   — Hę? — Spytał Nnoit odwracając się w stronę kuzyna. Dostrzegł w jego dłoni papierek z logiem Erasmusa. Momentalnie znalazł się obok, co nie jest takim trudnym wyczynem, jeśli ma się nogi długości skoków Małysza, Hautamekiego i Ahonena razem wziętych.
   — Nosz kurna — wymsknęło się z ust czarnowłosego, który już począł sobie wyrywać włosy z głowy kontynuując wiązankę przekleństw. Zdecydowanie to nie był kierunek, na który się rejestrował.


sobota, 25 marca 2017

Tom Marlboro Lidl i Komnata Tajemnic z Kamieniem Filozoficznym

Padły pomysły, a ja spróbowałam coś napisać, ale to już nie wyszło takie śmieszne. Nie podoba mi się zakończenie.
Krótki opis bohaterów dla kontekstu:
Są to postacie z Mortisa, uczniowie Hogwartu, przedstawieni w nieco innej wersji.
Ururu Marquez - mój misiu, siwe włoski, miodowe oczki, Ślizgon, autystyczny naukowiec, zaginator czasoprzestrzeni.
Cyril Carter - młodszy o 2 lata kolega, Puchon, główny rozrabiaka Hogwartu, młody Batman.
Zack Raven - niewidomy Gryfon o uroczej buźce i kasztanowych falowanych włosach, właściwie znalazł się tu z przypadku, bo jest porządnym chłopcem.
Gabriel Foks - niby się znał z Markizem z drużyny, ale go nie lubił, Krukon, niemal białe włoski długości sięgające do podbródka, animag, raczej nie broi, ale życie.




 listopad, 1942rok, Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie

    Niewielu potrafiło tyle, co on. Niewielu było w stanie myśleć o rzeczach, jakie przechodziły przez głowę tego piątoklasisty. W starannie ułożonej fryzurze ciemnych włosów odbijały się refleksy spowodowane światłem świec zwieszających się przy kamiennych ścianach zamku. Było już po ciszy nocnej, lecz widok spacerującego chłopca nie budził niczyich zastrzeżeń. Był prefektem, zapewne przeprowadzał wieczorny obchód. Zawsze na swoim miejscu, zawsze wywiązujący się z obowiązków. Maska, którą przybrał, była idealna. Znany, lubiany, szanowany i doceniany. A może jednak niedoceniany? Nikt nie spodziewał się przecież po nim takich rzeczy, jakie krążyły w jego umyśle, domagając się ujścia. Ślizgon miał swoje ambicje, które półsłówkami wynurzał na świat rzeczywistości tak, żeby nie raziły swoim okrucieństwem. Teraz nie byłoby to wskazane, ale w przyszłości... Kto wie.
Chłopak skręcił, wchodząc do pomieszczenia, w jakim jeszcze ani razu nie dane mu było przebywać. Łazienka dziewcząt. Nie różniła się wiele od tej męskiej. Obszedł stojącą na środku walcowatą konstrukcję, wokół której ustawione były umywalki z lustrami. Wzrok miał spuszczony na wysokość kranów. W końcu dostrzegł znak. Symbol, którym oznaczone były rzeczy związane z legendarną Komnatą Tajemnic. Ślizgon był zafascynowany myślą o tym, że gdzieś pod szkołą mieszka niebezpieczna bestia, będąca zwierzątkiem wyhodowanym przez samego Slytherina do zabijania szlam. Z super tajnych książek dowiedział się, jak dostać się do Komnaty, a także w jaki sposób zapanować nad bazyliszkiem. Wysyczał hasło do zlewu, ten zaś wsunął się w konstrukcję i zsunął w dół, ukazując chłopcu tunel prowadzący w dół. Odpaliwszy Lumos na różdżce, skoczył w dół niczym Alicja do Krainy Czarów. Zjazd nie był przyjemny i potłukł sobie trochę pupcię. Wstał. Poświecił światłem. Był w jakimś pomieszczeniu, które było chyba dopiero przedsionkiem, gdyż przed nim znajdowały się wielkie wrota zamknięte na węże. Szepnął im znowu miłe słówko, a one zsunęły się z drzwi i otworzyły okrągłe przejście. Zafascynowany chłopak wszedł do korytarza. Posadzka była ze szlifowanego kamienia, zaś po obu bokach znajdowała się jakby fosa, oddzielająca go od ścian, z których wystawały potężne rzeźby otwartych paszczy węży. Ogólnie wszędzie było czuć wilgoć, jak to w lochach. Z sufitu chyba kapało. Szedł do przodu, widząc z daleka znaną już z książek płaskorzeźbę brodatego mężczyzny. Niektóre źródła podawały, że to podobizna samego Slytherina, inne, że to ojciec loszki z loga Starbucksa. Ale właściwie te informacje nie były sprzeczne ze sobą, prawda? Okrągłe pomieszczenie z płaskorzeźbą powiększało się w jego oczach, lecz coraz mniej wpasowywało się w klimat opuszczonego na tysiąc lat lochu. Na podłodze był jakiś dywan, po bokach ustawiono regały wypełnione książkami, stały tam też fotele i stoliki. Chłopak niemal wystraszył się zapachu herbaty, jaki dotarł do jego nosa. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że w fotelach odwróconych do niego tyłem, siedzieli ludzie.
    — Zack, weź zobacz kto przyszedł — rozległ się leniwy głos.
    — Jestem Tom — odezwał się chłopak od razu. — Tom Ma... — przerwał jednak, onieśmielony tym, że fotel poruszył się. Był zwykłym fotelem wypoczynkowym, ale odwrócił się, zapewne z powodu użycia magii. Siedział na nim mężczyzna o srebrnych włosach, lecz z całą pewnością nie był stary. Biła z niego jakaś młodość, jakby byli rówieśnikami. Zdradzało go tylko spojrzenie, niemożliwie przenikliwe, zawierające w sobie jakieś doświadczenie i tajemnicę.
    — Co tutaj robisz? — spytał srebrnowłosy świszczącym głosem.
    — Chciałem oswoić bazyliszka — odpowiedział Tom, rozglądając się. Siedzący przy najszerszym stole mężczyzna parsknął śmiechem. Ten rozmawiający ze Ślizgonem przybrał natomiast niezwykle poważny wyraz twarzy.
    — Spójrz na podłogę.
    Tom spuścił niespokojnie wzrok. Dywan. Co w nim było takiego niezwykłego? Jednak po chwili patrzenia dostrzegł, że to, co uważał za misterne sploty, było wężową łuską. Wybałuszył oczy zastanawiając się, czy tak naprawdę skończył słynny bazyliszek.
    — Ale... jak?
    — Zabiłem go — odpowiedział siwowłosy wpatrując się martwo w jakiś punkt.
Wtem obok Toma przebiegł lis z płaskim kwadratowym pudełkiem w pysku.
    — Mam wrażenie, że to była jego wina. — Sowie spojrzenie zatrzymało się na wyblakłym lisie, który nagle zamienił się w jasnowłosego młodego mężczyznę.
    — Hej, ale to nie byłem ja — mruknął pretensjonalnie wyciągając pudełko z ust. — Przyniosłem pizzę.
Mężczyzna, który wcześniej parsknął śmiechem rzucił się na pizzę. Tom poczuł woń kurczaka i ananasa. Hawajska. Poczuł się jeszcze bardziej zagrożony.
    — Poza tym — ciągnął lisi towarzysz — to nie ty go przecież zabiłeś.
    — Jak tego dokonaliście? — wtrącił się Tom.
    — To było proste. Nasłaliśmy na niego Zack'a — srebrnowłosy ruchem ręki odwrócił fotel stojący obok. Siedział na nim mężczyzna spoglądający pustym wzrokiem przed siebie. Jego dłonie poruszały się lekko, zapewne sterując unoszącym się w powietrzu zielonym szalikiem, który tworzył się magicznie na drutach. Sam czarownik miał na sobie sweter w tym samym kolorze z wyszytym srebrnym napisem "Gryffindor". Tom odczuł konsternację.
    — Ale on jest ślepy — stwierdził.
    — Ma echolokację — wyjaśnił srebrnowłosy. — Zazwyczaj stał na czatach i patrzył czy nikt nie idzie, ale tym razem stwierdziłem, że spełni główną rolę w przygodzie.
    — Skoro bazyliszek nie żyje... a wy chyba już nie jesteście uczniami... to co tu robicie?
    Sowiooki zamrugał.
    — Siedzimy — uśmiechnął się słodko i niewinnie. Chłopiec zawstydził się. Zerknął na jedzących pizzę, na ślepca, po czym powrócił wzrokiem na srebrnowłosego. W głowie pojawił mu się pewien plan.
    — Wydaje mi się, że jesteście wielkimi czarownikami. Czy moglibyście mi pomóc z pewnym problemem?
    — Niech będzie. Odpowiemy na jedno pytanie — odrzekł mężczyzna.
    — Czy... powiecie mi, jak się tworzy horkruksy? — spytał Tom z ekscytacją, ale i pewnym niepokojem. Może jednak nie wiedzieli wszystkiego?
    Odpowiedział mu uprzejmy śmiech każdego z czwórki mężczyzn. Siwowłosy popił herbatkę z kamienia filozoficznego.
    — Tak, tak horkruksy. Zabijasz kogoś, mówisz zaklęcie i kawałek twojej duszy trafia do wybranego przedmiotu. Wybierz coś osobistego, na przykład pamiętnik. Koniecznie schowaj to w jakimś oczywistym miejscu, pod latarnią najciemniej, cha cha. I wiesz, nie warto rozszczepiać duszy na więcej niż siedem kawałków. Bo co wtedy zrobisz z ciałem? Nakarmisz nim swoje zwierzątko?  Dostanie jeszcze niestrawności. Jeśli chciałeś być nieśmiertelny, to wystarczyło spytać o to, a nie o jakieś "horkrusy". Tych metod używa się chyba jeszcze tylko w plemionach pierwotnych i w Rosji — czarodziej wzruszył ramionami z uśmiechem. Tom odczuł ból zawodu. Jak mógł tak głupio zmarnować swoje jedyne pytanie?
    — Mogę spytać jeszcze o jakąś rzecz, proszę — błagał padając na kolana.
    — Spytaj, to się zastanowię, czy odpowiedzieć.
    — Jak stać się potężnym czarownikiem, który może osiągnąć wszystko?
    — Dobrze się składa, mam na to wzór — srebrnowłosy wyciągnął zwój pergaminu z kieszeni i rzucił chłopcu. Zafascynowany Ślizgon odwinął kawałek pegaminu, który rozwinął się niemal od razu do końca. A długi był, jak lista zamówień Świętego Mikołaja. Oczywiście końcówka wpadła do fosy i tyle z zabawy. Tom zapłakał gorzko, ale zabrał się za obliczenia. Srebrnowłosy podsunął mu nawet liczydło. Mężczyźni z zaciekawieniem wpatrywali się w chłopca, który trzaskał równania.
    — Opłacało się zamienić Wróżbiarstwo na Matematykę — szepnął ucieszony sowiooki do towarzyszy.
    Tom dochodził do końca suchej części. Wysunął pergamin ostrożnie z wody. Pismo nie rozmazało się tak bardzo, jak myślał. Miały minuty, godziny. Mężczyźni z dobroci serca podsunęli mu kawałek pizzy, ale nie chciał. Zajęli się swoimi sprawami, a dzielny Tom liczył. Po tygodniu podłączyli go do kroplówki, bo pochłonięty zadaniem nie reagował na bodźce z zewnątrz, a nie chcieli go tracić.
    Minęły trzy lata. Tom w końcu oderwał wzrok. Spojrzał przekrwionymi oczami na srebrnowłosego i otworzył buzię, powoli wydobywając z siebie głos.
    — A... Ale... Tu jest... Wychodzi mi... Ujemna delta — jęknął. Mężczyźni zachichotali.
    — Oj, głupi chłopcze. Naprawdę wydawało ci się, że na bycie wielkim czarodziejem jest wzór?
    Tom rozpłakał się i uciekł. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że zmarnował dość ważny kawałek swojego życia na coś takiego. Okazało się, że został wyrzucony z Hogwartu, bo nikt nawet nie pomyślał, że mógł zaginąć, więc uznali, że uciekł. Z tego powodu nie mógł przystąpić do żadnych egzaminów, nie miał wykształcenia, nie mógł podjąć dobrej pracy. Został mścicielem, który postanowił trenować w zaciszu, aby zemścić się na czwórce czarodziejów.
    Morał z tego taki, że nie warto wątpić w Ururu Markiza. Do widzenia.

poniedziałek, 13 marca 2017

Stara Republika #1


 
Blogasek został nieco wyremontowany. Jestem ciekawa, czy podoba Wam się nieco ciemniejszy motyw.
Wrzucam pierwszą część "Starej Republiki". Wydaje mi się, że zmienię tytuł w miarę pisania, bo raczej nie będzie pasował, pomimo osadzenia wszystkiego w świecie gry XD Ta część jest krótka, trochę taki rozdział pilotażowy.
 

 


      Gdzieś w odległej galaktyce, Lord Kat'hi rozkoszowała się kolejnym dniem spędzonym z dala od nieprzyjemnych obowiązków, z jakimi wiązało się bycie wojownikiem Imperium. Zasad świata nie da się zmienić ot tak, nawet, jeśli się jest tak potężnym Sithem, jakim ona była. Nie oddała siebie całej zakonowi, ale dobrze wykorzystała jeden z wersów kodeksu: Dzięki zwycięstwu zrywam łańcuchy. Wykonując przez wiele lat polecenia przełożonych, a także poprzez działania na własną rękę, udało jej się zdobyć zdumiewający respekt w Imperium, dzięki czemu bez problemu mogła osiąść na Tatooine i wieść spokojne życie. Odrzucała zlecane misje dobrze wiedząc, że nie poniesie żadnych konsekwencji. Była zbyt ważna, a jednocześnie nie godziła w niczyje ambicje, co było niespotykane wśród Sithów, więc nikomu nie zależało na uprzykrzaniu jej życia, bądź jego odebraniu.
      Przestronne mieszkanie w apartamentowcu zbudowanym w olbrzymim piaskowym menhirze było idealne dla kogoś, chcącego odpocząć od tłumów, ale jednocześnie nie pragnącego całkowitej izolacji. Spacerując po korytarzach słychać było stłumiony szmer rozmów, zaś sklepy, na przykład spożywcze, znajdujące się na parterze, były głównym miejscem spotkań sąsiadów. Kat'hi nie miała wśród nich bliższych znajomych. Wszyscy wiedzieli kim jest, dlatego ze strachu, bądź z szacunku, schodzili jej z drogi. Szata kobiety szeleściła cicho, kiedy przechadzała się pomiędzy niewielkim tłumem, spoglądając na wystawione na straganach owoce. Zielone oczy, otoczone purpurowym malunkiem, wypatrywały najlepsze egzemplarze, lecz nagle musiały przerwać w reakcji na przybycie Ashary.
      — Mistrzu, najnowsze informacje — Togrutanka podała Sithowi holorojektor. Miała jasnopomarańczową skórę, z białymi fragmentami na twarzy, zaś nad nią masywne montrale, to znaczy wyrastające z czaszki puste w środku rogi, które wraz z dwoma głowogonami zwieszającymi się z głowy na piersi, były biało-granatowe.
      — Nie musisz do mnie biec za każdym razem. Odsłucham ich w wolnej chwili — odpowiedziała swoim spokojnym głosem Kat'chi, biorąc od Togrutanki dysk wielkości dłoni i chowając go do kieszeni. — W tym czasie pomóż mi wybrać coś na deser.
      Zwróciła swe spojrzenie ponownie na stragany. Ashara westchnęła zniecierpliwiona.
      — Ale to o tej uczennicy od Dartha Barasa — jęknęła.
      — Wiem, że bardzo się nią interesujesz, ale to naprawdę może poczekać — Sith roześmiała się, biorąc w końcu do ręki jeden z owoców.
      — Wydaje mi się, że powinniśmy w końcu się z nią zobaczyć, Mistrzu. Nim stanie się naprawdę kimś wielkim — odpowiedziała poważnie Ashara opierając się o stragan.
      — To znaczy kiedy? Jak zabije Dartha Barasa? Albo "prawie" zabije?
      — Ale przecież nie musicie zabijać swoich mistrzów, prawda?
      — Nie — kobieta odpowiedziała po chwili. — Ale czasami są tak wyniszczeni przez moc, że nie przystaną na kompromis i będą chcieli się zemścić, więc warto skrócić ich mękę.
      Ashara przewróciła oczami. Kat'chi dobrze wiedziała, co dziewczyna sądzi o zasadach panujących wewnątrz zakonu Sithów. Sama myślała podobnie, jednak nie buntowała się im otwarcie. To nie zaprowadziłoby jej nigdzie. Inni Sithowie nie byli tak pobłażliwi jak ona sama.
      Nabywając owoce cały czas myślała o uczennicy Dartha Barasa. Ta nie tylko wykonywała wszystkie zlecone misje, a te nie należały do najłatwiejszych, lecz jej osoba nabrała rozgłosu także z powodu nie zabijana i dawania drugiej szansy wrogom Imperium. Były to niebezpieczne posunięcia, Kat'chi dobrze o tym wiedziała. Wyczuwała, że młoda Shith pragnie obrać podobną jej drogę - wbrew temu, co mówiła Asharze, naprawdę chciała spotkać się osobiście z dziewczyną, lecz bała się, że się zawiedzie, bądź ta zginie kilka tygodniu po spotkaniu. Nie chciała robić sobie nadziei na tak ważnego sojusznika, chciała jeszcze poczekać, aż wojowniczka zdobędzie więcej pozytywnego rozgłosu w Imperium i doświadczenia. Wtedy uda się do niej i spyta o motywacje. Być może w tej galaktyce jest więcej wrażliwych na moc istot, które wyznawały podobną filozofię.

sobota, 11 marca 2017

Stara Republika 2#


Tak, druga część.
Postanowiłam napisać coś o moich postaciach z gry Star Wars the Old Republic. Dzisiaj w końcu zasiadłam do pisania, a nim zaczęłam, odpaliłam gierkę, aby zebrać trochę klimatu. Tylko ten, wyciszyłam dźwięk i puściłam sobie Pentatonix XD Ale fajnie się gierkało. Tak dynamiczniej. I przez to postanowiłam zacząć od drugiej części opka.
Nie mam totalnie pomysłu na akcję. Jak zwykle tylko luźny zarys świata. Typowe, eh.
Nie mam bladego pojęcia co mi tutaj wyszło.


     Gdzieś w odległej galaktyce, na pewnej nudnej planecie, porośniętej trawą na kawałku niezajętym przez skały, stąpała niewiasta. Jej stopy uderzały rytmicznie o ziemię, zaś całe ciało kołysało się w rytmie nie wybrzmiałej melodii, nabierającej materii jedynie przez miarowe klaskanie. Pochłonięta przez muzykę, nie zdała sobie sprawę z obecności kogoś jeszcze. Błękitnoskóra przedstawicielka rasy Twi'lek splotła ręce na piersi przyglądając się z rozbawieniem swojej partnerce.
     — Powiedz mi do czego tańczysz, chętnie bym się przyłączyła — przerwała w końcu ciszę swoim delikatnym głosem. Tancerka otworzyła oczy i skierowała błękit ich tęczówek na Vette. Nie przerwała przebierania nogami, jakby bała się zgubić rytm.
     — Nie umiem tego zanucić nawet — odpowiedziała z uśmiechem.
     — Cóż, musimy już iść.
     Dziewczyna przerwała dotychczasowe czynności i westchnęła ciężko.
     — Właściwie to powinnyśmy się pospieszyć. Transportowiec pewnie już wylądował, mamy naprawdę mało czasu.
     — Nie cierpię tej roboty — niebieskooka złapała swój kask leżący na skraju polanki,  wciskając pod niego kucyk brązowych włosów, i wyszła wraz z partnerką zza ogromnej skały podążając w stronę obozu Imperium. Szybko udały się na miejsce postojowe i zasiadły na ścigaczu. Nie był on specjalnie duży, lecz przypominał brzydki podłużny prostopadłościan pomalowany jakąś żółtą farbą. Rui nabyła go kiedyś przypadkiem, był to jedyny pojazd, na jaki był ją stać tego czasu. Teraz miała już więcej kredytów, lecz czasu na zakupy brak.
     Podróż była całkiem udana, dziewczętom udało się trochę poskakać po niewielkich wzniesieniach, na które Rui uwielbiała wjeżdżać, zaś Vette zawsze bała się, że spadnie. Widoki na Balmorrze nie wpasowywały się w kanon piękna dziewczyny, ale na chwilę obecną nie mogła opuścić planety. Mogła mieć tylko nadzieję, że będą jej potrzebować w innym miejscu. Zakończenie wszelkich problemów tutaj było chyba niemożliwe.
     Zatrzymały się za skałami przed bazą Republiki. Rui włączyła maskowanie pojazdu. Ruszyły powoli w stronę budynku. Wejście do niego znajdowało się w skale. Szerokie przejście prowadziło do metalowego korytarza, za którym znajdował się dość spory teren otoczony tak stromymi górami, że nie w sposób się było tam dostać ani ścigaczem, ani pieszo. A na wspinaczkę nie było czasu. Tunel był jedyną drogą. Trawa tłumiła ich kroki, kiedy biegły. Jak zwykle na straży ustawiono przypadkowe osoby, które wystarczyło tylko ogłuszyć Mocą. Będąc już w korytarzu zwolniły krok. Od strony wejścia na tereny Republiki nie było nikogo. Za to widać było spore zgromadzenie kilkadziesiąt metrów dalej, gdzie przerzucano transport ze statku do hangarów. Zadanie miały proste. Musiały się zakraść do kapitana i wykraść dane, które miał przekazać stacjonującemu tutaj Jedi. Tylko jak zrobić to bez przypadkowych ofiar?
     — Wejdę na statek i wypatrzę kapitana. Szybkie wejście i uciekamy. Osłaniaj mnie gdzieś z dołu.
     Rui przekazała plany partnerce i spokojnym krokiem udały się w stronę statku. W pewnym momencie się rozdzieliły. Rui okrążyła go, jak najbardziej się dało. Kiedy była poza zasięgiem wzroku, podbiegła do pojazdu i zaczęła się wspinać. Przestarzała metalowa konstrukcja umożliwiała to perfekcyjnie. W dodatku po wejściu na niewielką platformę, na górę prowadziła drabinka! Vette w tym czasie zajęła optymalną pozycję, z której miała dobry widok na otwarty tył statku, z którego zabierano towar do hangaru. Kapitan i Jedi stali niestety po drugiej stronie otworu. Rui będzie miała więc nieco utrudnioną ucieczkę. Ale nie było rzeczy niemożliwych. Sith stała już na szczycie pojazdu. Miał kilka metrów wysokości, ale nie było to dla niej żadnym utrudnieniem. Po prostu skoczyła w dół, powalając mężczyzn na ziemię. Na chwilę przed skokiem, Vette wystrzeliła pocisk lecący w głąb hangaru, co odciągnęło uwagę robotników. Rui miała więc chwilę na przeszukanie kapitana. Szybko jednak poczuła, że ktoś łapie ją za nadgarstek. Wyrwała się krótkim ruchem z uścisku Jedi i kopnięciem odesłała na bok. Wyciągnęła dysk z danymi, który znajdował się w przedniej kieszonce kurtki. Dźwięk miecza świetlnego wywołał odruchową reakcję. Dziewczyna złapała również za swoją broń i odwróciła się, cały czas kucając, przybierając pozycję obronną.
     — Kim jesteś? — spytał brodaty Jedi. Dziewczyna nie odpowiedziała, zaś ramię mężczyzny zostało trafione. Odwrócił się gwałtownie, szukając atakującego. Rui schowała dysk do kieszeni i wstała. Jedi przypomniał sobie o niej i zwrócił się ku dziewczynie z chęcią zamachu. Sparowała atak, sięgając po swój drugi miecz. Czerwień ostrza była zdradliwa. Łatwo się domyślić, na czyje zlecenie tutaj była.
     — Daj mi odejść, to nikomu nic się nie stanie — powiedziała.
     — Nowa technika Sithów? Nie ma mowy — Jedi przystąpił do ponownego ataku. Rui bez problemu się obroniła, nasyłając na mężczyznę salwę uderzeń. Parował jej ataki, jednak podczas tego zrobił dwa kroki w tył. Dziewczyna wycelowała dłoń w jego stronę, zaciskając Moc na gardle mężczyzny. Odruchowo złapał się za szyję, próbując złapać oddech. Odgłosy z hangarów sugerowały, że moment odwrócenia uwagi minął. Szybko pobiegła w stronę Vette, która uruchomiła wokół niej tarczę, chroniącą przed pierwszymi pociskami żołnierzy Republiki. Przebiegły przez korytarz i za skałę, gdzie zasiadły na ścigaczu i odjechały. Po powrocie do obozu oddały udały się w podróż do bazy głównej, gdzie miały spotkać się z Porucznikiem-zleceniodawcą. Rui wywiesiła nogi poza pojazd.
     — Proszę zachować zasady bezpieczeństwa, moja pani — przypomniał jej droid sterujący. Nie odpowiedziała, ani nie zmieniła pozycji, tylko oparta wygodnie o siedzenie, wyklaskiwała sobie znany rytm.

niedziela, 1 stycznia 2017

Super spotkanie super złych osób

Ludzie chcieli drugą część, to napisałam XD Właściwie skończyłam to jakiś miesiąc temu, ale klęczałam nad końcówką, dokładniej to nad ostatnim zdaniem. Stwierdziłam, że to i tak nie ma sensu, wiec dodałam pierwsze co mi wpadło do głowy. Miłego czytania.

***
   Pewnie wielu zastanawiało się, jak działa Las Noches. Ile mają łazienek, gdzie śpią Fraccion, czy herbatka na posiedzeniach Espady pojawia się z nikąd tak jak w Hogwarcie. Ciekawym pytaniem jest także, czy gdzieś w Hueco Mundo nie biegają złole znani nam z historii. Dariusz, Temudżyn, czy inny Sauron. Bardziej wnikliwi mają w głowie jeszcze jedno pytanie: co się stało z Klubem Złych i Genialnych? Czy dalej istnieje? Przecież wszyscy pamiętamy sceny śmierci poszczególnych członków. Voldemort ugodzony zaklęciem z ręki zbuntowanego horkruksa, Darth Vader słabnący z powodu męczeńskiego poświęcenia, Davy Jones ginący w odchłani morza, czy Biała Czarownica... cóż, to nie tak, że nikt nie pamięta, jak wyglądała jej śmierć.
   W każdym razie: Gdzie oni są? Czy możemy mieć nadzieję na ponownie spotkanie, widząc śmierć naszego ulubionego bohatera na ekranie?
   Otóż, możemy. Nadzieja umiera ostatnia. Zawsze.
   Tajemnicza postać okryta szarym kocem, wysunęła się z pomieszczenia i szybkim krokiem ruszyła w znanym sobie kierunku. Jedynym wystającym elementem była cienka paróweczka, wystająca zapewne z otworu gębowego.  Tajemniczy osobnik bezszelestnie przesuwał się podziemiami Las Noches licząc na pozostanie w cieniu. Niestety się przeliczył.
   
- Kim jesteś? - ostrze katany zostało podstawione niebezpiecznie blisko kiełbaski.
   - Powiem wsystko, tylko opuść, prose, swojo broń - wymamrotał parówkowicz.
   - To nie jest moja broń... - mruknęła cicho strażniczka, odsuwając miecz. Wpatrywała się swoim jedynym okiem w tajemniczą postać, co mogło wyglądać niejednoznacznie biorąc pod uwagę brak źrenicy, czy tęczówki. Prawa powieka była zaszyta grubymi nićmi.
   Szary koc zsunął się nieco ukazując błękitną czuprynę szóstego z Espady. W śnieżnobiałych kłach wciąż trzymał parówkę. Spoglądał niemrawym wzrokiem w stojącego przed nim Arrancara. Podniósł się z klęczek, gdyż w takiej pozycji przed chwilą się poruszał, i spojrzał w dół na dziewczynę.
   - Jesce coś mas mi do pedzenia? - mruknął wsuwając parówkę. Koc zsunął mu się z ramion ukazując tonę jedzenia, jaką trzymał w rękach. Strażniczka nie wydawała się zaskoczona w żaden sposób tym widokiem. Uniosła nieco głowę, aby być w zasięgu rozmówcy, zaś różowa grzywka odsunęła się na boki, zahaczając o skrawek pozostałości maski po lewej stronie czoła.
   - Camaleón-san. Szósty nigdy nie używa słowa "proszę". Poza tym jedzenie pakuje do kieszeni, natomiast parówki upycha w swojej dziurze pustego. Pomijając fakt, że lokalizacja kuchni jest dla niego ukryta - powiedziała. Kiedy skończyła, mogła opuścić głowę na normalną wysokość, gdyż jej rozmówca skurczył się. Miała przed sobą pulchną kobietę w uniformie Arrancara. Z salami w dekolcie.
   - Już nie bądź taka mądra, Ko - rzuciła udając oburzenie wobec młodziej wyglądającej istotki. Cama zdecydowanie wyglądała na co najmniej pięćdziesiąt lat, co było dość niespotykane. Chociaż któż wiedział, czy aby na pewno tak wygląda - potrafiła zmieniać się w każdego.
   - Zabierz to jedzenie, skoro chcesz. Mam nadzieję, że pamiętasz o dzisiejszym naborze - odrzekła różowowłosa. Kobieta o czerwonej fryzurze zbladła, zaś w jej złotych oczach dostrzec można było przerażenie typowe dla każdego sługusa Aizena.
   - No tak, dzisiaj nabór, ojej, już uciekam - odwróciła się na pięcie i już miała uciekać, kiedy poślizgnąwszy się na kocu, przejechała na podłodze dość spory kawałek. Zatrzymała się u stóp kogoś, kto dopiero teraz pojawił się w korytarzach spiżarni.
   - Camaleón-san. Czyżby ostatnia wizyta w Świecie Żywych źle na ciebie wpłynęła?
   Kobieta nie musiała podnosić wzroku, żeby wiedzieć, kim jest owa postać. Kaname Tousen. Jej bezpośredni przełożony. Na nic wszelkie tłumaczenie się, czy nawet przeprosiny. Zrzuciła szybko całe jedzenie na koc, zrobiła z tego zawiniątko i pobiegła, tym razem bezkolizyjnie, do sali rekrutacyjnej. Miała nadzieję, że procedura się nie zaczęła. Gdyby się spóźniła, zostałaby odebrana jej możliwość corocznych wycieczek w celu obserwowania swojej córki. Szybko sprawdziła, czy broszka wciąż wpięta jest w jej uniform, czy odpadła przy wyciąganiu salami. Jako zwykła dusza, była zależna od tego drobnego przedmiociku, który chronił ją przed zbyt silnymi źródłami Reiatsu, jakie spacerowały sobie po całym Las Noches.
   Wślizgnęła się do sali, rzuciła pakunek w kąt i zasiadła przy okienku. W pomieszczeniu była sama, więc nie wolno było jej jeszcze otwierać. Czuła, że po drugiej stronie ściany, w poczekalni, siedzą naprawdę wyjątkowe osobniki. A teraz musiał pojawić się ktoś naprawdę silny, bo prawie ją zemdliło. Broszka nie była idealna, dlatego kobiecina mogła bezpiecznie czuć się tylko w lochach po przeciwnej stronie od salonów Espady. Z niecierpliwością oczekiwała przybycia Kaname, bądź Ichimaru. Zazwyczaj to oni pełnili funkcję rekrutującego. Tym razem było inaczej.
   - Eloszka.
   Camaleón odwróciła się czując źle. O nie. Oto sam Aizen postanowił dzisiaj przybyć. Rekrutujący zazwyczaj musieli tłumić swoje Reiatsu, pozwalając kobiecie na spokojną pracę, jednak inaczej było z szefem i panem. Rzucał swoją aurą na lewo i prawo, aż wszyscy mieli ochotę rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady. Nie dało się z tym człowiekiem normalnie pracować.
   Aizen odsunął kobietę wraz z krzesełkiem. Sam otworzył półokrągłe okienko, wychylił się z niego nieprzyzwoicie i zaczerpnął powietrza, jakby witał samą wiosnę. Dobrze wiedział, kto wpadnie na dzisiejszą rekrutację. Już od rana siedział w krzakach przy wejściu, obserwując.
   - Hmmmmm... A kogo my tu mamy? - podparł głowę na dłoniach rzucając rozpalone spojrzenie w stronę postaci siedzących na długim klocku. Ze zgromadzonych tylko jedna osoba, starzec o szpiczastych brwiach, zdecydował się nieco zwrócić spojrzenie w stronę Aizena. - Siema, misiaczki. No to kto pierwszy? - zachichotał król świata.
   - Ja - odpowiedział staruszek wstając. Opierając się na drewnianej lasce, pochylił się przy okienku, które znajdowało się niecałe półtora metra nad ziemią. W dodatku wystawała z niego połowa Aizena. Starzec pochylił się nieco niefortunnie, przez co nagle jego plecy nie wytrzymały i zahaczył twarz króla swoją długą brwią, która okazała się resztką maski. Aizen wrzasnął czując, jak ostry szpikulec wbija mu się w oko. W dodatku ruszył się zbyt gwałtownie i grzmotnął kręgiem w górę okienka. Bluzgając, niczym Jurand na Krzyżaków, wynurzył się z otworu masując twarz.
   - Otwórz mu - mruknął pod koniec. Camaleón wcisnęła guzik. W pozornie gładniej ścianie ukazało się przejście. Starzec wszedł niepewnie do środka. Drzwi za nim się zasunęły. Aizen zasiadł na fotelu rekrutatora, uprzednio przykleiwszy sobie wielki różowy plasterek na zranione oko. Mierzyli się wzrokiem kilka sekund, po czym rozpoczęła się rozmowa. Z tej złości, Aizen zapomniał nawet, że powinien czerpać satysfakcję widząc, jak były członek KZiG płaszczy się przed nim, chcąc uzyskać dobrą fuchę u swojego kolegi. Ah ta amnezja pośmiertna. Sosuke bardzo się cieszył, że karierę rozpoczął dopiero po śmierci. Chociaż, kto to tam wie, co robił za życia. Może był samym Juliuszem Cezarem?
   - Pokaż uwolnienie swojego miecza - nakazał Aizen. Był to główny punkt rekrutacji. Jak ktoś miał jakieś pierdy na kiju to go wywalał. Nie ukrywajmy, nie potrzebował silnych ludzi. Wybierał tylko tych najbardziej epickich. Ostatnio zgarnął jakiegoś Itahiego Uhicha, który miotał karambitami jak pojebany. Tapeta w całym pomieszczeniu do wymiany, ale było warto. Tym razem mogło nie być tak widowiskowo. Kandydat miał na sobie klasyczny strój Arrancara, co już na starcie powiewało nudą. Jego dziura pustego nie dodawała epickości, gdyż nawet nie było widać jej umiejscowienia. Być może znajdowała się pod tą długą białą brodą, bądź włosami. No i te paskudne pozostałości maski, które wyglądały jak długie, przerysowane brwi.
   Staruszek powstał. Chociaż nie. On cały czas stał. Chwycił swoją laskę w obie ręce i uniósł trochę. Aizen spodziewał się triku Dziadzia Generała, że drewno zaraz wyparuje ustępując miejsca zwykłej katanie, ale nic bardziej mylnego.
   - Spójrz, Nieprzyjacielu - mruknął dziadoszek. Zadymiło się lekko, jak to zawsze się dzieje, po czym brwi rozpoczęły pracę. W mig zduplikowały się i porozciągały tak, że staruch został zabudowany kościstym tworem. Wyglądał jak... wieża. Kończąca się dwoma słupami, pomiędzy którymi zabłysło oko stworzone ze strumienia Reiatsu...
   - Kurna, no ja ciebie proszę, Saruman - Aizena aż ścisnęło na ten widok. - Ja chromolę, przecież nie pamiętasz swojego życia, zostaw w spokoju biednego Saurona - rozmasował sobie z nerwów brwi, czując, jakby one też rozpoczęły procesy replikacyjne. - Pamiętam, kiedy wpadliśmy na pomysł, żeby zrobić sobie jaja i udawał oko z mocą - zaczął, przechodząc w refleksyjny ton. - A potem jakieś niziołki myślały, że go zabiły, a to jego matka wpadła do pokoju i odłączyła internet, he hehe... Stare dobre czasy - westchnął na końcu.
   - Jaki Saruman? Jaki Sauron? - spytała wieża.
   - Tak, a swojego imienia już nie pamiętasz, eh - Aizen machnął ręką. - Camaleón, wpisz tego pana do drużyny szachowej.
   Tak, Aizen miał takie "żywe" szachy jak w Potterze. Wszystko dzięki Ulqowi, który kiedyś podsunął mu dzieła pani Rowling.
   Następną postacią wchodzącą do sali była kobieta. Miała gruby, puchaty kołnierz, jej kurtka nie miała rękawów, zaś ręce zdobiły czarne wstęgi. Najprawdopodobniej nie miała hakamy, lecz na jej wzór stworzoną spódnicę, obszytą u dołu czarną lamówką. Szpilki zastukały na posadzce, a Aizen posłał Camie spojrzenie mówiące "Oho, kolejna typiara, która myśli, że to casting do Master Chefa, a jak przyjdzie co do czego, to że nie może, bo buty". Król popatrzył sobie na maskę kobiety, zakrywającej niemal całe jej czoło i lewą stronę twarzy, wraz z okiem. U dołu wyglądała, jakby była wmrożona w skórę. Dopiero teraz rzuciło mu się w oczy coś ważnego. Dobierany warkocz platynowych włosów przewiniętych przez lewe ramię.
   - Nie, żadnych Elz tu nie będzie - zaznaczył, po czym narysował krzyżyk na formularzu.
   - Czemu moje imię jest tu zakazane? - spytała kobieta chłodnym głosem.
   - Haha, bardzo śmieszne, Biała. Może jeszcze masz ze sobą Aslana przebranego za tego głupawego bałwana? - pogroził jej ołówkiem. Kobieta zamrugała kilka razy.
   - Aizen-sama... Pani Biała Czarownica przeszła na ten świat na długo przed wyjściem do kin wspomnianej bajki... - wtrąciła się ostrożnie Cama, po czym wstrzymała oddech, ściskając w łapce tablet z odpaloną Wikipedią. Król zastanawiał się chwilę. Mierzył wzrokiem Białą, zerknął niepewnie na okienko, odsunął rękaw, aby spojrzeć na Rolexa.
   - No dobra, pokaż, co umiesz robić... I nie będziesz się żadną Elzą nazywać, jasne?
   - ...dobra, to nie jest śmieszne, ukrywacie coś przede mną - rzuciła podejrzliwie. - Nie przekupicie mnie żadnymi piankami, nic wam nie powiem, rodzeństwa nie wydam...
   Aizen policzył do dziesięciu, żeby się uspokoić. Myślał, że dzień, w którym przyjdą do Las Noches jego byli znajomi będzie raczej pełen satysfakcji. On wiedział, co robili przed śmiercią. Oni nie. Ale ta wiedza powodowała teraz u niego tylko irytację.
   Głupi mają lepiej.
   - No dobra, użyj miecza, pani-ktokolwiek - machnął ręką zrezygnowany.
   - Nie mogę tutaj. To wywołuje zamieć śnieżną - powiedziała wyciągając coś zza pasa. W pierwszej chwili Aizen myślał, że to serpentyny, albo jakieś anielskie włosie. Biała... czy tam Elza, trzymała rękojeść zakończoną srebrzystymi łańcuszkami. Długie były na jakiś metr, zwijały się lekko, jakby odpychały się od siebie nawzajem, zaś na końcu każdego z nich zamocowana była metalowa śnieżka.
   - Musi boleć nawet bez uwolnienia - pokiwał głową Aizen wyobrażając sobie, jak te śnieżynki mogą ładnie poharatać komuś twarzyczkę. Następnie skreślił krzyżyk i domalował ptaszka. - Bierzemy. Przydasz się do eventu zimowego. A powiedz no jeszcze... ELZA... Jakieś zwierzątko przypominasz podczas przemiany? Może pingwina? I jak mieczyk się wabi?
   - Aslan. I jestem...
   - TO JUŻ JEST PRZESADA, NO NIE WYTRZYMIĘ. ŻĄDAM PRZERWY.

   Aizen sączył herbatkę starając się zapomnieć o tym, że Biała Czarownica po śmierci nazwała się Elzą i jej uwolniony Aslan przemienia ją w lwa. Odłożył filiżankę. Czas na kolejną osobę. Wrota otworzyły się, a do pomieszczenia wszedł negatyw Dartha Vadera.
   - Co my tu mamy... - mruknął Aizen zacierając rączki. Były kolega miał białą kurteczkę z nadprogramową ilością czarnych pasków i ciemne rękawiczki. Reszta w normie. Jednak z całą pewnością nie zniknąłby w tłumie. Na głowie miał swoją charakterystyczną maskę, tylko białą. Różniła się detalami, między innymi, zamiast paskowanego trójkąta w miejscu buźki, miał coś bardziej przypominającego... trójkąt z dwoma kropami, niczym świński ryjek. W dodatku podczas oddychania wydawał dźwięk przypominający delikatne dzwoneczki.
   - Dżentelmen ściąga nakrycie głowy w pomieszczeniu - Król zwrócił mu uwagę.
   - Ale to moja maska Pustego - zakwiczał Vader. Tak. Zakwiczał jakimś skrzekliwym głosem, jak prosiak.
   - Panie, z czym pan do ludu! - Cama aż zbulwersowała się. - Mamy tu już jednego niedorobionego, więcej nie-Arrancarów nie potrzebujemy! Do wygód to by się wszyscy pchali, ale jak trzeba robić, to nie ma komu! Pamięta pan, Aizen-sama, tą plagę imigrantów z zachodnich regionów Hueco Mundo? Ale im pan wtedy powiedział! Opowiedziałam wszystko córce! A ona potem w ciele takiego pomarańczowego, bo wie pan, ona też umie jak ja zmieniać kształty, też zaczęła takie rzeczy o imigrantach wygadywać! I jeszcze jakieś wybory wygrała! - zachichotała. Aizen zawtórował, z grzeczności.
   - Cama, dlaczego taka duszyczka jak ty pamięta o córce, to ja nie wiem - oparł głowę na ramieniu i przypatrywał się jej krótką chwilę. Puści tracili pamięć całkowicie (chociaż jak widać, przebłyski przeszłości u niektórych pozostają), plusy zachowywały jakieś podświadome myśli, czy predyspozycje, zaś o swoich bliskich pamiętali tylko, jeśli umarli w tej samej chwili. Córka Camy wciąż żyła i miała się dobrze. - W każdym razie. WESZŁAŚ MI W SŁOWO I NIE PRZYWOŁUJ PANA VADERA DO PORZĄDKU, BO SAMA JESTEŚ ZWYKŁĄ DUSZĄ.
   Kobiecina aż odjechała na krzesełku pod ścianę, wystraszona wybuchem Aizena. Ten odchrząknął i spojrzał na Dartha Vadera.
   - No więc... jak się zwiesz? Obi Tak To Robi?
   - Nie, Dżuk - wydyszał.
   - Cudownie. A walczyć ty umiesz? Pokażesz swoją broń?
   Vader-Dżuk wyciągnął prostą rękojeść. Z jednego końca wyleciał strumień utrzymującego się Reiatsu - prawdziwy miecz świetlny!
   - Brawo! Pięknie! Co jest nie tak z tą cholerną amnezją pośmiertną!? - klasnął w dłonie Aizen. Już nawet nie wiedział, czy śmiać się, czy płakać, taki to był poziom rozpaczy.
   Dżuk poinformował, że niestety nie może pokazać swojego mieczyka w pełnej krasie, gdyż zamienia się w Sokoła Milenium... to znaczy w "latający obiekt niezidentyfikowanego kształtu". Nie potrafił tego określić, ale na pytanie "Czy to kula?" odpowiedział, że nie, więc Aizen mógł spać spokojnie nie bojąc się, że pewnego dnia trafi na Gwiazdę Śmierci w ogrodzie.
   Czas na ostatnią osobę. Łysy mężczyzna z białą szatą narzuconą na zwykły uniform wszedł na boso do pomieszczenia rekrutacyjnego.
   - Odważnie - Aizen uniósł brwi. - Cama, daj no panu jakieś mokasynki. Wiadomo, BHP i te sprawy.
   Kobieta podeszła do szafki z aktami i wyciągnęła z jednej z szuflad odpowiednie obuwie. Podała je łysemu. Przypatrywał się krótko bamboszom, ale je ubrał.
   - Dobra decyzja, Voldi. To znaczy... jakie imię wybrałeś? - Aizen usiadł wygodniej, żeby czuć się nieco bardziej komfortowo w tej chwili. Oczywiście czekał na "Harry Potter", czy inne takie. Skupił wzrok na twarzy byłego kolegi. Los nie obszedł się z Voldemortem łaskawie. Wręcz zakpił z niego na całego. Dziurę pustego miał on w miejscu nosa, zaś resztką po masce była długa, górna część ptasiego dziobu umiejscowiona dokładnie nad twarzowym pępkiem. Niby miał nos, ale jednak nie.
   - Bogdan Alejandro Martinez Garcia.
   - ...cóż - Król założył nogę na nogę. Właściwie poczuł się wyjątkowo nieśmieszenie. Na szczęście nowe moce Voldemorta nie rozczarowały. Za broń służył mu krótki sztylet, subtelnie przypominający różdżkę. Jelec był w kształcie węża ułożonego w literę S. - Prezentacji się doczekam?
   - Oczywiście. Pasztetuj, Poterroza... - syknął Voldi, po tym jak odsunął lewy rękaw i przejechał ostrzem zygzaka na ręce. Mieszane uczucia znowu napłynęły do Aizena. Głównie dlatego, że nie był pewien, czy usłyszał "pasztetuj", czy "kaszkietuj".  Sama nazwa broni spowodowała tylko pęknięcie dwóch wrzodów i związanie jelitka cienkiego w gustowny supełek. Następnie zaczął się zastanawiać, czy ujrzy za chwilę feniksa, czy hipogryfa. Kiedy dym opadł, oczom zebranych ukazał się średnich rozmiarów żmijoptak (taki długaśny wąż z ptako-smoczym pyskiem i skrzydłami)
   - Widzę, że jesteśmy na bieżąco - Aizen usilnie starał się zachować pokerową twarz, lecz widać było, że coś jest na rzeczy. Zachowywał się, jakby siedział na zestawie nowych brwi Sarumana. - No, Cama, dopisz pana gdzieś tam. No, to kończymy na dzisiaj. Szkoda, że Calipso nie chciała po prostu skończyć z Davym, był chyba najfajniejszy z tego towarzystwa... Hehe. Cóż. A może jednak nie. No to do wiedzenia, Cama. Panie Bogdanie... pan może pójść ze mną. Ależ proszę, proszę zostać w takiej formie, zapraszam.
   Aizen wstał z miejsca, jak oparzony, jednak powierzchnia jego fotela była cały czas gładka i w odpowiedniej temperaturze, więc raczej nic go nie kuło w pupcię. Poklepał nowe wcielenie Voldemorta po grzbiecie... czy jak to się nazywa ta część ciała.
   Od tego dnia, Bogdana Alejandro Martinez Garcia nikt już więcej nie widział. Plotki mówią, że ktoś był świadkiem tego, jak Aizen zaprosił go do jakiejś walizki, po czym ją zamknął zaraz po wejściu tam żmijoptaczej formy byłego kolegi, jednak tylko jedna osoba tak naprawdę wie, co tu się dzieje.
   A jestem nią ja, Ulquiorra. Najlepszy obserwator tego grajdołka. Dobrze wiem, że Aizen-sama ukrywa przede mną zaczarowaną walizkę z magicznymi stworzeniami. Wiem, że to Szayelowi zlecił stworzenie takiej, z magicznie powiększonym dnem. Ja się nie przejmuję, nie uznaję kanoniczności filmów. Mimo wszystko żałuję, że wprowadziłem Aizen-samę w magiczny świat Harrego Pottera. Odkąd do kin weszły "Fantastyczne zwierzęta", przestał się mną interesować. Teraz zajmują go tylko Arrancarzy, którzy przy uwolnieniu przypominają jedno ze stworzeń z filmu. Zabiera ich ze sobą i zamyka w walizeczce, a tam z czułością dogląda i pielęgnuje. Rowling, jeśli to czytasz to wiedz, że nigdy nie wybaczę ci nie dodania żadnego nietoperzo-podobnego stworzenia. Nie, nie uznaję filmów, lecz ten znam, obejrzałem kilkukrotnie, gdyż Aizen nam je puszczał podczas posiedzeń Espady. Znam go na pamięć, a w razie potrzeby mogę przywołać jego paskudny obraz krusząc swoje oko. Kiedy już uda mi się wytworzyć w sobie Obskurusa, będę najbardziej niszczycielskim Obskurodzicielem. Dobrze wiem, że moim przeznaczeniem jest władać ciemnością (Cero Oscuras mówi samo za siebie). Muszę poprosić Dżuka o pomoc w opanowaniu ciemnej strony mocy, ale teraz muszę znikać, gdyż leci już w telewizji nowy odcinek mojego ulubionego serialu American Horror Story. Do zobaczenia.

sobota, 24 grudnia 2016

Ponowne spotkanie Bonifacego i Jewgienija

Opowiadanko na Sekretnego Bułkołaja na Mortisie.
Wylosowałam Kaylin (Iryska) i wybrałam jedyną słuszną opcję z tych, które zaproponowała (żartuję, Buttermore też jest fajne).
Mam nadzieję, że Ci się spodoba, misiu.

Informacje, które mogą się przydać dla osób spoza tematu:
Jewgienij "Giena" Bułhakow - super ekstra czarodziej z Rosji, zabił ojca godzinę przed swoim ślubem i zrobił horkruksa.
Vakel Bułhakow - brat powyższego, na pierwszy rzut oka misiaczek, ale tak naprawdę to niezbyt, ale w sumie tak, dyrek Hogwartu; kiedy szedł z Gieną zakopać ciało ojca, wpadli na gromadkę dzików, starszy brat spetryfikował lochę, a młodszy zaadoptował jednego z warchlaków.
Czas akcji: ostatnie dni sierpnia, 1934 rok.

***

   Jewgienij nie spał dobrze tej nocy. Nękany koszmarami wiercił się we wszystkie strony tak, że obudził się jeszcze przed wschodem słońca, podduszany prześcieradłem. Wyplątał się z materiału, naciągnął górną część piżamy, która się podwinęła podczas nocnej przygody i wstał. Zimny kamień posadzki nie byłby niczym nowym dla Bułhakowa, gdyby nie fakt, że ostatnie lata spędził w dość ciepłych zaułkach Ministerstwa, a nie w Rosji. W Hogwarcie pogoda była zdecydowanie gorsza, niż w Londynie. Wniosek ten wysnuł na podstawie niecałych dwudziestu czterech godzin, jakie tu spędził, ale mógł. W końcu był panem świata. Wciągnął pierwszą lepszą szatę, do tego kołnierz z dzika i ruszył. Rok szkolny zaczyna się dopiero za tydzień, lecz skrzaty już szykowały posiłki dla nauczycieli, mających wiele do zrobienia jeszcze przed początkiem września. Jewgienij wyszedł z pokoju, ruszył korytarzem, po czym z zadowoleniem odkrył klatkę schodową, o wiele większą niż ta, po której wprowadził go wczoraj Vakel na górę. Była zdecydowanie bardziej elegancka, w dodatku mógł sobie popatrzeć na ładne obrazy. Śmiało postawił nogę, na pierwszym stopniu prowadzącym w dół, kiedy niespodziewanie schody zaczęły się ruszać. Płynące gdzieś po skosie w dół stopnie rozciągnęły Bułhakowa, mającego drugą stopę cały czas na stabilnym piętrze. Rozciągany czarodziej zrobił szpagat, po czym zebrał się w sobie i jakimś cudem udało mu się wtoczyć na uciekającą platformę. Ledwo zatrzymał się przed sturlaniem po stopniach w dół, gdzieś na jakieś ostatnie piętro. Kiedy schody przycumowały do brzegu, wsunął się na wyglądający stabilnie kawałek podłogi. Nie wstał na nogi, póki nie znalazł się na korytarzu.
   Jewgienijowi przeszedł nastrój na śniadanie. Postanowił odnaleźć braciszka i pokazać mu, co myśli o tej szkole. Wczoraj zahaczyła go jakaś zbroja, podczas kąpieli podglądały duchy, a teraz prawie się zabił na głupich schodach. Ciekawe ile ofiar śmiertelnych zgarniają stopnie grozy w ciągu roku szkolnego.
   Wypowiedział głupie hasło obok gargulca, który wpuścił go na kręte schodki (znowu schody!). Jewgienij wbiegł na górę, po czym poślizgnął się na wycieraczce stojącej przy wejściu. Udało mu się złapać równowagę, ale jakieś dwa metry przejechał. Odesłał ją kopniakiem pod ścianę i rozejrzał się. Nie sądził, że Vakel poszedł na śniadanie, to nie w jego stylu. Może poszedł do kuchni wyrywać? Chociaż nie, w Hogwarcie były skrzaty, chyba aż tak nienormalny nie był. Bo nie był? (Jewgienij oczywiście dowiedział się o wizycie Vakela w kuchni Bułhakowów w dniu "ślubu".)
   — Ej! — krzyknął, bojąc się zrobić kroku. Już mu wystarczyło niespodzianek. Spojrzał w lewo - książki. W prawo - książki. Przed sobą biurko zawalone papierami. Fotel z wysokim oparciem odwrócony był od Jewgienija. A może Vakel na nim zasnął? Czas na pobudkę, pomyślał Giena i aż zatarł rączki. Zrobił ostrożny krok w przód, potem drugi... aż nagle fotel drgnął. Oh nie, obudził się! Siedzenie nagle zaczęło się odwracać. Coś ścisnęło się w Bułhakowie w momencie, w którym powinien dojrzeć chociażby kolana brata, ale dalej nic nie widział. Fotel powoli kończył odwracanie się o sto osiemdziesiąt stopni. Giena wbił wzrok w miejsce, w którym zobaczyć powinno się twarz... lecz jej nie ujrzał. Samoobracające się krzesła, fantastycznie - pomyślał, lecz wtedy jego spojrzenie spoczęło nieco niżej i ujrzał faktyczną żywą istotę, siedzącą na fotelu. Na początku myślał, że to tylko jakaś szmata. Jednak szybka analiza bodźca wzrokowego dostarczyła mu informacji o dokładnym kształcie obiektu.
   Ciśnienie w czystokrwistych żyłach Jewgienija podskoczyło gwałtownie. Źrenice zwężyły się, zaś pięści zacisnęły.
   — To ty — wysyczał do młodego dzika siedzącego na fotelu z założonymi raciczkami. Ubrany był w brązową szatę z kapturem. — Pamiętam ciebie! Byłeś wtedy w Rosji...
   Dziczek wpatrywał się w Jewgienija stalowym spojrzeniem. Oczywiście, że go poznawał. Nie odezwał się jednak ani słowem. Chciał, aby Bułhakow sprowokował się samym patrzeniem.
   — W tym zamku nie ma miejsca dla nas obu — stwierdził czarodziej wyciągając z kieszeni swoją różdżkę. Wycelował w dziczka wypowiadając dwa magiczne słowa: Hokus pokus.
   Zielone światło rozbłysło z końca jego różdżki. Nawet nie próbuj, Jewgieniju - pomyślał dzik. Podskoczył wysoko i wykonując salto, opadł na biurko stojąc na tylnych raciczkach. Również wyciągnął swoją broń. Ze srebrnej różdżki wystrzelił złoty promień.
   Prawdziwa walka rozpoczęła się. Jewgienij z całą mocą atakował dzika, chcąc trafić go swoim laserem. Ich szaty falowały. Ciął w prawo, w lewo, boki krótko, góra, dół. Nieustraszony warchlaczek odskakiwał od każdego ciosu, niczym wirująca piłeczka. Sam jeszcze nie atakował. Dopiero po chwili również zamachnął się i skrzyżował lasery ich różdżek.
   — Daj spokój, nie masz żadnych szans — warknął Jewgienij. Był na tyle silny, że bez problemu odepchnął prosiaczka. Ten przesunął się kilka metrów do tyłu, odbił od podłogi, zostawiając ślady zarysowane przez tylko raciczki, po czym jak strzała poleciał w stronę Jewgienija, wirując wokół własnej osi. Czarodziej nie wiedział jak chwycić różdżkę, aby dobrze odbić atak, postanowił więc się odsunąć. Dzik przestał się kręcić na chwilę przed kontaktem ze ścianą, odbił się, jego szata zafalowała, a następnie znowu nacierał na Bułhakowa przecinając powietrze swoją bronią. Tym razem czarownik chciał odebrać atak. Nie spodziewał się jednak takiej siły ze strony napastnika. Różdżka wypadła mu z ręki i poturlała się pod biurko. Podczas obrotu dzik kopnął Jewgienija w twarz tak, że ten przewrócił się na plecy. Prosiak stanął na nim i wycelował laserem w szyję. Bułhakow nie wiedział, co zrobić. Życie nie przeleciało mu przed oczami, lecz nie potrafił stwierdzić, czy to znak, że dzik nie wykona ostatecznego ciosu, czy to z powodu posiadania horkruksa.
   — Zawsze zapominasz, czego się nauczyłeś, Jewgieniju — przemówił warchlak. — Użyj mocy!
   Bułhakow poczuł, jak odzyskuje siły. Wyciągnął dłoń w kierunku biurka, zaś różdżka posłusznie wleciała do jego ręki.
   — Na ujemne punkty Marqueza, co tu się dzieje? — wykrzyknął zaskoczony Vakel, który właśnie wszedł do gabinetu. — Gdzie jest wycieraczka!?
   Dyrektor podszedł do ściany, gdzie spoczywał zwinięty ów przedmiot i elegancko ułożył go we właściwym miejscu. W tym czasie pozycja Jewgienija i dzika nie zmieniła się.
   — Bonifacy, wystarczy — westchnął Vakel, zaś warchlak posłusznie schował broń i zszedł ze starszego Bułhakowa. — Czego chciałeś? I czemu nie przyszedłeś na śniadanie? — zwrócił się do brata i rzucił mu spojrzenie, jakby ten nie nazywał się Bułhakow, tylko Sue. — Myślałeś, że co, że wyrywam skrzaty w kuchni zamiast coś zjeść, jak normalny człowiek?
Jewgienij podniósł się z podłogi bez słowa. W tym momencie chciał po prostu wyjść.
   — Odpowiedz mi. W jakim celu wtargnąłeś do mojego gabinetu? Mam ciebie zwolnić?
   Giena spuścił wzrok. Nie chciał być zwolniony.
   — Pytam się. Czy ja mam ciebie zwolnić? Co? Chcesz wylecieć?
   — Przyszedłem, bo... — Jewgienij przerwał. Nie mógł teraz zacząć narzekać, bo faktycznie wyleci. — Miałem dostać zadanie.
   Vakel pokiwał głową.
   — Dobrze, proszę bardzo. Odbierz misję, a potem znikaj — powiedział wskazując na biurko. Giena liczył na zadanie od brata. Liczył, że to Vakel był tutaj szefem i da mu jakieś papiery do wypełnienia. Lecz prawda okazała się jeszcze gorsza. Na fotelu siedział już Bonifacy. Siedział tam tak, jakby od zawsze to było jego miejsce. Twardym wzrokiem wpatrywał się w Jewgienija. W co ja się wkopałem, pomyślał wściekły.
   — Jesteś już gotowy — przemówił dzik. — Możesz rozpocząć szkolenie swojego padawana.
   Jewgienij nie mógł w to uwierzyć. Czyli jednak powrócił do szkolenia. Poza tym, Vakel wiedział o Dziku Jedi. Co więcej: Dzik siedział na jego dyrektorskim fotelu. Czy cały Hogwart był pod wpływem Imperatora? Jaką rolę odgrywał w tym sam Vakel? Przed oczami Jewgienija przeleciały wszystkie ważne chwile jego życia. Poznanie Dzika Jedi, szkolenie na specjalnych zajęciach dodatkowych w szkole, egzamin na Jedi, wojna w Wietnamie. Widział teraz te wspomnienia, jakby na nowo ożyły w jego sercu. Również to, w którym "Bonifacy" (bo nie było to jego prawdziwe imię), wyrzekł się go za złamanie kodeksu. Od tego czasu Jewgienij szkolił się na własną rękę. Podczas pobytu w Rosji nie dostrzegł, że w grupce dziczków krzątających się wokół spetryfikowanej loszki znajdował się Dzik Jedi, ale teraz kawałki układanki ułożyły się w jedną całość. On go tak naprawdę nigdy nie opuścił. To była część szkolenia. Obserwował wszystkie ważne momenty jego życia. A teraz znowu się ujawnił i zezwolił na posiadanie własnego padawana.
   — Potocka? — spytał chcąc upewnić się, że myślał o tej samej osobie, co Dzik Jedi.
   — Potocka — warchlak skinął głową. Nie każdy mógł dołączyć do zakonu Jedi. Nie każdy miał dobrą krew, aby wykonać słowiański przykuc, niezbędny do wielu pradawnych technik zakonu.