LISTA STRON

|SŁOWO WSTĘPU|

Witam szanownego czytelnika w swoich skromnych progach.
Zapraszam do zapoznania się ze spisem mojej "twórczości" i wybraniem odpowiadającej sobie pozycji.
W razie problemów zapraszam do zakładki "Bohaterowie".
Życzę miłej lektury!

PS Będę wdzięczna za wszelkie komentarze~!

|Statystyka, co mnie na duchu wcale nie podnosi ani nic|

sobota, 7 września 2013

15# Życie w NY - Coraz bliżej... bal. Przedstawienie tajm.

NIE, SPOKO, JA BARDZO LUBIĘ PISAĆ, SERIO, SZCZEGOLNIE JAK MAM WENĘ. SZCZEGÓLNIE JAK PRODUKUJĘ SIĘ I DORABIAM KOMIKS I RYSUNEK.
***

(jeśli nie widzisz dobrze tekstu otwórz w nowej karcie)


- A widziałeś przy wejściu tabliczkę z napisem „Rudym wstęp wzbroniony”? – spytał Reżyser puszczając Kirę. Izuru poprawił rozciągniętą bluzę od mundurka i speszonym wzrokiem zerknął w stronę Kurosakiego.
- Nic mi nie przeszkodzi w pomaganiu moim przyjaciołom – odparł Ichigo. – Nawet wszystkie prawa.
Reżyser podszedł do rudego i złapał go za koszulę, tak jak wcześniej zrobił to Izuru.
- Nie masz przyjaciół. Wynocha.
- Czego brakuje rudemu na imprezie? – zaćwierkała Lux schodząc ze sceny. Nastała cisza. – ZAPROSZENIA! Hihihihihihi~
Reżyserowi niebezpiecznie zadrgała brew. Wyrzucił Ichigo z sali zamykając szczelnie drzwi.
- Kira, Premingerem zajmiemy się później. Masz jeszcze jakieś informacje?
Izuru zerknął na drugą stronę kartki.
- Tak… Podpytałem całą ekipę o różne rzeczy i mam z tego interesujący raport. Otóż, uważają że: Lux ma za krótkie włosy do tej roli, dlatego Annę Luizę powinna zagrać Janna; Sivir całkowicie nie pasuje do tej roli biorąc pod uwagę, że Anna Luiza i Eryka wyglądają tak samo, a Lux nie ma… ekhm… Sivir ma INNE kształty…
- Że niby jestem gruba? – rzuciła pytaniem „Eryka” odwracając się gwałtownie, przez co odpięło się kilka agrafek przytrzymujących jej sukienkę.
- Czego ja nie mam? – spytała pretensjonalnie Lux.
- Znaczy... Nie wiem… Pytaj innych… - Izuru zadrżał zawstydzony.
- Coś jeszcze? – mruknął Reżyser.
- Tak… Ekipa myśli, że Jarvan gra króla Dominika, ponieważ sam pochodzi z rodziny królewskiej…
Reżyser pomasował skroń.
- Trudno. Mam gdzieś opinie ludzi. Musimy teraz znaleźć kogoś, kto będzie mógł…
- Przecież mogę ubrać perukę? – Lux uwiesiła się na ramieniu Reżysera.
- Co-?
- No bo mam za krótkie włosy niby… - smuteczek.
- Nie. Jest dobrze. Poza tym potem i tak będzie fragment z perukami, nie chcę ryzykować, że ściągniesz dwie peruki naraz.
- A Erykę może zagrać Caitlyn… Chociaż nie chce, ale mogę ją zmusić – zrobiła zawziętą minkę.
- NIE. Sivir IDEALNIE pasuje do tej roli. Chłopka nie może być chuda jak patyk. Musi mieć mięśnie tu i tam. Nie wolno wierzyć realiom z tej głupiej bajki z Barbie…
- Ta bajka nie jest głupia. Poza tym sam wybrałeś ten tytuł na przedstawienie…
- …nie ważne – odczepił od siebie Lux. – Kira, nie znasz kogoś kto mógłby być tym cholernym Premingerem?
Izuru przeanalizował w myślach ludzi ze szkoły. Preminger był chudy, brzydki i miał skrzekliwy głos. Właściwie to znał kogoś takiego…
- Nnoitra Jiruga – zaproponował. – Wprawdzie on jest z drugiej klasy…
- Nie szkodzi. Idź do niego natychmiast i spytaj czy byłby chętny.
- Spytam jutro, już jest dawno po lekcjach.
- Okej. Tylko ma się zgodzić. Nie obchodzi mnie jak to zrobisz.
***
Nami chowała właśnie książki w szafce. Zaplanowała na dzisiaj poszukać na przerwie obiadowej Jannę, z którą kiedyś tak miło jej się rozmawiało. Ruszyła więc korytarzem kierując się na stołówkę. Mijała po drodze różne dziwne osoby, ale powoli przyzwyczajała się do tej szkoły. Szkoda tylko, że niedługo ją kończy.
Nami przyjechała do XXL Liceum w Nowym Jorku, zaledwie trymestr temu. Zmusiła ją do tego sytuacja finansowa – wygrała bilion dolarów w TotoGniotku, więc chcąc czy nie chcąc musiała przeprowadzić się z Singapuru do NY. Wybrała tą szkołę ze względu na to, że (według Map Google) miała najmniejszą odległość od bramy wejściowej do najbliższego NorthFisha.
Szła więc teraz korytarzem stukając dosyć głośno swoimi pantofelkami od MiuMiu i powiewając blond włosami z turkusowym ąbre. Według większości ludzi wyglądała dziwnie: miała nieco żółtawy odcień skóry, który dziwnie wtapiał się w kolor włosów. Nazywano ją „Chinką”, albo „Japonką”, dlatego nigdy nie nosiła japonek. Plotka głosi, że między palcami u stóp ma błony jak jakaś syrena albo ryba. Już pierwszego dnia pobiła rekord szkoły w pływaniu na wszystkie sposoby.
Dobra, nieważne. Kogo to obchodzi.
Kiedy Nami już doszła do stołówki, musiała przyzwyczaić się do słońca, które w denerwujący sposób odbijało się od białych kafli podłogowych. Rozejrzała się i po chwili zauważyła Jannę. Jak zawsze siedziała z pewną błękitnowłosą dziewczyną.
- Cześć – powiedziała podchodząc do ich stolika. Janna przywitała się z nią serdecznie, jednak jej towarzyszka, jak i platynowowłosa Murzynka z dwoma kitkami na czubku głowy nie odrywały wzroku od dżdżownicy pełzającej po jabłku polanym sosem rzepakowym.
- To jest Sona – Janna wskazała na błekitnowłosą, która uniosła głowę ku Nami i uśmiechnęła się przyjaźnie. – Jest niemową, ale proszę, nie przejmuj się tym. A ta obok to Poppy.
Murzynka jednak nie podniosła głowy tylko zaczęła miażdżyć dżdżownicę plastikowym widelcem. Wyglądała jak karzeł, który żywi się sterydami.
- Miło mi was poznać. Jestem Nami – uśmiechnęła się niepewnie. – Mogę się do was dosiąść?
- Pewnie. Nie jesz obiadu?
- Nie, jem po szkole w NorthFishu – usiadła na wolne miejsce starając się nie zerkać na to co działo się z biedną dżdżownicą. Zastanawiała się jak przy takim widoku Sona może w spokoju jeść swoją sałatkę.
- Nie byłaś długo w tej szkole, ale mam nadzieję, że skorzystasz z całego „pakietu” dla ostatnich klas – Janna wbiła widelec w spaghetti i zaczęła zawijać wokół niego makaron.
- „Pakiet”? Masz na myśli bal i przedstawienie? – Nami przeniosła wzrok z robaka na koleżankę.
- Przedstawienie, bal i imprezy po-balowe. Wiesz już do kogo idziesz?
- Chyba nigdzie nie idę… Nie orientuję się kto je robi… - zakłopotała się.
- Możesz iść z nami. Idziemy do Dravena. Podobno zaprosił jakiegoś niezłego DJa, ale nikt nie wie kto to.
Sona uśmiechnęła się pod nosem przeżuwając sałatkę, do której Poppy dosypała jej proszku z dżdżownicy.
- Bardzo chętnie. Hm… Który to Draven?
- To chłopak z drużyny koszykarskiej, świetnie rzuca piłką z drugiego końca boiska. Może nie wygląda, ale jest bardzo popularny i ma wiele fanek – rozejrzała się po stołówce. – O, siedzi z resztą drużyny. To ten w opasce na włosach i śmiesznych wąsach.
Nami spojrzała w tamtą stronę. Draven wyglądał jakby chodził do tej szkoły co najmniej 10 lat.
- Fuj…
- No, ale robi świetne imprezy. I nie trzeba należeć do elity, aby tam przyjść, jest naprawdę spoko.
Poppy wstała i wyszła.
- Cóż, pewnie myślisz, że jest niemiła… - szepnęła Janna odprowadzając Murzynkę wzrokiem. – Po prostu nie lubi obcych ani tematów o Dravenie… Kiedy pierwszy raz chodziła do pierwszej klasy był jej chłopakiem, ale potem stał się popularny i musieli zerwać.
- Aha – Nami zastanawiała się nad słowami „pierwszy raz do pierwszej klasy”. Ciekawe który raz Draven chodzi do ostatniej klasy.
- No ale nie gadajmy o tym. Co sądzisz o szkolnym przedstawieniu?
- Zapowiada się ciekawie. Jak byłam mała bardzo lubiłam tą bajkę, miło będzie obejrzeć jej interpretację na żywo.
- Będzie wspaniale. Podobno mają idealne repliki strojów. A grać będzie nasza szkolna orkiestra. Sona gra w niej na pianinie.
- Oh, to świetnie. Myślałam, że muzykę puszczą z odtwarzacza. Nie wiedziałam nawet o orkiestrze szkolnej  - uśmiechnęła się do Sony.
***
- Panowie, bal i imprezy się zbliżają, a my nie mamy z kim iść – zaczął Szayel.
- EKHEM.
- No dobra. My, OPRÓCZ GRIMMJOWA, nie mamy z kim iść. Mam plan C, ale chciałbym najpierw mieć plan A i B.
- Jaki to plan C? – spytał Ulqu.
- Pójdziemy na przedstawienie…
- NIEEEEEEEE…
- …i tam znajdziemy partnerki. Jak wiadomo, niewiele naszych kolegów chodzi na przedstawienia, a szczególnie na adaptacje bajek z Barbie…
- …EEEEEEEEEEEE…
- …Minus jest taki, że przedstawienie odbywa się dzień przed balem, dlatego to jest plan ostateczny, jeżeli inne nie wypalą…
- …EEEEEEEEEEEE…
- …Nnoit, mógłbyś się zamknąć?
- …EEEE. … Nie.
- Ja ciebie bardzo proszę, mógłbyś zachować powagę, kiedy gadamy o tak ważnych rzeczach. Ja wiem, że…
Cała czwórka wbiła wzrok w blondyna, który do nich podszedł.
- Y… Nnoitra? – Izuru zerknął na najwyższego z nich kątem oka patrząc na pozostałych czy aby nie chcą mu coś zrobić. – Możemy pogadać?
- …dobra.
Oddalili się więc na bok.
- Kira zaprasza Nnoita na bal? Interesujące. Takiego obrotu sprawy się nie spodziewałem… - Szayel zamyślił się. – Tak czy inaczej to bardzo ułatwia sprawę. Nnoit nie będzie musiał iść na przedstawienie. Właściwie to ty, Ulqu, nie potrzebujesz partnerki na bal, bo pewnie i tak nie pójdziesz, więc całą czwórką skupmy się na tym, żeby znaleźć mi partnerkę…
Nnoit wrócił do przyjaciół.
- I? – Szayel uniósł pytająco brwi.
- Idziemy na przedstawienie. Wszyscy.
- …tak, wiem. Musimy znaleźć mi partnerkę…
- Nie. Dostałem rolę. Właściwie to główną rolę – Nnoit przeczesał swoje przetłuszczone włosy dłonią.
- Grasz księżniczkę? – Szayel uniósł brwi jeszcze wyżej.
- Biorąc pod uwagę włosy to pewnie żebraczkę – mruknął Ulqu.
- Sam jesteś żebraczka! – Nnoit szarpnął go za ramię. – To, że mam tłuste włosy nie oznacza, że nie mogę grać księżniczek! – wydarł się na pół korytarza.
- Chodziło mi o to, że Anna Luiza jest blondynką. Eryka ma ciemne włosy – wyjaśnił Ulqu.
- Brawo, Nnoit, brawo, teraz cała szkoła wie, że twoim marzeniem jest zagrać księżniczkę – Szayel poprawił okularki.
- I że masz tłuste włosy – wyszczerzył się Grimmjow.
- Tak czy inaczej, skoro Kira nie zaprosił ciebie na bal, to już nikt cię nie zaprosi po tym co teraz zrobiłeś – stwierdził różowy.
- …CO? Niby czemu KIRA miałby MNIE zapraszać na bal?
- Nie ważne. Pochwal się lepiej kogo grasz.
- Premingera.
Nastała cisza.
- Nnoit, wiesz jak on wygląda, prawda? – spytał Szay.
- E… No mniej więcej. TAK CZY INACZEJ, to jest główna zła postać w całym przedstawieniu…
- I ty się zgodziłeś?
- …no tak. Będę grać super złola i…
- Pewnie teraz nie możesz im odmówić…
- KURNA, SZAYEL, NIE MAM ZAMIARU ODMAWIAĆ TAK EPICKIEJ ROLI.
- Preminger ma białą perukę wystylizowaną jak damy w epoce oświecenia.
- Nie musiałeś mu tego mówić w ten sposób, Ulqu…
- …CO-
- To.
- …NIE BĘDĘ NOSIŁ ŻADNEJ PERUKI – wrzasnął Nnoit dodając parę przekleństw i ruszył szukać Izuru.
***
Od: Nii-sama
/Szayel nie pozwala mi isc na bal./

Do: Nii-sama
/A chcesz isc?/

Od: Nii-sama
/Uwazam, ze byloby to interesujace przezycie./

Do: Nii-sama
/A mialbys z kim isc?/

Od: Nii-sama
/Nie. Szayel i Nnoitra tez nie maja z kim./

Do: Nii-sama
/Nie dziwie się. A Grimmjow?/

Od: Nii-sama
/Ma z kim./

Do Nii-sama:
/…………………………………Dobra. Nie chce wiedziec z kim. Tak czy inaczej lepiej nie idz, bo masz isc ze mna na nasz bal ostatnich klas, wiec jak teraz pojdziesz to pewnie nigdy wiecej nie będziesz chcial isc./

Od: Nii-sama:
/Masz racje. Sprobuje ich namowic na inny sposób spedzenia wolnego czasu przed zakonczeniem roku./
***
- Panowie, bal już za tydzień, a ja nie mam pomysłów. Chyba nie uda nam się w tym roku iść – ogłosił smutno Szayel.
- To dobrze – stwierdził Ulqu.
- A gdzie jest Grimmjow i Nnoitra tak w ogóle?
- Grimmjow jest nie wiem gdzie, a Nnoitra jest na próbie. Kazał przekazać, że nie będzie miał tej wstrętnej peruki, zgodzili się na jego prawdziwe włosy.
W tej chwili podszedł do nich Grimm.
- Zgodzili się, bo pewnie w peruce wyglądałby za ładnie, HAHAHAHAHAHA – zaśmiał się.
- Nie otwieraj tak szeroko buzi – skarcił go Szayel. – Cóż, mnie raczej zastanawia dlaczego zgodzili się na jego włosy…
- No przecież mówiłem.
- Chodzi mi o to, że nie rozumiem dlaczego Reżyser zgodził się na takie odstępstwo od oryginału. Słyszałem już niezadowolenie ekipy w sprawie głównych bohaterek, a tutaj jeszcze takie coś…
- A kto to reżyseruje?
- Mówiłem przecież, Reżyser.
- ???
- Pamiętasz przedstawienie, które odbyło się rok temu?
- A co było rok temu?
- Star Trek. Podobno jedyne przedstawienie z całej historii szkoły, na którym męska widownia liczyła ponad 10%. Zajmował się tym Reżyser, który zawsze stawia na idealne odwzorowanie z oryginałem. Niestety chyba nikt nie wie jak on się naprawdę nazywa, ani czy w ogóle jest uczniem lub pracownikiem tej szkoły… Słychać o nim tylko w okresie przygotowywania przedstawienia na zakończenie ostatnich klas.
- A no tak. To było świetne, ten Star Trek – Grimmjow zaczął na głos zachwycać się na nowo idealnym zobrazowaniem filmu w tej sztuce, kiedy podszedł do nich Nnoitra.
- Joł – przywitał się z większym uśmiechem niż zawsze.
- Już po próbie? – spytał Ulqu.
- No. Znam nawet wszystkie kwestie na pamięć. Wiecie co, takie uczenie się tekstu do mjuzikalu jest zupełnie inne niż do zwykłych przedstawień.
- A co się tak szczerzysz jak idiota? – spytał Szayel wiedząc, że taki uśmiech zawsze coś oznacza.
- W sobotę jest impreza dla członków ekipy. I mogę was zabrać ze sobą. Są tam całkiem niezłe laski. Grimm, nawet twoja Sona tam jest.
- Coooo? – niebieskowłosy przerwał zachwycanie się ubiegłorocznym przedstawieniem. – Ona idzie na imprezę BEZE MNIE?
- ŻYCIE.
Grimmjow zniknął im z pola widzenia. Nnoit wyśmiał go po czym poczuł czyjąś rękę na swoim ramieniu. To był Szayel, który uniósł po chwili głowę wpatrując się w jego jedyne oko, zalewając łzami swoje dwa oczka.
- Jesteś prawdziwym przyjacielem, Nnoitro, uratowałeś nas przed niepójściem na bal i imprezy po balu.
- WIEM. JESTEM SUPER – stwierdził Nnoit a wiatr z przeciągu przewiał mu włosy.

niedziela, 25 sierpnia 2013

14# Życie w NY - nowi ludzie, nowe problemy

WITAJCIE LUDZISKA. Uwielbiam pisać sama dla siebie, bo wiem, że tylko ja czytam tego bloga! Może powinnam dawać sama sobie KOMENTARZE?

***

Zbliżał się koniec roku szkolnego, a to oznaczało coraz większe luzy w szkole. Nie dotyczyło to oczywiście osób z ostatnich klas, gdyż (w większości) żyły tylko rekrutacją na studia.
- Ja się na pewno dostanę i ty pewnie też i będziemy chodzić do szkoły razem, to takie super! – emocjonowała się błękitnooka blondynka w damskiej łazience czekając aż jej przyjaciółka poprawi sobie makijaż. – Yale jest taką super pro szkołą, pewnie będzie dużo fajnych chłopców… Ah, na pewno się dostanę, przecież jakbym mogła się nie dostać, przecież…
- LUX. Ogarnij się – Caitlyn zmierzyła jej odbicie zirytowanym wzrokiem, po czym skupiła się na nakładaniu tuszu na drugie oko. Odkąd Lux dowiedziała się, że ktoś z jej „listy przyjaciółek” złożył podanie do Yale nie odstępuje tego kogoś na krok. Pech chciał, że to była Cait.
- Jak ty możesz zachować taki spokój!? Przecież to takie emocjonujące wydarzenie! Koniec z mieszkaniem z rodzicami! Koniec z chodzeniem spać o 20!
Cait niebezpiecznie drgnęła brew. Lux była dziwna. Wyglądała jak typowa blondynka bez mózgu, ale dodatkowo wiodła jakieś zmutowane życie. Mieszkała sobie z rodzicami w wielkiej willi na obrzeżach Nowego Jorku, żyła jak księżniczka. I chodziła spać o 20. Jej życie towarzyskie polegało na zabawach z młodszym kuzynostwem i pogawędkach ze służbą. Nie miała znajomych, ludzie wiedzieli, że jest obrzydliwie bogata i albo uważali ją za snobkę, albo za blondynkę bez mózgu.
Cait natomiast mieszkała w małej miejscowości obok Nowego Jorku, gdzie jej ojciec przewodził super pro oddziałem policyjnym. Dziewczyna codziennie dojeżdżała do szkoły, jednak w ostatnim roku otrzymała w spadku mieszkanie w NY, dzięki czemu w końcu chodziła na lekcje wyspana.  Jednak ciągle denerwowało ją to wielkie miasto i tutejsi ludzie. Wiele razy myślała o tym, aby rzucić szkołę i pracować z ojcem. Mimo wszystko w głowie nadal miała słowa dziadka: „Jeśli nie ukończysz szkoły z Ligi Bluszczowej, bluszcz obrośnie ci stopę”. Dlatego jej misją było ukończenie Yale… i już zaczęła żałować, że wybrała właśnie tą szkołę.
- Cait, a może jeszcze raz poczytamy sobie listę osób, które złożyły tam podania? – Lux wyciągnęła obszerną teczkę, którą załatwił jej tata, z listą kandydatów do Yale.
- Nie.
- Ale popatrz, tu są wszyscy chłopcy z tej szkoły za rogiem…
- Tak, i wszystkie dziewczyny też. Dlatego, dzięki twojemu informowaniu świata o wszystkim, z naszej szkoły startujemy tam tylko my.
„Szkoła za rogiem” wygrywała w każdych rankingach z tutejszym liceum, więc po „zabierającej wszelką nadzieję” informacji Lux, ludzie stracili chęć na Yale.
- O nie, nie! Właśnie, że nie! – zaprzeczyła blondynka przybierając poważny wyraz twarzy i machając wskazującym palcem jakby karciła przedszkolaka. – Jest jeszcze ktoś z naszej szkoły, i pomimo tego, że jest cyganem, nie możemy go traktować jakby był Murzynem!
Cait walnęła głową w zlew.
- No dobra. Więc kto to jest?
- Twisted Fate.
- …kto? – Cait zanurkowała w umyśle próbując przypomnieć sobie czy kiedykolwiek słyszała o kimś takim. Bez rezultatu.
- Twisted Fate.
- No dobra… ale kto to?
Lux wyciągnęła z torebki inną teczkę i podała koleżance. Wyglądało to jak tajne akta szkolne, które przechowywane były w sekretariacie.
- Skąd ty to… - chciała spytać Cait, ale odpowiedź sama przyszła jej na myśl – tatuś Lux i jego obszerne znajomości na Fejsbruku. Chwyciła akta i zaczęła je przeglądać. Dane personalne mało ją interesowały, przyjrzała się raczej zdjęciu doczepionemu taśmą klejącą do dokumentu. Nie przypominała sobie, aby widziała kogoś takiego na korytarzu.
- Ty masz akta wszystkich w tej torebce?
- Nie, tylko osób, które idą ze mną do szkoły.
- A skąd wiesz, że się… chwila. Moje też? – Cait zmarszczyła brwi.
- Jasne! Ale ci nie pokażę – Lux przybrała niewinny wyraz twarzy i przycisnęła torebkę do piersi. Cait oddała jej akta Fate’a i wyszła z łazienki. Blondynka podreptała za nią.
***
- Panowie. Nasz klub nie wypalił – ogłosił Szayel pewnego dnia. Od tego czasu zdążyli zapomnieć o tym, że przez Grimma, który poprzez striptiz na stołówce chciał zareklamować nowo powstały szkolny Host Club, szanse na powstanie klubu spłonęły jak Joanna.
Tym czasem spotkali się całą czwórką w kącie korytarza.
- Panowie – przemówił różowo włosy. - Niedługo bal z okazji pożegnania ostatnich klas. Nie tyle ważna jest obecność w tym wydarzeniu, jak w imprezach po owym balu. Jak to mówią: „nie ważne z kim pójdziesz na bal, ważne z kim obudzisz się w łóżku”. Jednak, aby się wkręcić na jakąkolwiek imprezę, trzeba mieć partnerkę na bal, aby zacząć jakiekolwiek imprezowanie. Panowie, rozpoczynam akcję „Znajdź ostatnią płotkę”!
- …płotkę? – Grimm uniósł idealnie wydepilowane brwi. – A nie lepiej szprotkę?
- A nie lepiej „Ogarnij Szayela aby wymyślał normalne nazwy misji skoro już musi je wymyślać”? – spytał Nnoit po czym oberwał tuńczykiem w łeb.
- Nazwa jest nie ważna. Przedstawię wam plan. Jest prosty. Znajdujemy czworaczki, które są zagubione w tej szkole i nie mają z kim iść na bal, bo nie chcą zostawić ani jednej siostry bez partnera. Czwórka takich facetów jak my, z pewnością rozwieje ich problem…
- W szkole nie mamy czworaczek – skomentował Ulquiorra.
Szayel wydał się przybity.
- Nie musisz mi niszczyć marzeń, Uqlu-sama…
Grimmjow podał mu chusteczkę.
- Ale na szczęście mam plan B! – Szayel wydmuchał nos. – Ogłosimy casting na partnerkę na bal, z pewnością wszystkie dziewczęta będą się pchały abyśmy to my byli ich partnerami!
- Chyba tylko te, których nikt nie chce.
Kolejny cios od Ulqa.
- Nie wiem jak wy, ale ja mam z kim iść – uśmiechnął się Grimmjow. Zapanowała cisza.
- Masz z kim iść? – Szayel poprawił nerwowo okulary. – Wybacz, ale nie widzieliśmy w ostatnim czasie, abyś zadawał się z jakąkolwiek niewiastą z tej szkoły.
Nnoit i Ulqu przyznali mu rację.
- Bo nie chodzicie na zajęcia wyrównawcze w piątki... – mruknął wściekle Grimm wstydząc się tego z lekka. Musiał chodzić na zajęcia, aby poprawić oceny z angielskiego.
- A więc tam ją poznałeś… Opowiedz nam o niej – Szayel przyjął ton przyjaciela-geja.
- No więc… Ma na imię Sona…
Nnoitra zaśmiał się swoim zmutowanym śmiechem.
- Zazwyczaj zaczynając opowieść o nowopoznanej lasce mówisz „Ma duże cycki…”… AUĆ – przerwał, gdyż oberwał od Ulqa w nos. Cała trojka patrzyła zniesmaczona na Nnoita.
- Co jest?
- Grimmjow też ma uczucia – powiedział Ulqu i pogłaskał Grimma po głowie.
- A idźcie sobie, wy geje – Nnoit urażony machnął na nich ręką i staną metr dalej.
- Teraz możesz mówić dalej – Ulqu zwrócił się do Grimma również przybierając ton przyjaciela-geja (chociaż on właściwie ma zawsze taki ton).
- No więc… - Grimm lekko się speszył. – Ma niebieskie włosy jak ja, tylko takie długie i… jest z ostatniej klasy… i nie umie mówić…
Nnoit znowu rzygnął śmiechem.
- Więc nie miała jak powiedzieć, jakim kartoflem jesteś… - tym razem oberwał w nos prosto z buta Grimma. Zaczęli się więc bić, ale to nudne i niewarte opisu.
***
- Ej, Kat, chcesz przyjść na targi gier? – spytała Konata pewnego czerwcowego dnia.
- Jakie targi?
- Mój klub robi małe targi na zakończenie roku…
- …jaki klub?
- Klub Gier Komputerowych.
- …co? – Kat rzuciła Konacie spojrzenie pełne wyrzutu. – Czemu ja nie wiedziałam o tym klubie?
- Bo był tajny – zachichotała. – Oficjalnie działaliśmy jako Kółko Matematyczno-Fizyczno-Wuefowe, bo wiedziałam, że nikt nie będzie chciał do takiego kółka należeć.
- Czemu mi nie powiedziałaś?
- Ups… - zaśmiała się Konata patrząc jak Kat zalewa się łzami. – Tyle przegrać… No ale nic. Jak chcesz to się jeszcze załapiesz na ostatnie zajęcia. Dzisiaj po lekcjach w sali informatycznej.
I poszła. Kat myślała czy iść czy nie… ale zdecydowała, że pójdzie. Bo czemu by nie.
Tak więc po skończonych zajęciach ruszyła w stronę sali. Było to na drugim końcu szkoły, więc Konata pewnie już była na miejscu. Bo jeśli nie, to Kat mogła czasem stanąć oko w oko z innymi członkami klubu, czyli OBCYMI LUDŹMI, a tego nie chciała.
Stojąc przed drzwiami zawahała się chwilkę, jednak powoli otworzyła drzwi i zerknęła do środka. Przy białej tablicy stała Konata i rysowała kolorowymi markerami coś na tablicy.
- H-hej… - przywitała się nieśmiało Kat z resztą członków koła, jednak dopiero po chwili zebrała się na odwagę aby zerknąć po owych ludziach. Była tam jedna osoba. Nie jest źle.
- Hej – przywitała się owa osoba. Była płci męskiej. Spojrzała na Kat po czym kontynuowała wnikliwe oględziny planu narysowanego przez Konatę.
- Dobrze, że jesteś – niebiesko włosa wskazała jej puste krzesełko obok randoma. – Usiądź i patrz. Właśnie rozrysowywuję dobrą strategię do PvP w Majnkrafcie.
- Okej… - Kat usiadła. W sali panowało milczenie, słychać było tylko pisk pisaków rysujących po tablicy.
- Mogę spytać o co właściwie chodzi? – spytała Kaczi po jakimś czasie.
- Przecież mówiłam! – warknęła Konata wyrwana z transu.
- Ale to już trochę trwa, myślałam, że robi się tu bardziej konstruktywne rzeczy…
- A to nie jest konstruktywne!?
- Jest, ale… od kiedy grasz w Majnkrafta?
Konata zamknęła pisak.
- Nie gram ale czemu nie mogłabym opracowywać dobrych strategii? – uśmiechnęła się.
- …
- Tak w ogóle fajnie by było jakbyś się zapoznała z naszym nowym kolegą. Dołączył do nas w poprzednim trymestrze, wspominałam ci o nim, ale nie miałam okazji was sobie przestawić. No więc, to jest Cielu – wskazała palcem na owego randoma.
- Miło mi ciebie poznać – Kat wysiliła się na uprzejmy uśmiech. – Jestem Kat…
- Wiem, Konata mi opowiadała o tobie – uśmiechnął się aspołecznie. - Fajnie, że zgodziłaś się robić kosplej szamanki z Metina do naszej grupki…
Kat dostała zawału.
- C-co…!?
Konata zachichotała tylko i kontynuowała mazianie po tablicy.
***
Czym byłoby dobre opowiadanie bez wątków dramatyczno-miłosnych! (dlatego to nie jest dobre opowiadanie, bo tu takich nie ma :( )
***
Blond chłopiec, nazywany w klasie „Naruto” albo „Izrael” wracał właśnie do domu. Mijał rozwalone kamienice. Mieszkał w najniebezpieczniejszej dzielnicy Murzynów w Nowym Jorku. Tutaj wszyscy hejcili go za to, że był białym blondynem. Mieszkał z rodzicami i dziadkiem, który zawsze powtarzał, że pomylił dzielnice podczas kupowania mieszkania. Niestety nie było ich stać na zmianę miejsca zamieszkania, dlatego chłopak pogodził się ze swoim losem. Czasem chodził do China Town owej dzielnicy z nadzieją, że spotka tam kogoś, kto kilka razy ocalił mu życie. Był to jego mistrz, który czasem uczył go sztuk walki. Półkrwi Chińczyk, tolerowany tylko ze względu na to, że jego ojciec, Afroamerykanin, przewodził wietnamsko-tajsko-nigerysjkim gangiem słynącym ze swojej pysznej zupy.
Także tego dnia blond chłopak miał spotkać swojego mistrza. Jednak znowu było to spotkanie z powodów negatywnych. Blondyna znowu zaatakowali członkowie gangu „Paris Hilton – jedyna słuszna blondynka”. Na szczęście i tym razem uratował go jego przyjaciel – Yi. Oboje pomagali sobie w każdej sytuacji, byli w pewnym sensie przyjaciółmi. Jednak o ile chłopak traktował Yi jak swojego mistrza, ten patrzył na niego nieco inaczej…
- Znowu mnie uratowałeś, dziękuję – uśmiechnął się blondyn patrząc jak pół-Chińczyk chowa swój ostry wypiercingowany miecz.
- To dla mnie psijemność – odrzekł Yi. – Będę ciebie zawsie chronić, bo wiem, zie ty będzie teś wśpierać mnie – położył mu rękę na ramieniu patrząc mu w oczy. Chłopak nie widział jego oczu – Yi nosił zazwyczaj hełm, w którym wyglądał jak skrzyżowanie muchy z Obcym. I nawet dobrze. Pół-Chińczyk nie chciał aby blondyn czasem odkrył, jakimi uczuciami został obdarzony. Od pierwszego ich spotkania Yi czuł, ze musi go chronić za wszelką cenę…
***
Jeśli po powyższym fragmencie sądzisz, że w kolejnym odcinku Yi i Ezreal skończą w łóżku, jesteś wstrętną yaoistką :c
***
I taki tam bonusik, bo jak piszę raz na ruski rok, to napiszę więcej xD
***
Jego przyjaciele już poszli, jednak on został i poczekał na nią. Nnoit to cham, pomyślał, czemu się z nim zadaję właściwie… Zauważył ją. Szła z jakąś długowłosą blondynką, która coś jej opowiadała, a potem pożegnała się z nią uściskiem. Gdy zniknęła, Grimmjow ruszył w stronę Sony.
- Cześć. Chcesz może pójść na lody czy coś nim odprowadzę cię do domu? – spytał. Dziewczyna uśmiechnęła się i kiwnęła głową.
Poszli więc do najbliższej miłej kawiarenki. Po drodze opowiedział jej jak spędził czas w szkole, pomijając plan Szayela i rozmowę o niej. Pewnego dnia poprosiła go, aby opowiadał jej różne rzeczy, bo bardzo to lubi, więc robił to. Czasem było mu głupio, bo odruchowo zadawał pytanie „A co u ciebie?”, ale widać, że nie czuła się tym urażona. Nie mówiła od urodzenia. Wiedział o niej sporo, pisali ze sobą całymi wieczorami. Wtedy nie czuł się tak bardzo niezręcznie. Dzisiaj jednak musiał ją o coś spytać.
- Słuchaj… czy spotykasz się ze mną tylko dlatego, że chcesz być miła, albo coś związanego z tym, że… nie możesz mówić?
Sona zmarszczyła lekko brwi. Pewnie teraz mnie zabije, pomyślał Grimm, jestem idiotą.
Ale nie. Wyciągnęła ona swój telefon, napisała mu odpowiedź i pokazała.
<<Jesteś chyba jedyną osobą z tej szkoły, która zapomina o tym, że nie mogę mówić>>
Grimm zawstydził się, jednak kiedy spojrzał na nią, nie wyglądała na złą. Była uśmiechnięta, jak zawsze. A nawet bardziej. Czyli to dobrze, że jest takim idiotą?
A kogo to obchodzi, skoro jako jedyny z całej czwórki Team of Espada ma z kim iść na bal?

piątek, 5 kwietnia 2013

12# Kat-filozof i kilka żartów

No to najpierw żarty:

1. Żart słowny:
-Kto był największym fanem Bleacha?
-Michael Jackson

2. Kanada jest jak białko od jajka. Nieubity jest przezroczysty.

3. Żart hetaliowy
- Nie jesteś w strefie Shengen, nie możesz tak po prostu wejść do niego!

To teraz filozofia. [Z dedykacją dla Marg]
1. My nie jesteśmy ciałami. To tylko takie formy, które dał nam Bóg do opieki. A czemu je dał? Ku śmiertelnym ciałom łatwiej kierować dobre uczynki niźli nieśmiertelnym duszom.
2. Świat potrzebuje dyktatora, który nałoży na niego ograniczenia aby nie robił się większy syf.
2a. Ludziom z UE się w tyłku poprzewracało. Za dużo wolności i przesadnej tolerancji, która jest coraz większym podlizywaniem się Islamowi. PAŃSTWA EUROPEJSKIE SĄ CHRZEŚCIJAŃSKIE. Oczywiście jest kilka wyjątków. UNIA EUROPEJSKA ZABIJA PAŃSTWOWOŚĆ I CHRZEŚCIJAŃSTWO. Mi naprawdę nie przeszkadzają wyznawcy innych religii w Europie. A im nie przeszkadza Chrześcijaństwo.
Wniosek: UE to zło i patrz punkt 2.
2b. Możliwa przyczyna powstania UE: UE powstało przez Stany Zjednoczone aby Europa naprawdę była jednym państwem i nikt nie mówił, że Amerykanie są głupi.

Dziękuję Francy za poparcie.
Kocham Was wszystkich <3

poniedziałek, 25 lutego 2013

11# Życie w NY - część kolejna

Y........ To powinno się dawno wysłać, ale Blogger robił jakieś problemy, dlatego końcówka wygląda inaczej niż tak, którą napisałam pół roku temu .^.'
Miłego.
(wysłane w sierpniu)
***
Pewnego mniej słonecznego dnia, kiedy tak bardzo nie chciało się wychodzić na dwór na długiej przerwie, Kat postanowiła pozwiedzać szkołę. Kiedyś trzeba. Bardzo nie lubiła tych półgodzinnych przerw, bo nie miała z kim ich spędzać. Wszyscy jej znajomi w tym czasie szli na obiad, udawali, że idą na obiad a tak naprawdę chcieli gapić się na Cullenów, uczyli się, odrabiali lekcje albo po prostu znikali. Tak więc wziąwszy w torbę zestaw na kolejną lekcję, Kaczi ruszyła w drogę.
Zwiedzanie polegało na obejściu wszystkich korytarzy.
Zajęło jej to 10 minut.
- Jeszcze mam kupę czasu... - mruknęła patrząc na wyświetlacz telefonu a przywieszona do niego świnka-dzwoneczek zabrzęczała. Westchnęła i rozejrzała się. A może by tak obserwować ludzi?
I nazbierać więcej znajomych, którzy nie mają pojęcia o twoim istnieniu?
Kat miała już kilku takich znajomych. Dużo o nich wiedziała, rozpoznawała ich w tłumie na odległość i czuła z nimi więź, ale... była dla nich obcą osobą. Znajomość jednostronna.
Kat potrafi.
Patrząc tak na ludzi, zauważyła ona chłopca, mniejszego chyba od Edwarda E., który zachwycał swoją obecnością wszystkich wokół. W ręce trzymał różowego pluszowego królika. (Tak bardzo widać co ostatnio czytałam?)
Czyżby dziecko któregoś z nauczycieli?
- Nie, to trzecioklasista.
Kat dostała zawału słysząc głos za sobą.
- Ty w myślach czytasz czy jak? - spytała Edwarda, który pojawił się znikąd.
- Jeśli ktoś w myślach wspomni o mnie to wysyła się do mnie też i kontekst, w którym o tym powiedziano.
- ...
- Mówiąc prościej: pomyślałaś o mnie patrząc na tamtego tam - skinął głową na małego - i się pytam czemu ci się z nim skojarzyłem? - oparł się o ścianę.
- ... bo wzrost.
Ściana okazała się drzwiami otwierami do zewnątrz, które nagle ktoś otworzył, tak więc miejsce złości u Eda zastąpiło "CO JEST-", kiedy wpadł na osobę otwierającą.
Na szczęście miał szczęście i była to tylko Pesa.
W sensie, że mógłby być to też Jason.
Pesadilla, drugoklasistka, nie cieszyła się dobrą sławą w szkole (co jest odwrotnie proporcjonalne do jej powodzenia u płci przeciwnej). Wszyscy wiedzieli, że na jej mniejszych lub większych usługach jest Jason - psychopata z maską hokejową na twarzy. Lecz nikt nie znalazł bezpośrednich dowodów na słuszność tej tezy (po prostu jak ktoś znalazł to już nie żył </3).
- Od, Edward, jak dobrze - przywitała się po czym blondyn wyzionął ducha.
Był gotowy na śmierć z jej rąk a tu taki tekst. Najbardziej zabójcze są nieprzewidywalne sytuacje.
- Chcę trochę zarobić dlatego pójdziemy do kina, ty stawiasz - odepchnęła go kijem na bezpieczną odległość.
- Co? - spytał dochodząc do siebie.
- Konata daje oferty umówienia się z tobą w zamian za dobra materialne.
Kat powoli wysunęła się z kadru.
- Co... - spróbował to ogarnąć. - ...CO!? ...Tell me about it.
Kat wędrowała dalej mając nadzieję na szybki koniec przerwy. Wtem coś wciągnęło ją w głąb pustego korytarza.
- Ktoś napisał tu twój numer więc to wyrwałem - Ulquiorra podał jej stos kartek.
- O dzięki, znasz mój numer na pamięć? - zmarszczyła brwi po czym spojrzała na zawartość kartek.
- Tak. Na wszelki wypadek.
- Rozu... - przerwała. - To moje ogłoszenia. Rozwieszałam je wczoraj pół dnia... Zerwałeś je wszystkie? Z całego miasta!?
- Tak. Ktoś...
- Nie ktoś tylko ja! Ja to powiesiłam! - to nie był krzyk lecz jęk umierającego. To było nad jej siły. Wcisnęła mu w ręce ogłoszenia. - Masz je dzisiaj zawiesić spowrotem.
- Dobrze - rozejrzał się, pogłaskał ją po głowie i z ogłoszeniami ruszył w świat.
Jeszcze tego samego dnia dostała całą masę maili w sprawie mieszkania. Cóż, może lepiej najpierw podać treść ogłoszenia:
"Szukam współlokatorlki, ale ewentualnie współlokator też może być. Mam na wynajem niewielki pokoik z dostępem do łazienki i aneksu kuchennego, w centrum miasta.
Dodatkowe informacje:
Dla zwykłego społeczeństwa:
Jestem emo gotem.
Dla emo gotów i metali:
Jestem słodką księżniczką.
Dla dresów:
Mam własną mafię."
Na końcu podany był numer telefonu i adres e-mail.
Dodatkowe informacje miały na celu odstraszyć przeciętnych obywateli a także zbyt mroczną i niemoralną część społeczeństwa. Kat wynajmując pokój chciała poznać kogoś kto nie będzie się jej bał lub wymiotował na widok jej jasno różowej piżamki.
Nadeszło kilka zgłoszeń. Między innymi blogerki modowej w stylu gyaru, hippiski, ślepego poety, grupki bezdomnych, jakiegoś pedofila i araba. Trzech ostatnich od razu odrzuciła, niewidomemu napisała, że nie ma poręczy a schody są strome. Skupiła się na ogłoszeniu blogerki. Nie napisała nic o sobie, podała tylko link do swojego bloga. A na blogu była ewidentna pornografia z użyciem zdjęć nagich gyaru (tak się da?) i słitaśnych gifów z pseudo-gwiazdami popu.
Została więc hippiska. Pisała, że interesuje się sztuką i je mięso oraz nosi buty inne niż bose czy jezuski.
Kat zaprosiła ją do siebie.
Na drugi dzień, kiedy Kaczi rozkoszowała się ciepłymi naleśnikami na stołówce, dosiadł się do niej Szayel. Na swojej tacy miał jogurt light, colę light, otręby light i mleko bez tłuszczu.
- Odchudzasz się? - spytała na powitanie.
- A ty co, tyjesz? - odpowiedział urażony.
- Tak.
- ... - "obelga" zakończyła się niepowodzeniem. - No to cześć - wstał i poszedł.
Można wyciąć ten fragment.
Do Kat podpełzła Konata niczym zawodowy ninja.
- Pssst...
- ...tak? - spojrzała na niebieskowłosą.
- Mam newsa. Do naszego rocznika dojdzie nowy uczeń - szepnęła.
- O, dobrze wiedzieć. A możesz mi powiedzieć o co chodzi z Edem?
- Pesadilla mu wszystko powiedziała i muszę zwijać interes - smuteczek.
- Tak w ogóle to po co go rozwijałaś? - Kat zmarszczyła brwi.
- No... bo... ja tak bardzo chcę aby on... - zarumieniła się.
- Cię zauważył?
Nastała chwila ciszy.
- Żeby nie miał czasu na naukę na konkurs mitologiczny, bo jest moim jedynym rywalem o tytuł mistrza szkoły~ - mruknęła świdrując Kat swoim kpiącym wzrokiem. - Jakie ty masz myśli...
- A idź - kontynuowała pochłanianie naleśnika. Zdecydowanie trzeba iść w końcu do Barney's.
***
- A więc, panowie, postanowiłem założyć Klub Hostów - oznajmił Szayel na zebraniu ich dziwnego "kółka".
Nnoitra i Grimmjow popuścili wodospady łez szczęścia.
- Ty jesteś naprawdę genitalialny...
- ...czasem - Nnoit dokończył zdanie Pantery po czym oberwał zwiniętym w rulonik kawałkiem papieru.
- Nie skończyłem mówić. Tutaj mam projekt mundurka, który będziemy nosić - mówiąc to rozwinął ów kawałek papieru ukazując jego zawartość kolegom.
- Ej, no koleś, tobie chyba mózg dostał rozwolnienie - skomentował to Nnoit pełen obrzydzenia zabierając Grimmowi swoją kieszeń, w którą chciał on zwrócić obiad.
- Ale co...? - Szayel spojrzał na kartkę. I prawie spłonął. Na kawałku papieru widoczna była zbereźna bielizna dla starszych panów. - To nie to!
Różowy wywalił ów kartkę i zaczął szukać prawdziwego projektu stroju.
- Może lepiej powiedz co ustaliłeś w sprawie Ulquiorry? - Nnoit wytarł twarz.
- On ma jakiś kryzys wieku średniego i potrzeba mu pomocy przyjaciół, a nie rozpuszczonych niewiast naszego liceum.
Tak, oczywiście.
- Dobra, to chodźmy na kawę.
I poszli do Starbucks'a.
A tego dnia spadł śnieg.
- No mógł się ogarnąć trochę - skomentował Nnoitra i kopnął kupkę śniegu zagrażającą mu drogę. Był tak chudy, że nie miał grama tłuszczu chroniącego go przed mrozem. Z drugiej strony na włosach miał tyle tłuszczu, że mógłby tym ocieplić całe wojsko Napoleona ruszającego na podbój Rosji.
- Patrz, żółty śnieg! - krzyknął Grimm jak zjarany wskazując na osikany fragment śniegu.
- To się w nim wytarzaj i będziesz blondynką!
- No chyba ty, anorektyku! Twoje włosy mają cholesterol.
- A ty nie masz mózgu!
- Mam więcej mózgu niż ty IQ!
- A ciebie nie stać na dużą kawę!
I to był cios poniżej pasa. Bo właśnie wtedy Szayel nabieraczką do jajek ścisnął Nnoita... poniżej pasa. Była to kara za robienie mu wstydu na mieście.
Weszli w końcu do Starbaksa, ciągnąc Nnoita za ręce, bo sam nie mógł dojść. W imię solidarności, wszyscy kupili sobie małe latte.
- To takie babskie - powiedział Grimm po czym został ukarany przez Różowego w ten sam sposób co Nn.
- Ustaliłem z panem W'hitem (odpowiadającym za szkolne kółka), że możemy prowadzić swoją działalność codziennie po lekcjach przez dwie godziny. Oficjalnie działamy jako Kółko Korepetycji, co ma swoistą dwuznaczność - ogłosił Różowy, kiedy usiedli.
- Nie ma dnia bez oka - powiedział im staruszek siedzący w drugim końcu sali.
Nastała niezręczna chwila ciszy przerywana przez Grimma siorbiącego przez słomkę swoje małe latte.
A wszyscy wiemy, że picie latte zimą przez słomkę to objaw bezguścia.

niedziela, 24 lutego 2013

10# Historie koedukacyjnej łazienki cz.1

Ohayo~
Czas na nową serię >D
Za inspirację dziękuję Francy i mojemu internatowi <3
Pisane na telefonie <3
***
To coś zupełnie nowego... Państwa jako ludzie - pewnie wszyscy znają ten motyw. Jednak co powiecie na jeszcze większe okrojenie znanych nam scenariuszy? Bez gejaszków, przewidywalnych pairingów i skomplikowanych połączeń rodzinnych?
Tego się nie spodziewaliście...
POLECAM NIEZNAJĄCYM HETALII - ZAPEWNIAM, ŻE OGARNIECIE POSTACIE
***
1)
Istniał sobie kiedyś gdzieś pewien internat. Chodzili do niego uczniowie różnych szkół średnich, kilku właściwie było z gimnazjum. Kilkadziesiąt pokojów, sala komputerowa z biblioteką, straszna stołówka i koedukacyjna łazienka. Dlatego trafiali tu tylko zboczeńcy, silne psychicznie i fizycznie dziewczyny, parę bezdomnych oraz osoby, które nie miały wyboru.
Rozpoczął się rok szkolny. Ale rzeczą oczywistą raczej jest to, co działo się na początku, dlatego pominiemy pierwsze dwa miesiące. Albo nawet trzy. Obiecuję, że nie ominą was najważniejsze wydarzenia.

Otworzył oczy i wyłączył budzik. Więc poniedziałek się zaczął. Przetarł oczy. A weekend był taki fajny. No cóż. Powoli wyszedł z łóżka i zaczął się ubierać. Idąc do łazienki minął się z Tino, który jak zwykle wstawał 10 minut wcześniej. Wchodząc do łazienki przywitał się z Felicjano zasypiającym nad zlewem ze szczoteczką do zębów w buzi. Często zastanawiało go co ten młody robi, że rano zawsze jest w takim stanie.
Tino wyciął karteczki na śniadanie dla siebie i Arthura. Każdy mieszkaniec miał kartkę pełną kwadracików, za które dostawało się śniadanie, obiad i kolację. To takie komunistyczne. Ale wszyscy się już przyzwyczaili. Taki urok tego internatu. Blondyn spojrzał na śpiącego jeszcze Ravisa i idealnie zaścielone łóżko Kiku. Miał nadzieję, że młody znowu nie zaśpi.
- Idziemy? - Arthur wrócił do pokoju, odwiesił ręcznik na wieszak i odłożył grzebień.
- Tak - odpowiedział.
I poszli.
- Dzień dobry - mruknęli do portiera, który zagadywał biedną Olenę. Przez swój dość duży biust dziewczyna nie raz miała problemy. Głównie z powodu starego zboczonego portiera.
Weszli do stołówki.
- Witajcie chłopcy - przywitała ich uroczo kucharka. Tino położył ich kartki na blat po czym wzięli po talerzu z dwoma bułkami, kosteczką masła oraz kilkoma plasterkami sera i szynki. Śniadania były w porządku. Kolacje zazwyczaj też (oprócz tych przypadków, kiedy dodatkiem była jakaś parówka czy coś). Ale obiady często były pogromem. Mięso ze znieidentyfikowanego miejsca. Zupa z dziwnymi składnikami. Surówki z nieznanych nikomu roślin. Ale mimo wszystko, póki nie myślało się co to właściwie jest, było dobrze. Czasami nawet bardzo. Co niektórzy próbowali wyciągnąć od kucharki przepisy ale nigdy im nie podała.
- To moja słodka tajemnica - mówiła zawsze. Słodka jak mięso, które podawała. Miało tak dziwny, słodko-słony smak, że zaczęto nazywać je mięsem z ludzi a kucharkę po prostu kanibalem.
2)
Dzień skończył się równie szybko jak się zaczął. Ale tylko dla mniejszości internatu. Pojedyncze osobniki (np. maturzyści z pierwszego piętra) o tej porze się uczyli, zaś reszta albo próbowała a nie mogła albo nie oszukiwała się nawet, że możliwa jest tu nauka. Bo jeśli w jednym pokoju jest takich dwóch nudziarzy jak Ludwig i Berwald to nawet gdyby chcieli to by nie rozmawiali,dlatego zostaje im tylko kucie do matury.
A więc co robiła reszta mieszkańców? Gimnazjalistki siedziały w sali komputerowej na facebooku czym denerwowały czekającego na wolny komputer Romano. Jest 6 komputerów: 3 zajęte przez gimnazjum, jeden przez Iwana, który akurat dzisiaj postanowił zrobić wpis na blogu, jeden przez jakiegoś kolesia w okularach oglądającego dziwne teledyski na youtube a ostatni był zepsuty. Czasami wolny był siódmy komputer stojący na biurku obok. Niestety w poniedziałki zajęty był przez bibliotekarkę, która przychodziła dwa razy w tygodniu. Po godzinie czekania Romano postanowił wybrać się na przechadzkę po pokojach aby pożyczyć od kogoś laptopa.
Na pierwszym piętrze nie miał co szukać - był tu tylko jeden pokój nudnych maturzystów, owa sala komputerowa z biblioteką i gabinet dyrektora, o którym się nie mówiło.
Na drugim piętrze ominąwszy od razu bezlaptopowy pokój brata zajrzał do swojego pokoju z niewielką nadzieją, że Yong nie gra w grę. Nadzieja umiera ostatnia.
Właśnie umarła.

sobota, 5 stycznia 2013

9# Monolog pominiętego państwa

Tak więc to coś poniżej to miało być Spamano dla Supełka. A co wyszło? Sami sobie zobaczcie |:


Podziękowania dla Francyja za użyczenie laptopa do napisania dwóch pierwszych akapitów i za muzyczkę.
***
Można temu nadać też inny tytuł:
"Monolog o byciu państwem"
***
Muzyczka:
Nie upadnę,
Nie będe głupim,
Tym razem moje serce jest silne,
Stoisz tuż przede mną-
-Mistrz Smutku.
*znowu piosenka jakoś pasuje*
***
Patrzyłem wgłąb oceanu. Woda opływała moją twarz. Była ciepła. Chyba. Prawie jej nie czułem. Chyba, że nadeszła jakaś fala. Wtedy poczułem jak coś delikatnie muska moją twarz. Słońce zachodziło zabierając ze sobą ciepłe odcienie brzoskwini, mango i malin a zostawiając jedynie kwaśne winogrona, cierpkie śliwki i gorzkie jagody. Mogłoby to trwać w nieskończoność. Ale nie trwało. Oczywiście.
               Wynurzyłem się na powierzchnię i wróciłem na brzeg. Spotkały mnie lekko zaniepokojone spojrzenia parki siedzącej dosyć długo na plaży. Zignorowałem ich kompletnie. Ciepły wietrzyk muskał moje nagie ciało. Nie zważając na piasek, który przyczepił się do moich stóp ubrałem mundur i buty zostawione pod jakimś krzakiem zwinięte byle jak. Nie miałem zegarka ale mogłem przypuszczać, że już jest późno. Ruszyłem w stronę miasta przystając na przystanku autobusowym. Na szczęście mój autobus przyjechał prawie od razu. Piasek wbijał się mi w stopy, chyba nawet zgarnąłem jakiś większy kamyk. Trudno.
               Nie kasowałem biletu. Wysiadłem przystanek wcześniej niż powinienem. Chciałem jeszcze rozchodzić ten przeklęty piasek. Niecałe dziesięć minut zajęło mi podejście pod budynek ministerstwa. Z westchnięciem pokonałem te kilkadziesiąt czy kilkaset schodów.
               - Wyciągnij ręce z kieszeni – przywitał mnie jakiś sekretarz. – Przynajmniej mundur ubrałeś jak ci kazałem – zerknął na zegarek. – Na czas nawet jesteś. Twój brat i ambasador czekają w głównej sali.
               Poszedłem więc w tamtą stronę nie wyciągając rąk z kieszeni. Ten staruch zawsze się tego czepia. Otworzyłem drzwi i niemal od razu musiałem złapać równowagę. Felicjano jak zwykle nie może się pohamować z tego typu rzeczami.
               - Vee~ Braciszku, a jednak przyszedłeś mnie pożegnać – uśmiechnął się radośnie nie wypuszczając mnie z objęć. – I jeszcze się elegancko ubrałeś!
               - Ta. No jak widać – mruknąłem. On naprawdę myślał, że przyszedłem tu z własnej woli. Felicjano paplał dalej jak najęty a ja go nie słuchałem. Na każdym kroku lekceważyłem go. Dlaczego? Czy to przez to, że przez jego istnienie byłem pomijany?
               - Venecjano, pora iść – ponaglił go ambasador. Brat w końcu mnie puścił po czym spojrzał mi w oczy. Nienawidzę kiedy tak robi.
               - Jak wrócę to ugotuję ci pyszną pastę z pomidorkami, dobrze? Przywiozę ich dużo od braciszka Hisz…
               Przerwał gdy zobaczył moją narastającą złość. Nienawidziłem jego pogody ducha. No ale czemu to winić go za to, że mnie nigdy nigdzie nie wysyłają. Że muszę tkwić wiecznie w domu cały czas.
                Z drugiej strony – już nigdy nie zobaczę tego jełopa. Miałem na niego alergię chociaż nikt mi w to nie wierzy. Pieprzony pedofil. Mówią, że charakter kształci się w dzieciństwie. To prawda. Każdy kto miałby jako dziecko mieszkać z tak zboczonym człowiekiem skończyłby jak ja. Tylko, że dopadło mnie jeszcze nieszczęście posiadania brata. Brata, którego jedynym kłopotem w dzieciństwie było zamiatanie w willi paniczyka i uważanie na małych Szwabów czyhających na każdym kroku. Zawsze miał lepiej. Kiedy ktoś powie „Włochy” to reakcja jest zawsze ta sama: „Włochy? To ten uroczy chłopiec?”. Nie dosyć, że o mnie nikt prawie nie wie to jeszcze cały kraj ma zepsutą opinię przez tego mazgaja.
               - No to do zobaczenia – uśmiechnął się pocieszająco Felicjano i poszedł za ambasadorem.
               - No, cześć – mruknąłem odprowadzając ich wzrokiem.
               Wróci dopiero za miesiąc. To krotki odcinek czasu dla państwa patrząc na to jak długo już żyjemy ale… cholera, będę tęsknić za tą ciotą. Całe 30 dni spokoju to dla mnie masakra. Jeszcze kilka miesięcy temu było lepiej. Ale potem nadeszły reformy i te pe…
               - Skoro mamy dwie personifikacje to kiedy jedna będzie wysyłana w delegacje, druga zostanie w stolicy. W ten sposób w kraju zawsze będzie ład i porządek – usłyszałem wtedy od premiera. Wsadzić wiadomo-gdzie mógł sobie te reformy. Przecież i tak zawsze Felicjano wyjeżdżał a nawet wtedy ja nigdy nic nie robiłem. Jednak czasami pozwalali mi gdzieś „prywatnie” wyjechać. Jeździłem wtedy do Antonia.
               Nie potrafię wytłumaczyć czemu do niego. Może po prostu dlatego, że go znałem praktycznie od zawsze. Może dlatego, że z resztą „znajomych” widziałem się właściwie tylko w święta jak już. No i jest jeszcze Francja no ale bez przesady, kto normalny by do niego pojechał? Tak więc został Hiszpania. Bo w domu nie zawsze chce mi się siedzieć, to chyba oczywiste. W sumie nienawidzę go bardziej niż Francuza ale cóż poradzić, u niego czuję się bezpieczniej. Chociaż nie wiem jak można mówić o bezpieczeństwie mając na myśli pedofila, który nawet nie patrzy na płeć atakowanej osoby. Cholera, on jest jednak jak Francja jakby nie patrzeć.
               To czemu wolę go?
               Czy ja go w ogóle wolę?
               Kurna.
               Wróciłem do mieszkania i wtargałem się do pokoju. Na szafce w ramce stało zdjęcie Antonia zrobione z dwa lata temu. Zerknąłem na niego. Te zielone oczy dały mi odpowiedź. On jest jedyną mi bliską osobą. Bliską w dobrym ale bardziej złym znaczeniu. Życie państwa jest chore. Wiele bym dał za to aby prowadzić normalny byt śmiertelnego człowieka. Nasze oficjalne życie jest całkiem zwyczajne jednak prywatnie to chyba nie ma państwa czującego się obco w tym świecie. Żadne z nas nie może znaleźć sobie miejsca i nigdy go nie znajdzie. Dlatego go nie szukam. Pogodziłem się z tym, że jest jak jest. Co nie znaczy, że to cholernie boli.
               Felicjano kiedyś powiedział: „Braciszku, czemu pomimo uśmiechu każdy z nas ma smutek w oczach?”. Odpowiedziałem mu: „Feli, mamy spierniczone życie, jak widzisz mi się nawet udawać nie chce, że jest okej.” A on na to: „Braciszku, jaki ty jesteś mądry. Chciałbym być jak ty i przestać się uśmiechać bez powodu.” „Chyba śnisz. Jak się przestaniesz uśmiechać to cię zabiję”, odpowiedziałem odruchowo. Nie zważył chyba na to i tylko wtulił się we mnie mocniej. Z uśmiechem na ryjcu.
               Nie wiem czemu musimy mieć ludzkie potrzeby i uczucia. To jakieś przekleństwo. Nasze życie to tylko alkoholowe orgie i szukanie „wsparcia” u drugiej osoby co i tak kończy się w łóżku.
               Mam nadzieję, że nadejdzie taki dzień, w którym mógłbym się obudzić i być śmiertelny. Pracowałbym w restauracji razem z Felicjano. Pewnie i założyłbym rodzinę. A gdybym poznał śmiertelnego Hiszpanię jako śmiertelny Włochy? Pewnie poszlibyśmy na piwo z naszymi żonami. I nie byłoby niczego chorego w naszym życiu.
               Antonio, nienawidzę cię, bo jesteśmy państwami.

sobota, 15 grudnia 2012

8# Jurand ze Spychowa: Historia prawdziwa


Natchnienie do napisania tego dostałam na Kolejconie-Hellconie, zapewne wtedy, kiedy z Lao wracałam do szkoły po wieczornym spacerku.
Miało to na początku być sadomaso ale zrezygnowałam z tego pomysłu.
Dziękuję Rosyjce za napalenie się na ten pomysł <3
Dziękuję Axelowi za podesłanie mi muzyczki, dzięki której wena na pisanie przyszła <3
***
Muzyczka:
***

               Są historie, które uznawane są za prawdziwe, chociaż są one fikcją literacką. Co by było gdyby ktoś wam powiedział, że niektóre z nich wydarzyły się naprawdę lecz były mniej „prawdziwe” niż fikcja? Co by było, gdyby się okazało, że historia Hanki Mostowiak wydarzyła się naprawdę lecz uderzyła ona nie w kartony a w zmutowane gobliny? Otóż, nie zawsze to co piszą w książkach lub tworzą w filmach czy serialach jest totalnym zmyślaniem. Trochę prawdy w tym jest. Czy to w postaciach, czy to w wydarzeniach ale jest!
               Znacie powieść Henryka Sienkiewicza pod tytułem „Krzyżacy”? Powinniście znać. To lektura! (Nie, też nie czytałam ale ogarniam postacie). Jeśli nie, to w sumie nie szkodzi. Jednak aby lepiej zrozumieć sens poniższej historii dobra by była znajomość tej powieści.
               Panie, panowie, przedstawiciele trzeciej płci i bezpłciowcy! Oto
„JURAND ZE SPYCHOWA: HISTORIA PRAWDZIWA”

               Przenieśmy się do XV wieku. Tu Polacy walki z Krzyżakami toczą, co im spokój zakłócili i ziemie pokradli. A największą nienawiścią do Zakonu pałał Jurand ze Spychowa. Toż był chłop zbudowany dobrze a wyglądem swym wzbudzał strach w większości napotkanych. Jedno oko miał barwy żelaza co wzrok jego przerażającym czyniło a jednocześnie dodawało mu tajemniczości. Jurandowe włosy były jasne jak i wąsy, twarz jego brzydka. Zawsze ciężki topór miał przy sobie.
               Jurand był właścicielem Spychowa. Znany z tego, że kodeks rycerski przestrzega i odwagą tak wielką się cechuje jak jego nienawiść do Krzyżaków. Do przyjaciół jednak kompanem dobrym był. Miał też córkę. Danusia jej na imię było. Urocze to dziewczę, oczko w głowie ojca. Danusia bez matki była, biedaczka. Winę jej śmierci niosą Krzyżacy co przez to dorobili sobie największego swego wroga – Juranda. Zabijał on każdego napotkanego z czarnym krzyżem na białym co go nazywano „krwawym psem” lub „strasznym mazurem”.
               Straszliwym podstępem Krzyżacy porwali Danusię dnia pewnego. Wściekły Jurand wziąwszy swój oręż wyruszył natychmiast aby ją uwolnić. Nie wiedział jednak, że to podstęp, bowiem Zakon chciał zabić rycerza, co by ich już nigdy nie nękał. Wielki błąd też Jurand uczynił pędząc samemu do Szczytna po córę. Krzyżacy z łatwością porwali go i uwięzili.
               Do tego momentu historia ta jest wam zapewne znana. Jednak, moi drodzy, teraz zacznie się ta nieprzewidziana część. Otóż Jurand spętany rzucony został do ciemnych i wilgotnych lochów. Zemdlony nie czuł nawet, kiedy jakieś cuchnące szczury pełzły po jego ciele. Obudziwszy się jednak po godzinie zaznał on szoku. Nie widział jeszcze nigdy lochu tak zarośniętego czymś co glony przypominało. Miał wrażenie, że znajduje się w zatopionej komnacie, tyle że bez wody. Z co niektórych odstających łodyg kapała woda stwarzając nieznośny w pustej komnacie plusk. Drgnął niespokojnie Jurand, kiedy to szczury znowu dały o sobie znać. Obrzydliwe to były stworzenia. Prawie jak Krzyżacy, pomyślał. Wtem usłyszał głuche kroki dochodzące gdzieś z odległego korytarza. Wstrzymał oddech co by lepiej słyszeć. Odgłosy robiły się coraz głośniejsze aż ucichły. Jurand usłyszał skrzęt kluczy otwierających drzwi, który rozniósł się echem po komnacie zwilgotniałej. Aż nim szarpnęło na widok twarzy paskudnych odzianych w białe peleryny z krzyżem czarnym. Uśmiechali się oni potwornie i śmiali z rycerza. Gdyby nie spętane ręce to by pewno powybijał im tę radość ze łbów.
               - Patrzcie no, kogo my tu mamy! Czyż to nie Jurand ze Spychowa? – zaszydził najwyższy z nich. Reszta kpiąco się zaśmiała. - Bierzmy go więc i zanieśmy do najwyższego – rozkazał.
               Wzięli go więc dwaj – jeden za ręce a drugi za nogi. Na nic zdała się szarpanina. Owi Krzyżacy silni byli równie jak i niedelikatni. Ciągnęli biednego rycerza przez korytarze nie bacząc na to czy czasem twarzą nie nurza w mokrych kamieniach posadzki. Jurand widział niewiele, jedynie kształty podłogi wściekle krążące mu przed oczami – zmywające się ze sobą i to z wodą i to ze słabym pochodni światłem. Po chwili czuł na twarzy ból tępy, niczym kopyto konia depczące po stopach. To omsknął się trzymającemu go za ręce i uderzył w wilgotne kamienie. Poczuł słonawą krew w ustach stwierdzając, iż nos mu pewnie złamano. Wolałby aby na czas drogi go zemdliło, niż żeby iść tak miał dalej trzymany przez tych grzeszników co się zakonnikami zwali. Słyszał dźwięk kroków pustym echem niosący się po korytarzu. Wtem się zatrzymali. Otwarłszy drzwi drewniane weszli do pomieszczenia chłodem wiejącego. I rzucili go na krzesło rozpadające się jakby. Jurand uporządkowawszy swe kości na siedzisku omiótł spojrzeniem otaczające go przedmioty. Mignęły mu przed oczami machiny wszelakie – drewniane z elementami błyszczącymi się słabo, metal zapewne. Wypluł krew co mu do ust naleciała i pełnym pogardy wzrokiem uderzył w czarne krzyże co na białych płaszczach powiewały.  Najwyższy oprawca na korytarzu stał i widocznie czekał na coś lub kogoś. Dwaj, co nieśli go tutaj, ręce mu spętali sznurami i kajdanami. I usłyszał kroki – znak, że ktoś idzie. Zobaczył najwyższego, jak kłania się nisko i po niemiecku coś mówi. Wytężył słuch Jurand, co by coś usłyszeć a może i zrozumieć, lecz język mu obcy. Zakonnik mówił szybko, wylewał z siebie strumień krwią płynących słów. Nastała cisza przerywana tylko dźwiękiem spalanych pochodni. Po chwili ów odbiorca słów Krzyżaka jął odpowiedź prawić. Cóż to było za szok dla Juranda! Nigdy on głosu tak skrzekliwego nie słyszał, niczym dziewięć tępych mieczy kamień by przecinało. A brzmiała w nim pewna wyższość i pychą to opływało a także pewnością co do mówionych zdań. Może gdyby postać ta w innym języku mówiła, lecz w tym języku zła jeszcze straszliwsze to złudzenie dawało, jakby to demon jaki mówił. Wtem zamknął drzwi do pomieszczenia, ów wysoki Zakonnik zauważywszy, że obserwowany przez Juranda jest. I już słów nie rozpoznawał, jedynie kiedy kto mówił. Spojrzał na Krzyżaków w pomieszczeniu obecnych – nic robić nie robili. Tym lepiej dla mnie, pomyślał. Trwało tak to tyle co mięsiwa pokrojenie, lecz rycerzowi wydawało się jakby wieczność. Otworzył drzwi ponownie wyższy Krzyżak i wszedł do środka a oczom Juranda ukazała się tajemnicza postać o głosie szatańskim, która kierowała się wgłąb korytarza. Jak wielkie zdumienie wzbudziły w rycerzu włosy owej postaci! Jakoby w śniegu lub mleku zatopione były, co najstarszy z najstarszych tak białej brody nie miał. Aż strach Juranda obleciał, jak nigdy wcześniej się nie zdarzało, gdy napotkał wzrok on postaci. Oczy w piekła kolorze! Doprawdy, chwila spojrzenia, jak uderzenie pioruna wystarczyła, by oczy rycerza i owej osoby zetknęły się ze sobą. W trwodze więc trwał, Jurand odważny, bojąc się oddychać, co by złości w bestii nie obudzić. Wszak człowiek nie mógł tak wyglądać!
               Zauważyli jego lęk Krzyżacy, usta wykrzywiając w złowrogim uśmiechu. Słów oszczerstwa nie musieli dodawać – widok postaci wystarczającą torturą był. Myśląc tak, zaniechali oni fizycznych tortur, przynajmniej póki Jurand do siebie nie wróci. A nic tego stanu nie zapowiadało.
               Po kilku chwilach jeden nie wytrzymał. Wstał, zwrócił się do braci:
               - Czemuż tak siedzimy? Zróbmy że w końcu to co pan kazał.
                - Nie – rzecze najwyższy. – Zmiana planów zaszła. Otóż zabijać go nie mamy.
               - To po cóż go braliśmy? Na uwięzienie? Codziennie tortury mu robić będziemy?
               - Nawet jeśli, nic nam do tego. Pan tak kazał i tak zrobić trzeba.
               - A co na to Mistrz?
               - Mistrz o niczym nie wie.
                - Jak to nie? Pan bez Mistrza to zaplanował? Oj czuję, iż to na złe wyjdzie. Przecie tego tu szukać inni będą! Do otwartej wojny stanie!
               - Milcz, boś głupi – uciszył go ten milczący dotychczas. – Pan tak kazał, więc tak zrobimy. Mistrz nam nic za to nie zrobi, jeno z Panem prawić o tym będzie.
               - Dobrze prawisz – pochwalił go najwyższy. – Pan mówił, iż tortur mamy na teraz zaniechać. Jednak co by się stało, gdyby on nas próbował zaatakować? – skinął w stronę Juranda. – Byśmy się bronić musieli. A jeśli wtedy on ucierpi to już nie nasza wina… - uśmiechnął się złowrogo patrząc na braci. Odpowiedzieli mu uśmiechem równie złym, rozumiejąc się bez słów. Przecie Pan nie wścieknie się za obronę o życie własne. Zaśmiali się złowieszcze myśląc co by za narzędzie dobrać. Przeglądali bronie aż w końcu mały nóż wybrali. Podszedł jeden z nich do Juranda i zastanowiwszy się chwilę zrobił mu niewielką ranę na ramieniu prawym. Nie syknął rycerz z bólu nawet, gdyż uciechy im dać nie chciał. Naraz kilka innych ran mniejszych otrzymał. Bolało to piekielnie ale jakoś wytrzymał. Tępy ból czuł w różnych miejscach ciała, krew ciekła wszędzie.
               I nadeszło wybawienie. Jednak nie takie jakiego się spodziewał. Oto drzwi się otwarły i weszła do środka postać o włosach śnieżnobiałych. Odsunęli się szybko Krzyżacy od Juranda, który zza przymkniętych od bólu powiek jedynie odzienie krzyżackie postaci dojrzał.
               - Panie… On zaatakował… - przemówił Zakonnik po czym rycerz usłyszał brzęk wydobywanego miecza z pochwy, świst w powietrzu i plusk wody na posadzce. W jego horyzont wpływać zaczęła czerwona kałuża. Z ciężkością, co mu głowę utrudniać pozwalała, spojrzał w ową stronę. Zamarł z trwogi widząc jednego z Krzyżaków martwego na posadzce. Strach ten dał mu sił na tyle, co by głowę podnieść i spojrzeć na tego, który to uczynił. Biała czupryna, bielsza od płaszcza z krzyżem czarnym. To ta sama postać. Oczy jego, czerwone niczym krew, która w tej chwili po posadzce spływała, dwóch pozostałych Krzyżaków na wylot przeglądała. Miał więc Jurand chwilę na obserwowanie postaci tej. Gdy strach od oczu na chwilę zbladła, zdziwienie kolejne rycerza uchwyciło. Jakąż twarz niebywałą miał ten osobnik. Cera blada, gładka, jak młodzieńca jakiegoś. Rysy delikatne niby niewiasty, lecz do tego ostry nos i brwi wyraziste. Wrócił znów do oczu, które k niemu się nagle zwróciły. Wszystkie włosy na głowie Jurandowi stanęły, gdy poczuł chłód ten i ciemność bijącą z czerwonych oczu! To ślepia były wręcz, nie oczy!
               - Panie Beilschmidt… To moja wina… - odezwał się słabo któryś z Zakonników.
               - Milcz! – krzyknął Beilschmidt nie patrząc nawet w jego stronę. Teraz dopiero Jurand mógł poczuć pełnię piekielnego głosu tej postaci. – Teraz to ja sobie porozmawiam z naszym więźniem. No więc – zwrócił się do Juranda – jak tam się miewasz, dziecino?
               - Kimże jesteś? – spytał Jurand nie myśląc nawet o tym o co go pytano. Głos jego stracił też dawne męstwo, był jakby przestraszonego dziecka kwilenie.
               - Odpowiedz pierw na me pytanie.
               - Daj odpowiedź, wtedy i ja ci dam co wiedzieć chcesz.
               - Eh, wy ludzie… - westchnął. – Jam Gilbert Beilschmidt. Nazwiska mego nie znasz, gdyż nie zna go nikt z tych plugawych niewiernych.
               - Sam żeś niewierny – mruknął Jurand w głowie. Strachliwie tak bał się obelgami do postaci rzucić, co by go czasem nie ściął od razu. – Jaki twój urząd? – spytał dodatkowo.
               - Tego już nie odpowiem ci. Kolej na ciebie: jak tam się miewasz, niewierna dziecino?
               - Wierny ja żem jest bardziej niż ty, bestio – powiedział dość głośno.
               Nie spodobało to się Gilbertowi, tak więc kopnięciem szybkim z krzesła Juranda strącił. Rycerz bezwiednie twarzą w mokro kamiennej posadzki wylądował.
               - Nie tobie dane jest ubliżać mi. Twierdzisz iż bardziej prawy ode mnie?
               - Tak. Ja stoję w obronie Chrystusa a nie niewinnych będę mordował!
               Beilschmidt nie odpowiedział. Widać jednak, że złość w niego napłynęła.
               - Wyjdźcie… - syknął do podwładnych co z lękiem pod ścianą stali. – Ale już! Wynocha! – wrzasnął głośno. Uciekli więc w popłochu, przepychając się przez siebie. Podszedł więc Gilbert biorąc miecz w ręce.
               - Ty bluźnierco! Prawego bardziej niż ja nie ma! Bluźnisz, żeś prawy, ukarać cię trzeba. Pożegnaj się więc ze swoją prawicą – na te słowa mieczem krótki obrót wykonał a Juranda ból obiegł przez ciało całe. Zerknął na prawicę – leżała swoim życiem a krew z niej cieknąca z wodą posadzki się mieszała.
               - No i jak się teraz córeczce pokażesz? – zakpił Krzyżak. Jurand tępy ból w sercu poczuł.
               - Oddajcie Danuśkę a mnie zróbcie co chcecie! – krzyknął słabo.
               - No nie wiem, nie wiem… - droczył się. – A chciałbyś ją przedtem jeszcze zobaczyć?
               - Chciałbym…
               - A to chodź tutaj.
               Podszedł Beilschmidt do drewnianej klapy w podłodze i uniósł ją. Czekawszy aż Jurand dopełźnie w tamtą stronę, jął pochodnię co by oświecić wnętrze niewielkiego pomieszczenia pod nimi. Rycerz złapał za kraty, którymi zabezpieczone było wejście w dół i spragnionym córki wzrokiem pochłaniał postać w kącie leżącą. Światło pochodni niewiele dało, lecz dostrzegł dziewoję o Danusi wyglądzie.
               - Córeczko… - szepnął zapominając o braku swej ręki i miejscu koszmarnym. Nagle coś do środka wleciało i w dziewczę uderzyło. To Krzyżak kamieniem w nią rzucił. Ku rozradowaniu jego i trwodze rycerza, dziewczyna poczęła wydawać dzikie krzyki i po pomieszczeniu szalenie skakać.
               - Jak opętana – rzekł z dumą Gilbert.
               - Ciebie dosięgnie kara boska! – wrzasnął Jurand odzyskując dawne brzmienie głosu. – Jeśli nie z rąk moich to czyichś na pewno!
               Wściekłość nim wielka ogarnęła, chciał jakąś broń wziąć w swą jedyną rękę, lecz wszystko zbyt daleko leżało.
               - A może twarzyczkę jej z bliska zobaczyć byś chciał? – zasyczał Krzyżak czerpiąc radość z bólu rycerza.
               - Chciałbym… - warknął po chwili Jurand złością zalany.
              - Wstańże – nakazał mu Gilbert. Rycerz spróbował podnieść się z posadzki, lecz obolały był cały. Złapał więc za rękaw Beilschmidta, by podciągnąć się łatwiej. Krzyżak niezadowolony grymas na twarzy ukazał, ale nie zaprotestował. Zmarszczył czoło jednak widząc plamy po jurandowej ręce na swej szacie. – Chodźże za mną – rzekł i zaprowadził go ku drzwiom do wyjścia zamykając przedtem klapę do celi pod nimi. Poszedł Jurand za nim, lecz nim fakty skojarzył, już Krzyżak za szyję go łapiąc oko jedyne smołą mu wypalił.
               - I cóż teraz powiesz, bezsilna dziecino? Dziewczęcia swego nie ujrzysz już nigdy! – zaśmiał się Zakonnik. Jurand nawet nie krzyknął. Zbyt wiele miał dumy, by dać bólu upust w dźwiękach. Zalała go nienawiść i bezsilność od serca. Tak wiele wycierpiał, niech już z nim skończy. Oby jednak Danusię puścił po tym wolno…
               Nastała znowu cisza. Tylko syk pochodni. I krew zmieszana z wodą kapiąca z szat Juranda. I głuche krzyki dziewczęcia pod nimi oszalałego. I krew pulsującą w żyłach, która różnymi ujściami na ciele mu uciekała – łączyła się z wodą na zewnątrz i na chłodne kamienie spadała kończąc pluskiem. Zabij, pomyślał. Przetnij mnie swym mieczem. Nadaremne błagania. Gilbert go puścił. Jurand na kolana upadł. Teraz to dojdzie, pomyślał. Kilka kroków. I powrót.
               - A teraz słuchaj, com powiem – na te słowa zbliżył Beilschmidt swą twarz ku niemu. Pomimo, że Jurand jej nie widział, czuł zły oddech. Tak nieludzki, bo chłodny. – Jam Zakon Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie.
               Jurand lekko zbladł. Nie zrozumiał bowiem co ma przez to na myśli Beilschmidt.
- Ty żeś mnie zobaczył i dane ci było poznać tajemnicę państw oraz podobnych im istot. Nas człowiek zabić nie może. To od nas lud zależy i my od ludu zależymy. Co nam powie nasz pan to czynimy, lecz serca nasze z ludem naszym. Ty zaś nienawiścią do ludu mojego, tak więc i ja odpłacam ci od ludu mojego – po tych słowach jął ostrze rdzą pokryte i język Jurandowi odciął, co by zamilknął na wieki i tajemnicę tą do grobu zabrał.

               Wypuszczony został Jurand w szmacie jakiejś na sobie. I znalazł go Maćko i Jagienka. I się nim opiekowali.
               Aż dowiedział się dnia pewnego o śmierci Danusi. Sam też skonał niedługo po tym. Do końca swych dni myślał o córce i modlił się do Boga. Modlił się o to, by zniszczył On to, co nieśmiertelne, co demoniczne, co bez duszy.