To było wyprodukowane w czerwcu, ale jakoś nie wrzuciłam w wakacje, nie ogarniam xD
***
I oto ostatni dzień szkoły. W całym budynku słychać było jeden wielki hałas ludzi ładujących się do auli. Trzeba było odczekać najnudniejszą część, czyli przemówienie dyrektora, rozdanie świadectw ostatnich klas itp. Kat usiadła obok Konaty.
- Gdzie masz swojego kolegę? - spytała niebieskowłosej.
- Kolegę? Jakiego ja mam kolegę... Ah, tego kolegę? - wskazała na chłopaka w okularach siedzącego gdzieś w kącie w pobliżu Cullenów.
- Czemu nie siedzi z tobą? Na stołówce zawsze siedzicie razem.
Konata wzruszyła ramionami.
- Znalazł sobie inną koleżankę - przetarła nosek. - I teraz nie mam z kim grać w Metina. Bez niego nasza gildia upadnie.
- Ah... przykre... - Kat odwróciła się w druga stronę. Właśnie obok niej usiadł Szayel.
- Cześć, koleżanko od projektu - uśmiechnął się.
- Cześć, kolego od projektu - odpowiedziała sztywno. Zauważyła, jak obok różowowłosego zajęli miejsca jego koledzy. Spojrzała na Ulqa, ale on martwo wpatrywał się w inną stronę. Westchnęła i zaczęła śledzić wzrokiem sytuację na auli.
Zakończenie przebiegało sprawnie i bez zakłóceń. Tylko jakiś golas przebiegł przez środek. I Grimmjow zapomniał panować nad śliną.
Po części uroczystej wszystkie klasy prócz ostatnich poszły do sal po świadectwa.
- Najpierw rozdam świadectwa z wyróżnieniem - powiedział wychowawca. - Zapraszam Szayela ze średnią 5.2.
Różowowłosy z udawanym skromnym uśmiechem wstał i poszedł na środek.
- Gratuluję - nauczyciel uścisnął mu dłoń i wręczył co miał wręczyć.
- Poproszę Katechi ze średnią 5.21.
Wszyscy w szoku spojrzeli na Szayela, który nagle zbladł.
- Jak to... - zemdlał. Ktoś miał średnią wyższą od niego. I tym kimś była jego partnerka z projektu. Pewnie przez jego geniusz dostała tą wspaniałą ocenę, która podciągnęła jej średnią ponad jego.
Kiedy Grimmjow wybiegł ze szkoły zastał tłumy nowych absolwentów w tradycyjnych pelerynkach la Harry Potter i czapeczkach z wstążką. Szybko odnalazł Sonę. Rozmawiała z jakimiś ludźmi i koleżankami.
- Kochanie, to ja lecę do Nami sprawdzić czy zajęła stolik - powiedziała Janna i poszła.
- To daj nam te rzeczy i już cię zostawiamy - powiedział jakiś mężczyzna zabierając od niej tonę książek, które dostała za różne konkursy, olimpiady, czy inne wyróżnienia.
- Tylko pamiętaj, że za dwie godziny jedziemy do babci - kobieta ucałowała ją i poszli, a dziewczyna ruszyła w tą samą stronę co Janna. Grimmjow żwawo podążył za nią. Kątem oka zauważył Ahri w jednym samochodzie z obrażoną miną i tego dziwnego blond chłopca w drugim samochodzie, który ciągle do niej machał. Między pojazdami stała para, która żywo gestykulując kłóciła się.
Sona skręciła, więc zrobił to samo. Już miał ją zawołać, kiedy ktoś go uprzedził.
- Sono! Dzień dobry! - Wolontarka radośnie przywitała dziewczynę. Sona nie byłaby w takim szoku, gdyby nie fakt, że kobieta nie była sama.
- Chciałem się z tobą zobaczyć po zakończeniu - powiedział Li. - Masz na sobie to śmieszne wdzianko?
Sona podała mu swoją czapeczķę, którą wymacał.
- Przyjemny materiał. Granatowa?
- Czarna z zieloną wstążką - powiedziała Wolontarka.
Grimmjow nie wiedział kto to, ale bardzo nie spodobał mu się ten gościu.
- Sona! - zawołał. Dziewczyna odwróciła się. Tylko nie on, pomyślała. Lubiła go, ale teraz był tu niepotrzebny. Chociaż pewnie chciał się tylko pożegnać... Właściwie to już się chyba nigdy w życiu nie zobaczą. Chyba warto przecierpieć te ostatnie chwile dla świętego spokoju, prawda?
- Kto to? - spytał Li szeptem.
- Sądząc po mundurku to pewnie jej kolega ze szkoły - odpowiedziała Wolontarka.
- Chciałem ci złożyć życzenia - powiedział Grimmjow podając jej ładnie zapakowane pudełeczko. - Wszystkiego najlepszego.
Sona uśmiechnęła się do niego i skinęła głową w podzięce. Grimmjow kątem oka zerknął na obcego sobie mężczyznę. Skoro miał opaskę na oczach to pewnie był ślepy.
Pantera pochylił się nieco nachalnie nad Soną, aby ją cmoknąć w policzek, ale nie zdążył nic zrobić. Chwilowo stracił czucie od pasa w górę. Zobaczył przerażoną twarz dziewczyny.
- Sona jest bardzo wdzięczna za pamięć, ale teraz się spieszy - Li stał obok nich. Kiedy tylko zabrał palec z pleców Grimma, ten nagle odzyskał czucie. Odsunął się trochę i spojrzał wrogo na ślepego.
- Co ty *przekleństwo* *brzydkie wyzwisko*!?
Spojrzał na Sonę, która posłała mu przepraszające spojrzenie.
- Co to za jeden, co? Co on sobie myśli, co?
- A ty, młodzieńcze, co chciałeś zrobić?
- Nie twoja *przekleństwo* sprawa - Grimmjow lekko zarumienił się.
Sona złapała Li za rękaw chcąc aby już zostawili jej kolegę w spokoju. Ten rozumiejąc o co jej chodzi wziął ją za rękę i już chciał się odwrócić, ale Grimmjow nie zamierzał skończyć. Nie wiadomo po co tutaj taka agresja ze strony jednego i drugiego, ale życie.
- Czyli tak? Czyli wolisz tego ślepca, który nawet nie uratuje ciebie, kiedy zajdzie taka potrzeba? - krzyknął.
Sona miała kompletnie dosyć tej sytuacji.
Lee się odwrócił, więc Pantera o bardzo małym rozumku postanowił zaatakować go z pięści. Niewidomy z łatwością zatrzymał jego atak jednym palcem.
- Jak to...
- Proszę odejdź nim zaczniesz myśleć, że dam się sprowokować.
Grimmjow poprzeklinał trochę, ale odszedł.
Sona westchnęła. Przynajmniej pozbyła się tego idioty raz na zawsze. Ich kontakty były w dobre, dopóki nie zaczął jej wysyłać ofert wspólnych wakacji. Wtedy zaczęła się cieszyć, że niedługo koniec. Jednak po tej akcji była pewna, że nie nawiedzi jej czasem którego pięknego dnia. Zastanowiła się też czemu on wywnioskował, że ma u niej jakiekolwiek szanse. I w tym momencie, gdyby nie Wolontarka, wpadliby pod tira przechodząc na drugą stronę ulicy.
- Sono, nie zamyślaj się tak, mam tu już jednego ślepca pod opieką - zaśmiała się, a Lee przybrał obrażoną minę.
- Czego chcesz, kobieto, dawno nie byłem na dworze, mam wrażenie, że to wszystko jeździ wszędzie.
- To masz co robić w wakacje.
Przechodzili właśnie obok kawiarenki i Sona przypomniała sobie o koleżankach. Zastanowiła się czy może czasem nie zostać z Lee...
- Sona! Co tak długo! - Janna miała dar znajdowania jej.
- Umówiłaś się z koleżankami? Mogłaś nas poinformować - powiedziała z uśmiechem Wolontarka. Sona ścisnęła dłoń Lee.
- Idź się zabawić z młodymi, starego Lee musi Wolontarka nakarmić obiadem - powiedział.
- Stary Lee jest przecież tylko kilka lat starszy od młodej Sony - zaśmiała się Wolontarka. - Spokojnie mógłbyś być moim synem! Skoro już idziesz, to do zobaczenia Sono.
Lee ścisnął jej dłoń po czym poszli sobie. Sona pożegnała ich uśmiechem, który natychmiast zmienił się w przerażenie na widok wyrazu twarzy Janny.
O nie, będą pytania, pomyślała.
- Sono, zamówimy pyszne desery, a potem nam wszystko opowiesz - Janna uśmiechnęła się makabrycznie i zaciągnęła przyjaciółkę wgłąb kawiarenki.
***
I to na tyle, hihi, hoho. Będzie odcinek o wakacjach. Może kiedyś.
|SŁOWO WSTĘPU|
Witam szanownego czytelnika w swoich skromnych progach.
Zapraszam do zapoznania się ze spisem mojej "twórczości" i wybraniem odpowiadającej sobie pozycji.
W razie problemów zapraszam do zakładki "Bohaterowie".
Życzę miłej lektury!
PS Będę wdzięczna za wszelkie komentarze~!
Zapraszam do zapoznania się ze spisem mojej "twórczości" i wybraniem odpowiadającej sobie pozycji.
W razie problemów zapraszam do zakładki "Bohaterowie".
Życzę miłej lektury!
PS Będę wdzięczna za wszelkie komentarze~!
|Statystyka, co mnie na duchu wcale nie podnosi ani nic|
niedziela, 5 października 2014
piątek, 20 czerwca 2014
21# Życie w NY: Bal maturalny i nowy wymiar znajomości
A oto i długo wyczekiwany bal xD 6 stron wordowych pisanych NA TELEFONIE ;u; Miłej zabawy.
***
***
Oto wielce wyczekiwany dzień balu. Wszyscy, którzy mieli
dzisiaj wieczorem imprezę, wydzielali aurę radosnego podniecenia. Szayel
obdarzał ich wszystkich spojrzeniem pełnym łagodnego współczucia. Myślą, że się
dobrze zabawią. Naiwni. Przecież najlepsza impreza będzie za rok u niego! Już w
nocy uzyskał poparcie Nnotry i Grimmjowa. Ulqu nie odbierał telefonu, ani nie
odpisał na SMSowy spam. Trzeba było więc porozmawiać z nim dzisiaj.
- Ulqiorra, przyjacielu! - poleciał do niego z otwartymi szeroko ramionami. - Czyś zapoznał się z moim FANTASTYCZNYM planem?
Ulqu spojrzał na niego swoim nihilistycznym wzrokiem.
- Przecież mnie nie będzie.
Szayel poczuł się, jakby ktoś mu zrzucił pianino z Szopenem na głowę. O przypadku Ulqa kompletnie zapomniał. Chociaż to właściwie ułatwiało sprawę. Ulqu pewnie i tak pewnie nie brałby udziału w całym przedsięwzięciu.
- To fakt, ale zawsze możesz przyjechać na tą imprezę.
- Nie.
- Nie chcesz oglądać mojego triumfu?
Przyjaciel obdarzył go spojrzeniem " nie". Szayel ściągnął okulary i nerwowo przetarł je o bawełniany T-shirt Grimmjowa.
- Tak czy inaczej: co dzisiaj robimy? - spytał Niebieskowłosy.
- Nie idziesz na bal? - Szayel uniósł brew.
Pięć oczu wbiło spojrzenie w Grimma.
- Nie - odpowiedział wzruszając ramionami.
- A Sona z kim idzie?
- Z koleżankami.
- ... nie zaprosiłeś jej?
- Ale to jej bal...
- Ale to faceci zapraszają - uświadomił go Nnoit.
Grimm zamrugał kilka razy i po chwili zniknął im z oczu. Biegał po całej szkole, aż w końcu ją znalazł. Stała ze swoimi koleżankami. Złapał ją za ramię i z rozpędu odciągnął na bok. Zaskoczyła ją ta sytuacja.
- Ej, oddaj nam ją - zaśmiała się Janna, jednak nie wyglądała jakby jej cokolwiek przeszkadzało.
- Pójdziesz ze mną na bal? - spytał szybko Sonę wypatrując się w nią niecierpliwie.
Bez wahania zaprzeczyła głową.
- Czemu? Idziesz z kimś innym?!
Znowu zaprzeczyła wyciągając telefon. "Idę tylko z dziewczynami, chcemy się zabawić razem, to nasze ostatnie dni razem." - pokazała mu wyświetlacz i uśmiechnęła się przepraszająco.
- Aha, ok... - odpowiedział. Lekko zrezygnowany poszedł wracać do kolegów.
- Czemu się nie zgodziłaś? - spytała Janna lekko oburzonym tonem, kiedy odszedł.
Dobrze wiesz, że na tego typu imprezy chodzi się albo z chłopakiem, albo samemu - przekazała jej migowo Sona.
- No a co ci szkodzi skoro i tak kończysz tą szkołę?
Sona spojrzała na nią wymownie.
- Czekaj... Jest ktoś inny?! - pisnęła podniecona.
Koleżanka szybko zaprzeczyła.
- Czyli tak! No powiedz kto to! Powiedz - ciągała ją za ręce. - Poppy, powiedz jej, żeby powiedziała!
- Co ja będę mówić... - burknęła ciemnoskóra dziewczyna. Od kilku dni nie miała humoru. Jej przyjaciółki szły na after party do Dravena, u którego nie mogła przecież się pojawić. Całkowicie zrezygnowała i z jakiekolwiek imprezy i z całego balu, pomimo stwierdzenia Janny, że przecież mogą iść gdzie indziej. Jednak wiadomo, że to Draven robi najlepsze imprezy, a zaproszeni mogą czuć się kimś, więc Poppy nie chciała psuć przyjaciółkom zabawy.
***
- Najlepsze imprezy robi Draven, a ja znam kogoś, kto został zaproszony - oznajmił Szayel podczas przerwy obiadowej.
- Któż to taki? - spytał Nnoit pałaszując ze smakiem swoją porcję waty.
- Edward Erlic - poprawił okulary. Nnoit zaksztusił się colą, a Grimmjow, który dopiero co dotarł usiadł z wrażenia.
- Czemu rozmawiacie o tym chłopcu? - spytał.
- Zda nam szczegółową relację z imprezy u Dravena oraz zrobi wywiady z uczestnikami.
- A po co?
- Żebyśmy za rok zrobili równie dobrą imprezę - uśmiechnął się Szayel.
- Ale czy ludzie nie będą woleli iść do niego, skoro go już znają?
- Przecież go już nie będzie.
- Ej, ale on ma rację - stwierdził Nnoit. - Skąd wiesz, że Draven w końcu zdał?
Szayel złapał się za głowę. Natychmiast musiał się tego dowiedzieć. Pobiegł szybko do pokoju nauczycielskiego do najbardziej zaufanego nauczyciel.
- Tak, Szayel, o co chodzi?
- Panie profesorze, czy wie pan czy Draven... - zawahał się, bo przecież nie znał nawet jego nazwiska. Ale nauczyciel chyba nie o kogo chodzi - ...zdał?
- Wiem - nauczyciel uśmiechnął się przyjemnie.
- Czy mógłby więc pan powiedzieć więc, czy zdał?
- Nie mogę udostępniać takich informacji uczniom.
- Ależ to bardzo ważne! Od tego zależy...wszystko! - zaczął panikować.
- Skoro tak ci na tym zależy to sam go spytaj - zaproponował nauczyciel i wrócił do pokoju.
Nie było innej rady. Szayel pobiegł do stołówki. Draven był jeszcze bardziej oblegany niż zawsze. Różowowłosy przebił się przez tłum ludzi i dźgnął go w ramię. Natychmiast został obdarzony draaavenowym spojrzeniem i skupieniem wszystkich osób wokół.
- Witaj, chciałbym zadać tobie pytanie.
- No mów - Draven uśmiechnął się szeroko.
- To trochę prywatne, nie chciałbyś może odejść nieco dalej?
- Draven nie ma niczego do ukrycia!
- Rozumiem. Chciałem więc spytać czy zdałeś ten rok.
Nastała chwila milczenia. Nikt z fanów Dravena nawet nie pomyślał, że on mógłby odejść.
- Draven zostaje z wami! - oznajmił wyciągając ręce w stronę wiwatującego tłumu. Szayel przeraził się. Zadanie będzie trudniejsze niż myślał. Niezauważony wrócił do przyjaciół. Usiadł zrozpaczony przy niedokończonym posiłku i schował twarz w dłoniach.
- A mówiłem - powiedział Grimmjow z mięsem w buzi.
- Grimmjow wiedział raz coś lepiej od Szayela - Nnoit zaczął się głośno śmiać zwracając na siebie uwagę otoczenia, a kłębki waty wypadały mu z buzi.
- Nie umiecie jeść - skomentował Ulqu wyczulony na etykietę. Sam nosił do szkoły własne sztućce, gdyż stołówka nie zapewniała osobnych noży do drobiu i wieprzowiny. Grimmjow wziął serwetkę, którą kulturalnie obtarł Nnoitowi twarz z resztek waty.
- Dziękuję, przyjacielu - powiedział dystyngowanie Nnoitra, po czym zauważył sugestywne spojrzenie Szayela. Odwrócił się i ujrzał swojego kuzyna, który miał skierowany w jego stronę obiektyw telefonu.
- Tesla, idioto! - wydarł się po czym wylał wodospad przekleństw i zaczął go gonić. Szayel znowu ukrył twarz w dłoniach.
***
Balowe zamieszanie Grimmjowa nie było jedyna przykra rzeczą, jaka go dzisiaj spotkała. Idąc na ostatnią lekcję przechodził obok Janny i dziwnej dziewczyny, której nie znał. Usłyszawszy, że rozmawiają o Sonie, przystanął i podsłuchiwał w ukryciu.
- Pytałam już czy będziesz w sobotę, Nami?
- Na tej imprezie urodzinowej dla Sony? Tak, wyjeżdżam dopiero za tydzień.
- To świetnie. Tak poza tym to rozmawiałam z Dravenem. Pogada z muzykiem aby puścił ulubiony kawałek Sony. Ciekawi mnie to czemu od razu się na to zgodził...
- Czemu?
- Nie mamy z nim jakichś specjalnych kontaktów, a jako szkolny gwiazdor nie robi przysług tego typu.
- Może miał dobry dzień?
- Może... Nie wydaje mi się jakoby on wiedział nawet o kim mówię...
Po chwili zaczęły gadać o jakichś prezentach, aż w końcu Grimmjow zrozumiał - Sona miała dzisiaj urodziny! I to nie byle jakie! Sona właśnie stała się pełnoletnia! (Pan Szef stanu Nowy Jork zmodyfikował prawo dotyczące pełnoletności z powodów osobistych: jego córka miała o rok starszego od siebie chłopaka, więc według tego prawa, ów chłopak był pedofilem.) Teraz musiał pędzić na lekcję, ale po zajęciach koniecznie chciał ją spotkać i złożyć życzenia. Że też nigdy nie pytał ją o datę urodzin...
***
Od razu po dzwonku zerwał się z miejsca i pobiegł na zewnątrz. Zauważył ją wychodząca z terenu szkoły. Szybko zaczął biec. Niestety dogonił ją, kiedy wsiadała do autobusu. Przez głupie głośne dzieciaki nie usłyszała go. Stwierdził, że chyba nie ma sensu wysyłać życzeń SMSem. Jutro to załatwi. Przynajmniej zdąży kupić prezent.
***
Do balu pozostało kilka godzin. Sona niespecjalnie się spieszyła. Dla niej było wystarczająco czasu, żeby jeszcze odwiedzić Lee. Wdrapała się pogodnie po starych schodach na odpowiednie piętro i zapukała do drzwi. Od razu otworzył. Potrafił rozpoznać jej kroki na schodach. Zaprowadził dziewczynę do salonu, gdzie jego nieduży stół był elegancko zastawiony. Sam Lee ubrany był w pewien sposób odświętnie. Sona zdziwiła się. Skąd wiedział?
- Wolontarka mi powiedziała i pomogła przygotować to wszystko. Wszystkiego najlepszego - uśmiechnął się i zaprosił ją do stołu.
Zjedli więc ten elegancki posiłek, po którym Sona wstała aby zabrać się za sprzątanie.
- Zostaw to - powiedział usłyszawszy, jak łapie za talerze. - To w końcu twoje urodziny. Poza tym masz dzisiaj bal, nie chcę ciebie zatrzymywać. Pozwól, że jeszcze dam ci prezent - wstał, znalazł jej rękę, po czym wcisnął jej zawiniątko wyjęte z kieszeni.
Sona stwierdziła, że nie może tego przyjąć. Lee lewo opłacał mieszkanie i jedzenie, ten obiad przecież też nie był za darmo.
- Musisz to wziąć.
Sona odwinęła więc pakunek. W środku znalazła zawieszkę – dziwny złotawy medalion z błękitnym kamieniem.
- To jeden z najcenniejszych artefaktów wojownika. Mi już to niepotrzebne, a nawet ładne to jest, więc może ci się spodoba...
Sona zarzuciła mu ręce za szyję i mocno przytuliła. To było naprawdę kochane, że podarował jej coś tak sentymentalnego. Też ją delikatnie przytulił.
- Czy mógłbym zobaczyć jak wygląda twoja twarz? - spytał wyciągając rękę w jej stronę. – Ciekawi mnie jak wyglądasz, a wcześniej nie chciałem o to pytać żeby mnie nikt o pedofilię nie oskarżył.
Dziewczyna wyraziła zgodę przyciągając jego dłoń do policzka. Zamknęła oczy, a Lee powoli przesuwał palcami po jej twarzy: po oczach, nosie, policzkach, brodzie i ustach. Nagle przysunął się bliżej całując ją prosto w usta. Sona nie spodziewała się tego, ale zarumieniona oddała szybko pocałunek. Pogłaskał ją po policzku.
- Cieszę się, że mogłem to zrobić nie narażając się prawu. To teraz możesz już iść na bal - uśmiechnął się lekko. Jednak Sonie nie chciało się już wychodzić. Właśnie dostała najpiękniejszy prezent na świecie.
Wtem telefon zadzwonił. Sona odebrała SMSa.
- Koleżanki się niecierpliwią?
Ścisnęła go za rękę dając do zrozumienia, że niestety musi iść.
"Obiecałam im." - przekazała syntezatorem.
- No to dalej, idź, dzisiaj nie dzień na siedzenie u mnie. Musisz się jeszcze przebrać, uczesać i umalować - zaprowadził ją do drzwi i pożegnali się.
Dzisiaj miała bal, więc nie mógł pozwolić jej na siedzenie z nim. Poza tym miał wiele do przemyślenia... Chyba tak jakby przeszli na inny wymiar znajomości.
***
W domu Sona szybko szykowała się na bal. Czekała ją cała noc imprezowania przecież... Nie mogła się kompletnie na tym skupić. Zrezygnowała z fryzury, którą planowała i zrobiła jej prostszą wersję. Jej sąsiad, który miał ją podwieźć do szkoły już czekał w samochodzie. Zabrała naszyjnik, wyciągnęła z niego zawieszkę i doczepiła tą podarowaną przez Lee. Wybiegła z pokoju. Ubrała buty. Wyskoczyła do samochodu i pojechała na bal. Miała świętować zakończenie szkoły i swoje urodziny, ale teraz myśl o imprezie po balu napawała ją niechęcią... Chciała być teraz w innym miejscu.
***
Bal już trwał. Nie rozkręcił się dobrze, a już Caitlyn musiała opuścić salę.
- Kochana, na pewno ci przejdzie? - Lux nie zostawiała jej na krok. - Może odwieść cię do domu?
Cait usiadła na ławce i spojrzała na koleżankę. Wyglądała na prawdziwie zmartwioną. Ale nie miała ochoty dawać się odwozić limuzyną Lux, która stała w gotowości pod szkołą.
- To zaraz minie, często tak mam...
- Na pewno? Może to przez to, że twój partner jeszcze nie dotarł?
- Nie, ma coś ważnego do zrobienia. Będzie za godzinę.
- Cait?
Odwróciły się w stronę mówiącego. Był to ów partner Cait.
- Coś się stało? - spytał podchodząc do niej.
- To co zawsze... - mruknęła stwierdzając w myślach z zadowoleniem, że ubrał dokładnie to, o co go prosiła. Nie mogła sobie wyobrazić, żeby jej partner miał niepasujący kolorystycznie outfit.
Lux odsunęła się więc od tej "uroczej parki". Bardziej niż Cait cieszyła się jej chopokiem. Blondynka zaś przyszła sama, bo... nikt nie śmiał się zaprosić jej. Właściwie to niby przyszła ze swoim kuzynem, ale jaka to zabawa.
***
Sona weszła szybko do sali i zaczęła szukać wzrokiem swoich przyjaciółek. One namierzyły ją wcześniej. Podeszły do niej.
- Co tak długo? Martwiłyśmy się o ciebie - Janna zaczęła poprawiać jej fryzurę.
Trochę się zasiedziałam u Lee, odpowiedziała migowo pozwalając jej na poprawki.
- Mogłaś sobie podarować odwiedziny dzisiaj. I tak siedzisz tam codziennie.
Sona wzruszyła ramionami. Po chwili przekazała przyjaciółkom co dla niej przygotował z okazji urodzin. Pomijając jeden szczegół...
- Dziwny ten wisiorek - stwierdziła Nami. - Radzę ci sprawdzić czy to czasem nie ma jakiegoś demonicznego znaczenia.
Sona tylko uśmiechnęła się i dotknęła włosów. Teraz jej kok nie groził zawaleniem.
Postanowiły popatrzeć sobie na ludzi. Kiedy już usiadły, obserwowały ludzi, z którymi spędziły te wszystkie lata w szkole średniej. W oczy rzucała się grupa sportowców i czyrliderek zajmujących większą część parkietu. Wśród nich był bogato zbudowany Garen i jego kuzyn Jarosław "Jarvan" z drużyny futbolowej, ich największy wróg - Dariusz z drużyny tenisowej wraz z siostrą Katarzyną, jedyną tenisistką w szkole (od czasów, kiedy była mistrzyni juniorów, Poppy, zrezygnowała ze sportu z powodów prywatnych), oraz starszym bratem Dravenem siedzącym w tej szkole nie wiadomo jak długo (i będącym powodem odejścia Poppy), lecz osiągającym pierwsze miejsca w wielu dyscyplinach sportowych (daje szkole zwycięstwa, więc dyrektor nie chce się go jakoś specjalnie pozbywać, taka symbioza). Był wśród nich również nowy przyjaciel Wiecznego Ucznia - jakiś pierwszak, który pomimo wyjątkowo niskiego wzrostu potrafi z łatwością wrzucić piłkę do kosza. Razem z nimi densiły czyrliderki, takie jak Lux, Nidalee, głupia Orihime (dla której to ostatni rok, bo jest za głupia na tą szkołę) i wiele innych.
Nie było jednak Ahri, gdyż zrezygnowała ze swojego życia publicznego z powodu incydentu z młodszym bratem.
W jednym kącie siedzieli artyści, czy kij wie kto, między innymi Izuru.
- Tak bardzo się cieszę, że w końcu kończę tą szkołę - westchnął.
- Czemu? Nawet śmiesznie tu jest - stwierdził jego kolega o podobnej fryzurze.
- Bo ciebie nie prześladuje żaden nauczyciel - skomentował kolega o damskiej twarzy w czerwonych włosach. Deidara wzruszył ramionami, a Izuru z kolejnym westchnięciem upił łyk soku. Myśl o tym, że pozbędzie się z życia profesora Gina była naprawdę nieprawdopodobnie wspaniała.
- Oby to co tu nas zostało tu też zostało...
- I w proch powoli się obracało...
- I BUM! - dokończył Dei. Koledzy spojrzeli się na niego naprawdę nie chcąc po raz kolejny dyskutować na temat jego zapędów "szybkiej sztuki", która w niektórych momentach ocierała się o perwersję.
Kolejny kąt sali wypełniony był Cullenami i Bellą, a jeszcze kolejny całą resztą innych grup społecznych, których nikomu by się nie chciało wymieniać.
Nagle puszczono dosyć wolny utwór. I to nie jakiś pierwszy lepszy, lecz ulubiona piosenka Sony. Na twarzy dziewczyny widać było zachwyt. Nie spodziewała się, że usłyszy to na balu maturalnym. Janna uśmiechnęła się do siebie, po czym wzięła przyjaciółkę na parkiet. Co z tego, że tańczyły teraz same pary. One też przecież mogą jako BFF.
***
Bal powoli dobiegał końca. Przynajmniej dla tych, którzy szli na pobalowe imprezy. Sona bardzo chciała jeszcze zostać, ale Janna nalegała. Musiały jeszcze przebrać sukienki. Tak długie nie nadawały się na imprezę tego typu. Sona westchnęła. I tak powinna być trochę wcześniej. Odszukała wzrokiem Dravena. On chyba też już się zbierał. Wyszły ze szkoły i skierowały się do vana Nami, gdzie przebrały się, a potem ruszyły na miejsce.
Kiedy dotarły do luksusowego apartamentu Dravena, w środku było już parę osób i jakaś szmirowata muzyka sączyła się z radia. Jak ktoś mógł być tak niepoważny. Janna i Nami ciekawie rozglądały się wokół, a tymczasem Sona śmiało ruszyła w wiadomym sobie kierunku. Blondynka dopiero po chwili zauważyła brak przyjaciółki. Zaczęły jej szukać, kiedy nagle radio ucichło, światło się przyciemniło i jedynie na przeciwległej ścianie paliły się jakieś lampki oświetlając coś na kształt miejsca dla DJa, gdzie... stała Sona z jakimś kolegą.
- Draven wynajął ich na swoją imprezę, ale czadowo - pisnęła Nami. Janna też była w szoku. Wiedziała, że u Dravena muzykę puszczają najlepsi, ale nie myślała, że jej przyjaciółka i jej kolega są aż tak dobrzy. Muzyka zaczęła grać. Był to typowy kawałek, podczas którego Draven wchodzi do pokoju witany okrzykami tłumu.
Impreza się zaczęła.
- Ulqiorra, przyjacielu! - poleciał do niego z otwartymi szeroko ramionami. - Czyś zapoznał się z moim FANTASTYCZNYM planem?
Ulqu spojrzał na niego swoim nihilistycznym wzrokiem.
- Przecież mnie nie będzie.
Szayel poczuł się, jakby ktoś mu zrzucił pianino z Szopenem na głowę. O przypadku Ulqa kompletnie zapomniał. Chociaż to właściwie ułatwiało sprawę. Ulqu pewnie i tak pewnie nie brałby udziału w całym przedsięwzięciu.
- To fakt, ale zawsze możesz przyjechać na tą imprezę.
- Nie.
- Nie chcesz oglądać mojego triumfu?
Przyjaciel obdarzył go spojrzeniem " nie". Szayel ściągnął okulary i nerwowo przetarł je o bawełniany T-shirt Grimmjowa.
- Tak czy inaczej: co dzisiaj robimy? - spytał Niebieskowłosy.
- Nie idziesz na bal? - Szayel uniósł brew.
Pięć oczu wbiło spojrzenie w Grimma.
- Nie - odpowiedział wzruszając ramionami.
- A Sona z kim idzie?
- Z koleżankami.
- ... nie zaprosiłeś jej?
- Ale to jej bal...
- Ale to faceci zapraszają - uświadomił go Nnoit.
Grimm zamrugał kilka razy i po chwili zniknął im z oczu. Biegał po całej szkole, aż w końcu ją znalazł. Stała ze swoimi koleżankami. Złapał ją za ramię i z rozpędu odciągnął na bok. Zaskoczyła ją ta sytuacja.
- Ej, oddaj nam ją - zaśmiała się Janna, jednak nie wyglądała jakby jej cokolwiek przeszkadzało.
- Pójdziesz ze mną na bal? - spytał szybko Sonę wypatrując się w nią niecierpliwie.
Bez wahania zaprzeczyła głową.
- Czemu? Idziesz z kimś innym?!
Znowu zaprzeczyła wyciągając telefon. "Idę tylko z dziewczynami, chcemy się zabawić razem, to nasze ostatnie dni razem." - pokazała mu wyświetlacz i uśmiechnęła się przepraszająco.
- Aha, ok... - odpowiedział. Lekko zrezygnowany poszedł wracać do kolegów.
- Czemu się nie zgodziłaś? - spytała Janna lekko oburzonym tonem, kiedy odszedł.
Dobrze wiesz, że na tego typu imprezy chodzi się albo z chłopakiem, albo samemu - przekazała jej migowo Sona.
- No a co ci szkodzi skoro i tak kończysz tą szkołę?
Sona spojrzała na nią wymownie.
- Czekaj... Jest ktoś inny?! - pisnęła podniecona.
Koleżanka szybko zaprzeczyła.
- Czyli tak! No powiedz kto to! Powiedz - ciągała ją za ręce. - Poppy, powiedz jej, żeby powiedziała!
- Co ja będę mówić... - burknęła ciemnoskóra dziewczyna. Od kilku dni nie miała humoru. Jej przyjaciółki szły na after party do Dravena, u którego nie mogła przecież się pojawić. Całkowicie zrezygnowała i z jakiekolwiek imprezy i z całego balu, pomimo stwierdzenia Janny, że przecież mogą iść gdzie indziej. Jednak wiadomo, że to Draven robi najlepsze imprezy, a zaproszeni mogą czuć się kimś, więc Poppy nie chciała psuć przyjaciółkom zabawy.
***
- Najlepsze imprezy robi Draven, a ja znam kogoś, kto został zaproszony - oznajmił Szayel podczas przerwy obiadowej.
- Któż to taki? - spytał Nnoit pałaszując ze smakiem swoją porcję waty.
- Edward Erlic - poprawił okulary. Nnoit zaksztusił się colą, a Grimmjow, który dopiero co dotarł usiadł z wrażenia.
- Czemu rozmawiacie o tym chłopcu? - spytał.
- Zda nam szczegółową relację z imprezy u Dravena oraz zrobi wywiady z uczestnikami.
- A po co?
- Żebyśmy za rok zrobili równie dobrą imprezę - uśmiechnął się Szayel.
- Ale czy ludzie nie będą woleli iść do niego, skoro go już znają?
- Przecież go już nie będzie.
- Ej, ale on ma rację - stwierdził Nnoit. - Skąd wiesz, że Draven w końcu zdał?
Szayel złapał się za głowę. Natychmiast musiał się tego dowiedzieć. Pobiegł szybko do pokoju nauczycielskiego do najbardziej zaufanego nauczyciel.
- Tak, Szayel, o co chodzi?
- Panie profesorze, czy wie pan czy Draven... - zawahał się, bo przecież nie znał nawet jego nazwiska. Ale nauczyciel chyba nie o kogo chodzi - ...zdał?
- Wiem - nauczyciel uśmiechnął się przyjemnie.
- Czy mógłby więc pan powiedzieć więc, czy zdał?
- Nie mogę udostępniać takich informacji uczniom.
- Ależ to bardzo ważne! Od tego zależy...wszystko! - zaczął panikować.
- Skoro tak ci na tym zależy to sam go spytaj - zaproponował nauczyciel i wrócił do pokoju.
Nie było innej rady. Szayel pobiegł do stołówki. Draven był jeszcze bardziej oblegany niż zawsze. Różowowłosy przebił się przez tłum ludzi i dźgnął go w ramię. Natychmiast został obdarzony draaavenowym spojrzeniem i skupieniem wszystkich osób wokół.
- Witaj, chciałbym zadać tobie pytanie.
- No mów - Draven uśmiechnął się szeroko.
- To trochę prywatne, nie chciałbyś może odejść nieco dalej?
- Draven nie ma niczego do ukrycia!
- Rozumiem. Chciałem więc spytać czy zdałeś ten rok.
Nastała chwila milczenia. Nikt z fanów Dravena nawet nie pomyślał, że on mógłby odejść.
- Draven zostaje z wami! - oznajmił wyciągając ręce w stronę wiwatującego tłumu. Szayel przeraził się. Zadanie będzie trudniejsze niż myślał. Niezauważony wrócił do przyjaciół. Usiadł zrozpaczony przy niedokończonym posiłku i schował twarz w dłoniach.
- A mówiłem - powiedział Grimmjow z mięsem w buzi.
- Grimmjow wiedział raz coś lepiej od Szayela - Nnoit zaczął się głośno śmiać zwracając na siebie uwagę otoczenia, a kłębki waty wypadały mu z buzi.
- Nie umiecie jeść - skomentował Ulqu wyczulony na etykietę. Sam nosił do szkoły własne sztućce, gdyż stołówka nie zapewniała osobnych noży do drobiu i wieprzowiny. Grimmjow wziął serwetkę, którą kulturalnie obtarł Nnoitowi twarz z resztek waty.
- Dziękuję, przyjacielu - powiedział dystyngowanie Nnoitra, po czym zauważył sugestywne spojrzenie Szayela. Odwrócił się i ujrzał swojego kuzyna, który miał skierowany w jego stronę obiektyw telefonu.
- Tesla, idioto! - wydarł się po czym wylał wodospad przekleństw i zaczął go gonić. Szayel znowu ukrył twarz w dłoniach.
***
Balowe zamieszanie Grimmjowa nie było jedyna przykra rzeczą, jaka go dzisiaj spotkała. Idąc na ostatnią lekcję przechodził obok Janny i dziwnej dziewczyny, której nie znał. Usłyszawszy, że rozmawiają o Sonie, przystanął i podsłuchiwał w ukryciu.
- Pytałam już czy będziesz w sobotę, Nami?
- Na tej imprezie urodzinowej dla Sony? Tak, wyjeżdżam dopiero za tydzień.
- To świetnie. Tak poza tym to rozmawiałam z Dravenem. Pogada z muzykiem aby puścił ulubiony kawałek Sony. Ciekawi mnie to czemu od razu się na to zgodził...
- Czemu?
- Nie mamy z nim jakichś specjalnych kontaktów, a jako szkolny gwiazdor nie robi przysług tego typu.
- Może miał dobry dzień?
- Może... Nie wydaje mi się jakoby on wiedział nawet o kim mówię...
Po chwili zaczęły gadać o jakichś prezentach, aż w końcu Grimmjow zrozumiał - Sona miała dzisiaj urodziny! I to nie byle jakie! Sona właśnie stała się pełnoletnia! (Pan Szef stanu Nowy Jork zmodyfikował prawo dotyczące pełnoletności z powodów osobistych: jego córka miała o rok starszego od siebie chłopaka, więc według tego prawa, ów chłopak był pedofilem.) Teraz musiał pędzić na lekcję, ale po zajęciach koniecznie chciał ją spotkać i złożyć życzenia. Że też nigdy nie pytał ją o datę urodzin...
***
Od razu po dzwonku zerwał się z miejsca i pobiegł na zewnątrz. Zauważył ją wychodząca z terenu szkoły. Szybko zaczął biec. Niestety dogonił ją, kiedy wsiadała do autobusu. Przez głupie głośne dzieciaki nie usłyszała go. Stwierdził, że chyba nie ma sensu wysyłać życzeń SMSem. Jutro to załatwi. Przynajmniej zdąży kupić prezent.
***
Do balu pozostało kilka godzin. Sona niespecjalnie się spieszyła. Dla niej było wystarczająco czasu, żeby jeszcze odwiedzić Lee. Wdrapała się pogodnie po starych schodach na odpowiednie piętro i zapukała do drzwi. Od razu otworzył. Potrafił rozpoznać jej kroki na schodach. Zaprowadził dziewczynę do salonu, gdzie jego nieduży stół był elegancko zastawiony. Sam Lee ubrany był w pewien sposób odświętnie. Sona zdziwiła się. Skąd wiedział?
- Wolontarka mi powiedziała i pomogła przygotować to wszystko. Wszystkiego najlepszego - uśmiechnął się i zaprosił ją do stołu.
Zjedli więc ten elegancki posiłek, po którym Sona wstała aby zabrać się za sprzątanie.
- Zostaw to - powiedział usłyszawszy, jak łapie za talerze. - To w końcu twoje urodziny. Poza tym masz dzisiaj bal, nie chcę ciebie zatrzymywać. Pozwól, że jeszcze dam ci prezent - wstał, znalazł jej rękę, po czym wcisnął jej zawiniątko wyjęte z kieszeni.
Sona stwierdziła, że nie może tego przyjąć. Lee lewo opłacał mieszkanie i jedzenie, ten obiad przecież też nie był za darmo.
- Musisz to wziąć.
Sona odwinęła więc pakunek. W środku znalazła zawieszkę – dziwny złotawy medalion z błękitnym kamieniem.
- To jeden z najcenniejszych artefaktów wojownika. Mi już to niepotrzebne, a nawet ładne to jest, więc może ci się spodoba...
Sona zarzuciła mu ręce za szyję i mocno przytuliła. To było naprawdę kochane, że podarował jej coś tak sentymentalnego. Też ją delikatnie przytulił.
- Czy mógłbym zobaczyć jak wygląda twoja twarz? - spytał wyciągając rękę w jej stronę. – Ciekawi mnie jak wyglądasz, a wcześniej nie chciałem o to pytać żeby mnie nikt o pedofilię nie oskarżył.
Dziewczyna wyraziła zgodę przyciągając jego dłoń do policzka. Zamknęła oczy, a Lee powoli przesuwał palcami po jej twarzy: po oczach, nosie, policzkach, brodzie i ustach. Nagle przysunął się bliżej całując ją prosto w usta. Sona nie spodziewała się tego, ale zarumieniona oddała szybko pocałunek. Pogłaskał ją po policzku.
- Cieszę się, że mogłem to zrobić nie narażając się prawu. To teraz możesz już iść na bal - uśmiechnął się lekko. Jednak Sonie nie chciało się już wychodzić. Właśnie dostała najpiękniejszy prezent na świecie.
Wtem telefon zadzwonił. Sona odebrała SMSa.
- Koleżanki się niecierpliwią?
Ścisnęła go za rękę dając do zrozumienia, że niestety musi iść.
"Obiecałam im." - przekazała syntezatorem.
- No to dalej, idź, dzisiaj nie dzień na siedzenie u mnie. Musisz się jeszcze przebrać, uczesać i umalować - zaprowadził ją do drzwi i pożegnali się.
Dzisiaj miała bal, więc nie mógł pozwolić jej na siedzenie z nim. Poza tym miał wiele do przemyślenia... Chyba tak jakby przeszli na inny wymiar znajomości.
***
W domu Sona szybko szykowała się na bal. Czekała ją cała noc imprezowania przecież... Nie mogła się kompletnie na tym skupić. Zrezygnowała z fryzury, którą planowała i zrobiła jej prostszą wersję. Jej sąsiad, który miał ją podwieźć do szkoły już czekał w samochodzie. Zabrała naszyjnik, wyciągnęła z niego zawieszkę i doczepiła tą podarowaną przez Lee. Wybiegła z pokoju. Ubrała buty. Wyskoczyła do samochodu i pojechała na bal. Miała świętować zakończenie szkoły i swoje urodziny, ale teraz myśl o imprezie po balu napawała ją niechęcią... Chciała być teraz w innym miejscu.
***
Bal już trwał. Nie rozkręcił się dobrze, a już Caitlyn musiała opuścić salę.
- Kochana, na pewno ci przejdzie? - Lux nie zostawiała jej na krok. - Może odwieść cię do domu?
Cait usiadła na ławce i spojrzała na koleżankę. Wyglądała na prawdziwie zmartwioną. Ale nie miała ochoty dawać się odwozić limuzyną Lux, która stała w gotowości pod szkołą.
- To zaraz minie, często tak mam...
- Na pewno? Może to przez to, że twój partner jeszcze nie dotarł?
- Nie, ma coś ważnego do zrobienia. Będzie za godzinę.
- Cait?
Odwróciły się w stronę mówiącego. Był to ów partner Cait.
- Coś się stało? - spytał podchodząc do niej.
- To co zawsze... - mruknęła stwierdzając w myślach z zadowoleniem, że ubrał dokładnie to, o co go prosiła. Nie mogła sobie wyobrazić, żeby jej partner miał niepasujący kolorystycznie outfit.
Lux odsunęła się więc od tej "uroczej parki". Bardziej niż Cait cieszyła się jej chopokiem. Blondynka zaś przyszła sama, bo... nikt nie śmiał się zaprosić jej. Właściwie to niby przyszła ze swoim kuzynem, ale jaka to zabawa.
***
Sona weszła szybko do sali i zaczęła szukać wzrokiem swoich przyjaciółek. One namierzyły ją wcześniej. Podeszły do niej.
- Co tak długo? Martwiłyśmy się o ciebie - Janna zaczęła poprawiać jej fryzurę.
Trochę się zasiedziałam u Lee, odpowiedziała migowo pozwalając jej na poprawki.
- Mogłaś sobie podarować odwiedziny dzisiaj. I tak siedzisz tam codziennie.
Sona wzruszyła ramionami. Po chwili przekazała przyjaciółkom co dla niej przygotował z okazji urodzin. Pomijając jeden szczegół...
- Dziwny ten wisiorek - stwierdziła Nami. - Radzę ci sprawdzić czy to czasem nie ma jakiegoś demonicznego znaczenia.
Sona tylko uśmiechnęła się i dotknęła włosów. Teraz jej kok nie groził zawaleniem.
Postanowiły popatrzeć sobie na ludzi. Kiedy już usiadły, obserwowały ludzi, z którymi spędziły te wszystkie lata w szkole średniej. W oczy rzucała się grupa sportowców i czyrliderek zajmujących większą część parkietu. Wśród nich był bogato zbudowany Garen i jego kuzyn Jarosław "Jarvan" z drużyny futbolowej, ich największy wróg - Dariusz z drużyny tenisowej wraz z siostrą Katarzyną, jedyną tenisistką w szkole (od czasów, kiedy była mistrzyni juniorów, Poppy, zrezygnowała ze sportu z powodów prywatnych), oraz starszym bratem Dravenem siedzącym w tej szkole nie wiadomo jak długo (i będącym powodem odejścia Poppy), lecz osiągającym pierwsze miejsca w wielu dyscyplinach sportowych (daje szkole zwycięstwa, więc dyrektor nie chce się go jakoś specjalnie pozbywać, taka symbioza). Był wśród nich również nowy przyjaciel Wiecznego Ucznia - jakiś pierwszak, który pomimo wyjątkowo niskiego wzrostu potrafi z łatwością wrzucić piłkę do kosza. Razem z nimi densiły czyrliderki, takie jak Lux, Nidalee, głupia Orihime (dla której to ostatni rok, bo jest za głupia na tą szkołę) i wiele innych.
Nie było jednak Ahri, gdyż zrezygnowała ze swojego życia publicznego z powodu incydentu z młodszym bratem.
W jednym kącie siedzieli artyści, czy kij wie kto, między innymi Izuru.
- Tak bardzo się cieszę, że w końcu kończę tą szkołę - westchnął.
- Czemu? Nawet śmiesznie tu jest - stwierdził jego kolega o podobnej fryzurze.
- Bo ciebie nie prześladuje żaden nauczyciel - skomentował kolega o damskiej twarzy w czerwonych włosach. Deidara wzruszył ramionami, a Izuru z kolejnym westchnięciem upił łyk soku. Myśl o tym, że pozbędzie się z życia profesora Gina była naprawdę nieprawdopodobnie wspaniała.
- Oby to co tu nas zostało tu też zostało...
- I w proch powoli się obracało...
- I BUM! - dokończył Dei. Koledzy spojrzeli się na niego naprawdę nie chcąc po raz kolejny dyskutować na temat jego zapędów "szybkiej sztuki", która w niektórych momentach ocierała się o perwersję.
Kolejny kąt sali wypełniony był Cullenami i Bellą, a jeszcze kolejny całą resztą innych grup społecznych, których nikomu by się nie chciało wymieniać.
Nagle puszczono dosyć wolny utwór. I to nie jakiś pierwszy lepszy, lecz ulubiona piosenka Sony. Na twarzy dziewczyny widać było zachwyt. Nie spodziewała się, że usłyszy to na balu maturalnym. Janna uśmiechnęła się do siebie, po czym wzięła przyjaciółkę na parkiet. Co z tego, że tańczyły teraz same pary. One też przecież mogą jako BFF.
***
Bal powoli dobiegał końca. Przynajmniej dla tych, którzy szli na pobalowe imprezy. Sona bardzo chciała jeszcze zostać, ale Janna nalegała. Musiały jeszcze przebrać sukienki. Tak długie nie nadawały się na imprezę tego typu. Sona westchnęła. I tak powinna być trochę wcześniej. Odszukała wzrokiem Dravena. On chyba też już się zbierał. Wyszły ze szkoły i skierowały się do vana Nami, gdzie przebrały się, a potem ruszyły na miejsce.
Kiedy dotarły do luksusowego apartamentu Dravena, w środku było już parę osób i jakaś szmirowata muzyka sączyła się z radia. Jak ktoś mógł być tak niepoważny. Janna i Nami ciekawie rozglądały się wokół, a tymczasem Sona śmiało ruszyła w wiadomym sobie kierunku. Blondynka dopiero po chwili zauważyła brak przyjaciółki. Zaczęły jej szukać, kiedy nagle radio ucichło, światło się przyciemniło i jedynie na przeciwległej ścianie paliły się jakieś lampki oświetlając coś na kształt miejsca dla DJa, gdzie... stała Sona z jakimś kolegą.
- Draven wynajął ich na swoją imprezę, ale czadowo - pisnęła Nami. Janna też była w szoku. Wiedziała, że u Dravena muzykę puszczają najlepsi, ale nie myślała, że jej przyjaciółka i jej kolega są aż tak dobrzy. Muzyka zaczęła grać. Był to typowy kawałek, podczas którego Draven wchodzi do pokoju witany okrzykami tłumu.
Impreza się zaczęła.
20# Życie w NY: Jutro bal maturalny!
Strasznie krótkie i pisane na telefonie xD Ale za to 21 będzie większy :"D
***
Szayel spał tej nocy równie niespokojnie. Za kilka godzin bal maturalny, a on na niego nie idzie... Mógł się pocieszyć tylko tym, że na własny bal nie będzie potrzebować partnerki. Z drugiej strony nie był pewny czy załapie się na jakąkolwiek imprezę po balu, na czym mu najbardziej zależało, a sam nie jest na tyle popularny, aby zrobić własną...
- Eureka! - wrzasnął, zerwał się z łóżka i pognał do telefonu. Wybrał numer Nnoita. Te wakacje zapowiadały się niezwykle pracowicie.
***
Był wieczór. Kat leżała od kilku godzin i nie mogła zasnąć.
Przyglądała się zapalonym oknom widocznym z jej pokoju. Ciekawe czemu tyle osób
nie spało o tej porze. Chciała stwierdzić czy noc była pochmurna czy
gwieździsta, ale silne światło wydobywające się z miasta oraz kłęby smogu
uniemożliwiały jej to bardzo skutecznie. Miała już dość tego miasta. Było
piękne, ale ona nie była stworzona do mieszkania w takim miejscu. Jednak szkołę
trzeba było ukończyć...
***Szayel spał tej nocy równie niespokojnie. Za kilka godzin bal maturalny, a on na niego nie idzie... Mógł się pocieszyć tylko tym, że na własny bal nie będzie potrzebować partnerki. Z drugiej strony nie był pewny czy załapie się na jakąkolwiek imprezę po balu, na czym mu najbardziej zależało, a sam nie jest na tyle popularny, aby zrobić własną...
- Eureka! - wrzasnął, zerwał się z łóżka i pognał do telefonu. Wybrał numer Nnoita. Te wakacje zapowiadały się niezwykle pracowicie.
***
Wakacje już za 2 dni. Jutro bal maturalny. Sona leżała sobie
w wannie zanurzona w obfitej pianie pachnącej typowym płynem do kąpieli.
Niedawno wróciła do domu po przedstawieniu. Odniosło ono duży sukces, wszyscy
byli zafascynowani doborem aktorów, ich grą, a także muzyką, co najbardziej ją
ucieszyło. Myślała jednak teraz o kimś niezwiązanym z przedstawieniem, a
dokładniej o tym, co ją spotkało wczoraj.Jej wizyty u Lee Sina nie były już czymś w rodzaju
wolontariatu. Stali się serdecznymi przyjaciółmi, więc kończąca się akcja
charytatywna nie była dla nich znaczącą. Sona nie zamierzała zaprzestawać
swoich wizyt, a Lee Sin nie poszukiwał nikogo innego do towarzystwa.Tego dnia, kiedy dziewczyna miała wracać do domu, zaczął
padać deszcz. I nie była to taka tam sobie mżawka, lecz olbrzymia ulewa.
Najbliższy przystanek był kawałek stąd, Lee nie miał w domu parasola, taksówki
są strasznie drogie, a przecież Sona nie mogła wyjść w takiej pogodzie na dwór
- nie można się przeziębić na własny bal maturalny! Jako, że jej rodziców nie
było w domu i nie mogli po nią przyjechać, jedynym wyjściem było zostać...- Przenocujesz u mnie - stwierdził Lee i poszedł jej
przygotować łóżko."Mogę spać na kanapie", powiadomiła, ale
zignorował ją. Nie miała wyjścia, nie potrafiła walczyć z jego zawzięciem.Minęło zaledwie kilka minut od kiedy położyli się spać.
Niebo rozbłysło, a po chwili zagrzmiało
donośnie. Sona otworzyła oczy i spojrzała w okno. Czyżby czasem Lee nie
wspominał jej o czymś związanym z burzą... Gwałtownie odwróciła się w stronę drzwi.
Czyli ma dobry słuch. Jej przyjaciel też jeszcze nie spał. I najprawdopodobniej
nie zamierzał tego uczynić w najbliższym czasie. Wstała. Nie była pewna, czy
jej pamięć jej nie zawodzi i Lee ma jakieś przykre wspomnienia z burzą. Chciała
trochę z nim teraz posiedzieć, aby o tym nie myślał. Została go siedzącego na
kanapie.- Też nie możesz zasnąć? - spytał, jakby burza trwała co
najmniej godzinę. Sona uśmiechnęła się i postanowiła cofnąć po komórkę, lecz nie zdążyła.- Możesz mi nalać trochę wody do szklanki? - poprosił. Sam
potrafił to zrobić, ale dziewczyna postanowiła spełnić jego prośbę. Jak znowu
zagrzmi, to mógłby czasem upuścić szklankę czy coś. Kiedy kierowała się w stronę kuchni
zabłysło. Nie zdążyła dość do szafki, gdy złapał ją za nadgarstek i zatrzymał.
Zagrzmiało i drgnął niespokojnie. Zachowywał się naprawdę dziwnie, chciała
cofnąć się znowu po telefon, spytać go o co chodziło z tą burzą. - Opowiem ci o tym jeszcze raz, bardziej szczegółowo, ale
nie idź po ten wstrętny telefon - powiedział. Zdziwiła się, ale w sumie mógł
przewidzieć co chciała zrobić.- Tylko nie płacz. Wolontarka ryczała, kiedy jej
opowiadałem.Dziewczyna się przestraszyła i zaniepokoiła.- To odpowiedzieć?Skinęła odruchowo głową na tak, lecz po chwili lekko
spanikowała. Niby jak teraz mu przekaże, że chce to usłyszeć?- Dobrze, chodźmy usiąść i opowiem.Wmawia sobie co mogę odpowiedzieć, pomyślała. Ciekawe co jeśli bym nie chciała.- Nie wierzysz, że naprawdę wiem, co mi chcesz powiedzieć?To ją lekko zdziwiło. Czemu zachowywał się jak jakiś
czarodziej? Ta burza bardzo źle na niego wpływała.- Zrzuć to na burzę, ale nie bawię się teraz w żadne
sztuczki.Wyglądał całkowicie poważnie. Ścisnął ją lekko za
nadgarstek.- Może i ciebie nie słyszę ani nie widzę, ale mogę ciebie
poczuć, więc wiem, co chcesz mi przekazać.Usiedli na kanapie i odpowiedział jej. Opowiedział jej całe swoje życie. Jego
chęci bycia najlepszym. Kierowanie się pychą i poczuciem wyższości. Burzy
szalejącej pewnej nocy, kiedy z jego winy zginęła cała tybetańska wioska. O tym jak podpalił się w ramach protestu o wolny Tybet, kiedy odratowano go, jednak stracił oczy. Kiedy przez przypadek zabrano go jak bezdomnego
inwalidę do przytułku w Stanach. A ona płakała. Nie uroniła jednak ani jednej
łzy, nie pociągała nosem. Mimo wszystko on wiedział.- Miałaś nie płakać.Delikatnie wyciągnął dłoń przed siebie dotykając jej
policzka. Łzy pociekły jej mimowolnie spływając po jego palcach.niedziela, 6 kwietnia 2014
19# Życie w NY: dyskoteka i problemy Szayela
Dni nieubłaganie znikały z kalendarza. Bal był już za
zakrętem, a Szayel nie miał z kim iść. Jak na razie tylko jedna osoba z ich
całej czwórki miała zapewnioną wejściówkę. Ale czy na pewno?
Grimmjow expił właśnie na nowo ściągniętym serwerze Metina. Jego wypasiony wojownik siedzący na koniu z łatwością pokonywał gromady psów rzucające się na niego. Szybko nabił poziom 100 i postanowił pójść na PvP, lecz usłyszał dźwięk wiadomości.
[Sona]: Hej. Co tam? (:
[Ja]: gram w metina
[Sona]: Nie znam tej gry. Co robisz jutro wieczorem?
[Ja]: nie wiem a co
[Sona]: Chciałbyś zobaczyć jak pracuję? (:
Grimmjow zamyślił się. Kiedyś coś wspominała, że dorabia sobie na imprezach, ale jakoś nigdy nie pytał, co dokładnie robi.
[Ja]: ok.
[Sona]: To jutro w szkole podam Ci adres i godzinę. Teraz muszę już iść, pa. (:
[Ja]: pa
Wrócił do Metina zapomniawszy o tym, co mu napisała.
***
Kolejny dzień nie przyniósł rozwiązania dla Szayela. Chłopak bezradnie opierał się o zlew w męskiej toalecie. Głowę miał spuszczoną a z nosa kapały mu ostatnie krople krwi. Grimmjow znowu przez przypadek przywalił mu w nos z łokcia na WFie. Za jakie grzechy musiał mieć z nim ten przedmiot. Ciekawe, czemu w ogóle Ulqu ma to zwolnienie z WFu. Przecież często jeździ na zawody… Szayel wyobraził sobie przyjaciela, ogłuszonego łokciem Grimmjowa, który leży pół przytomnie na ziemi, a z jego nosa powoli cieknie krew. Jego twarz jest bladsza jak zwykle, a oczy lekko przymknięte…
- Cholera – różowowłosy uderzył głową w zlew. Jakim cudem do głowy przyszedł mu obraz tak słabego Ulqa? – Przecież on zawsze jest w najlepszej sytuacji, nic go nie obchodzi i nie rusza… - pomyślał o sytuacji przyjaciela-sieroty. – Eh…
Uderzył się ręką w czoło. Ulqu pewnie udawał, że nic go nie rusza. Chyba czas, aby Szayel wczuł się w rolę najlepszego przyjaciela i szczerze z nim pogadał.
***
Co tam szkoła. W szkole są same nudy. Najlepsze rzeczy dzieją się po szkole. Dlatego Grimmjow cały dzień nie słuchał nikogo i niczego, zajęty myśleniem o wieczornym spotkaniu z Soną.
- Grimmjow! Który z tych stopów metali dysocjuje z wodą!? – nauczycielka trzepnęła linijką w biurko.
- Y… - Pantera włączył się. – W dwutysięcznym pięćdziesiątym ósmym.
Klasa zaryczała śmiechem. Grimmjow był taki pocieszny. Szkoda, że nie zda do następnej klasy.
Szkoła jak to szkoła. Dla niektórych była fajna, a dla innych nie…
- Panie Granz, panu oddam sprawdzian po lekcjach.
- Dobrze.
Szayel zastanowił się, co to może znaczyć. Napisanie tego testu źle nie wchodziło w grę. Może napisał coś, czego nie było w kluczu, ale nauczyciel stwierdził, że właściwie w kluczu był błąd i on, Szayel Aporro Granz, odkrył coś, czego nie udało się odkryć nikomu wcześniej!?
- Średnia klasy to 10%.
- Zadziwiająco niska.
- Tak. Nie wiedziałem, że pójdzie aż tak źle. Na lekcjach każdy sobie w miarę radził. Chyba przesadziłem ze stopniem trudności sprawdzianu.
- Ależ, panie profesorze, sprawdzian powinien być trudny, bo inaczej pomyślą, że umieją wszystko i poprzewraca się im w głowach.
- Doskonała myśl. W takim razie i twój sprawdzian powinienem odebrać pozytywnie – nauczyciel podał mu kartkę. Szayel zerknął na punktację.
Chwilę później przyjechała karetka.
***
Grimmjow dojechał we wskazane miejsce. Spojrzał na luksusowe wejście do klubu i aż mu szczęka opadła. Sona czekała w pobliżu. Podeszła do niego, uśmiechnęła się na powitanie, po czym zaciągnęła go w stronę wejścia dla personelu.
- Nieźle tu – skomentował futurystyczny wygląd korytarza. Sona z uśmiechem poprowadziła go na sam koniec, po czym wyciągnęła telefon, aby coś napisać. Przyjrzał się jej odzieniu. Miała na sobie dość kusy fioletowo-niebieski top i niebieską spódnicę, a na rękach dziwne zielone rękawiczki bez palców. We włosach widać było spinki w kształcie gwiazdek. Ogólnie wyglądała… kolorowo. Biedne oczka Grimmjowa nawet nie dostrzegły detali takich jak różowe korale, tęczowy pasek spięty klamrą w kształcie gwiazdek, granatowych bucików. Właściwie po chwili i tak zapomniał, w co była ubrana. To takie męskie.
Po chwili weszli do pomieszczenia obok. Byłą to olbrzymia sala dyskotekowa. Widać było, że ludzie dopiero się schodzą. Z głośników wychodziła jakaś mieszanka techno. Sona skierowała się w stronę podestu dla DJ’a, który był tuż obok nich. Grimmjow oślepiony światłami po chwili dołączył do niej. Kiedy jego oczy przywykły do panujących w pomieszczeniu ciemności pomieszanych z błyskami lamp, zauważył, że Sona „rozmawia” językiem migowym z jakimś dziwnym facetem w hełmie na głowie. Na hełmie był róg. Tęczowy. I różowa grzywa.
„ To Hecarim. Pracujemy razem” – napisała mu na telefonie i pokazała.
- Aha – odpowiedział Grimm, a jego głos był w tym hałasie niesłyszalny. Po chwili zauważył, że ów „Hecarim” siedzi na wózku inwalidzkim, który do złudzenia przypominał futurystyczne krzesło. Zastanawiał się, czemu jakimś cudem ten nowoczesny styl pasował do średniowiecznego, a może nawet antycznego czy tam wróżkowego lub gejowego hełmu tego kogoś.
Kiedy Grimm ogarniał swoje miejsce położenia, w klubie zgromadził się duży tłum. Do podestu podszedł jakiś dziwnie przypominający Pitbulla facet.
- Joł wszystkim! – krzyknął przez mikrofon. – Zaczynamy impre, dzisiaj bawić się z nami będzie grupa Arcade: Sona i Hecarim!
Tłum zaczął szaleć. Sona założyła słuchawki i razem z zahełmionym kolegą zaczęła bawić się stosem pokręteł i guziczków, które wyglądały jakby ktoś wysypał na stole Lentilky.
***
- Dziękuję, że przyszedłeś mnie odwiedzić – powiedział Szayel do Ulqa próbując złapać jego dłoń.
- Przyszedłem tylko po moją książkę – odpowiedział sucho Ulqu trzymając ręce przy sobie. Siedział na krześle i patrzył swoim nihilistycznym wzrokiem na przyjaciela, który dramatycznie leżał na łóżku. Szayel, dowiedziawszy się o tym, że zrobił błąd na sprawdzianie, zemdlał na miejscu. Nadal czuł się źle. Był w trakcie popełniania próby samobójczej, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi. Był to Ulqu, który po chwili zaczął żałować, że właśnie tego dnia zachciało mu się żądać zwrotu książki.
- Oh, przecież wiem, że to taka wymówka. Jesteś bardzo skryty, Ulqu-sama.
- …
- Porozmawiajmy może o twoich problemach – Szayel przybrał pozę rzymianina i wcale nie wyglądał na kogoś, kto jest w głębinach depresji.
- Nie mam problemów.
- Masz. Na pewno masz. Po prostu nie chcesz nam o tym mówić. Ale mi możesz powiedzieć. Nie jestem Grimmjowem, ani Nnoitrą, nie wyśmieję ciebie. Mów, co chcesz.
- Dobrze.
- Słucham więc.
- Powiedz gdzie masz moją książkę.
- …
- …
- Chodziło mi o to, żebyś mówił swoje PROBLEMY.
- To jest problem: oddawaj książkę.
- Co ciebie nagle wzięło z tą książką?! – zdenerwował się Szayel. – Mam ją u siebie od ponad dwóch lat!
Nihilistyczne spojrzenie Ulqa zalała kropla irytacji. Szayel przeraził się i schował pod kołdrę.
- Dobra, bierz. Jest na półce numer 432, rząd 4345.
Ulquiorra wstał i począł szukać wskazanego miejsca.
- Ale naprawdę chcę wiedzieć: czemu nagle sobie przypomniałeś o tej książce? – spytał różowowłosy wychylając się spod kołdry.
- Jutro wyjeżdżam – odpowiedział krótko Ulqu i wyciągnął książkę z półki. – Żegnaj – powiedział i ruszył do wyjścia.
Szayela zamurowało. Jednak opamiętał się, wyskoczył z łóżka i poleciał własnym ciałem zasłonić drzwi wyjściowe.
- Jak to JUTRO!? – zaczął zamykać drzwi na wszystko, co się dało.
- …
- Odpowiedz! – krzyknął zrozpaczony.
- Daj mi wyjść.
- Nie dam! – Szayel zsunął się na podłogę przybierając pozę Rejtana.
Ulqu schował książkę do kieszeni, po czym złapał przyjaciela i przesunął go na bok.
- Ulqu, nieee! Nie możesz mnie zostawić z idiotami!
- Bo co – retorycznie spytał Ulqu i wyszedł.

***
Kieszeń Grimma zawibrowała. Przebudził się i otarł ślinę. Dalej był na dyskotece, jednak zasnął po 5 minutach od jej rozpoczęcia. Wyciągnął z kieszeni telefon, przeczytał wiadomość i zadławił się.
- Sona – szarpnął ją za rękę – ja lecę.
I wybiegł.
***
- Umyłeś naczynia?
- Nie.
- Babcia nie byłaby z ciebie dumna.
- Mam to w dupie.
- …zmień proszę dzwonek na SMSa.
- …
- …co jest? Napisali ci, że wygrałeś Opla?
- …
- Ej, Nnoit!
- Nie czekaj na mnie z kolacją!
Trzaśnięcie drzwiami.
***
- Nie wiemy czy da się go uratować – te słowa skierował lekarz do Nnoitry i Grimmjowa, kiedy dotarli do szpitala. Szayel miał wypadek – tylko tyle udało im się dowiedzieć. Zdenerwowani i zrozpaczeni siedzieli na twardych plastikowych krzesełkach w sterylnie czystej poczekalni. Nawet gazetek do poczytania nie było.
***
[Sona]: Nie mogłam znaleźć ciebie w szkole. Co się stało wczoraj?
[Ja]: ten gnojek Szayel miał wypadek niby i byłem z Nnoitem w szpitalu a potem się okazało, że to tylko zatrucie pokarmowe i siedzi na kiblu ciągle, ale kazał lekarzowi powiedzieć, że nie wiadomo czy przeżyje
[Sona]: Dziwne. Niemiło z jego strony :/
[Ja]: no
[Sona]: Chciałbyś ze mną iść dzisiaj do Hecarima? Myślę, że znajdziecie wspólny język.
[Ja]: ok.
[Sona]: To spotkajmy się tam, gdzie zawsze za godzinę : )
***
Hecarim mieszkał gdzieś na przedmieściach Nowego Jorku, w charakterystycznym parterowym domku z garażem. Jechali do niego autobusem. Mieszkał blisko przystanku, więc nie musieli męczyć nóg.
- Siema! – pomachał im z otwartego garażu. Grimmjow mógł teraz przyjrzeć się mu z bliska. Był to dosyć napakowany koleś siedzący sobie na swoim futurystycznym wózku jak na krześle w barze, miał na sobie randomowy top, jakieś spodnie. No i jakiś dziwny hełm na głowie ze straszną twarzą.
- Właśnie spawałem – ściągnął hełm, położył go sobie na kolanach i wyciągnął rękę do Grimma. Ten mógł zobaczyć teraz zupełnie zwyczajną twarz z czarno-turkusowymi włosami i różową bródką.
Trwało to dobrą chwilę, po czym Hecarim zrobił zakłopotane „hehe, no to pokażę wam, co robię” i ruszył w garaż. Sona zaniepokojona zawiechą Grimmjowa poklepała go lekko po ramieniu z miną „wszystko w porządku?” i weszła do środka. Po sekundzie błękitnowłosy także zobaczył, co tam jest.
Ich oczom ukazał się… metalowy koń bez szyi i głowy.
- Co to? – spytał Grimm.
Hecarim złapał się „miejsca na szyję” metalowego czegoś, podciągnął się, zrzucił sztuczne nogi ze spodniami i wbił w „konia”.
- Protezy nóg są dla słabych. Ja będę centaurem – powiedział z wielkim uśmiechem.
Grimmjow expił właśnie na nowo ściągniętym serwerze Metina. Jego wypasiony wojownik siedzący na koniu z łatwością pokonywał gromady psów rzucające się na niego. Szybko nabił poziom 100 i postanowił pójść na PvP, lecz usłyszał dźwięk wiadomości.
[Sona]: Hej. Co tam? (:
[Ja]: gram w metina
[Sona]: Nie znam tej gry. Co robisz jutro wieczorem?
[Ja]: nie wiem a co
[Sona]: Chciałbyś zobaczyć jak pracuję? (:
Grimmjow zamyślił się. Kiedyś coś wspominała, że dorabia sobie na imprezach, ale jakoś nigdy nie pytał, co dokładnie robi.
[Ja]: ok.
[Sona]: To jutro w szkole podam Ci adres i godzinę. Teraz muszę już iść, pa. (:
[Ja]: pa
Wrócił do Metina zapomniawszy o tym, co mu napisała.
***
Kolejny dzień nie przyniósł rozwiązania dla Szayela. Chłopak bezradnie opierał się o zlew w męskiej toalecie. Głowę miał spuszczoną a z nosa kapały mu ostatnie krople krwi. Grimmjow znowu przez przypadek przywalił mu w nos z łokcia na WFie. Za jakie grzechy musiał mieć z nim ten przedmiot. Ciekawe, czemu w ogóle Ulqu ma to zwolnienie z WFu. Przecież często jeździ na zawody… Szayel wyobraził sobie przyjaciela, ogłuszonego łokciem Grimmjowa, który leży pół przytomnie na ziemi, a z jego nosa powoli cieknie krew. Jego twarz jest bladsza jak zwykle, a oczy lekko przymknięte…
- Cholera – różowowłosy uderzył głową w zlew. Jakim cudem do głowy przyszedł mu obraz tak słabego Ulqa? – Przecież on zawsze jest w najlepszej sytuacji, nic go nie obchodzi i nie rusza… - pomyślał o sytuacji przyjaciela-sieroty. – Eh…
Uderzył się ręką w czoło. Ulqu pewnie udawał, że nic go nie rusza. Chyba czas, aby Szayel wczuł się w rolę najlepszego przyjaciela i szczerze z nim pogadał.
***
Co tam szkoła. W szkole są same nudy. Najlepsze rzeczy dzieją się po szkole. Dlatego Grimmjow cały dzień nie słuchał nikogo i niczego, zajęty myśleniem o wieczornym spotkaniu z Soną.
- Grimmjow! Który z tych stopów metali dysocjuje z wodą!? – nauczycielka trzepnęła linijką w biurko.
- Y… - Pantera włączył się. – W dwutysięcznym pięćdziesiątym ósmym.
Klasa zaryczała śmiechem. Grimmjow był taki pocieszny. Szkoda, że nie zda do następnej klasy.
Szkoła jak to szkoła. Dla niektórych była fajna, a dla innych nie…
- Panie Granz, panu oddam sprawdzian po lekcjach.
- Dobrze.
Szayel zastanowił się, co to może znaczyć. Napisanie tego testu źle nie wchodziło w grę. Może napisał coś, czego nie było w kluczu, ale nauczyciel stwierdził, że właściwie w kluczu był błąd i on, Szayel Aporro Granz, odkrył coś, czego nie udało się odkryć nikomu wcześniej!?
- Średnia klasy to 10%.
- Zadziwiająco niska.
- Tak. Nie wiedziałem, że pójdzie aż tak źle. Na lekcjach każdy sobie w miarę radził. Chyba przesadziłem ze stopniem trudności sprawdzianu.
- Ależ, panie profesorze, sprawdzian powinien być trudny, bo inaczej pomyślą, że umieją wszystko i poprzewraca się im w głowach.
- Doskonała myśl. W takim razie i twój sprawdzian powinienem odebrać pozytywnie – nauczyciel podał mu kartkę. Szayel zerknął na punktację.
Chwilę później przyjechała karetka.
***
Grimmjow dojechał we wskazane miejsce. Spojrzał na luksusowe wejście do klubu i aż mu szczęka opadła. Sona czekała w pobliżu. Podeszła do niego, uśmiechnęła się na powitanie, po czym zaciągnęła go w stronę wejścia dla personelu.
- Nieźle tu – skomentował futurystyczny wygląd korytarza. Sona z uśmiechem poprowadziła go na sam koniec, po czym wyciągnęła telefon, aby coś napisać. Przyjrzał się jej odzieniu. Miała na sobie dość kusy fioletowo-niebieski top i niebieską spódnicę, a na rękach dziwne zielone rękawiczki bez palców. We włosach widać było spinki w kształcie gwiazdek. Ogólnie wyglądała… kolorowo. Biedne oczka Grimmjowa nawet nie dostrzegły detali takich jak różowe korale, tęczowy pasek spięty klamrą w kształcie gwiazdek, granatowych bucików. Właściwie po chwili i tak zapomniał, w co była ubrana. To takie męskie.
Po chwili weszli do pomieszczenia obok. Byłą to olbrzymia sala dyskotekowa. Widać było, że ludzie dopiero się schodzą. Z głośników wychodziła jakaś mieszanka techno. Sona skierowała się w stronę podestu dla DJ’a, który był tuż obok nich. Grimmjow oślepiony światłami po chwili dołączył do niej. Kiedy jego oczy przywykły do panujących w pomieszczeniu ciemności pomieszanych z błyskami lamp, zauważył, że Sona „rozmawia” językiem migowym z jakimś dziwnym facetem w hełmie na głowie. Na hełmie był róg. Tęczowy. I różowa grzywa.
„ To Hecarim. Pracujemy razem” – napisała mu na telefonie i pokazała.
- Aha – odpowiedział Grimm, a jego głos był w tym hałasie niesłyszalny. Po chwili zauważył, że ów „Hecarim” siedzi na wózku inwalidzkim, który do złudzenia przypominał futurystyczne krzesło. Zastanawiał się, czemu jakimś cudem ten nowoczesny styl pasował do średniowiecznego, a może nawet antycznego czy tam wróżkowego lub gejowego hełmu tego kogoś.
Kiedy Grimm ogarniał swoje miejsce położenia, w klubie zgromadził się duży tłum. Do podestu podszedł jakiś dziwnie przypominający Pitbulla facet.
- Joł wszystkim! – krzyknął przez mikrofon. – Zaczynamy impre, dzisiaj bawić się z nami będzie grupa Arcade: Sona i Hecarim!
Tłum zaczął szaleć. Sona założyła słuchawki i razem z zahełmionym kolegą zaczęła bawić się stosem pokręteł i guziczków, które wyglądały jakby ktoś wysypał na stole Lentilky.
***
- Dziękuję, że przyszedłeś mnie odwiedzić – powiedział Szayel do Ulqa próbując złapać jego dłoń.
- Przyszedłem tylko po moją książkę – odpowiedział sucho Ulqu trzymając ręce przy sobie. Siedział na krześle i patrzył swoim nihilistycznym wzrokiem na przyjaciela, który dramatycznie leżał na łóżku. Szayel, dowiedziawszy się o tym, że zrobił błąd na sprawdzianie, zemdlał na miejscu. Nadal czuł się źle. Był w trakcie popełniania próby samobójczej, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi. Był to Ulqu, który po chwili zaczął żałować, że właśnie tego dnia zachciało mu się żądać zwrotu książki.
- Oh, przecież wiem, że to taka wymówka. Jesteś bardzo skryty, Ulqu-sama.
- …
- Porozmawiajmy może o twoich problemach – Szayel przybrał pozę rzymianina i wcale nie wyglądał na kogoś, kto jest w głębinach depresji.
- Nie mam problemów.
- Masz. Na pewno masz. Po prostu nie chcesz nam o tym mówić. Ale mi możesz powiedzieć. Nie jestem Grimmjowem, ani Nnoitrą, nie wyśmieję ciebie. Mów, co chcesz.
- Dobrze.
- Słucham więc.
- Powiedz gdzie masz moją książkę.
- …
- …
- Chodziło mi o to, żebyś mówił swoje PROBLEMY.
- To jest problem: oddawaj książkę.
- Co ciebie nagle wzięło z tą książką?! – zdenerwował się Szayel. – Mam ją u siebie od ponad dwóch lat!
Nihilistyczne spojrzenie Ulqa zalała kropla irytacji. Szayel przeraził się i schował pod kołdrę.
- Dobra, bierz. Jest na półce numer 432, rząd 4345.
Ulquiorra wstał i począł szukać wskazanego miejsca.
- Ale naprawdę chcę wiedzieć: czemu nagle sobie przypomniałeś o tej książce? – spytał różowowłosy wychylając się spod kołdry.
- Jutro wyjeżdżam – odpowiedział krótko Ulqu i wyciągnął książkę z półki. – Żegnaj – powiedział i ruszył do wyjścia.
Szayela zamurowało. Jednak opamiętał się, wyskoczył z łóżka i poleciał własnym ciałem zasłonić drzwi wyjściowe.
- Jak to JUTRO!? – zaczął zamykać drzwi na wszystko, co się dało.
- …
- Odpowiedz! – krzyknął zrozpaczony.
- Daj mi wyjść.
- Nie dam! – Szayel zsunął się na podłogę przybierając pozę Rejtana.
Ulqu schował książkę do kieszeni, po czym złapał przyjaciela i przesunął go na bok.
- Ulqu, nieee! Nie możesz mnie zostawić z idiotami!
- Bo co – retorycznie spytał Ulqu i wyszedł.

***
Kieszeń Grimma zawibrowała. Przebudził się i otarł ślinę. Dalej był na dyskotece, jednak zasnął po 5 minutach od jej rozpoczęcia. Wyciągnął z kieszeni telefon, przeczytał wiadomość i zadławił się.
- Sona – szarpnął ją za rękę – ja lecę.
I wybiegł.
***
- Umyłeś naczynia?
- Nie.
- Babcia nie byłaby z ciebie dumna.
- Mam to w dupie.
- …zmień proszę dzwonek na SMSa.
- …
- …co jest? Napisali ci, że wygrałeś Opla?
- …
- Ej, Nnoit!
- Nie czekaj na mnie z kolacją!
Trzaśnięcie drzwiami.
***
- Nie wiemy czy da się go uratować – te słowa skierował lekarz do Nnoitry i Grimmjowa, kiedy dotarli do szpitala. Szayel miał wypadek – tylko tyle udało im się dowiedzieć. Zdenerwowani i zrozpaczeni siedzieli na twardych plastikowych krzesełkach w sterylnie czystej poczekalni. Nawet gazetek do poczytania nie było.
***
[Sona]: Nie mogłam znaleźć ciebie w szkole. Co się stało wczoraj?
[Ja]: ten gnojek Szayel miał wypadek niby i byłem z Nnoitem w szpitalu a potem się okazało, że to tylko zatrucie pokarmowe i siedzi na kiblu ciągle, ale kazał lekarzowi powiedzieć, że nie wiadomo czy przeżyje
[Sona]: Dziwne. Niemiło z jego strony :/
[Ja]: no
[Sona]: Chciałbyś ze mną iść dzisiaj do Hecarima? Myślę, że znajdziecie wspólny język.
[Ja]: ok.
[Sona]: To spotkajmy się tam, gdzie zawsze za godzinę : )
***
Hecarim mieszkał gdzieś na przedmieściach Nowego Jorku, w charakterystycznym parterowym domku z garażem. Jechali do niego autobusem. Mieszkał blisko przystanku, więc nie musieli męczyć nóg.
- Siema! – pomachał im z otwartego garażu. Grimmjow mógł teraz przyjrzeć się mu z bliska. Był to dosyć napakowany koleś siedzący sobie na swoim futurystycznym wózku jak na krześle w barze, miał na sobie randomowy top, jakieś spodnie. No i jakiś dziwny hełm na głowie ze straszną twarzą.
- Właśnie spawałem – ściągnął hełm, położył go sobie na kolanach i wyciągnął rękę do Grimma. Ten mógł zobaczyć teraz zupełnie zwyczajną twarz z czarno-turkusowymi włosami i różową bródką.
Trwało to dobrą chwilę, po czym Hecarim zrobił zakłopotane „hehe, no to pokażę wam, co robię” i ruszył w garaż. Sona zaniepokojona zawiechą Grimmjowa poklepała go lekko po ramieniu z miną „wszystko w porządku?” i weszła do środka. Po sekundzie błękitnowłosy także zobaczył, co tam jest.
Ich oczom ukazał się… metalowy koń bez szyi i głowy.
- Co to? – spytał Grimm.
Hecarim złapał się „miejsca na szyję” metalowego czegoś, podciągnął się, zrzucił sztuczne nogi ze spodniami i wbił w „konia”.
- Protezy nóg są dla słabych. Ja będę centaurem – powiedział z wielkim uśmiechem.
sobota, 1 lutego 2014
18# Życie w NY - Kilka miesięcy wsześniej: Świąteczny czas [Odcinek specjalny]
Dzień dobry. To miało być na święta, no ale życie.
BĘDE MIEĆ KOTKA <3 BRYTYJSKIEGO KRÓTKOWŁOSEGO <3
***
"U góry łupież
Na dole strąki
Ja Ci wpierd-
Za kradzież mej małżonki"
Nnoit zamyślił się. Nie wiedział, co znaczą te słowa. O jaką małżonkę chodzi? Kto mu podłożył ten list? Rozejrzał się po korytarzu. Każdy mógł być potencjalnym nadawcą. Nnoit przyjął obojętny wyraz twarzy i wsunął kartkę z "wierszykiem" do podręcznika od angielskiego. Zamknął szafkę, po czym wcisnął mikołajową czapkę mocniej na głowę. W ostatni dzień przed przerwą świąteczną w szkole zorganizowano Dzień Bożego Narodzenia, (bo dyrektor lubi być kontrowersyjny, a podobno nazwa "Boże Narodzenie" jest niepoprawna politycznie [pozdrawiam ludzi z poglądami pro-zachodnimi]). Dlatego też wiele osób ubrało się nastrojowo. Cyklop nie miał nic czerwonego, dlatego do szkolnego mundurka przywdział zwykłą czapkę Świętego Mikołaja i tureckie papcie z zadartym czubkiem, przez co wyglądał jak rozciągnięty elf.
- Ej, Nnoit – ktoś go klepnął w plecy. Cyklop się odwrócił i ujrzał Teslę. Blondyn oprócz zwykłego mundurka miał na sobie mikołajkową czapkę. Jak oryginalnie.
- Hm? – spytał inteligentnie Nnoitra.
- W tym roku znowu robimy prezent tylko babci?
- Tak.
Na tym rozmowę zakończyli. W ich domu nie przelewało się, największym wydatkiem była szkoła, a na stypendium nie mieli co liczyć (przynajmniej dla Nnoita). Jednak rodzinne ciepło zastępowało wszelkie wygody materialne:
- Tesla, kurde, gdzie ty znowu schowałeś pilota!?
- Może gdybyś łaskawie posprzątał ten syf w salonie to byś go znalazł.
- Ja się ciebie pytam, a nie, że ty mi o syfie!
- Nie krzycz, babcia śpi.
- Nawet jakby się paliło to by się nie obudziła, przecież wiesz!
- Ale mógłbyś ciszej być, co?
- Bo co!?
- Kowno!
Wróćmy jednak do szkoły i tajemniczego listu. Do końca dnia Nnoitra zdążył zapomnieć o całym incydencie. Nie rozmawiał o tym nawet z przyjaciółmi, bo po co.
***
Tymczasem w innej stronie miasta Kat spacerowała po nieznanych sobie ulicach skuszona ślicznymi wystawami sklepów. Lubiła ten przedświąteczny nastrój. Ostatnimi laty miała jednak wrażenie, że z roku na rok coraz słabiej czuje magię świąt… Nawet śnieg leżący dosyć obficie na chodnikach nie pomagał. Zaczynało się robić ciemno. Uliczne latarnie nastrojowo oświetlały wirujące, jak i już opadłe płatki śniegu. Wędrując, Kat zauważyła pewną osobę. Była to dziewczyna, mniej więcej w jej wieku. Miała na sobie podniszczone ciemne palto, a na nogach emu. Zawieszone miała przez szyję coś, co wyglądało jak półeczka z jakimś towarem, który próbowała właśnie sprzedać niechętnym przechodniom. Dziewczynka z zapałkami, pomyślała Kat i aż ją zatkało z przejęcia, kiedy zauważyła pełne rozpaczy i nadziei spojrzenie dziewczyny. Jej kasztanowe loki wysypywały się gęstą lawiną z pod kaptura, a oczy zabłyszczały szmaragdowo. Widać było, że od tej sprzedaży zależy jej życie. Kat nie wahała się długo i podeszła do dziewczyny.
- Chce pani kupić trochę? – dziewuszka podsunęła jej paczuszkę po zapałkach.
- Ile chcesz za wszystko? – spytała Kat wyciągając portfel.
- Wszystko? – dziewczyna spojrzała na towar sumując w myślach cenę. – Chyba tak 300 dolarów.
- C-co?! 300 dolarów za… - zerknęła na pudełeczka – 30 pudełek zapałek?!
- Jakie zapałki? To amfetamina – odpowiedziała sprzedawczyni beznamiętnym, ale słodkim głosem.
Kat zatkało. Takie coś sprzedaje się na ulicy w biały dzień? (Haha, biały, bo śnieg, haha.)
- To bierze pani czy nie?
- T-to ja… podziękuję. A czy czasem… nie potrzebujesz… czegoś? – spytała delikatnie.
- Potrzebować? – dziewczyna podrapała się po głowie i zastanowiła. – Chyba nie. A panienka? Może powróżyć?
- A po ile to?
- 5 dolarów.
- No dobrze…
Kat nie wierzyła we wróżby, ale czemu by nie dać tej dziewczynie zarobić. Po usłyszanej przepowiedni spytała ponownie czy na pewno niczego nie potrzebuje.
- Nie. Mam co sprzedawać, a za tamtym budynkiem mam worek z jabłkami.
- Ale masz jakieś mieszkanie…?
- Panienka myśli, że ja bezdomna? W tym mieście mało kto ma dom. I ja go nie mam. Weź pani jabłko i idź pani do swojego domu, czy też mieszkania – wyciągnęła z kieszeni jabłko, przetarła je o palto i podała. Kat zaniemówiła i przyjęła podarunek.
- Dziękuję – odpowiedziała po chwili. – Jak masz na imię?
- Martine.
- A czym się zajmujesz?
- Panienka to naprawdę nie ma co robić. Sprzedaję towar i wróżę.
- Masz tu kogoś bliskiego?
- Może.
- Nie jesteś stąd, prawda?
- Może.
Kat przyjrzała jej się uważnie. Coś musi z tym zrobić. Od początku uznała tą uroczą dziewczynę za bratnią duszę i zauważyła, że jej osobiste pytania nie odstraszają rozmówczyni.
- Gdzie będziesz dzisiaj spać?
- W parku.
- Ale przecież jest zbyt zimno!
- Tak? Może.
- Pójdziesz ze mną.
- Towar się sam nie sprzeda.
- I tak nikt tego nie kupi. Chodź, zrobię ci coś dobrego na kolację – Kat złapała ją za nadgarstek i ruszyła w stronę domu. Szły tak w milczeniu, Martine nie miała nic przeciwko i posłusznie szła za nią.
Kiedy doszły do domu Kat od razu wstawiła wodę na herbatę, po czym zaczęła szukać jakiś ubrań, które mogłaby jej dać. W tym czasie Martine oglądała jej mieszkanie.
Zadzwonił czajnik. Kaczi pobiegła zalać wodę, po czym wróciła do pokoju zabrać ubrania, które mogłyby pasować na jej gościa.
- Marti… - wyjrzała na korytarz. Na podłodze leżały drzwi wejściowe wyciągnięte z zawiasów, a Martine ujrzawszy ją wbiła w nią niewinnie urocze spojrzenie bez wyrazu.
- Jak ty to…
- Przepraszam.
- Dobrze… Nic się nie stało. Masz, przebierz się w to, a ja spróbuję naprawić te drzwi…
- Dziękuję - dziewczyna wzięła ubrania i zniknęła w mieszkaniu.
Kat przetarła twarz i zabrała się za wstawianie drzwi.
***
Na drugi dzień, kiedy Nnoitra otworzył swoją szafkę i wyciągnął książki, na podłogę wypadł list. Chłopak schylił się i podniósł kartkę. Byłą to wczorajsza dziwna wiadomość. Przeczytał ją jeszcze raz. „U góry łupież, na dole strąki…” To mógłby być rysopis adresata. Schował potrzebne książki do torby i wraz z listem skierował się do klasy. Na przerwie będzie musiał skonsultować się z Szayelem.
***
Sona wróciła do domu i z uśmiechem podała mamie kawałek papieru. Dotyczył on bożonarodzeniowego wolontariatu, w którym bardzo chciała wziąć udział. Bała się, że nie zostanie przyjęta z powodu swojej „wady”.
Rodzicielka spojrzała z zainteresowaniem na kartkę. Wypisane tam były dane osoby, którą odwiedzać miała jej córka przez cały grudzień. „Lee Sin, lat…”
- Nie – odpowiedziała krótko. Sona przybrała pytający wyraz twarzy. – Nie pozwolę tobie chodzić do jakiegoś starszego faceta.
Dziewczyna niezadowolona wskazała mamie na kartce opis jego niepełnosprawności: niewidomy.
- To tym gorzej! Pewnie niewyżyty.
Sona wskazała inny fragment opisu.
- „Mnich tybetański”… I tak mu nie ufam. No ale dobrze, pozwalam ci. Ale jeśli tylko zrobi coś nie tak to od razu masz uciekać, rozumiesz!?
Sona uradowana uściskała mamę.
- W końcu jesteś już duża i chyba sobie poradzisz… Tylko, na zakręcony ogonek Tatusia Świnki, czemu dobrali niemowę do ślepca!? Jak wy się będziecie porozumiewać?
Sona wyciągnęła szybko telefon, wpisała coś do niego i syntezator odczytał dość wyraźnym głosem: „Przez to”.
- Eh... Już widzę te rozmowy… - przewróciła oczami.
„To przecież mnich – jest cierpliwy” – pokazała dziewczyna na migi i z uśmiechem poszła do swojego pokoju.
***
Nadszedł dzień pierwszej wizyty Sony u jej nowego „przyjaciela”. Nie stresowała się nawet tak bardzo, gdyż nie musiała nawet myśleć, w co się ubrać. Jedynym jej zmartwieniem były problemy z komunikacją – możliwe przecież, że mnich jest przeciwnikiem wszelkiej technologii. I co wtedy? A już tak cieszyła się na możliwość poznania prawdziwego mnicha tybetańskiego. Była ciekawa jego historii – na kartce z opisem, którą dostała, nie pisało o nim wiele. Tylko najważniejsze dane.
Razem z opiekunką wolontariatu wybrała się do pana Sin. Mieszkał on w dość spokojnej dzielnicy, jednak w godzinach szczytu dźwięki korku były nie do wytrzymania. Weszły do kamienicy, która urzekła dziewczynę rzeźbionymi drzwiami i poręczą na klatce schodowej. Opiekunka zapukała do drzwi, a Sona z przerażeniem stwierdziła, że przycisk dzwonka był wyrwany i ze ściany wystawały dwa kabelki. Chyba to jednak jest technofob. Kobieta zauważyła jej spojrzenie.
- Nie martw się, po prostu pan Lee nie lubi niepotrzebnego hałasu. Między innymi dlatego wybraliśmy ciebie…
W tym momencie otworzyły się drzwi i Sona ujrzała pana mnicha. Jak bardzo różnił się od tych, których znała z książek czy filmów. Wcale nie był niski – może był tylko troszkę niższy od takiego strasznie wysokiego chłopaka w szkole, który nigdy nie myje włosów. Łysy może i był, jednak z czubka głowy wystawał mu… warkocz? I to dosyć długi. Ubrany nie był w pomarańczową szatę, lecz w jakiś ciemnozielony chiński komplecik bluzki i spodni. Wąskie usta wykrzywione w nienajmilszym grymasie, nos zupełnie nie azjatycki, bródka i wąsik, a przede wszystkim czerwona chusta przewiązana na oczach.
- Dzień dobry panie Lee, przyprowadziłam panu przyjaciółkę – zaćwierkała opiekunka radośnie.
- Witam – odpowiedział krótko.
- Sono, zostawiam ciebie z panem Lee, który powie tobie, jakie czekają tu na ciebie zadania. Do widzenia – pomachała im i poszła sobie.
- Wejdź, proszę – zaprosił Sonę do środka. Dziewczyna zaczęła się bać. Zakluczył drzwi za sobą. – Przepraszam za moje niemiłe zachowanie, jednak w takich godzinach boli mnie głowa od tego ryku. Rozgość się, za pół godziny powinien minąć ten hałas i wtedy po… wiem ci do czego mi się przydasz – uśmiechnął się krzywo, wskazał jej salon, a sam zniknął w innym pomieszczeniu.
Sona rozejrzała się po korytarzu. Praktycznie był pusty. W salonie również szału brak – zwykła szara kanapa, przed nią niewielki stół jadalny z dwoma krzesłami ustawionymi naprzeciwko siebie, dalej prosty aneks kuchenny. Żadnych ozdób, ani niczego, na czym można by powiesić oko. No tak, przecież jest ślepy, pomyślała, po czym usiadła na kanapie. Hałas faktycznie był drażliwy, pomimo tego, że była przyzwyczajona do harmideru panującego w szkole na przerwach.
Zgodnie z przewidywaniami, trzydzieści minut później ruch uliczny przygasł, a pan Lee powrócił do Sony. Widać było, że jego samopoczucie było w o wiele lepszym stanie niż wcześniej.
- Chciałbym cię jeszcze raz powitać, moja droga. Przekazano mi kilka informacji o tobie, w tym sposób, w jaki będziemy się komunikować.
„Miło mi pana poznać. Cieszę się, że mogę komuś pomóc” – powiedział syntezator w telefonie.
- Mam nadzieję, że się nie boisz, podobno wyglądam… cóż, strasznie.
„Ależ nie, wygląda pan po prostu niecodziennie”
- Haha, wezmę to za komplement – uśmiechnął się. – Tak więc właściwie to nie mam listy konkretnych rzeczy, które musiałabyś zrobić. Chciałem po prostu, aby ktoś pospędzał ze mną czas. Wprawdzie codziennie przychodzi tu ta stara… znaczy się, pani Wolontarka, która robi mi obiad, zakupy, pranie i sprząta co sobotę, jednak nie ma dla mnie dłuższej chwilki. Dobrze, że robią takie akcje w szkołach jak ta… - zamyślił się. A może jednak mógł się nie zgodzić na niemowę? W jaki sposób niby miała go zabawiać? Chociaż… - Podobno umiesz grać.
„Tak.”
- Zagrałabyś mi na pianinie? Mam takie jedno stare, chodź za mną…
Ruszył pewnym krokiem w stronę korytarza, a stamtąd do sypialni. Widać było, że pomimo braku wzroku doskonale przemieszczał się w swoim mieszkaniu. Sona poszła za nim. Sypialnia była kolejnym nieciekawym pomieszczeniem. Łóżko, biurko, szafa i pianino przykryte szarym kocem.
Lee delikatnie przejechał ręką nad pianinem, aby sprawdzić czy czasem niczego nie zostawił na nim, po czym jednym ruchem ściągnął narzutę. Pianino wyglądało na „zużyte”.
- Najlepsze to to nie jest, ale podobno bardzo dobrze grasz, więc pewnie dasz radę – powiedział wciskając randomowe klawisze, które wydały strasznie fałszywe dźwięki. Usiadł sobie na krześle i czekał aż zacznie grać.
Sona usiadła. Pomyślała, że dobrym pomysłem byłoby zagrać coś wesołego, ale jednocześnie spokojnego. Przejechała palcem po wszystkich klawiszach, aby wyczuć ich dźwięk. Właściwie to wystarczyło podnieść cały utwór o dwa-trzy dźwięki do góry. Dziewczyna zaczęła więc grać, i pomimo paru źle dobranych dźwięków, utwór wyszedł jej bardzo dobrze. Lee był zachwycony. Sona nie tylko mu pięknie grała, ale także była wdzięcznym słuchaczem, któremu mógł opowiedzieć wszystkie ciekawe historie mające miejsce w jego życiu. Jednak nigdy nie poruszył tematu, który tak bardzo ciekawił dziewczynę: skąd wziął się w Nowym Jorku i dlaczego jest ślepy.
BĘDE MIEĆ KOTKA <3 BRYTYJSKIEGO KRÓTKOWŁOSEGO <3
***
"U góry łupież
Na dole strąki
Ja Ci wpierd-
Za kradzież mej małżonki"
Nnoit zamyślił się. Nie wiedział, co znaczą te słowa. O jaką małżonkę chodzi? Kto mu podłożył ten list? Rozejrzał się po korytarzu. Każdy mógł być potencjalnym nadawcą. Nnoit przyjął obojętny wyraz twarzy i wsunął kartkę z "wierszykiem" do podręcznika od angielskiego. Zamknął szafkę, po czym wcisnął mikołajową czapkę mocniej na głowę. W ostatni dzień przed przerwą świąteczną w szkole zorganizowano Dzień Bożego Narodzenia, (bo dyrektor lubi być kontrowersyjny, a podobno nazwa "Boże Narodzenie" jest niepoprawna politycznie [pozdrawiam ludzi z poglądami pro-zachodnimi]). Dlatego też wiele osób ubrało się nastrojowo. Cyklop nie miał nic czerwonego, dlatego do szkolnego mundurka przywdział zwykłą czapkę Świętego Mikołaja i tureckie papcie z zadartym czubkiem, przez co wyglądał jak rozciągnięty elf.
- Ej, Nnoit – ktoś go klepnął w plecy. Cyklop się odwrócił i ujrzał Teslę. Blondyn oprócz zwykłego mundurka miał na sobie mikołajkową czapkę. Jak oryginalnie.
- Hm? – spytał inteligentnie Nnoitra.
- W tym roku znowu robimy prezent tylko babci?
- Tak.
Na tym rozmowę zakończyli. W ich domu nie przelewało się, największym wydatkiem była szkoła, a na stypendium nie mieli co liczyć (przynajmniej dla Nnoita). Jednak rodzinne ciepło zastępowało wszelkie wygody materialne:
- Tesla, kurde, gdzie ty znowu schowałeś pilota!?
- Może gdybyś łaskawie posprzątał ten syf w salonie to byś go znalazł.
- Ja się ciebie pytam, a nie, że ty mi o syfie!
- Nie krzycz, babcia śpi.
- Nawet jakby się paliło to by się nie obudziła, przecież wiesz!
- Ale mógłbyś ciszej być, co?
- Bo co!?
- Kowno!
Wróćmy jednak do szkoły i tajemniczego listu. Do końca dnia Nnoitra zdążył zapomnieć o całym incydencie. Nie rozmawiał o tym nawet z przyjaciółmi, bo po co.
***
Tymczasem w innej stronie miasta Kat spacerowała po nieznanych sobie ulicach skuszona ślicznymi wystawami sklepów. Lubiła ten przedświąteczny nastrój. Ostatnimi laty miała jednak wrażenie, że z roku na rok coraz słabiej czuje magię świąt… Nawet śnieg leżący dosyć obficie na chodnikach nie pomagał. Zaczynało się robić ciemno. Uliczne latarnie nastrojowo oświetlały wirujące, jak i już opadłe płatki śniegu. Wędrując, Kat zauważyła pewną osobę. Była to dziewczyna, mniej więcej w jej wieku. Miała na sobie podniszczone ciemne palto, a na nogach emu. Zawieszone miała przez szyję coś, co wyglądało jak półeczka z jakimś towarem, który próbowała właśnie sprzedać niechętnym przechodniom. Dziewczynka z zapałkami, pomyślała Kat i aż ją zatkało z przejęcia, kiedy zauważyła pełne rozpaczy i nadziei spojrzenie dziewczyny. Jej kasztanowe loki wysypywały się gęstą lawiną z pod kaptura, a oczy zabłyszczały szmaragdowo. Widać było, że od tej sprzedaży zależy jej życie. Kat nie wahała się długo i podeszła do dziewczyny.
- Chce pani kupić trochę? – dziewuszka podsunęła jej paczuszkę po zapałkach.
- Ile chcesz za wszystko? – spytała Kat wyciągając portfel.
- Wszystko? – dziewczyna spojrzała na towar sumując w myślach cenę. – Chyba tak 300 dolarów.
- C-co?! 300 dolarów za… - zerknęła na pudełeczka – 30 pudełek zapałek?!
- Jakie zapałki? To amfetamina – odpowiedziała sprzedawczyni beznamiętnym, ale słodkim głosem.
Kat zatkało. Takie coś sprzedaje się na ulicy w biały dzień? (Haha, biały, bo śnieg, haha.)
- To bierze pani czy nie?
- T-to ja… podziękuję. A czy czasem… nie potrzebujesz… czegoś? – spytała delikatnie.
- Potrzebować? – dziewczyna podrapała się po głowie i zastanowiła. – Chyba nie. A panienka? Może powróżyć?
- A po ile to?
- 5 dolarów.
- No dobrze…
Kat nie wierzyła we wróżby, ale czemu by nie dać tej dziewczynie zarobić. Po usłyszanej przepowiedni spytała ponownie czy na pewno niczego nie potrzebuje.
- Nie. Mam co sprzedawać, a za tamtym budynkiem mam worek z jabłkami.
- Ale masz jakieś mieszkanie…?
- Panienka myśli, że ja bezdomna? W tym mieście mało kto ma dom. I ja go nie mam. Weź pani jabłko i idź pani do swojego domu, czy też mieszkania – wyciągnęła z kieszeni jabłko, przetarła je o palto i podała. Kat zaniemówiła i przyjęła podarunek.
- Dziękuję – odpowiedziała po chwili. – Jak masz na imię?
- Martine.
- A czym się zajmujesz?
- Panienka to naprawdę nie ma co robić. Sprzedaję towar i wróżę.
- Masz tu kogoś bliskiego?
- Może.
- Nie jesteś stąd, prawda?
- Może.
Kat przyjrzała jej się uważnie. Coś musi z tym zrobić. Od początku uznała tą uroczą dziewczynę za bratnią duszę i zauważyła, że jej osobiste pytania nie odstraszają rozmówczyni.
- Gdzie będziesz dzisiaj spać?
- W parku.
- Ale przecież jest zbyt zimno!
- Tak? Może.
- Pójdziesz ze mną.
- Towar się sam nie sprzeda.
- I tak nikt tego nie kupi. Chodź, zrobię ci coś dobrego na kolację – Kat złapała ją za nadgarstek i ruszyła w stronę domu. Szły tak w milczeniu, Martine nie miała nic przeciwko i posłusznie szła za nią.
Kiedy doszły do domu Kat od razu wstawiła wodę na herbatę, po czym zaczęła szukać jakiś ubrań, które mogłaby jej dać. W tym czasie Martine oglądała jej mieszkanie.
Zadzwonił czajnik. Kaczi pobiegła zalać wodę, po czym wróciła do pokoju zabrać ubrania, które mogłyby pasować na jej gościa.
- Marti… - wyjrzała na korytarz. Na podłodze leżały drzwi wejściowe wyciągnięte z zawiasów, a Martine ujrzawszy ją wbiła w nią niewinnie urocze spojrzenie bez wyrazu.
- Jak ty to…
- Przepraszam.
- Dobrze… Nic się nie stało. Masz, przebierz się w to, a ja spróbuję naprawić te drzwi…
- Dziękuję - dziewczyna wzięła ubrania i zniknęła w mieszkaniu.
Kat przetarła twarz i zabrała się za wstawianie drzwi.
***
Na drugi dzień, kiedy Nnoitra otworzył swoją szafkę i wyciągnął książki, na podłogę wypadł list. Chłopak schylił się i podniósł kartkę. Byłą to wczorajsza dziwna wiadomość. Przeczytał ją jeszcze raz. „U góry łupież, na dole strąki…” To mógłby być rysopis adresata. Schował potrzebne książki do torby i wraz z listem skierował się do klasy. Na przerwie będzie musiał skonsultować się z Szayelem.
***
Sona wróciła do domu i z uśmiechem podała mamie kawałek papieru. Dotyczył on bożonarodzeniowego wolontariatu, w którym bardzo chciała wziąć udział. Bała się, że nie zostanie przyjęta z powodu swojej „wady”.
Rodzicielka spojrzała z zainteresowaniem na kartkę. Wypisane tam były dane osoby, którą odwiedzać miała jej córka przez cały grudzień. „Lee Sin, lat…”
- Nie – odpowiedziała krótko. Sona przybrała pytający wyraz twarzy. – Nie pozwolę tobie chodzić do jakiegoś starszego faceta.
Dziewczyna niezadowolona wskazała mamie na kartce opis jego niepełnosprawności: niewidomy.
- To tym gorzej! Pewnie niewyżyty.
Sona wskazała inny fragment opisu.
- „Mnich tybetański”… I tak mu nie ufam. No ale dobrze, pozwalam ci. Ale jeśli tylko zrobi coś nie tak to od razu masz uciekać, rozumiesz!?
Sona uradowana uściskała mamę.
- W końcu jesteś już duża i chyba sobie poradzisz… Tylko, na zakręcony ogonek Tatusia Świnki, czemu dobrali niemowę do ślepca!? Jak wy się będziecie porozumiewać?
Sona wyciągnęła szybko telefon, wpisała coś do niego i syntezator odczytał dość wyraźnym głosem: „Przez to”.
- Eh... Już widzę te rozmowy… - przewróciła oczami.
„To przecież mnich – jest cierpliwy” – pokazała dziewczyna na migi i z uśmiechem poszła do swojego pokoju.
***
Nadszedł dzień pierwszej wizyty Sony u jej nowego „przyjaciela”. Nie stresowała się nawet tak bardzo, gdyż nie musiała nawet myśleć, w co się ubrać. Jedynym jej zmartwieniem były problemy z komunikacją – możliwe przecież, że mnich jest przeciwnikiem wszelkiej technologii. I co wtedy? A już tak cieszyła się na możliwość poznania prawdziwego mnicha tybetańskiego. Była ciekawa jego historii – na kartce z opisem, którą dostała, nie pisało o nim wiele. Tylko najważniejsze dane.
Razem z opiekunką wolontariatu wybrała się do pana Sin. Mieszkał on w dość spokojnej dzielnicy, jednak w godzinach szczytu dźwięki korku były nie do wytrzymania. Weszły do kamienicy, która urzekła dziewczynę rzeźbionymi drzwiami i poręczą na klatce schodowej. Opiekunka zapukała do drzwi, a Sona z przerażeniem stwierdziła, że przycisk dzwonka był wyrwany i ze ściany wystawały dwa kabelki. Chyba to jednak jest technofob. Kobieta zauważyła jej spojrzenie.
- Nie martw się, po prostu pan Lee nie lubi niepotrzebnego hałasu. Między innymi dlatego wybraliśmy ciebie…
W tym momencie otworzyły się drzwi i Sona ujrzała pana mnicha. Jak bardzo różnił się od tych, których znała z książek czy filmów. Wcale nie był niski – może był tylko troszkę niższy od takiego strasznie wysokiego chłopaka w szkole, który nigdy nie myje włosów. Łysy może i był, jednak z czubka głowy wystawał mu… warkocz? I to dosyć długi. Ubrany nie był w pomarańczową szatę, lecz w jakiś ciemnozielony chiński komplecik bluzki i spodni. Wąskie usta wykrzywione w nienajmilszym grymasie, nos zupełnie nie azjatycki, bródka i wąsik, a przede wszystkim czerwona chusta przewiązana na oczach.
- Dzień dobry panie Lee, przyprowadziłam panu przyjaciółkę – zaćwierkała opiekunka radośnie.
- Witam – odpowiedział krótko.
- Sono, zostawiam ciebie z panem Lee, który powie tobie, jakie czekają tu na ciebie zadania. Do widzenia – pomachała im i poszła sobie.
- Wejdź, proszę – zaprosił Sonę do środka. Dziewczyna zaczęła się bać. Zakluczył drzwi za sobą. – Przepraszam za moje niemiłe zachowanie, jednak w takich godzinach boli mnie głowa od tego ryku. Rozgość się, za pół godziny powinien minąć ten hałas i wtedy po… wiem ci do czego mi się przydasz – uśmiechnął się krzywo, wskazał jej salon, a sam zniknął w innym pomieszczeniu.
Sona rozejrzała się po korytarzu. Praktycznie był pusty. W salonie również szału brak – zwykła szara kanapa, przed nią niewielki stół jadalny z dwoma krzesłami ustawionymi naprzeciwko siebie, dalej prosty aneks kuchenny. Żadnych ozdób, ani niczego, na czym można by powiesić oko. No tak, przecież jest ślepy, pomyślała, po czym usiadła na kanapie. Hałas faktycznie był drażliwy, pomimo tego, że była przyzwyczajona do harmideru panującego w szkole na przerwach.
Zgodnie z przewidywaniami, trzydzieści minut później ruch uliczny przygasł, a pan Lee powrócił do Sony. Widać było, że jego samopoczucie było w o wiele lepszym stanie niż wcześniej.
- Chciałbym cię jeszcze raz powitać, moja droga. Przekazano mi kilka informacji o tobie, w tym sposób, w jaki będziemy się komunikować.
„Miło mi pana poznać. Cieszę się, że mogę komuś pomóc” – powiedział syntezator w telefonie.
- Mam nadzieję, że się nie boisz, podobno wyglądam… cóż, strasznie.
„Ależ nie, wygląda pan po prostu niecodziennie”
- Haha, wezmę to za komplement – uśmiechnął się. – Tak więc właściwie to nie mam listy konkretnych rzeczy, które musiałabyś zrobić. Chciałem po prostu, aby ktoś pospędzał ze mną czas. Wprawdzie codziennie przychodzi tu ta stara… znaczy się, pani Wolontarka, która robi mi obiad, zakupy, pranie i sprząta co sobotę, jednak nie ma dla mnie dłuższej chwilki. Dobrze, że robią takie akcje w szkołach jak ta… - zamyślił się. A może jednak mógł się nie zgodzić na niemowę? W jaki sposób niby miała go zabawiać? Chociaż… - Podobno umiesz grać.
„Tak.”
- Zagrałabyś mi na pianinie? Mam takie jedno stare, chodź za mną…
Ruszył pewnym krokiem w stronę korytarza, a stamtąd do sypialni. Widać było, że pomimo braku wzroku doskonale przemieszczał się w swoim mieszkaniu. Sona poszła za nim. Sypialnia była kolejnym nieciekawym pomieszczeniem. Łóżko, biurko, szafa i pianino przykryte szarym kocem.
Lee delikatnie przejechał ręką nad pianinem, aby sprawdzić czy czasem niczego nie zostawił na nim, po czym jednym ruchem ściągnął narzutę. Pianino wyglądało na „zużyte”.
- Najlepsze to to nie jest, ale podobno bardzo dobrze grasz, więc pewnie dasz radę – powiedział wciskając randomowe klawisze, które wydały strasznie fałszywe dźwięki. Usiadł sobie na krześle i czekał aż zacznie grać.
Sona usiadła. Pomyślała, że dobrym pomysłem byłoby zagrać coś wesołego, ale jednocześnie spokojnego. Przejechała palcem po wszystkich klawiszach, aby wyczuć ich dźwięk. Właściwie to wystarczyło podnieść cały utwór o dwa-trzy dźwięki do góry. Dziewczyna zaczęła więc grać, i pomimo paru źle dobranych dźwięków, utwór wyszedł jej bardzo dobrze. Lee był zachwycony. Sona nie tylko mu pięknie grała, ale także była wdzięcznym słuchaczem, któremu mógł opowiedzieć wszystkie ciekawe historie mające miejsce w jego życiu. Jednak nigdy nie poruszył tematu, który tak bardzo ciekawił dziewczynę: skąd wziął się w Nowym Jorku i dlaczego jest ślepy.
sobota, 30 listopada 2013
17# Życie w NY - impreza i sensacje
Pozdrawiam.
***
***
Impreza trwała w najlepsze. Muzyka wybijała się z głośników,
na czymś, co można było nazwać parkietem „tańczyła” spora gromadka ludzi.
Niektórzy siedzieli na wielkich poduchach płożonych przy ścianie i sączyli
poncz o zielonym zabarwieniu. Na pierwszy rzut oka ta impreza niczym nie
różniła się od innych. Jednak tutaj połowa osób zajmowała się przygotowywaniem przedstawienia
z okazji opuszczenia murów szkoły ostatniego rocznika, zaś druga połowa to
osoby zaproszone. No i muzyka daleka była wszelkiego mainstream’u, chociaż również
była typowo dyskotekowa.
Tak czy inaczej nie cała ekipa przedstawienia zebrała się tam tego wieczoru…
- Imię i nazwisko – burknął szeroki bramkarz stojący u wejścia do lokalu.
- Szayel Aporro Granz – różowowłosy przeczesał wyżelowano-wygumowane włosy i oparł rękę na biodrze.
- Nie ma ciebie na liście – stwierdził facet po zerknięciu w tablet.
- Mnie może nie, ale mój przyjaciel na pewno jest.
- Jak się nazywa?
- Nnoitra Jiruga.
- Hm – bramkarz znowu zerknął w tablet. – Tak, jest już tutaj. Pójdę do niego, aby potwierdził, że jesteś jego osobą towarzyszącą. Poczekaj tu.
- Dobrze – odpowiedział grzecznie Szayel. Bardzo dobra ochrona, pomyślał.
Bramkarz wszedł do środka, zamknął drzwi i, sądząc po dźwięku, zakluczył je na klucz.
- E… Przepraszam, ale czy to konieczne? – spytał Szayel nieco podnosząc głos, aby facet go usłyszał.
- Tak – otrzymał w odpowiedzi.
Różowowłosy zmarszczył lekko brwi. Nie dosyć, że zamyka drzwi to jeszcze na klucz. Szayel miał wrażenie, że nie takiego sposobu do zamykania lokali używają w tych czasach. I to na pewno nie w tak luksusowym mieście. Zastanawiał się też co by było, gdyby nagle wybuchł pożar…
…i w tym momencie usłyszał dźwięk alarmu wydobywający się ze środka. A chwilę później napierające na drzwi multum uczestników imprezy, którzy nie mogli się wydostać, a z powodu paniki nikt nie wpadł na to, aby przepuścić bramkarza z kluczem.
Szayel rozejrzał się. Nikogo nie było widać. To jest jego chwila. Będzie bohaterem. Wyciągnął szybko telefon i wybrał numer straży pożarnej. Zgodnie z wszelkimi zasadami zgłosił ten niebezpieczny event klubowy. Jednak, gdy skończył rozmowę i krzyknął „Zaraz was uratuję!”, zauważył, że alarm jak i wszelkie hałasy ucichły. Czyżby się wszyscy spalili? Przyłożył ucho do drzwi. Wtem usłyszał jakieś głosy. Pochodziły one jednak nie ze środka, lecz… z boku. Rozejrzał się. Zza budynku wychodzili zażenowani i wściekli ex-imprezowicze.
- Ale jak to… - mruknął do siebie patrząc na nich nieprzytomnym wzrokiem. Kiedy ostatni z gromady zniknął z jego pola widzenia usłyszał znowu coś. Sygnał nadjeżdżającej straży pożarnej. Wiedząc, że za wezwanie jednostek ratowniczych bez powodu grozi kara, a nie będąc pewnym, co właściwie działo się i dzieje w środku, jak najszybciej uciekł z miejsca zdarzenia chowając się w najbliższym zaułku.
***
Nadeszła niedziela. Było słonecznie i gorąco do porzygu. Szayel zorganizował u siebie w mieszkaniu spotkanie wagi ważnej. Gdy jego koledzy byli na miejscu, zdziwiło ich podenerwowanie przyjaciela i zasłonięte rolety we wszystkich dwóch oknach.
- Powiesz w końcu co się stało? – spytał Nnoit dłubiąc palcem w zębach.
- Oczywiście. Ale może na początek TY powiesz co się stało WCZORAJ, co? – Szayel obrzucił Cyklopa oskarżycielskim wzrokiem.
- No więc wiedziałem, że się spóźnię tak ponad godzinkę i w momencie, w którym wychodziłem z domu zadzwonił do mnie Kira i powiedział żebym nie przychodził, bo imprezę odwołano… Spytałem, czemu tak wcześnie mi mówi, ale nie wytłumaczył.
Szayel milczał.
- Chodzi ci o to, że ciebie nie poinformowałem o tym?
Szayel milczał.
- To o co?
- O to, że miał tam miejsce pewien incydent a ja nawet nie wiem jaki! – pisnął Szayel dostając ataku paniki, po czym opowiedział koleżkom o wczorajszym zajściu wraz z wezwaniem straży pożarnej.
- Oni mogą mnie znaleźć po numerze telefonu i ukarać za nieuzasadnione wezwanie – rozpłakał się.
- No nie płacz, no – Nnoit poklepał go pociesznie po plecach. Grimmjow przewrócił oczami.
- Jakby mieli cię zamknąć to by już dawno to zrobili – stwierdził. Szayel rzucił na niego spojrzenie człowieka zbitego z tropu. Nnoit zrobił to samo.
- Niby czemu?
- A, tak tylko mi się powiedziało, hehe – wyszczerzył się Pantera.
- Żal mi ciebie – stwierdził sucho Nnoit. Przynajmniej Szayel się uspokoił.
- Ulqu, a ty co taki smutny? Nie odzywasz się ani nic… - spytał Grimmjow przyjaciela.
- Nie wiem czy zauważyłeś, ale on zawsze jest smutny i odzywa się bardzo rzadko – skomentował Nnoit mrużąc ślepko.
- No ale dzisiaj to już wybitnie widać, że coś go trapi.
- Faktycznie – stwierdził Szayel. – Ulquiorra, nam możesz powiedzieć – uśmiechnął się ciepło. Aura gej przyjaciół mode on, Nnoitra się odsunął.
- Najprawdopodobniej zostanę adoptowany – rzekł nihilistycznie Ulqu.
- To dobrze czy źle? – spytał Szayel po chwili ciszy.
- Nie wiem.
- Wiesz już kto ciebie weźmie? Oby to nie byli żadni hippisi albo „muzycy” tworzący kaleczącą uszy muzykę indiańską!
- Nie.
Szayel odetchnął z ulgą.
- To dobrze, bo już się bałem… Chwila. Skoro to nie hippisi ani „muzycy” to pewnie ktoś z drugiego końca świata! – pisnął.
- Nieee! – pisnął również Grimmjow.
Nnoitra milczał.
- Nie – odrzekł Ulqu.
Szayel odetchnął z ulgą ponownie. Grimmjow też.
- To dobrze… Bo się bałem, że nas opuścisz…
- To pastor.
Nastąpiła długa cisza przerywana jedynie skapnięciem śliny z buzi Grimmjowa, która z powodu szoku lekko się otworzyła.
- Przecież ty jesteś ateistą – powiedział Nnoit ubierając ów problem.
- Będą chcieli ciebie schrystianizować! Jak Krzyżacy! Bo ty się po dobroci nie dasz! Oh! – panikował Szayel. – Pewnie wzięli ciebie jako wyzwanie! Pewnie chcieli sprawdzić jak silną mają siłę perswazji! I pewnie ciebie znowu oddadzą potem! Tak jak ta para gejów!
Ulqowi drgnęła powieka. Szayel schował się pod stołem. Przekroczył granicę, której nikt z nich nie mógł przekraczać. Wyrażenie „para gejów” w odniesieniu do Ulquiorry musiała raz na zawsze zniknąć z ich mózgów, życia, słownika i wszystkiego innego. Nie powiem wam dlaczego.
- Idiota – mruknął Nnoit. – Tak czy inaczej, dobrze, że nas nie opuszczasz.
- Opuszczam.
- Ale mówiłeś, że… - Nnoit zmarszczył brew.
- Meksyk nie jest na drugim końcu świata.
- Meksyk! A toż to dopiero! – pisnął Szayel i zemdlał jak kobieta średniowiecza dowiadująca się o nadchodzącej wojnie.
***
W poniedziałek szkołę obiegły informacje o wydarzeniu na sobotniej imprezie… a raczej obiegłyby, gdyby nie przyćmiła ich ważniejsza informacja. Bo oto Ahri – najbardziej pożądana dziewczyna w szkole – przefarbowała swoje kruczoczarne włosy na złocisty blond! Już przed pierwszymi poniedziałkowymi zajęciami wydarzenie to ogłoszono sensacją roku. Zastanawiano się także, czy to nie jest największa sensacja od początków tej szkoły!
Ahri spacerowała korytarzem kręcąc uwodzicielsko biodrami, a jej włosy falowały i wzbudzały zachwyt we wszystkich. Nawet w panu Farianie. Miała idealną sylwetkę, idealne nogi, idealną twarz, boskie oczy oraz usta i nawet fakt posiadania blizn na policzkach po podrapaniu kota nie umniejszał jej urody – wręcz przeciwnie, blizny były po tak misternym zadrapaniu, że wyglądała z tym jak ponętna kocica. Jednak to nie tylko wygląd świadczył o jej walorach. Również jej sposób poruszania, perfumy, oraz głos sprawiał, iż nikt nie przechodził obok niej obojętnie. Nawet Cullenowie. Jednak jej „sukces” tkwił też w czymś innym – otóż pewnego dnia Szayel doświadczalnie wykazał, że „winą” są tu wyjątkowo mocne feromony Ahri, które działają na każdego ludzkiego osobnika, nie ważne jakiej płci.
Przefarbowanie jej idealnych włosów z idealnej czerni na idealny blond miał szanse stać się więc sensacją szkoły, szczególnie po najbardziej upokarzającym momencie w jej życiu.
Otóż podczas przerwy obiadowej, kiedy to wraz ze wszystkimi popularnymi ludźmi szła do Starbaksa na kawę, drogę zagrodził jej dziwny chłopiec. Ubrany był w pomarańczowy dres, a na głowie miał przewiązaną granatową bandanę jak jakiś ninja. Jednak nie tyle jego ubiór był powodem zamieszania, jak jego wygląd: miał on bowiem złociste włosy oraz podobne Ahri blizny na twarzy.
- Siostra! – krzyknął z uśmiechem.
Ahri zwężyły się źrenice na widok tego stworzenia. Nie miała pojęcia kto to i co mówi do niej. Wszyscy wokół utkwili w nich wzrok. Jakiś Japończyk zrobił zdjęcie, a Koreańczyk zaczął to nagrywać.
- Chyba się pomyliłeś, chłopczyku… - dziewczyna miała zamiar minąć go, lecz zagrodził jej przejście.
- Czekaj! Chodzę do tej szkoły już prawie rok i odkąd ciebie zobaczyłem stwierdziłem, że to ty musisz być moją siostrą!
- Matko… Weźcie go stąd… - przewróciła oczami i machnęła na chłopca ręką z obrzydzeniem.
- Nie wierzysz mi… Nasi rodzice rozeszli się, kiedy mama była jeszcze w szpitalu po moim narodzeniu. Szukaliśmy was bardzo długo, aż w końcu udało się! Jednak mama chciała zrobić to delikatnie, dlatego miałem ciebie znaleźć w szkole. I po roku udało mi się dopiero, kiedy przefarbowałaś się na blond! Bo patrz, mamy takie same blizny na twarzy! – wyszczerzył się.
- To gdyby się nie przefarbowała to byś nigdy nie zauważył jej wąsów na ryju? – zaśmiała się pogardliwie jedna z hejterek Ahri.
- Milcz, plażo, on do mnie mówi – blondynka pokazała jej idealnie wymanikiurowany środkowy palec.
- Ojej, bo ci jeszcze zazdroszczę…
- Ej! – przerwał im ów chłopiec. – Dajcie mi skończyć! Ahri! Oprócz blizn na twarzy łączy nas coś jeszcze! – podwinął bluzkę ukazując dziwny tatuaż na pępku. Wszyscy zgromadzeni unieśli wysoko brwi. Dobrze wiedzieli, że Ahri ma taki sam tatuaż.
- To niemożliwe… - szepnęła do siebie zszokowana dziewczyna.
- To nie wszystko! Jeszcze ślady na plecach!
Otóż oprócz blizn na twarzy Ahri posiadała jeszcze 9 niewielkich, nieco pod odcinkiem krzyżowym kręgosłupa. Wiedział o tym każdy dobry obserwator, gdyż jako czyrliderka, blondynka często chodziła w kusym czyrliderkowym kostiumiku odsłaniając sporą część pleców. Aby udowodnić słuszność swojej „tezy”, chłopiec odwrócił się tyłem do dziewczyny i… zsunął spodnie aby można było zobaczyć jego blizny. Ich również było 9.
Większość obecnych dziewcząt, w tym Ahri, zasłoniły oczy z obrzydzeniem. Dało się słyszeć różne odgłosy oglądających tą scenę, od śmiechu po dźwięki wymiotne.
- Nie musiałeś od razu zsuwać spodni do kolan – zaśmiał się Słagowy Dżon.
Jednak chłopca nic nie ruszyło. Wciągnął powrotem spodnie i odwrócił się do dziewczyny z szerokim uśmiechem.
- Widzisz? Jesteśmy rodzeństwem. Tak w ogóle to mam na imię Naruto…
Przerwał widząc jak dziewczyna ucieka do budynku szkolnego. To niemożliwe, aby taki człowiek istniał. To był jakiś straszny bug w jej życiu, który je doszczętnie zrujnował.
Ale dzięki temu na zawsze zapisała się w historii szkoły.
A Koreańczyk zyskał milion subskrybentów na YouTube.
Tak czy inaczej nie cała ekipa przedstawienia zebrała się tam tego wieczoru…
- Imię i nazwisko – burknął szeroki bramkarz stojący u wejścia do lokalu.
- Szayel Aporro Granz – różowowłosy przeczesał wyżelowano-wygumowane włosy i oparł rękę na biodrze.
- Nie ma ciebie na liście – stwierdził facet po zerknięciu w tablet.
- Mnie może nie, ale mój przyjaciel na pewno jest.
- Jak się nazywa?
- Nnoitra Jiruga.
- Hm – bramkarz znowu zerknął w tablet. – Tak, jest już tutaj. Pójdę do niego, aby potwierdził, że jesteś jego osobą towarzyszącą. Poczekaj tu.
- Dobrze – odpowiedział grzecznie Szayel. Bardzo dobra ochrona, pomyślał.
Bramkarz wszedł do środka, zamknął drzwi i, sądząc po dźwięku, zakluczył je na klucz.
- E… Przepraszam, ale czy to konieczne? – spytał Szayel nieco podnosząc głos, aby facet go usłyszał.
- Tak – otrzymał w odpowiedzi.
Różowowłosy zmarszczył lekko brwi. Nie dosyć, że zamyka drzwi to jeszcze na klucz. Szayel miał wrażenie, że nie takiego sposobu do zamykania lokali używają w tych czasach. I to na pewno nie w tak luksusowym mieście. Zastanawiał się też co by było, gdyby nagle wybuchł pożar…
…i w tym momencie usłyszał dźwięk alarmu wydobywający się ze środka. A chwilę później napierające na drzwi multum uczestników imprezy, którzy nie mogli się wydostać, a z powodu paniki nikt nie wpadł na to, aby przepuścić bramkarza z kluczem.
Szayel rozejrzał się. Nikogo nie było widać. To jest jego chwila. Będzie bohaterem. Wyciągnął szybko telefon i wybrał numer straży pożarnej. Zgodnie z wszelkimi zasadami zgłosił ten niebezpieczny event klubowy. Jednak, gdy skończył rozmowę i krzyknął „Zaraz was uratuję!”, zauważył, że alarm jak i wszelkie hałasy ucichły. Czyżby się wszyscy spalili? Przyłożył ucho do drzwi. Wtem usłyszał jakieś głosy. Pochodziły one jednak nie ze środka, lecz… z boku. Rozejrzał się. Zza budynku wychodzili zażenowani i wściekli ex-imprezowicze.
- Ale jak to… - mruknął do siebie patrząc na nich nieprzytomnym wzrokiem. Kiedy ostatni z gromady zniknął z jego pola widzenia usłyszał znowu coś. Sygnał nadjeżdżającej straży pożarnej. Wiedząc, że za wezwanie jednostek ratowniczych bez powodu grozi kara, a nie będąc pewnym, co właściwie działo się i dzieje w środku, jak najszybciej uciekł z miejsca zdarzenia chowając się w najbliższym zaułku.
***
Nadeszła niedziela. Było słonecznie i gorąco do porzygu. Szayel zorganizował u siebie w mieszkaniu spotkanie wagi ważnej. Gdy jego koledzy byli na miejscu, zdziwiło ich podenerwowanie przyjaciela i zasłonięte rolety we wszystkich dwóch oknach.
- Powiesz w końcu co się stało? – spytał Nnoit dłubiąc palcem w zębach.
- Oczywiście. Ale może na początek TY powiesz co się stało WCZORAJ, co? – Szayel obrzucił Cyklopa oskarżycielskim wzrokiem.
- No więc wiedziałem, że się spóźnię tak ponad godzinkę i w momencie, w którym wychodziłem z domu zadzwonił do mnie Kira i powiedział żebym nie przychodził, bo imprezę odwołano… Spytałem, czemu tak wcześnie mi mówi, ale nie wytłumaczył.
Szayel milczał.
- Chodzi ci o to, że ciebie nie poinformowałem o tym?
Szayel milczał.
- To o co?
- O to, że miał tam miejsce pewien incydent a ja nawet nie wiem jaki! – pisnął Szayel dostając ataku paniki, po czym opowiedział koleżkom o wczorajszym zajściu wraz z wezwaniem straży pożarnej.
- Oni mogą mnie znaleźć po numerze telefonu i ukarać za nieuzasadnione wezwanie – rozpłakał się.
- No nie płacz, no – Nnoit poklepał go pociesznie po plecach. Grimmjow przewrócił oczami.
- Jakby mieli cię zamknąć to by już dawno to zrobili – stwierdził. Szayel rzucił na niego spojrzenie człowieka zbitego z tropu. Nnoit zrobił to samo.
- Niby czemu?
- A, tak tylko mi się powiedziało, hehe – wyszczerzył się Pantera.
- Żal mi ciebie – stwierdził sucho Nnoit. Przynajmniej Szayel się uspokoił.
- Ulqu, a ty co taki smutny? Nie odzywasz się ani nic… - spytał Grimmjow przyjaciela.
- Nie wiem czy zauważyłeś, ale on zawsze jest smutny i odzywa się bardzo rzadko – skomentował Nnoit mrużąc ślepko.
- No ale dzisiaj to już wybitnie widać, że coś go trapi.
- Faktycznie – stwierdził Szayel. – Ulquiorra, nam możesz powiedzieć – uśmiechnął się ciepło. Aura gej przyjaciół mode on, Nnoitra się odsunął.
- Najprawdopodobniej zostanę adoptowany – rzekł nihilistycznie Ulqu.
- To dobrze czy źle? – spytał Szayel po chwili ciszy.
- Nie wiem.
- Wiesz już kto ciebie weźmie? Oby to nie byli żadni hippisi albo „muzycy” tworzący kaleczącą uszy muzykę indiańską!
- Nie.
Szayel odetchnął z ulgą.
- To dobrze, bo już się bałem… Chwila. Skoro to nie hippisi ani „muzycy” to pewnie ktoś z drugiego końca świata! – pisnął.
- Nieee! – pisnął również Grimmjow.
Nnoitra milczał.
- Nie – odrzekł Ulqu.
Szayel odetchnął z ulgą ponownie. Grimmjow też.
- To dobrze… Bo się bałem, że nas opuścisz…
- To pastor.
Nastąpiła długa cisza przerywana jedynie skapnięciem śliny z buzi Grimmjowa, która z powodu szoku lekko się otworzyła.
- Przecież ty jesteś ateistą – powiedział Nnoit ubierając ów problem.
- Będą chcieli ciebie schrystianizować! Jak Krzyżacy! Bo ty się po dobroci nie dasz! Oh! – panikował Szayel. – Pewnie wzięli ciebie jako wyzwanie! Pewnie chcieli sprawdzić jak silną mają siłę perswazji! I pewnie ciebie znowu oddadzą potem! Tak jak ta para gejów!
Ulqowi drgnęła powieka. Szayel schował się pod stołem. Przekroczył granicę, której nikt z nich nie mógł przekraczać. Wyrażenie „para gejów” w odniesieniu do Ulquiorry musiała raz na zawsze zniknąć z ich mózgów, życia, słownika i wszystkiego innego. Nie powiem wam dlaczego.
- Idiota – mruknął Nnoit. – Tak czy inaczej, dobrze, że nas nie opuszczasz.
- Opuszczam.
- Ale mówiłeś, że… - Nnoit zmarszczył brew.
- Meksyk nie jest na drugim końcu świata.
- Meksyk! A toż to dopiero! – pisnął Szayel i zemdlał jak kobieta średniowiecza dowiadująca się o nadchodzącej wojnie.
***
W poniedziałek szkołę obiegły informacje o wydarzeniu na sobotniej imprezie… a raczej obiegłyby, gdyby nie przyćmiła ich ważniejsza informacja. Bo oto Ahri – najbardziej pożądana dziewczyna w szkole – przefarbowała swoje kruczoczarne włosy na złocisty blond! Już przed pierwszymi poniedziałkowymi zajęciami wydarzenie to ogłoszono sensacją roku. Zastanawiano się także, czy to nie jest największa sensacja od początków tej szkoły!
Ahri spacerowała korytarzem kręcąc uwodzicielsko biodrami, a jej włosy falowały i wzbudzały zachwyt we wszystkich. Nawet w panu Farianie. Miała idealną sylwetkę, idealne nogi, idealną twarz, boskie oczy oraz usta i nawet fakt posiadania blizn na policzkach po podrapaniu kota nie umniejszał jej urody – wręcz przeciwnie, blizny były po tak misternym zadrapaniu, że wyglądała z tym jak ponętna kocica. Jednak to nie tylko wygląd świadczył o jej walorach. Również jej sposób poruszania, perfumy, oraz głos sprawiał, iż nikt nie przechodził obok niej obojętnie. Nawet Cullenowie. Jednak jej „sukces” tkwił też w czymś innym – otóż pewnego dnia Szayel doświadczalnie wykazał, że „winą” są tu wyjątkowo mocne feromony Ahri, które działają na każdego ludzkiego osobnika, nie ważne jakiej płci.
Przefarbowanie jej idealnych włosów z idealnej czerni na idealny blond miał szanse stać się więc sensacją szkoły, szczególnie po najbardziej upokarzającym momencie w jej życiu.
Otóż podczas przerwy obiadowej, kiedy to wraz ze wszystkimi popularnymi ludźmi szła do Starbaksa na kawę, drogę zagrodził jej dziwny chłopiec. Ubrany był w pomarańczowy dres, a na głowie miał przewiązaną granatową bandanę jak jakiś ninja. Jednak nie tyle jego ubiór był powodem zamieszania, jak jego wygląd: miał on bowiem złociste włosy oraz podobne Ahri blizny na twarzy.
- Siostra! – krzyknął z uśmiechem.
Ahri zwężyły się źrenice na widok tego stworzenia. Nie miała pojęcia kto to i co mówi do niej. Wszyscy wokół utkwili w nich wzrok. Jakiś Japończyk zrobił zdjęcie, a Koreańczyk zaczął to nagrywać.
- Chyba się pomyliłeś, chłopczyku… - dziewczyna miała zamiar minąć go, lecz zagrodził jej przejście.
- Czekaj! Chodzę do tej szkoły już prawie rok i odkąd ciebie zobaczyłem stwierdziłem, że to ty musisz być moją siostrą!
- Matko… Weźcie go stąd… - przewróciła oczami i machnęła na chłopca ręką z obrzydzeniem.
- Nie wierzysz mi… Nasi rodzice rozeszli się, kiedy mama była jeszcze w szpitalu po moim narodzeniu. Szukaliśmy was bardzo długo, aż w końcu udało się! Jednak mama chciała zrobić to delikatnie, dlatego miałem ciebie znaleźć w szkole. I po roku udało mi się dopiero, kiedy przefarbowałaś się na blond! Bo patrz, mamy takie same blizny na twarzy! – wyszczerzył się.
- To gdyby się nie przefarbowała to byś nigdy nie zauważył jej wąsów na ryju? – zaśmiała się pogardliwie jedna z hejterek Ahri.
- Milcz, plażo, on do mnie mówi – blondynka pokazała jej idealnie wymanikiurowany środkowy palec.
- Ojej, bo ci jeszcze zazdroszczę…
- Ej! – przerwał im ów chłopiec. – Dajcie mi skończyć! Ahri! Oprócz blizn na twarzy łączy nas coś jeszcze! – podwinął bluzkę ukazując dziwny tatuaż na pępku. Wszyscy zgromadzeni unieśli wysoko brwi. Dobrze wiedzieli, że Ahri ma taki sam tatuaż.
- To niemożliwe… - szepnęła do siebie zszokowana dziewczyna.
- To nie wszystko! Jeszcze ślady na plecach!
Otóż oprócz blizn na twarzy Ahri posiadała jeszcze 9 niewielkich, nieco pod odcinkiem krzyżowym kręgosłupa. Wiedział o tym każdy dobry obserwator, gdyż jako czyrliderka, blondynka często chodziła w kusym czyrliderkowym kostiumiku odsłaniając sporą część pleców. Aby udowodnić słuszność swojej „tezy”, chłopiec odwrócił się tyłem do dziewczyny i… zsunął spodnie aby można było zobaczyć jego blizny. Ich również było 9.
Większość obecnych dziewcząt, w tym Ahri, zasłoniły oczy z obrzydzeniem. Dało się słyszeć różne odgłosy oglądających tą scenę, od śmiechu po dźwięki wymiotne.
- Nie musiałeś od razu zsuwać spodni do kolan – zaśmiał się Słagowy Dżon.
Jednak chłopca nic nie ruszyło. Wciągnął powrotem spodnie i odwrócił się do dziewczyny z szerokim uśmiechem.
- Widzisz? Jesteśmy rodzeństwem. Tak w ogóle to mam na imię Naruto…
Przerwał widząc jak dziewczyna ucieka do budynku szkolnego. To niemożliwe, aby taki człowiek istniał. To był jakiś straszny bug w jej życiu, który je doszczętnie zrujnował.
Ale dzięki temu na zawsze zapisała się w historii szkoły.
A Koreańczyk zyskał milion subskrybentów na YouTube.
piątek, 29 listopada 2013
16# Życie w NY - Impreza już za 24h!
Witam siebie. Jestem chyba jedynym czytelnikiem tego bloga. Trudno.
Mam wenę to piszę. Dla siebie.
***
Mam wenę to piszę. Dla siebie.
***
Nadeszła sobota. W tym dniu cały Team of Espada miał wybrać
się na imprezę ekipy z przedstawienia końcowo rocznego. Ale przygotowania do
tej imprezy nie były zwyczajne. O nie, Szayel chciał, aby wszystko było
zaplanowane krok po kroku. Jego celem było znalezienie partnerki na bal
ostatnich klas.
***
***
- A więc mówisz, że w sobotę nie masz czasu – snifnęła Kat z
rozpaczy opierając się o tylną ścianę budynku szkolnego i zerkając smutno na
Ulquiorrę.
- Szayel bardzo nalegał, nie mogę zawieść mojego przyjaciela – odpowiedział Ulqu bez cienia emocji w głosie.
- Przecież wiem, że tobie to wisi. Musi być jakiś inny powód.
- Jest, ale ci nie powiem. Teraz muszę już iść, żegnaj – ukłonił się jej lekko i odszedł jakby do niczego nie doszło. Kat stała tam chwileczkę myśląc o tym, że naprawdę nie ma się z kim zadawać. Do końca roku szkolnego zostało trochę ponad miesiąc, a większość jej znajomych miała wielkie plany wakacyjne, po których przeprowadzali się w różne strony świata. Ci, którzy nie wyjeżdżają oddalają się od niej w inny sposób. Forever alone wakacje? A może pojedzie sobie sama w jakieś ładne miejsce i może kogoś tam pozna? Brzmiało to nawet ciekawie.
***
- Szayel bardzo nalegał, nie mogę zawieść mojego przyjaciela – odpowiedział Ulqu bez cienia emocji w głosie.
- Przecież wiem, że tobie to wisi. Musi być jakiś inny powód.
- Jest, ale ci nie powiem. Teraz muszę już iść, żegnaj – ukłonił się jej lekko i odszedł jakby do niczego nie doszło. Kat stała tam chwileczkę myśląc o tym, że naprawdę nie ma się z kim zadawać. Do końca roku szkolnego zostało trochę ponad miesiąc, a większość jej znajomych miała wielkie plany wakacyjne, po których przeprowadzali się w różne strony świata. Ci, którzy nie wyjeżdżają oddalają się od niej w inny sposób. Forever alone wakacje? A może pojedzie sobie sama w jakieś ładne miejsce i może kogoś tam pozna? Brzmiało to nawet ciekawie.
***
Szayel stał przed szafą i myślał, w co by się ubrać. Nie
podpytał Nnoita jakiego typu będzie to impreza. Rzucił się szybko na łóżko,
gdzie zostawił telefon i po chwili spróbował złapać oddech. Wpadając na pościel
uderzył się o coś twardego w splot słoneczny. Odkrył kołdrę i zobaczył pod nią
„ABC chemika” – jedną z najgrubszych i najtwardszych książek, jakie miał.
- Całe szczęście, że to nie trylogia „Mody na sukces”. Wtedy na pewno bym nie przeżył – powiedział do siebie z uśmiechem. Bo taki już był Szayel – taki optymista. Wow. Włosy takie różowe. Uszanowanko dla intelektu.
***
- Całe szczęście, że to nie trylogia „Mody na sukces”. Wtedy na pewno bym nie przeżył – powiedział do siebie z uśmiechem. Bo taki już był Szayel – taki optymista. Wow. Włosy takie różowe. Uszanowanko dla intelektu.
***
Grimmjow po otrzymaniu informacji o imprezie natychmiast
pobiegł odnaleźć Sonę. Chciał się spytać, czemu nie chce iść z nim na imprezę.
Nie musiał długo szukać. Akurat siedziała na ławce ze wzrokiem utkwionym w
ekran telefonu.
- Sona! Muszę się o coś spytać – podbiegł do niej wcale niezdyszany. Dziewczyna spojrzała na niego pytająco i z uśmiechem. – Czemu nie powiedziałaś, że idziesz na imprezę?
Sona zmarszczyła brwi nie wiedząc, o co chodzi, jednak po chwili chyba się domyśliła, o co może mu chodzić.
- Znaczy, nie, że nie powiedziałaś tylko… poinformowałaś… - zaczął się tłumaczyć jak zwykle źle interpretując jej reakcję. Dziewczyna tylko uśmiechnęła się i zapisała szybko na telefonie odpowiedź.
„Jeśli mówisz o imprezie dla osób przygotowujących spektakl to dowiedziałam się dopiero godzinę temu, nie miałam jak Ci powiedzieć : )”
- Ah… Dobrze. To dobrze. Bo wiesz, ja też idę.
„Tak?”
- Nnoit nas bierze. Znaczy mnie i Szayela i Ulqa.
„Rozumiem. Miło mi będzie zobaczyć twoich przyjaciół w innym środowisku niż szkolne.”
- He. To fajnie. Okej, to ja idę, bo się umówiłem z Nnoitem na zakupy. Pa – pomachał jej i odszedł.
Sona też mu odmachała. Lubiła tego prostodusznego idiotę. Był taki nieporadny życiowo. Patrzyła jak znika za murowanym szkolnym płotem, gdy dosiadła się do niej Janna.
- Okej, już jestem – powiedziała poprawiając włosy spięte najwyżej jak się dało. – Widziałam, że rozmawiałaś z Grimmjowem. Coś szybko skończyliście.
„Pytał o imprezę dla ekipy z przedstawienia.”
- Ah. Rozumiem, że idziecie razem? – uśmiechnęła się znacząco. Sona przewróciła oczami.
„Nie. On idzie z przyjaciółmi.”
- A w czym to przeszkadza żebyście poszli razem? – dźgnęła ją w ramię wsuwką, którą po chwili zaczęła wpinać we włosy.
„Czemu ty ciągle wmawiasz sobie, że jesteśmy razem?”
- Bo tak to widać. Jeszcze powiedz, że on jest dla ciebie tylko kolegą.
„Tak jest. Jest miłym młodszym kolegą i tak zostanie. Nie jestem w stanie na niego spojrzeć inaczej.”
- Nie dasz mu nawet szansy? Chłopak tak się stara… - Janna lekko posmutniała. Nie miała w zwyczaju żyć czyimś życiem, ale historia miłosna w życiu przyjaciółki urozmaiciłaby jej kolejne miesiące.
„Nie. Chodźmy już.”
Sona wrzuciła telefon do torby i wstała. Janna po upięciu ostatniej spinki zrobiła to samo, po czym opuściły teren szkoły. Na szczęście nie zauważyły Grimma, który stał pod murem. Chciał się cofnąć i spytać o coś Sonę, ale usłyszał jak Janna mówiła o nim. Czyli to tak wygląda. Jest tylko kolegą. I pewnie najgłupszym kolegą, jakiego miała. O nie, pomyślał, tak nie może być. Tego dnia Grimmjow postanowił zmienić strategię.
***
LuXaCzEk35:
Hejeczka! Chcesz iść ze mną na imprezę dla ludzi z przedstawienia?!
Ciastko-Pułapka:
Skoro to dla ludzi z przedstawienia to po co bym miała iść?
LuXaCzEk35:
Bo możemy przyjść z kimś! No chooooodź :* :*
Ciastko-Pułapka:
Kiedy to jest?
LuXaCzEk35:
W tą sobotę. Będzie fajnie :* :*
Ciastko-Pułapka:
Nie mogę. Będę w domu wtedy.
LuXaCzEk35:
No weeeeź ;( Raz możesz zostać.
Ciastko-Pułapka:
Godzinowo jak to wygląda?
LuXaCzEk35:
Zaczyna się o 17 a kończy nie wiem, ale o 19 muszę wracać do domu.
Ciastko-Pułapka:
Na 2 godziny nie opłaca mi się.
LuXaCzEk35:
;( ;( ;(
***
PinkBicz:
Siema. Wpadam do ciebie w sobotę. Maraton Piątku 13. Pamiętasz?
Ciastko-Pułapka:
…
PinkBicz:
;>
Ciastko-Pułapka:
Dobra.
***
Ciastko-Pułapka:
Wybacz, ale mam inne plany na sobotę.
LuXaCzEk35:
Jakie!?
Ciastko-Pułapka:
Umówiłam się ze znajomą jakiś czas temu i właśnie mi o tym przypomniała.
LuXaCzEk35:
Ooooo.
LuXaCzEk35:
Ale
LuXaCzEk35:
Chwila
LuXaCzEk35:
UMÓWIŁAŚ SIĘ? NA RANDKĘ?????!!!!!!!!
Ciastko-Pułapka:
…nie. Na maraton Piątek 13.
LuXaCzEk35:
Czego?
Ciastko-Pułapka:
Taki horror.
LuXaCzEk35:
To straszne!
LuXaCzEk35:
Tak czy inaczej to oznacza, że wolisz ją niż mnie? ;( ;( ;(
Ciastko-Pułapka:
Nie wiem. Idę już. Cześć.
***
Cait wyłączyła szybko komputer. Właściwie to sama nie wiedziała czy woli Lux czy Vi. Właściwie to żadnej z nich nie wolała, ale perspektywa obejrzenia maratonu filmowego było lepsze niż dwie godziny na jakiejś imprezie. Bez względu na to z kim.
Cait po raz kolejny zrobiło się żal samej siebie.
***
Piątek. Do imprezy zostały dokładnie 24 godziny. Szayel odkręcił gorącą wodę, która grubym strumieniem zaczęła zajmować powierzchnię wanny. Relaksująca kąpiel i zabiegi upiększające zajmą ok. 4 godziny. Potem od razu do spania. 8 godzin snu dla urody, prysznic, pożywne śniadanie, poranny jogging przez Central Park, prasowanie stroju imprezowego, relaksująca kąpiel i uszykowanie się. To wszystko plus czas dojazdu da idealne wejście o 18.00. To idealny czas na wejście na imprezę. Nie za wcześnie, ale też przez rozkręceniem się przyjęcia. Bo przecież to zadanie należy tylko do niego.
***
W tym samym czasie Grimmjow postanowił spotkać się z Soną. Oboje nie potrzebowali tyle czasu co niektórzy na przygotowania do takiego tam przyjęcia. Chociaż właściwie przez to spotkanie Pantera czynił pewne przygotowania, również na imprezę. Dlatego zaprosił Sonę do jednej z najładniejszych kawiarenek jakie znał, „Pod Raciczką Lulu”, żeby ukazać jej tam swe wdzięki. Już po zajęciu miejsca chciał odebrać od niej płaszcz, ale pech chciał, że był czerwiec i nikt odzienia wierzchniego nie nosił. Odsunął jej za to krzesło i zaproponował kilka punktów z menu, które osobiście bardzo mu przypadły do gustu. Sona jednak nie miała ochoty na wołowinę, więc zamówiła tylko deser lodowy o śmiesznej nazwie i świeży sok pomarańczowy. Grimmjow natomiast zamówił taki sam deser wybierając tylko smak smerfowy (bo niebieskie), natomiast polewę chciał cytrynową. W ten sposób zrobił aluzję do włosów swej wybranki, która (aluzja, nie wybranka) była widoczna tylko dla niego. Niestety. Przez chwilę jedli w milczeniu. Sona wydawała się nieco zamyślona, więc Grimmjow nie chciał jej przeszkadzać, jednak po chwili odchrząknął lekko. Błękitne oczy wybranki objęły swym światłem jego osobę, po czym chłopak nachylił się nieco ku niej.
- Mój deser lodowy kogoś mi przypomina… - mruknął uwodzicielskim głosem a takim samym spojrzeniem zanurkował w jej oczach. Nie odrywając wzroku Sona chwyciła za telefon i odpisała. Niestety Grimmjow musiał przerwać kontakt wzrokowy i zerknąć na wyświetlacz.
„Chodzi Ci o to, że mamy włosy w kolorze smerfów?”
Grimmjow poczuł się zbity z tropu.
- E.. Nie, chodzi mi o ciebie.
„Ja mam włosy w kolorze smerfów?”
- Nie! Ale blisko! – Grimmjow tracił ‘uwodzicielski mode’.
„Mam włosy w kolorach Smerfetki?”
- Nie! Chociaż… Nie, nie o to mi chodziło.
„Więc o co?” – uśmiechnęła się lekko. Idiotyzm Grimma nie miał granic.
- Chodziło mi wszakże o twe włosy, lecz nie w nawiązaniu do smerfów, lecz ich słodyczy – powiedział jednym tchem poprawiając kilka razy trudniejsze wyrazy.
Sona roześmiała się tak, że gdyby miała głos, z pewnością zwróciłaby na siebie uwagę całej kawiarenki. Musiałaby przedstawić Grimmjowa Jannie – wtedy koleżanka zrozumiałaby czym.. no dobra, kim jest ten uroczy młodszy kolega Sony.
A Grimmjow znowu nie wiedział o co chodzi i co jest nie tak, ale winę zrzucił na siebie. Jednak stwierdził, że na pewno nie obraził tym jej, lecz pogrążył siebie. Dlatego nie odezwał się już ani słowem. W milczeniu skończyli desery. Sona co chwilkę zerkała rozbawiona na ponurą twarz kolegi. Zaczęła pić sok przez zakręconą kilkakrotnie słomkę. Wzrok Grimma, utkwiony dotychczas w miseczce z lodami, powędrował z pustego naczynia na jej napój. A potem na słomkę. A za słomką zobaczył coś, czego nigdy wcześniej jego mózg nie zarejestrował. Coś, co każdy inny od razu zauważał w Sonie na odległość i co on w innych osobnikach płci pięknej zauważał na początku. A w tym przypadku jego mózg i oczy uknuli jakiś spisek. Tak czy inaczej, patrzył się teraz w miejsce, w którym kończyła się bluzeczka Sony. I powyżej. I poniżej. I patrzył tak szeroko otwartymi oczami, z uniesionymi wysoko swoimi małymi brewkami, a jego buzia otworzyła się nieprzyzwoicie.
Sona zauważyła, że coś jest nie tak, jednak nawet w snach nie podejrzewałaby Grimmjowa o to, że dopiero teraz zauważył jej biust. A raczej jego wielkość. Przestała pić soczek i spojrzała się na niego zaniepokojona.
„Wszystko w porządku?” – podtknęła mu telefon przed oczy. Dopiero po chwili Grimm się odwiesił.
- E… A… - spojrzał na wyświetlacz. – Ta-ak. Dobrze. Jest. Chyba.
Dalej był w szoku.
Sona poszła do łazienki, a on w tym czasie zapłacił rachunek i wysłał do swoich przyjaciół SMSa o treści „CZEMU MI NIE POWIEDZIELIŚCIE, ŻE ONA MA TAKIE WIELKIE CYCKI!?”.
Natychmiast otrzymał odpowiedzi.
Nnoit-pedał: LOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOL. JAKI DEBIL.
Ulqu: Miałem wrażenie, że nie masz wady wzroku.
Szayel-pedał: W tej chwili jestem zajęty. Odpiszę najszybciej jak będę mógł. Pozdrawiam, Szayel Aporro Granz. [Wiadomość wysłana automatycznie]
Wściekły na kumpli odłożył telefon. W międzyczasie jego mózg zarejestrował, że Sona zostawiła na stole telefon i chyba przyszła do niej wiadomość. Ciekawy Grimmjoffek sięgnął po aparat i zobaczył od kogo to. Nie miał zamiaru czytać wiadomości, nie jest przecież jakimś chamem, ale zainteresował go nadawca SMSa. Bo był on nim sam. Otworzył SMSa.
„CZEMU MI NIE POWIEDZIELIŚCIE, ŻE ONA MA TAKIE WIELKIE CYCKI!?”
Prawie dostał zawału, po czym usunął jak najszybciej wiadomość i odłożył telefon. Przez przypadek musiał zaznaczyć więcej odbiorców tego SMSa niż planował. Szkoda tylko, że Grimjoffek nie sprawdził do ilu osób wysłał tą wiadomość. Bo oprócz Sony na liście nadawców znajdowała się też… jego mama. Chociaż może to i dobrze. Mniej stresu do czasu, aż nie wróci do domu.
***
Od: Grimmjow J.: Szajel jest problem wejdz na kompoter to ci napisze
***
DrSzaySzay:
Tak?
GrimmjowJ1995US:
dostałem szlaban
DrSzaySzay:
Jaki szlaban?
GrimmjowJ1995US:
nie moge iść na impreze
DrSzaySzay:
Dlaczego?
GrimmjowJ1995US:
wysłałem mamie tego smsa co wam
DrSzaySzay:
Rozumiem. Następnym razem uważaj bardziej. Muszę iść spać. Dobranoc.
GrimmjowJ1995US:
dobranoc
***
GrimmjowJ1995US:
noit dostałem szlaban i nie mogę iść na impreze
SantaTeresa:
LOL
SantaTeresa:
ZA CO?
GrimmjowJ1995US:
wysłałem mamie tego smsa co wam
SantaTeresa:
LOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOL
***
Od: Grimmjow:
ulku nie idę na impreze mam szlaban bo wysłałem mamie smsa tego co wam a noit tylko się ze mnie śmieje :(
Do: Grimmjow:
Przyjde do ciebie wiec jutro. Nie mam zamiaru isc na jakas impreze.
Od: Grimmjow:
eh prawdziwy przyjaciel Ulqu dzieki kupie popcorn
***
Czyli został uratowany. Chociaż właściwie i tak mu wszystko obojętne. Tak czy inaczej Grimmjow miał jedną rzecz, której nie miał Ulqu, a którą chciał mieć: telewizor. To była jedna z tych rzeczy, które sprawiały, że nie musiał myśleć o niczym, mógł wyłączyć się całkowicie.
***
Czy Szayel dotrze na imprezę? Czy Grimmjow pokona wszelkie przeciwności i zdobędzie serce Sony? Czy Nnoitra wygra los na loterii?
Tego dowiecie się nigdy!
- Sona! Muszę się o coś spytać – podbiegł do niej wcale niezdyszany. Dziewczyna spojrzała na niego pytająco i z uśmiechem. – Czemu nie powiedziałaś, że idziesz na imprezę?
Sona zmarszczyła brwi nie wiedząc, o co chodzi, jednak po chwili chyba się domyśliła, o co może mu chodzić.
- Znaczy, nie, że nie powiedziałaś tylko… poinformowałaś… - zaczął się tłumaczyć jak zwykle źle interpretując jej reakcję. Dziewczyna tylko uśmiechnęła się i zapisała szybko na telefonie odpowiedź.
„Jeśli mówisz o imprezie dla osób przygotowujących spektakl to dowiedziałam się dopiero godzinę temu, nie miałam jak Ci powiedzieć : )”
- Ah… Dobrze. To dobrze. Bo wiesz, ja też idę.
„Tak?”
- Nnoit nas bierze. Znaczy mnie i Szayela i Ulqa.
„Rozumiem. Miło mi będzie zobaczyć twoich przyjaciół w innym środowisku niż szkolne.”
- He. To fajnie. Okej, to ja idę, bo się umówiłem z Nnoitem na zakupy. Pa – pomachał jej i odszedł.
Sona też mu odmachała. Lubiła tego prostodusznego idiotę. Był taki nieporadny życiowo. Patrzyła jak znika za murowanym szkolnym płotem, gdy dosiadła się do niej Janna.
- Okej, już jestem – powiedziała poprawiając włosy spięte najwyżej jak się dało. – Widziałam, że rozmawiałaś z Grimmjowem. Coś szybko skończyliście.
„Pytał o imprezę dla ekipy z przedstawienia.”
- Ah. Rozumiem, że idziecie razem? – uśmiechnęła się znacząco. Sona przewróciła oczami.
„Nie. On idzie z przyjaciółmi.”
- A w czym to przeszkadza żebyście poszli razem? – dźgnęła ją w ramię wsuwką, którą po chwili zaczęła wpinać we włosy.
„Czemu ty ciągle wmawiasz sobie, że jesteśmy razem?”
- Bo tak to widać. Jeszcze powiedz, że on jest dla ciebie tylko kolegą.
„Tak jest. Jest miłym młodszym kolegą i tak zostanie. Nie jestem w stanie na niego spojrzeć inaczej.”
- Nie dasz mu nawet szansy? Chłopak tak się stara… - Janna lekko posmutniała. Nie miała w zwyczaju żyć czyimś życiem, ale historia miłosna w życiu przyjaciółki urozmaiciłaby jej kolejne miesiące.
„Nie. Chodźmy już.”
Sona wrzuciła telefon do torby i wstała. Janna po upięciu ostatniej spinki zrobiła to samo, po czym opuściły teren szkoły. Na szczęście nie zauważyły Grimma, który stał pod murem. Chciał się cofnąć i spytać o coś Sonę, ale usłyszał jak Janna mówiła o nim. Czyli to tak wygląda. Jest tylko kolegą. I pewnie najgłupszym kolegą, jakiego miała. O nie, pomyślał, tak nie może być. Tego dnia Grimmjow postanowił zmienić strategię.
***
LuXaCzEk35:
Hejeczka! Chcesz iść ze mną na imprezę dla ludzi z przedstawienia?!
Ciastko-Pułapka:
Skoro to dla ludzi z przedstawienia to po co bym miała iść?
LuXaCzEk35:
Bo możemy przyjść z kimś! No chooooodź :* :*
Ciastko-Pułapka:
Kiedy to jest?
LuXaCzEk35:
W tą sobotę. Będzie fajnie :* :*
Ciastko-Pułapka:
Nie mogę. Będę w domu wtedy.
LuXaCzEk35:
No weeeeź ;( Raz możesz zostać.
Ciastko-Pułapka:
Godzinowo jak to wygląda?
LuXaCzEk35:
Zaczyna się o 17 a kończy nie wiem, ale o 19 muszę wracać do domu.
Ciastko-Pułapka:
Na 2 godziny nie opłaca mi się.
LuXaCzEk35:
;( ;( ;(
***
PinkBicz:
Siema. Wpadam do ciebie w sobotę. Maraton Piątku 13. Pamiętasz?
Ciastko-Pułapka:
…
PinkBicz:
;>
Ciastko-Pułapka:
Dobra.
***
Ciastko-Pułapka:
Wybacz, ale mam inne plany na sobotę.
LuXaCzEk35:
Jakie!?
Ciastko-Pułapka:
Umówiłam się ze znajomą jakiś czas temu i właśnie mi o tym przypomniała.
LuXaCzEk35:
Ooooo.
LuXaCzEk35:
Ale
LuXaCzEk35:
Chwila
LuXaCzEk35:
UMÓWIŁAŚ SIĘ? NA RANDKĘ?????!!!!!!!!
Ciastko-Pułapka:
…nie. Na maraton Piątek 13.
LuXaCzEk35:
Czego?
Ciastko-Pułapka:
Taki horror.
LuXaCzEk35:
To straszne!
LuXaCzEk35:
Tak czy inaczej to oznacza, że wolisz ją niż mnie? ;( ;( ;(
Ciastko-Pułapka:
Nie wiem. Idę już. Cześć.
***
Cait wyłączyła szybko komputer. Właściwie to sama nie wiedziała czy woli Lux czy Vi. Właściwie to żadnej z nich nie wolała, ale perspektywa obejrzenia maratonu filmowego było lepsze niż dwie godziny na jakiejś imprezie. Bez względu na to z kim.
Cait po raz kolejny zrobiło się żal samej siebie.
***
Piątek. Do imprezy zostały dokładnie 24 godziny. Szayel odkręcił gorącą wodę, która grubym strumieniem zaczęła zajmować powierzchnię wanny. Relaksująca kąpiel i zabiegi upiększające zajmą ok. 4 godziny. Potem od razu do spania. 8 godzin snu dla urody, prysznic, pożywne śniadanie, poranny jogging przez Central Park, prasowanie stroju imprezowego, relaksująca kąpiel i uszykowanie się. To wszystko plus czas dojazdu da idealne wejście o 18.00. To idealny czas na wejście na imprezę. Nie za wcześnie, ale też przez rozkręceniem się przyjęcia. Bo przecież to zadanie należy tylko do niego.
***
W tym samym czasie Grimmjow postanowił spotkać się z Soną. Oboje nie potrzebowali tyle czasu co niektórzy na przygotowania do takiego tam przyjęcia. Chociaż właściwie przez to spotkanie Pantera czynił pewne przygotowania, również na imprezę. Dlatego zaprosił Sonę do jednej z najładniejszych kawiarenek jakie znał, „Pod Raciczką Lulu”, żeby ukazać jej tam swe wdzięki. Już po zajęciu miejsca chciał odebrać od niej płaszcz, ale pech chciał, że był czerwiec i nikt odzienia wierzchniego nie nosił. Odsunął jej za to krzesło i zaproponował kilka punktów z menu, które osobiście bardzo mu przypadły do gustu. Sona jednak nie miała ochoty na wołowinę, więc zamówiła tylko deser lodowy o śmiesznej nazwie i świeży sok pomarańczowy. Grimmjow natomiast zamówił taki sam deser wybierając tylko smak smerfowy (bo niebieskie), natomiast polewę chciał cytrynową. W ten sposób zrobił aluzję do włosów swej wybranki, która (aluzja, nie wybranka) była widoczna tylko dla niego. Niestety. Przez chwilę jedli w milczeniu. Sona wydawała się nieco zamyślona, więc Grimmjow nie chciał jej przeszkadzać, jednak po chwili odchrząknął lekko. Błękitne oczy wybranki objęły swym światłem jego osobę, po czym chłopak nachylił się nieco ku niej.
- Mój deser lodowy kogoś mi przypomina… - mruknął uwodzicielskim głosem a takim samym spojrzeniem zanurkował w jej oczach. Nie odrywając wzroku Sona chwyciła za telefon i odpisała. Niestety Grimmjow musiał przerwać kontakt wzrokowy i zerknąć na wyświetlacz.
„Chodzi Ci o to, że mamy włosy w kolorze smerfów?”
Grimmjow poczuł się zbity z tropu.
- E.. Nie, chodzi mi o ciebie.
„Ja mam włosy w kolorze smerfów?”
- Nie! Ale blisko! – Grimmjow tracił ‘uwodzicielski mode’.
„Mam włosy w kolorach Smerfetki?”
- Nie! Chociaż… Nie, nie o to mi chodziło.
„Więc o co?” – uśmiechnęła się lekko. Idiotyzm Grimma nie miał granic.
- Chodziło mi wszakże o twe włosy, lecz nie w nawiązaniu do smerfów, lecz ich słodyczy – powiedział jednym tchem poprawiając kilka razy trudniejsze wyrazy.
Sona roześmiała się tak, że gdyby miała głos, z pewnością zwróciłaby na siebie uwagę całej kawiarenki. Musiałaby przedstawić Grimmjowa Jannie – wtedy koleżanka zrozumiałaby czym.. no dobra, kim jest ten uroczy młodszy kolega Sony.
A Grimmjow znowu nie wiedział o co chodzi i co jest nie tak, ale winę zrzucił na siebie. Jednak stwierdził, że na pewno nie obraził tym jej, lecz pogrążył siebie. Dlatego nie odezwał się już ani słowem. W milczeniu skończyli desery. Sona co chwilkę zerkała rozbawiona na ponurą twarz kolegi. Zaczęła pić sok przez zakręconą kilkakrotnie słomkę. Wzrok Grimma, utkwiony dotychczas w miseczce z lodami, powędrował z pustego naczynia na jej napój. A potem na słomkę. A za słomką zobaczył coś, czego nigdy wcześniej jego mózg nie zarejestrował. Coś, co każdy inny od razu zauważał w Sonie na odległość i co on w innych osobnikach płci pięknej zauważał na początku. A w tym przypadku jego mózg i oczy uknuli jakiś spisek. Tak czy inaczej, patrzył się teraz w miejsce, w którym kończyła się bluzeczka Sony. I powyżej. I poniżej. I patrzył tak szeroko otwartymi oczami, z uniesionymi wysoko swoimi małymi brewkami, a jego buzia otworzyła się nieprzyzwoicie.
Sona zauważyła, że coś jest nie tak, jednak nawet w snach nie podejrzewałaby Grimmjowa o to, że dopiero teraz zauważył jej biust. A raczej jego wielkość. Przestała pić soczek i spojrzała się na niego zaniepokojona.
„Wszystko w porządku?” – podtknęła mu telefon przed oczy. Dopiero po chwili Grimm się odwiesił.
- E… A… - spojrzał na wyświetlacz. – Ta-ak. Dobrze. Jest. Chyba.
Dalej był w szoku.
Sona poszła do łazienki, a on w tym czasie zapłacił rachunek i wysłał do swoich przyjaciół SMSa o treści „CZEMU MI NIE POWIEDZIELIŚCIE, ŻE ONA MA TAKIE WIELKIE CYCKI!?”.
Natychmiast otrzymał odpowiedzi.
Nnoit-pedał: LOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOL. JAKI DEBIL.
Ulqu: Miałem wrażenie, że nie masz wady wzroku.
Szayel-pedał: W tej chwili jestem zajęty. Odpiszę najszybciej jak będę mógł. Pozdrawiam, Szayel Aporro Granz. [Wiadomość wysłana automatycznie]
Wściekły na kumpli odłożył telefon. W międzyczasie jego mózg zarejestrował, że Sona zostawiła na stole telefon i chyba przyszła do niej wiadomość. Ciekawy Grimmjoffek sięgnął po aparat i zobaczył od kogo to. Nie miał zamiaru czytać wiadomości, nie jest przecież jakimś chamem, ale zainteresował go nadawca SMSa. Bo był on nim sam. Otworzył SMSa.
„CZEMU MI NIE POWIEDZIELIŚCIE, ŻE ONA MA TAKIE WIELKIE CYCKI!?”
Prawie dostał zawału, po czym usunął jak najszybciej wiadomość i odłożył telefon. Przez przypadek musiał zaznaczyć więcej odbiorców tego SMSa niż planował. Szkoda tylko, że Grimjoffek nie sprawdził do ilu osób wysłał tą wiadomość. Bo oprócz Sony na liście nadawców znajdowała się też… jego mama. Chociaż może to i dobrze. Mniej stresu do czasu, aż nie wróci do domu.
***
Od: Grimmjow J.: Szajel jest problem wejdz na kompoter to ci napisze
***
DrSzaySzay:
Tak?
GrimmjowJ1995US:
dostałem szlaban
DrSzaySzay:
Jaki szlaban?
GrimmjowJ1995US:
nie moge iść na impreze
DrSzaySzay:
Dlaczego?
GrimmjowJ1995US:
wysłałem mamie tego smsa co wam
DrSzaySzay:
Rozumiem. Następnym razem uważaj bardziej. Muszę iść spać. Dobranoc.
GrimmjowJ1995US:
dobranoc
***
GrimmjowJ1995US:
noit dostałem szlaban i nie mogę iść na impreze
SantaTeresa:
LOL
SantaTeresa:
ZA CO?
GrimmjowJ1995US:
wysłałem mamie tego smsa co wam
SantaTeresa:
LOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOL
***
Od: Grimmjow:
ulku nie idę na impreze mam szlaban bo wysłałem mamie smsa tego co wam a noit tylko się ze mnie śmieje :(
Do: Grimmjow:
Przyjde do ciebie wiec jutro. Nie mam zamiaru isc na jakas impreze.
Od: Grimmjow:
eh prawdziwy przyjaciel Ulqu dzieki kupie popcorn
***
Czyli został uratowany. Chociaż właściwie i tak mu wszystko obojętne. Tak czy inaczej Grimmjow miał jedną rzecz, której nie miał Ulqu, a którą chciał mieć: telewizor. To była jedna z tych rzeczy, które sprawiały, że nie musiał myśleć o niczym, mógł wyłączyć się całkowicie.
***
Czy Szayel dotrze na imprezę? Czy Grimmjow pokona wszelkie przeciwności i zdobędzie serce Sony? Czy Nnoitra wygra los na loterii?
Tego dowiecie się nigdy!
Subskrybuj:
Posty (Atom)