LISTA STRON

|SŁOWO WSTĘPU|

Witam szanownego czytelnika w swoich skromnych progach.
Zapraszam do zapoznania się ze spisem mojej "twórczości" i wybraniem odpowiadającej sobie pozycji.
W razie problemów zapraszam do zakładki "Bohaterowie".
Życzę miłej lektury!

PS Będę wdzięczna za wszelkie komentarze~!

|Statystyka, co mnie na duchu wcale nie podnosi ani nic|

piątek, 12 czerwca 2015

25# Życie w NY - KONIEC

KONIEC I DZIĘKUJĘ BARDZO ZA MILE SPĘDZONY CZAS UŻYTKOWNIKOM STRON PORNOGRAFICZNYCH, Z KTÓRYCH JEST NAJWIĘCEJ WEJŚĆ TUTAJ. KOCHAM WAS ;*****

Dedyk dla Mac, która twierdziła, że to czyta.

***

Rok ten upłynął Kat w bardzo dziwnym nastroju. Po pierwsze, nie miała do kogo się odezwać. Ostatni rocznik był naprawdę ubogi w ludzi. Poza tym, nie było Ulqa. Z tego powodu Team of Espada również podupadł odczuwając boleśnie brak jakiegokolwiek kontaktu z przyjacielem. To jest powód drugi. Wplątali ją przecież kilka razy w jakieś „przygody”, a teraz to nic…. Od czasu sylwestrowej imprezy właściwie nic się nie wydarzyło. Oprócz tego, że naprawdę widać było jak ludzie zaczynają siebie szanować. I coraz więcej par pojawiło się w całej szkole.
- To musi być jej wina – stwierdził Nnoitra pewnego dnia patrząc na Amorę, która siedziała po drugiej stronie stołówki. Rozmawiali właśnie o tym, że Poppy i Draven znowu są razem i zamierzają pójść razem na studia. Kto by pomyślał.
- Tak sądzisz? – Szayel kątem oka również zerknął na różowowłosą.
- Odkąd przybyła nie mam ochoty przywalić Grimmjowowi w twarz twoją twarzą – westchnął mieszając palcem cukier w herbacie.
- To prawda. Wasza agresja zmalała. Co nie zmienia faktu, że… - spojrzał na Grimmjowa, który zajęty był graniem na telefonie – my wciąż jesteśmy sami.
Nnoitra wzruszył ramionami. Nie wiedział czy to w akcie solidarności z Grimmjowem, czy po prostu są beznadziejni i nawet Amora nic nie pomoże. Pantera ciągle rozpamiętywał Sonę, starał się tego po sobie nie pokazywać, ale jego przyjaciele wiedzieli, że to przez to. Bo nawet Amora nie mogła sprawić, że przestał tak często zarzucać tymi swoimi idiotycznymi tekstami.
- Właściwie masz rację – Szayel poprawił okulary. Nnoit zauważył u niego stan zwiększonego skupienia. – Nie wiem czemu o tym wcześniej nie myślałem, ale jak jesteśmy poza szkołą to zachowujecie się prawie normalnie. Pewnego dnia, kiedy wyjechała na wycieczkę, w całej szkole było prawie jak dawniej. Trzeba to zbadać – wstał.
- I co zamierzasz zrobić? – Nnoit odprowadził go okiem. Szayel szedł w stronę różowowłosej dziewczyny, która siedziała sobie z Kat i Konatą.
- Witam szanowne koleżanki – przywitał się z uśmiechem.
- To ja spadam – Konata zsunęła się z krzesła i wybyła gdzieś.
- Mogę się dosiąść? – spytał lekko zbity z tropu.
- Ehm – przytaknęła Kat przeżuwając zupę miodową. Amora tylko uśmiechnęła się uroczo pochłaniając niekończącą się nitkę pasty z koperkiem.
- Jak tam przygotowania do balu? – spytał.
Kat wzruszyła ramionami.
- Katechi, przyjaciółko moja, wspominałaś mi z kim idziesz?
Zapaliła się czerwona lampka.
- Napewnonieztobą – powiedziała popijając kompot. Nie zrozumiał. – Eh, idę sama.
- Dlaczego?
- Sama byłam w tej szkole od początku, wiec sama ją ukończę.
- Na pewno?
- Tak.
- A ty, Aromo? – zwrócił się po chwili do różowowłosej. Ta westchnęła.
- Chciałam iść z pewnym chłopcem… Ale od kilku tygodni nie widzę go w szkole.
Kat kichnęła. Zerknęli na nią.
- Na zdrowie.
Zapadła chwila ciszy.
- A impreza po balu…? – zagaił temat spoglądając na Kat.
- Nie robię.
- Czemu? – spytał naprawdę zdziwiony. – Po Sylwestrze myślałem, że to oczywiste, że będzie u ciebie.
Westchnęła z jakby lekkim smutkiem.
- Życie. Ale nie martw się, możesz iść do Dravena.
- Nie chcę iść do niego! To ja miałem zrobić imprezę po-balu! – zdenerwował się.
- To zrób. Ale ja tobie w tym nie pomogę – wstała i wyszła zabierając ze sobą tacę.
Odprowadzili ją wzrokiem. Szayel westchnął i nerwowo poprawił okulary. Chciał tylko zbliżyć się do Amory, a dowiedział się o porażce życia. Teraz to trochę za późno na organizację imprezy. Z Kat mógł to zrobić nawet 2 dni przed, a i tak by wyszło lepiej niż Dravenowi. O ile by sam się znowu nie przyłączył.
- Nie przejmuj się – powiedziała Amora kończąc niekończącą się nitkę pasty. – Ciężko jej teraz.
- A komu nie jest – mruknął opierając się wygodnie.
- Jeśli chcesz mogę pomóc ci urządzić przyjęcie – uśmiechnęła się. Jej walentynkowe przyjęcie spotkało się z dobrymi recenzjami. Ale to może dlatego, że był tam Draven…
- Dobrze – odwzajemnił uśmiech. Przy czym jego uśmiech był raczej czymś w rodzaju „jestem krulem zua”. Dzięki przygotowywaniu imprezy razem z Aromą w końcu dowie się co tu jest grane.
- Co robisz po szkole? Moglibyśmy zacząć przygotowania już dzisiaj, w końcu impreza już za 3 tygodnie – powiedziała.
- Tak, to rozsądne. Gdzie pójdziemy? Niestety moje mieszkanie jest dzisiaj… nieczynne – poprawił okularki.
- Masz remont?
Cotygodniowe zarzynanie bydła. Tak.
- Niekoniecznie…
- Rozumiem. Możemy iść do mnie po prostu.
- Oki – odpowiedział tańcząc dziki taniec radości w głosie. Chwila. A jeśli ona wie, że on wie. I go zlikwiduje? – Mogę zabrać kumpli?
- Raczej tak – odpowiedziała z wahaniem. Może i dobrze. Poznając ich lepiej będzie mogła im bardziej pomóc. Bo od początku należeli do nielicznych osób, które były dosyć odporne na jej magię. I nie miała pojęcia czemu tak jest.
Kat również należała do tej grupy. I pomimo pewnego rodzaju przyjaźni z Aromą nic się nie zmieniało. Trzymały się razem od pierwszych dni różowowłosej w szkole, kiedy to Kat uratowała ją od Grimmjowa mówiącego „Ej, chcesz poznać gościa co też ma takie włosy?”. Co nie zmienia faktu, że widywały się właściwie tylko na kilku lekcjach i czasami na przerwach obiadowych. Amora miała zbyt wiele do roboty między lekcjami i po nich, a Kat jakoś nigdy nie proponowała spotkania.
Tak czy inaczej.
Kat nie była pewna czy sama chce iść na ten bal. Ale właściwie to niezbyt miała z kim. Szayela nawet nie brała pod uwagę. Poza tym z kimkolwiek by nie poszła, każdy chciał iść na imprezę po-balową. Sama też by poszła, ale jakieś pół roku temu. Teraz nie miał ochoty na takie rzeczy. Niedługo czeka ją zmiana trybu życia, w końcu rozpoczną się studia. Miała nadzieję, że może tam spotka kogoś, z kim się zaprzyjaźni. Czy coś. Ale nic nie zapowiadało na to, że czeka ją taka przyszłość. Że czeka ją jakakolwiek przyszłość. Coś miało się zdarzyć, i to już niedługo.
***
- Dożynki to jest coś – ucieszył się Grimmjow na wieść o tym, że po zakończeniu roku jadą do pobliskiej wsi zabawić się nieco. W tym roku ciężko pracował, no i ogólnie było mu ciężko bez Ulqa i Sony, więc miał prawo zaszaleć dwa dni po rząd.
Jasne.
- Skoro jedziemy moim vanem, to opłacałoby się zabrać jeszcze kogoś. Koszty paliwa i te pe – powiedział Nnoit.
- To ile masz w nim miejsc? – spytał Szayel.
- Sześć.
Różowowłosy zamyślił się. Cenił Nnoita za ekonomiczne podejście do życia, ale niezbyt mieli kogo zabrać. A jeśli nie znajdą dwóch osób, to nici z wycieczki. Babka Nnoita i Tesli ujawniła się na początku tego roku szkolnego. Wpadła do nich pewnego dnia i po przyznaniu się, że tak naprawdę nie umarła, tylko została mistrzynią świata w skokach narciarskich seniorów, dała każdemu z nich dużą sumkę pieniędzy. Od tego czasu Nnoit zaczął się przejmować wydatkami. No i nabył ostatnio vana, ponieważ postanowił mieć w końcu samochód.
- Może Katechi i Aroma? – zasugerował Szayel.
- W sumie czemu nie – Nnoit wzruszył ramionami. – To idź się ich spytaj. Natychmiast.
Cyklop lubił wykorzystywać to, że jest większy od przyjaciela.
Jakby to robiło jakąkolwiek różnicę. Pobije go czy co?
Szayel podszedł więc do swojej najnowszej najlepszej koleżanki. Aroma o dziwo siedziała z Kat.
- Witajcie moje koleżanki, co powiecie na wyjazd na dożynki w dniu zakończenia szkoły do Widłowic Zachodniopomorskich? – mrugnął do nich zalotnie przysiadając się.
- Właściwie czemu by nie. Po po-balowym przyjęciu i całym procesie jego przygotowania należy nam się jakiś odpoczynek na łonie przyrody – odpowiedziała z entuzjazmem różowowłosa. Zamiast „impreza” mówiła „przyjęcie”. Zawsze. Spojrzeli na Kat.
- Czemu by nie? – wzruszyła ramionami.
- No to resztę szczegółów i koszty podam później – uśmiechnął się i wstał z zamiarem odejścia. Spojrzały się na niego. – Jedziemy vanem Nnoita, skąpiec chce zwrotów za paliwo.
- Ok. Super wycieczka. Ktoś jeszcze jedzie oprócz waszej trójki? – spytała Kat wracając do pochłaniania posiłku.
- Nie, tylko Tesla.
Zakrztusiła się.
Szayel opuścił je jak najszybciej.
- Eh, to trochę niemiłe z jego strony, myślałam, że coś nas łączy… - Aroma ze smutną minką pomieszała widelcem w swojej zupie kajmakowej.
- Hm? – Kat spojrzała z lekkim przerażeniem na koleżankę. Ta zarumieniła się tylko i westchnęła.
Kat zwinęła swój posiłek i odeszła. Kiedy się poznały, wysłuchała długaśną opowieść Aromy o tym jak wpadła w fz, po czym różowowłosa po tygodniu znalazła sobie nowy obiekt westchnień. Był to bardzo podobny do poprzedniego brązowowłosy chłopaczek w mejstrimowych hipsterskich okularach. Zniknął niestety jakiś czas temu, nim Kat zdążyła ich ze sobą zapoznać.
A teraz Szayel. A może to wypali, zastanowiła się. Chociaż naprawdę nie potrafiła sobie wyobrazić różowowłosych jako pary.
***
Dni uciekały jak dziki. Nadszedł magiczny dzień balu maturalnego.
Tak, Kat poszła sama. A Aroma z Szayelem. Ten niestety niczego niezwykłego się o niej nie dowiedział. Grimmjow i Nnoit poszli z jakimiś kuzynkami nawet nie wiadomo kogo. Kat pospędzała trochę czas z różowowłosymi, ale czuła się jakby daleko od tego wszystkiego. Nie mogła się doczekać tego balu, lecz czuła się teraz… Nie zawiedziona, ale wyobrażała to sobie po prostu inaczej. No i nie pojawił się książę na białym koniu.
Na drugi dzień, po szalonym zakończeniu, kiedy to Szayel otrzymawszy tytuł prymusa rzucił swoją czapeczką w twarz Kat jak ostatni cham, ruszyli na dożynki. Cała trójka z Teslą czuli się, jakby Ulqu znów był z nim. Kaczi nie odzywała się przez całą drogę i wiedzieli, że tu nie chodzi o Szayela.
Na miejscu przywitała ich fantastyczna pogoda. Słońce świeciło, wiał przyjemny wietrzyk – było idealnie. Wszędzie biegali wieśniacy i fani chłopstwa (jak ten z Ferdydurke, hihi). Widać było nieliczną młodzież siedzącą na trawie i słuchającą koncertu orkiestry ochotniczej straży pożarnej. Po niej występ miały mieć dzieci z pobliskiego przedszkola, a potem koncert lokalnego zespołu country-metalowego. Szayel czuł, że to będzie przypominać cotygodniowy ubój bydła w jego domu.
Szli sobie obok kilku straganów, gdzie gospodynie sprzedawały pajdy chleba z kupą i czymś jeszcze, oraz watę cukrową i prażynki. Grimmjow chciał iść na dmuchany zamek, ale Szayel zabronił mu, póki nie zje swojej waty, bo nikt mu jej nie potrzyma, a na zamku jeszcze pobrudzi tym dzieci. Nnoit kłócił się z Teslą o idealne wymiary podkowy dla świń.
Kiedy w końcu znaleźli wolny zestaw stolik+ławeczki, okazało się, że się nie mieszczą. Grimmjow zajmował trzy miejsca i nie chciał się posunąć, obok niego wcisnęli Teslę, bo nikt nie chciał, a po tym jak Nnoit również zajął dwa miejsca na drugiej ławeczce, nie starczyło miejsca dla Kat.
- To ja się przejdę – stwierdziła.
Nikt jej specjalnie nie zatrzymywał. Szayel próbował wyciągnąć z włosów Aromy watę, którą Grimmjowa przez przypadek tam wsadził, a Nnoit zlizywał watę ze swoich włosów. Zażenowany Tesla podążył za Kat.
Czuła się śledzona, ale nie zagrożona. Przecież to tylko Tesla. Zatrzymała się przy straganie, gdzie sprzedawali naszyjniki z racic. W sumie czemu by nie kupić kilku i rozdać przyjaciołom i rodzinie. Ups, nie miała rodziny. Znaczy przyjaciół (z serii zostawiamy błędy). Tesla stał dalej w tej samej odległości. Jakby chociaż udawał, że ogląda wystawę aktów wieśniaków, nie wyglądałby tak głupio i stalkersko jak teraz. Odwróciła się w jego stronę.
- Czemu tam stoisz? – spytała.
- Nie chcę ci przeszkadzać…
- Przecież możesz chodzić ze mną.
Nie ruszył się.
- Haha, CHODZIĆ – zaśmiała się z żartu na poziomie gdzieś między Nnoitrą, a Grimmjowem.
Lekko się zarumienił.
- No cho tu.
- Eh, nie chcę z tobą… się tu wałęsać. Po prostu nie miałem ochoty z nimi siedzieć.
- To mnie nie śledź.
- Zgubisz się.
- Jaki ty nieśmieszny. Czemu mnie śledzisz? – nie podobało jej się to.
- Nie ważne.
- Wyglądasz jakbyś chciał coś jeszcze powiedzieć.
- Ale nie chcę – odwrócił się.
- Jasne.
- No dobra, właściwie muszę ci to powiedzieć. Ale nie tutaj.
- Dobra.
Ruszyli więc w stronę z dala od tłumu. Ale im bardziej się od niego oddalali, w tym większy tłum trafiali.
***
- O nie! – krzyknęła nagle Aroma. Chłopaki spojrzeli na nią. – To jeszcze nie czas!
Wstała i zaczęła się przepychać obok Szayela aby wyjść z ławki, przez co oberwał biodrem, a jej ręka trafiła w oślinione i zawacone włosy Nnoitry.
- Fuuuj… - powiedziała z obrzydzeniem przerywając na chwilę swoją panikę i wycierając rękę w spodnie.
- Na co jeszcze nie czas, hę? – spytał Grimmjow bawiąc się patyczkiem po wacie.
- Musimy im przeszkodzić – ruszyła szybkim krokiem przed siebie. Gdyby nie to, że było tu pełno dzieci, na które łatwo wpaść, pobiegłaby. Trójka ruszyła za nią, a ich stolik w sekundę został obleczony przez kolejnych dożynkowiczów.
- Sugerujesz, że Kat i Tesla… - zaczął Szayel, ale mu przerwała.
- Szybko!
No więc Grimmjow zaczął biec. Nnoitra też. Swoimi długimi nogami z łatwością przeskakiwał dzieci. Pantera zaś swoją szerokością je po prostu taranował.
- Ale dokąd mamy biec? – spytał po chwili Cyklop zerkając w tył na Aromę. Biegła ona z Szayelem przeskakując ztaranowane dzieci. Grimmjow zgubił się w tle.
- Nie wiem… Nie wiem… - nerwowo rozglądała się wokół. – Tam – wskazała w pewno miejsce i ruszyli.
Po drodze znaleźli Grimmjowa, który przyłączył się do nich razem z nową watą cukrową. Z oddali ujrzeli Kat. Szybko do niej dotarli.
- Stój! Jesteście jeszcze za młodzi! – zdyszany Szayel oparł się o ramię dziewczyny próbując złapać oddech. Aroma również nie wykazała oznak dobrej formy.
- Musimy jak najszybciej wracać… - wydyszała.
- Na co za młodzi? – spytała Kat pozwalając Szayelowi się opierać.
- No właśnie – dodał Grimmjow. Nnoit wyglądał jakby chciał też zadać to pytanie.
- Grimmjow, zatkaj uszy, to co powiem jest dla dorosłych… - zaczął Szayel, ale dostał watą w twarz i patyczek wsunął mu się do oka.
- Wracać! – wrzasnęła Aroma odzyskując normalny oddech.
- Co tyś chciał zrobić? – spytał Nnoit kuzyna ignorując Aromę.
- Fuj… - odpowiedział Tesla patrząc na jego włosy.
- Więc?
- Tylko chciałem jej powiedzieć…
- Aha! Tak to się zaczyna! – powiedział Szayel łapiąc Teslę za ramię i uwieszając się na nim, jednocześnie odinstalowywując się z Kat. Wyciągnął watę z twarzy. – Pokazywanie ładnych miejsc, już ja dobrze wiem, jak wy młodzi…
Przerwał i wszyscy spojrzeli na Aromę, która wyglądała, jakby miał zaraz uderzyć w nich meteor.
- Jeszcze nie teraz… - szepnęła.
Zignorowali ją równie szybko.
- Chciałem jej tylko powiedzieć, że jej nie lubię – skrzywił się Tesla odsuwając różowowłosego od siebie i rumieniąc się lekko.
- Mhm, jasne – skomentował Nnoit.
Kat westchnęła. I wtedy go zobaczyła.
Czarne włosy i blada cera. To musi być…
- Ulqu – krzyknęła bezgłośnie i rzuciła się w tłum. Trójka natychmiastowo rzuciła się za nią.
- Ulqu! – Kat rzuciła się chłopakowi w ramiona. Ulquiorra poczuł jej łzy na swoim policzku, usłyszeli zduszony krzyk Aromy, po czym wszystko zgasło.
***
Otworzył oczy. Był w swoim pokoju. Wokół panowała cisza. Stał bokiem do okna. Nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć co za nim jest. Pustynia. Espada wyszedł z pokoju i poszedł sprawdzić czy Aizen go nie potrzebuje. Miał wrażenie, że coś mu umknęło.
***
Zamrugała kilka razy oczami i odgarnęła grzywkę z oczu. Czuła, że jej wysiłek poszedł na marne. Zajęło jej to kilka lat i skończyła to. Chyba po raz pierwszy ukończyła coś tak dużego. Ale to było niczym. Było tylko małym pyłkiem kurzy, który można sobie wetknąć w nos. Wszystko będzie dobrze… Spojrzała na szare kółeczko z nadzieją, że znów zrobi się zielone.


KONIEC
UWIELBIAM PISAĆ TAK BARDZO, SERIO. ALE JAK PISZĘ DLA SIEBIE, TO RÓWNIE DOBRZE MOGŁABYM TYLKO GRAĆ W GRY O GLĄDAĆ SHELDONA W KÓŁKO. Eh, nie ujęłam go tutaj :c

czwartek, 11 czerwca 2015

24# Życie w NY - odcinek przedostatni

JaniemogęxDDDD
Zaczęłam pisać to w Sylwestra z kuzynką. Nie skończyłyśmy, bo szkoda mi było czasu na wstęp. Napisałam wstęp innym razem. Ale potem miałam 2 razy reinstalowanego Windowsa, a przez wielki bałagan w dokumentach, które na reinstalację były przygotowana 3 lata temu, ukończone opowiadanie przestało istnieć. Byłam zła, dlatego postanowiłam, że nie skończę tego i zadowolić się będę musiała powieścią (nad którą pracuję, serio).
Dzisiaj robiąc plan wydarzeń powieści czytałam wszystkie części opowiadania. One serio nie są takie złe, nie wiem czemu nikt poza Mac (i na początku Pesy) tego nie czyta... Tak czy inaczej postanowiłam nie pisać na nowo brakujących części, a dałam tylko wyjaśnienia moich notatek.

MIŁEJ ZABAWY.

PS Chyba dodam ostatni odcinek. Nie pamiętam co tam miało być, ale najwyżej będzie krótki. Z miłości do Mac i do pisania. W końcu poczułam wakacje.

PS2 Co do dedykacji to dedykuję to M.G. (losowo), Pesie (nie losowo, ale jej wiele zawdzięczam) no i kuzynce, bo w sumie pomogła mi jakoś to pisać. Chociaż topornie jej to szło >:C

***
Podobieństwo do prawdziwych osób przypadkowe (żart)

***

Pewnego cudownego dnia, bo jakże mogłoby być inaczej w tym ambitnym tekście, Tesla wrócił do domu. Zastał swojego kuzyna, Nnoitrę, oglądającego telewizję. Było to dosyć dziwne, gdyż ciemnowłosy młodzieniec o tej porze zazwyczaj był na mieście ze swoją aktualną partnerką.
- Ty tutaj? – spytał Tesla ściągając obuwie.
- No – odpowiedział Nnoit po chwili. – A co? – dodał po kolejnej przerwie.
- Zazwyczaj nie ma ciebie w domu wieczorem…
Czarnowłosy wzruszył ramionami.
- Co z twoimi… twoją dziewczyną?
- A znudziło mnie to – odpowiedział przełączając kanał.
Tesla zamrugał kilka razy.
- A gdzie ta twoja?
- M-moja? J-ja… - blondyn nie wiedział co odpowiedzieć. Czyżby ich misja się właśnie zakończyła? Rzucił się szybko do pokoju i wybrał numer Szayela.
- Halu? – usłyszał różowowłosego.
- On powiedział, że skończył z dziewczynami…
Po drugiej stronie słuchać było jakby ktoś się zadławił.
- Szayel?
- JAK TO SKOŃCZYŁ? CO Z MOIM PLANEM?
- Myślę, że możemy zakończyć tą „misję”…
Rozłączył się nim Szayel wybuchł.
***
Minął sobie jakiś tam czas. Rozpoczął się ostatni rok nauki w prestiżowym Liceum XXL. Czy jak mu tam było. To nie tak, że się gubię w fabule.
Tak czy inaczej nasi ulubieni bohaterowie zbliżają się ku końcowi. Lecz nie myślcie, że po prostu opiszę tu parę nieciekawych (jak zawsze) rzeczy i wszystko skończy się na balu zakończeniowym i sio.
Wracając: jak dobrze pamiętacie, do naszych przyjaciół dołączyła mieszkanka innego wymiaru. Różowowłosa Amora postanowiła zmienić imię i nazwisko, żeby za bardzo nie rzucać się w oczy lub uszy.
- Aroma, cho tu – Kat machnęła do koleżanki.
Był pierwszy dzień lekcyjny, pierwsza przerwa obiadowa w tym roku szkolnym. Różowowłosa, ciesząc się jak jej imię teraz brzmi, usiadła przy stole z Katechi. Miała na sobie zwykłe rurki, trampki i koszulkę. Musiała całkowicie zmienić swoją garderobę – z jej wcześniejszych obserwacji wynikało, że tutaj nie chodzi się do szkoły w wysokich szpilkach i jaskrawych sukieneczkach. Nie chciała farbować włosów, więc związała je tylko w kitkę. Zauważyła, że róż nie jest tutaj bardzo niecodziennym kolorem. Na szczęście. Odkąd przybyła do tej szkoły zakres tolerancji u wszystkich się zwiększył. Jej magia działała. Również to co jej powiedział ojciec było prawdą – ta szkoła nie była zwykłym ludzkim liceum. Czuło się tu coś niezwykłego i nie chodzi tu o zapach Grimmjowa.
- Idziesz z tą różową na bal? – spytał wyżej wspomniany kolegi.
Szayel zerknął z ukosa na stolik koleżanek. Aroma miała bardzo podobny kolor włosów do niego. Gdyby razem poszli na bal wyglądałoby to dziwnie… jakby byli bliźniętami. Chociaż z drugiej strony…
- Nie wiem. Wiem tylko, że musimy się bardzo postarać, żeby zostać zauważonymi w tym roku. Wszyscy mają przyjść na imprezę po-balową do NAS, nie do Dravena.
Tak, Draven był tu cały czas.

-coś o Cupid-
Kompletnie nie pamiętam co tutaj miało się znaleźć. Na pewno miała to być dalsza część pamiętnika Amory, ale o czym?
-Martine i jej bogata rodzina, Kat dostaje penthouse-
Okazało się, że Martine ma bogatą rodzinę. W podzięce za przyjaźń z Martine, Kat otrzymała penthouse. Właściwie wygryw życia. Poza tym Martine wyjechała do szkoły z Internatem.
-Szayel chce Kat do pomocy przy imprezie-
Szayel stwierdził, że Kat może być przydatna w przygotowaniu imprezy roku. Ta zgadza się, a proponując na miejsce imprezy swoje nowe mieszkanko zyskuje różowowłosego na własność. Hihi.
-załatwiają Sonę, Draven chce zrobić imprezę z Kat-
Postanawiają załatwić Sonę, jako najlepszego DJa w okolicy (tak, z Hecarimem). Nie wiem czemu i dlaczego, ale Draven proponuje Kat współpracę. Serio nie mam pojęcia dlaczego.
-Szayel drama, bo nikt nie pamięta o nim-
Podczas przygotowań do imprezy, kiedy cała szkoła o niej huczy, nikt nie pamięta o Szayelu. Biedak wysłuchuje tylko o „imprezie Dravena i tej tam, jak jej było, chyba Kat”.
-kuzynka przyjeżdża-
Do Kat przyjeżdża jej kuzynka, Roxi. Zwiastuje to niezłą inbę.
-drugi dzień świąt idą do Barney’s użyć pierwszy raz karty stałego klienta-
Jak w opisie. Nie pamiętam czy coś kupiły czy nie.
-wracając spotykają Codiego, który zaprasza je do klubu karaoke- Spotkanie starego kolegi nie wróży najlepiej. Już go nie lubią. Szczególnie, że zmienił się na gorsze. Ale poszły z nim do klubu karaoke, bo czemu nie.
-poznanie Pisaczka i Pędzla-
Przy mikrofonie większość czasu spędzało dwóch chłopaków. Jeden wyższy, blondyn z niewidocznymi brwiami obcięty na pędzla, oraz drugi – nieco niższy, z ciemnymi włosami zaczesanymi na hipsterskiego półpędzla. Szybko otrzymali od dziewczyn pseudonimy Pędzel i Pisaczek (ten drugi charakteryzował się używaniem wyższych oktaw, poza tym zaskoczył wszystkich wydając dźwięki jak piszący pisak).
-zapraszają na imprezę-
Cody cały czas przyglądał się Pisaczkowi, natomiast dziewczyny zauważyły, że podobnym spojrzeniem obdarza Pędzel Codiego. Jakimś trafem zaczęli wszyscy ze sobą rozmawiać. Dowiedziały się, że Pędzel to Scout, a Pisaczek to Mitsh. Zaprosiły ich także na imprezę. Co im szkodzi.

Na drugi dzień Cody postanowił wyjść jeszcze w podomce do baru hotelowego zamówić porannego drinka. Po drodze spotkał nowopoznanych kolegów.
- Siemaneczko, ziomale – podszedł do nich.
- Witaj, Cody – przywitał się Scout.
- Cześć – odpowiedział również Mitsch, który zmierzał w znaną sobie stronę.
- Też mieszkacie w tym hotelu, chłopaki? – kontynuował rozmowę Szpara, patrząc się jak zwykle tylko na ciemnowłosego. Ten natomiast już dawno zniknął za zakrętem. Jedynie Pędzel przystanął jakby oczekując wspaniałej konwersacji.
- No. Co za zbieg okoliczności – uśmiechnął się blondyn.
- Tak… - mruknął Cody obdarzając go pozbawionym uczuć spojrzeniem. – Chcecie iść może ze mną dzisiaj do fryzjera?
- Jakiego?
- „U Katarzyny”
Mitsch aż się cofnął.
- U TEJ Katarzyny? – zmierzył Codiego podejrzliwym wzrokiem.
- Tak – chłopak ukazał swoją szparkę między górnymi jedynkami. Scout przełknął ślinę z wrażenia widząc to.
- Czy masz zamiar iść tam na dziesiątą? – spytał ciemnowłosy.
- Dokładnie tak.
Nastała chwila milczenia.
- Dobrze, możemy iść razem. Też jestem tam umówiony. Scout, proszę, opanuj się – chłopak wyciągnął z kieszeni kawałek papierowego ręcznika i otarł koledze usta. Czasami Pędzel ślinił się niekontrolowanie na widok interesujących go rzeczy.
- Ale ja wtedy mam manikir… - przypomniał sobie blondyn po chwili.
- Trudno, nie pójdziesz z nami – Cody machnął ręką. – No to do zobaczenia – mrugnął do ciemnowłosego.
Mitsch zignorował to i ponownie ruszył w stronę swojego apartamentu.
***
Kat leżała rozwalona na łóżku i myślała o wspaniałym głosie poznanego wczoraj kolegi. I o tym jak można żyć w tych czasach bez brwi. Roxi w tym samym czasie oglądała telewizję. Zadzwonił telefon. Spojrzała na wyświetlacz. Dziadek Janusz. Nie miała ochoty z nim teraz rozmawiać.
***
Mitsch poddawał się zabiegowi mycia włosów, kiedy Cody zasiadł na fotelu obok.
- Pan chciał mieć włosy farbowane, prawda? – spytała obsługująca go fryzjerka.
- Tak. Na brązowo.
Nastąpiła niezręczna cisza. Pracownice spuściły wzrok, natomiast Mitsch zdegustowany spojrzał na kolegę.
- Jak to na brązowo?
- No na brązowo.
- …
- No przecie wiem, że mam brązowe włosy, na inny brązowy – Cody uśmiechnął się i przewrócił oczami.
- Ale jaki. Kawa z mlekiem czy kenijski maratończyk?
- Co?
- Masz ty rozum i godność człowieka? Chodzisz do prestiżowych salonów fryzjerskich, a nie znasz nawet podstawowych barw? Mam dosyć – Mitsch wstał z fotela.
- Ale nie skończyłam płukać…
- Nie szkodzi. Nie rozumiem jak możecie tu przyjmować takich [truskawkowa cenzura].
Opuścił to zgromadzenie. Stojąc na dworze pomyślał, że chyba zrobił źle. Była zima, na dworze pełno śniegu, a on… miał mokre włosy.
- Na zakręcony ogonek…
Potarł nosek, po czym wezwał taksówkę.
***
Kolejne dni płynęły i płynęły, niczym Arka Noego. Nadszedł Sylwester. Z D…. Nie, nie z Dwójką. Nie w tym roku. Z… Dexterem? O nie, to nie tutaj. Tutaj odbędzie się niezapomniana impreza z Draaaaaaavenem i Kat. Oh, i z Szayelem podobno też.
Od rana Kat wzięła gorący prysznic i zaczęła się szykować. Roxi jeszcze spała, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi.
- Otwórz! – krzyknęła pani gospodarz z łazienki. Kuzynka wyturlała się z łóżka i niczym Dicaprio w Wilku z Wall Street podpełzła do drzwi.
- Y… Halu? – spytała.
- Pedobir S.A. Katering.
- Kat, jedzenie przyszło!
- To wpuść!
- Ok!
Roxi wstała i otworzyła drzwi. Stojący przed nią mężczyzna zmierzył ją wzrokiem. Za stara. Roxi wskazała panu miejsce, w którym może rozstawić szwedzki stół.
- Mam nadzieję, że wytrzyma… - mruknął kateringmen.
- Spokojnie, kupiony specjalnie na tą okazję w hehe Ikei.
Jedzenie zaczęło się rozstawiać, kiedy Kat w odpowiednim odzieniu weszła do obszernego salonu. Przejechała wzrokiem pożywienie. Idealnie. Czipsy solone, paluszki i tony chrupek z przeceny. Wieczorem przyjdą ludzie od ciepłych przekąsek. Pedobir S.A. rozpoczął rozstawianie napojów. Stoły po chwili zapełniły się Zbyszkami i trzema cytrynami.
***
Let’s inba tunajt
Dzikie bity wypływały bogato z penthausu Kat. Sona i Hecarim porywali wszystkich. I bardzo dobrze, bo było mało miejsca do siedzenia. Kat w ciemnych okularach spacerowała po swoim dobytku spoglądając na swoich gości. Czuła się panem sytuacji. Draven siedział na kanapie w kącie razem ze swoim haremem. Szayel biegał między ludźmi starając się zagadać każdego nudną i sztuczną gadką o operonie tryptofanowym. Grimmjow starał się nie patrzeć na Sonę. Co prawda Lee Sina raczej tu nie było, jednak wolał nie ryzykować. Nnoitra zmuszony do przyjścia siedział sobie w sypialni dla gości. Dostał specjalne pozwolenie od Kat. W salonie nie chciał przebywać, a Szayel dostawał prawie padaczki, słysząc, że jego przyjaciel nie chce iść na imprezę. JEGO imprezę.
Na przyjęciu nie zabrało oczywiście Edwarda, który próbował wbić się w bliskie towarzystwo Draavena. Cody szalał na parkiecie razem ze swoimi pełnymi porażki znajomymi – większość z nich była pędzlami. Tańczył w pobliżu Mitscha, który zdążył wyleczyć się już z hipotermii i zapalenia płuc. W ciepłym sweterku oraz szaliku siedział na jedynym fotelu w pomieszczeniu. Na oparciu siedziała jego przyjaciółka. Reszta jego znajomych niestety miała inne plany na ten dzień. Nawet Scout. Jednak ona zrezygnowała z Sylwestra z Ritom Oreom dla przyjaciela, który bał się trochę Szpary. Jego intencje były tak bardzo widoczne, że nawet Draven wolał nie patrzeć na Codiego, który naśladuje Niki Melanż pół metra przed innym osobnikiem tej samej płci.
Zapowiedziano karaoke.
- Pierwszy utwór to coś na rozruszanie – ogłosił Hecarim. – „Majteczki w kropeczki”!
Na Sali rozległo się zamieszanie. Każdy chciał śpiewać, jednak nie każdy zdobył się na odwagę do pierwszego utworu. Dwie ręce wystrzeliły w górę.
- Widzę chętnych! Zapraszam waszą dwójkę!
Kat z uśmiechem podbiegła do stoiska DJa. Już po chwili obok niej znalazł się Mitsch. Hecarim i Sona wręczyli im mikrofony.
- Ja śpiewam pierwszy – uśmiechnął się ciemnowłosy. Muzyka poleciała. Tekst wyświetlił się na ścianie Dravena.
- Gdy sześć lat skończyłem, do szkoły był czas, maleńka Marzenka żegnała mnie tak – zaczął swoim idealnym głosem. Kat wiedziała, że nigdy nie zaśpiewa tego lepiej od niego. Postanowiła trochę zaszaleć.
- Kolonie, wycieczki, poznałem nie raz – zaczęła drugą zwrotkę głosem wyjętym prosto z metalowych otchłani muzycznych.
- Majteczki w kropeczki – refren śpiewali razem, już normalnym głosem. Wyszło naprawdę ciekawie. Kiedy skończyli, Hecarim zaproponował „Kajne Grencen”. Kat wróciła do obchodzenia towarzystwa mijając Mitscha, który ponownie zasiadł w fotelu. Skinął, żeby do niego podeszła.
- Tak? – pochyliła się, aby go usłyszeć.
- Mogę ci mówić po imieniu? – uśmiechnął się.
Ściągnęła swoje ciemne okulary.
- Oczywiście… - odwzajemniła uśmiech. Nagle ktoś ją popchnął. Złapawszy równowagę zauważyła, że to był Cody. Z przymkniętymi oczami wił się bardzo ekspresywnie do jakiegoś mocnego kawałka. Oczywiście myślał, że skupi na sobie uwagę ciemnowłosego. Nic z tego.
- Chłopak rodzina to prawdziwa dziewczyna – zarapował mu ktoś, kto też nie mógł już na to patrzeć.
***

Nie wiem czy to miało mieć zakończenie. Znaczy nie pamiętam. Joł.

sobota, 13 grudnia 2014

23# Życie w NY - Wakacje, ty kurko

Nawet jestem zadowolona z tego :D
Za inspirację dziękuję Adamowi G., Martynce W. oraz zbiegu dziwnych przypadków, które sprawiły, że dorzuciłam postać z czegoś innego... i jednocześnie wymyśliłam pomysł na zakończenie tego :D
No bo sam bal maturalny nie byłby fajnym zakończeniem xD
Poza tym... te chwile, w których żałujesz, że wrzucasz sam siebie do opowiadania xDD
Od razu zaznaczę, że scena z czekoladą będzie wyglądać inaczej w ogarniętej wersji (w której nie będzie mnie xD)

PS Jeszcze lekka inspiracja od pewnych panów z pewnego portalu ze śmiesznymi obrazkami.
***
Czemu wszystko kurką jest?

Odgarnęła grzywkę za ucho i nabrała trochę kremu z filtrem. Za kilka minut wychodziła na plażę. Wolała posmarować się teraz niż potem siedzieć na słońcu czekając aż krem się wchłonie, zamiast od razu wskoczyć do wody. Po zakończonej czynności odruchowo zerknęła w lustro i poprawiła daszek z logiem Croppa, który dostała kiedyś na zamkniętej wyprzedaży. Nie wyglądał nawet źle – taki zwykły błękitny z seledynowymi akcentami. I wielkim logo. Spokojnie można było go używać, aby ochronić twarz przed słońcem. Szkoda, że głowy już nie.
Wyszła z domu i targając dosyć dużą słomianą torbę ruszyła na przystanek autobusowy. Nie miała daleko do wybrzeża, ale chciała ze sobą zabrać Lee. Trochę zajęło namawianie go na taką wycieczkę. A jeszcze więcej namawianie na kupno odpowiednich ubrań.
Zapukała do drzwi. Otworzył jej Lee ubrany dokładnie w to, w co miał się ubrać. Typowe letnie bermudy i koszula w hawajskie wzorki. A do tego klapeczki, daszek oraz ciemne okulary, dzięki którym nie będzie wyglądał na niewidomego. Czy coś.
Po krótkim przywitaniu ruszyli na plażę. Jechali 20 minut autobusem trafiając na tylko jeden korek. Sukces. Cały czas trzymała go za rękę, aby się nie zgubił. Albo nie wpadł na kogoś. Lee szedł lekko spięty. Słyszał ten otaczający go tłum i w pewnym sensie nawet czuł lekkie podmuchy tworzone przez przechodzących ludzi. Słońce tego dnia dawało z siebie całą moc, więc trochę żałował, że uległ. Mógł siedzieć w swoim chłodnym mieszkanku. Ale nie chciał sprawiać przykrości Sonie. Zatrzymał się, kiedy ona też to uczyniła. Puściła go na chwilę. Pewnie znalazła dobre miejsce.
Sona rozejrzała się. Nie dostrzegła nikogo znajomego. W pewnym sensie dobrze. Lekko zmarszczyła brwi na widok chłopaka, który gardzącym wzrokiem obdarzył jej daszek. Rozłożyła zabrany koc i lekko pociągnęła Lee za rękę dając mu do zrozumienia, że może usiąść. Ten pochylił się, wymacał kawałek materiału, po czym usiadł. Po raz kolejny zastanowił się, co oni tu właściwie robią. Same problemy, pomyślał, ona będzie ciągle musiała pilnować abym na nikogo nie wpadł a ja nawet nie będę mógł zadbać o jej bezpieczeństwo. Na plaży było zdecydowanie zbyt głośno. Jego poprzedni „atak” na Grimmjowa raczej nie miałby racji bytu w takich warunkach. Jeszcze by kogoś przez przypadek zabił. Zakrztusił się piaskiem, który został sypnięty przez jakieś biegnące dziecko. Czuł jak jego brak włosów spala się w tej temperaturze. Słońce, ty kurko.
Sona ściągnęła koszulkę i szorty. Czas wejść do wody. Wstała łapiąc Lee za rękę. Lekko go pociągnęła.
- Gdzie ty mnie chcesz teraz zabrać – mruknął wyraźnie niezadowolony. Sona lekko posmutniała. Czyli jednak zupełnie mu się nie podobało. Ale się nie poddała. Pociągnęła drugi raz. Wstał. Poczuł jej stopę na swojej.
- Klapki, eh – zsunął obuwie. Czyli czas na kontakt z wodą. Czuł, że to będzie dziwne.
Sona prowadziła go powoli w stronę wody omijając skupiska dzieci, które mogłyby spowodować kolizję. Stopa Lee poczuła wilgoć.
- To już – stwierdził zatrzymując się na chwilkę, po czym powoli zaczął wchodzić w zbiornik. Woda była nawet znośna.
***
- Nie mam pojęcia jak do tego doszło – mruknął Szayel odgarniając pot z czoła. Dotarcie do Grimmjowa w tym upale nie było takie komfortowe.
- Nie przeżywaj – odpowiedział Grimmjow popijając Pepsi Kolę prosto z butelki. – Chcesz? – podstawił koledze pod nos.
- Nie chcę twoich zarazków. Skup się.
- Na czym?
- Musimy odzyskać przyjaciela!
- E… To my go straciliśmy? Przecież byliśmy razem z nim wczoraj w klubie…
- Nie mów, że ci to nie przeszkadza!
- To, że ma dziewczynę? W sumie słaba jest. A ty co, pewnie zazdrosny…
- Nie o to chodzi! Spójrz może na jakość tych dziewczyn i na częstotliwość, z jaką są zmieniane! Poza tym nie sądzę, że to można nazwać od razu „dziewczyną” – Szayel poprawił okulary. – Grimmjow, Nnoitra stał się męską dziwką i nie można tego nie uznawać.
- Co ty od razu tak go nazywasz. Ma po prostu chłopak powodzenie.
- Nie powodzenie, tylko widzą, że jest łatwy, to się nim zabawiają, a potem koniec.
- No, bo jak są słabe to z nimi kończy.
- No właśnie. To nie mógłby znaleźć sobie jednej a dobrej? Albo nie być tak wybrednym?! – ręce Szayela powędrowały wysoko.
- To poproś go, aby tobie też kogoś znalazł – zaproponował Grimmjow spokojnie.
- Ty nic nie rozumiesz!
Grimmjow, ty kurko.
***
- USUŃ TOOOOOO.
Kat zatrzymała się. Chyba zna skądś ten głos.
- NO USUUUUUŃ.
Odwróciła się. W kawiarence obok Konata skakała wokół jakiegoś kelnera.
- Co tu się – mruknęła do siebie. Popatrzyła jeszcze chwilkę, po czym ruszyła dalej.
Tego dnia było tak bardzo gorąco, że postanowiła wrócić do domu. Jeszcze rano radośnie wybiegła do Central Parku, aby spędzić cały dzień an świeżym powietrzu. Ale niestety zbyt wysoka temperatura w cieniu zmusiła ją do opuszczenia tego miejsca przed obiadem.
Wracała sobie więc tak spokojnie, aż dojrzała bardzo fascynującą scenkę. Otóż w pewnym miejscu zauważyła znajomego jej Nnoitrę Jirugę z jakąś wydekoltowaną dziewczyną. Chyba rozmawiali. Ale wyglądali też jakby byli ze sobą bardzo blisko. BARDZO blisko.
Ciekawe, kilka dni temu widziała go też jakąś dziewczyną. Z nią też był BARDZO blisko. Kilka dni temu z jakąś inną też…
Wróciwszy do domu włączyła komputer. Od razu otrzymała wiadomość od swojego byłego partnera z projektu. Prosił ją o szybki kontakt…
***
Dzwonek do drzwi. Kat oderwała wzrok od monitora i spojrzała tępo przed siebie. Przecież już po 21…
- Ups – kompletnie zapomniała, że Szayel miał do niej przyjść. Poczłapała do drzwi i otworzyła.
- Witaj Katechi, cieszę się, że chcesz współpracować – przywitał się różowowłosy.
- No cześć.
Wpuściła go do środka i zaprosiła do salonu. Usiedli.
- Przyniosłem ciasto – podał jej kartonik.
- Oh, dziękuję – odebrała poczęstunek, po czym podeszła do aneksu kuchennego, aby wyłożyć placek na stole. Kremówka. Interesująco. Postawiła też talerzyki i łyżeczki.
- Czegoś się napijesz?
- Nie mam na to czasu, musimy jak najszybciej przejść do sedna sprawy – oznajmił poważnym tonem.
- Dobrze. To mów – wpakowała sobie kremówkę do buzi i czekała aż zacznie.
Odchrząknął. Poprawił okulary. I zaczął wykładać o tym jak to jego najlepszy przyjaciel Nnoitra zagubił się w życiu, i że źle czyni, i że tak nie wolno.
- Rozumiem. Widziałam go kilka razy ostatnio – powiedziała Kat. – Ale nie rozumiem właściwie, po co ja ci do tego.
- Mam pewien plan, jednak z powodu nieprzewidywalności Nnoitry, nie wiem czy to się uda. Otóż próbowałem rozmawiać z nim o tym, co robi. Zignorował to. Grimmjow również z nim rozmawiał, oczywiście w mniej przyjaznym tonie. Ale to również zignorował. Wpadłem wtedy na dwa pomysły. Pierwszy, żeby któraś z dziewczyn, do których się dostawia, powiedziała mu, co o nim myśli. Jednak ten plan nie wypalił. On tak bardzo nie przywiązuje uwagi do tych dziewczyn, że mu to obojętne. Właściwie skoro zignorował swoich najlepszych przyjaciół to chyba nic mu nie pomoże i ten plan z góry skazany był na porażkę – otarł łzę.
- A drugi plan?
- Myślałem, aby po prostu podstawić mu pod nos jakąś porządną dziewczynę, ale takimi to on się raczej nie zainteresuje – wzruszył ramionami. – Dlatego trzeba mu po prostu dać dobry przykład. I w tym momencie – uśmiechnął się – wkraczasz ty.
- To co mam zrobić? – spytała niezbyt rozumiejąc.
- Musisz udawać, że tworzysz parę z Grimmjowem. Wiesz, który to, prawda?
Zakrztusiła się kremówką.
- Śmieszek z ciebie.
- Mówię poważnie.
- Nie zgadzam się.
- Jesteś mi to winna.
- Za co? – zmarszczyła brwi.
- Za średnią na koniec roku.
- Ah, bo miałam większą od…
- CIIIII
Zaśmiała się złowrogo.
- Trzeba było się uczyć… - zobaczyła jego spojrzenie. - …no dobra, pomogę. Ale w inny sposób.
- Myślałem też, że mogłabyś ze mną udawać… ale jesteś tego niegodna – spojrzał na nią kątem oka.
- Aha. Mam jeszcze kogoś do wyboru?
- Właściwie nie.
- No to niestety nie pomogę.
- Liczyłem na to, że będziesz nalegać, aby udawać ze mną… - zakaszlał.
- …
- Nie ważne… - mruknął. – Gdyby był Ulquiorra to może z nim… - dojrzał coś dziwnego co przeszło przez jej twarz. Interesujące, pomyślał. – Ale Nnoitra ma też kuzyna – dokończył.
- Znam go?
- Może tak – Szayel wyciągnął z kieszeni zdjęcie danego osobnika i jej pokazał.
- Chyba może coś kojarzę – powiedziała po przyjrzeniu się mu.
- Uffff – westchnął z ulgą. – Jak dobrze, że w końcu współpracujesz. Spotkacie się jutro przed szkołą o 16 – wstał.
- Ale…
- Przepraszam, że zająłem kawałek wieczoru, ale miałem dzisiaj dużo na głowie i nie mogłem wcześniej przyjść – poprawił okulary i ruszył do wyjścia.
***
Kolejny dzień nie rozpoczynał niczego nowego. Kat obudziła się jak zwykle (eh, co za monotonia). Postanowiła, że czas zrobić coś konstruktywnego. Po ogarnięciu się, zjedzeniu szybkiego śniadanka otworzyła szafę. Mebel zapchany był równo poskładanymi ubraniami w różnych kolorach. Wybrała zwiewną różową bluzeczkę, czarną spódnicę i wkładając do tego wysokie sandałki od MiuMiu wyszła na miasto.
- Głupie słońce… - mruknęła osłaniając się od promieni, które uderzyły ją w twarz od razu na ulicy. Zsunęła na nos swoje mafijne okularki i ruszyła ulicą słysząc lecącą skądś dynamiczną muzykę. Idealna na dzisiaj, pomyślała. Szła więc sobie w rytm piosenki, a ludzie sami schodzili jej z drogi. Widać, że mafia/dres/cokolwiek. Spacerując tak sobie obserwowała ludzi. Lubiła to robić. Analizowała ich od butów przez zachowanie do możliwych celów ich wędrówki. Nawet nie zauważyła, kiedy doszła do Barney’s. Wzruszyła ramionami i weszła do środka. Tutaj czuła się jak u całkiem dobrego znajomego w domu. Na początku ruszyła w stronę sukienek. O, nowa kolekcja. Przeglądając sukienki pomyślała o swojej karcie stałego klienta umieszczonej w widocznym miejscu w portfelu. Miło byłoby skorzystać kiedyś z niej. Jednak cokolwiek ładnego tu było, miało zbyt wysoką cenę. Tak czy inaczej zawsze miło pooglądać.
Nie wiedzieć kiedy, minęło kilka dobrych godzin. Pora obiadowa. Kat skręciła w jedną z przecznic, w której pewnie była milion razy, ale za każdym razem miała wrażenie, że jest tam po raz pierwszy. Nie, żeby się gubiła przez to. Nowy Jork, ty kurko. Z daleka zauważyła szyld North Fish’a. A może by tak rybka? Dziarsko maszerując w tamtą stronę jej wzrok padł na pobliską wystawę… Sklep z zabawkami. Nasyciwszy się troszkę wystawą weszła do środka. Szybko ominęła działy z edukacyjnymi zabawkami dla niemowląt i dotarła do lalek.
Zeszła jej na to spora chwila. Wychodząc słońce dalej niemiłosiernie świeciło, a zegarek na wyświetlaczu oznajmiał, że pora obiadowa zaraz minie. Nie rozglądając się już więcej doszła do North Fish’a.
***
Jeszcze nigdy wakacje u kuzynki tak bardzo jej nie męczyły. Sona leniwie spoglądała na faunę ogrodową żyjącą swoim życiem. Oni to mają łatwo, pomyślała. Już trzeci tydzień spędzała oddalona od domu o pisiont miljonuf kilometrów. Zazwyczaj był to najlepszy czas wakacji, a czasem nawet i roku. Ale tym razem nie mogła przestać myśleć o kimś, kogo zostawiła w Nowym Jorku…
***
Grimmjow też wiele myślał. Co było niespotykane dla niego. We wrześniu miał rozpocząć kolejną klasę. Co się wydarzy w tym roku? Zmienią mu nauczycieli? Czy zostanie przyjęty do szkolnej drużyny koszykówki? Czy dodadzą coś nowego do automatów z przekąskami? No sory, ale te Grześki już się trochę znudziły. Mogliby dodać w końcu te krakersy, które są we wszystkich automatach na świecie, oprócz tych w jego szkole. W jego myślach przemknęło cicho też jeszcze coś. Coś bardzo cichego, powiedzmy nawet, że niemego. Hoho. Otóż Grimmjowek czasami myślał o pięknej niebieskowłosej koleżance, która w tak dziwny sposób dała mu kosza. Kilka razy miał zamiar napisać do niej po tym czerwcowym incydencie, ale nie wiedział właściwie co. Ona też nie dawała znaku życia. Może po prostu umarła. Westchnął. Czemu życie jest takie ciężkie. Obrócił się na bok i wtulił ryjco w poduszkę. Śmierdziała czymś słodkim. Dziwne.
Po chwili Grimmjow odkrył czekoladę roztopioną w pościeli.
Życie, ty kurko.
***
Kiedy wyszła z North Fish’a spróbowała pieszo wrócić do domu. Zauważyła w oddali miejsce, które chyba kojarzyła. Idąc przed siebie odkryła mury swojej szkoły. W tym samym momencie przypomniało jej się coś. Niestety nie wiedziała co. Ale coś to było. Idąc wzdłuż murów odgradzających szkołę od świata zauważyła, że ktoś stoi przy głównej bramie. Miał na sobie jakąś koszulkę, spodnie i buty. Zwolniła kroku i przyjrzała mu się uważniej. Coś tu nie pasowało. Nagle on również na nią spojrzał. Kat przeniosła wzrok przed siebie wracając do zwykłego tempa. Całe szczęście, że miała na sobie okulary przeciwsłoneczne. Kątem oka spoglądała na owego człowieka, który dalej się na nią lampił, a im bliżej niego była, tym bardziej zestresowany się wydawał. Kiedy go minęła, po chwili usłyszała jego głos.
- Ale dokąd idziesz?
Nie odwróciła się sądząc, że to nie do niej. Jednak po „Halo?” poczuła się lekko niespokojna, a kiedy poczuła czyjąś rękę na swoim ramieniu, odskoczyła w bok. Spojrzała na prześladowcę.
- Cz-cześć… - powiedział wyraźnie zmieszany.
- Witam – odpowiedziała czekając na rozwój wypadków.
Nastała dosyć niezręczna cisza.
- Szayel właściwie nie powiedział mi co dokładniej mamy dzisiaj zrobić… Wiesz może coś więcej o tym?
Kat zamrugała kilka razy oczami i ściągnęła okulary.
- Oh, to ty – powiedziała zaskoczona. – W tych okularach myślałam, że to jakiś afgański turysta.
Zaśmiała się niezręcznie.
- No więc… wiesz coś może? – spytał Tesla.
- Nie, nie mam pojęcia. Mamy po prostu udawać, nie wiem, może on robi nam zdjęcia z ukrycia, albo nas nagrywa, albo naśle na nas Nnoita czy coś – odpowiedziała szybko zerkając na telefon. No tak, 16.04. Zupełnie zapomniała o tym spotkaniu.
- Ale śmieszkowo – powiedziała do siebie patrząc dalej na wyświetlacz. – Wiesz, że ja kompletnie zapomniałam o tym spotkaniu?
- Oh…
- No to co robimy? – schowała telefon.
- E… Nie wiem…
- Ty jesteś facetem, wymyśl coś.
- Ale czemu…
- Jeśli jesteśmy obserwowani to musimy się zachowywać według planu, więc ty musisz być panem sytuacji – powiedziała cicho.
- No dobrze… Może pójdziemy coś zjeść?
- Przed chwilą jadłam obiad.
- To może do parku?
- O, tam mnie jeszcze dzisiaj nie było. Może będą kaczki.
Tak więc ruszyli.
***
Ulquiorra otworzył oczy. Z każdej strony otaczała go przenikliwa ciemność. Kompletnie nie mógł przyzwyczaić się do zmiany strefy czasowej. Ani do tego, że nie był tam, gdzie być powinien… a przynajmniej, gdzie mu mówiono, że będzie…
***
Lekarzu ulecz sam siebie – to jest tak bardzo o mnie. Z jednej strony jestem ekspertką od spraw sercowych, ale… sama mam problemy natury miłosnej… Jak to się dzieje? Czemu tyle się mówi o friends zone, jednak tak, jakby problem miał miejsce tylko u chłopaków?
Tak czy inaczej to nie jest najgorsze. Wróciwszy na wakacje do domu cieszyłam się nawet, że będę mogła z dala od sfery szkolnej przemyśleć całą sytuację. Ojciec pozwolił mi nawet urządzić przyjęcie! Muszę koniecznie skontaktować się z Briar. Na pewno znowu pomoże mi je urządzić. Chociaż chętnie przyjęłabym też rady od Maddie – chcę zrobić coś naprawdę szalonego! Przydałaby mi się też nowa sukienka…
WRACAJĄC do tego, co najgorsze – ojciec oznajmił mi, że ZNOWU zmienię szkołę. Myślałam, że to żart. Przecież moja misja w Ever After się nie skończyła. (Pomijając fakt, że właściwie nie wiem, co miałam zrobić i czy cokolwiek zmieniła moja obecność. Oprócz wznowienia tradycji Dnia Zakochanych Serc. Chociaż właściwie nie wiadomo czy za rok ktoś się pofatyguje o zrobienie kolejnej imprezy.)
WRACAJĄC do głównego tematu – mam wrażenie, że umrę. W Ever After jest tak bardzo BAJECZNIE (szczególnie, kiedy w pobliżu jest Dexter, szczególnie, kiedy jest bez okularów), że nie wiem, czy gdziekolwiek będzie mi chociaż w połowie tak dobrze jak tu. Poza tym słabo tak zmieniać po raz kolejny szkołę. No i jak zwykle mam „niezwykle ważną misję”, która będzie jak zwykle polegała na sianiu miłości. Lubię swoją pracę, naprawdę, ale czy będę mieć kiedykolwiek czas dla siebie? Chcę poznać swoją przeszłość! (Pomijając to, że chcę wyjść z fz.) Świecie, ty kurko…
***
Siedzieli sobie na ławku w parce. Kaczek nie było. Nawet fajnie im się ze sobą rozmawiało, kiedy Tesla stwierdził, że nie ma siły już chodzić. Nie, żeby obeszli cały Central Park kilka razy. Kat kopnęła jakiegoś kamienia, który potoczył się na drugi koniec alejki. Nagle dostała SMSa.
Od Szayela.
„WIĘCEJ AKCJI”
A więc jednak ich obserwują. Udała, że nic się nie stało i podstawiła mu telefon pod nos. Przeczytawszy domyślił się, o co chodzi. Zamyślił się. Kat uśmiechnęła się jakby była najszczęśliwszą osobą na świecie i zamrugała parę razy oczkami. Tesla wyglądał jakby miał zejść za tydzień. Przysunęła się lekko do niego.
- O, patrz, kaczki! – wystrzelił ręką przed siebie.
- Gdzie? – spojrzała w tamtą stronę.
- No gdzieś tam były, chodź, sprawdźmy.
- Już odpocząłeś?
- Tak.
- Siedzieliśmy tu tylko niecałe pięć minut.
- Ale już mi lepiej. Po prostu mi się nudziło.
Posłała mu lekko mordercze spojrzenie kamuflowane niewinnym uśmiechem. Coś poruszyło się w krzakach. No tak, mieli przecież coś udawać.
- To, ekhem, chodźmy może coś przekąsić, pewnie straciłaś dużo energii po tym spacerze – powiedział lekko teatralnie.
- Bardzo chętnie – wstała i ruszyli w losowym kierunku.
***
Tak bardzo nie chcę… Ojciec mnie posyła do jakiegoś liceum dla Mugoli. To nie tak, że mam coś do podludzi… Ale tam jest tak bardzo NUDNO. Żadnej magii, żadnych niespodziewanych rzeczy. Ale ojciec powiedział, że to nie jest taka znowu zwykła szkoła. Spytałam dlaczego, lecz odpowiedział tylko, że wszystkiego dowiem się w swoim czasie. EHHHH… Tak czy inaczej poczułam się nawet dobrze jak powiedział, że chciał mnie wysłać do Syrii pierwotnie.
***
Wakacje w pewnym sensie się już kończyły.
Tesla szedł żwawym krokiem do miejsca docelowego. Po drodze minął jakiś śmieszny czerwony party van. Rzucił na niego okiem. Okazało się, że to ten busik, gdzie można oddawać krew i dostać za to czekoladę. Pomyślał chwilkę. Powoli postawił nogę w drzwiach i wszedł do środka.
***
Kat oglądała właśnie w telewizji reklamę jakiegoś filmu.
- Sierpniowe niebo! Ponad pisiont dni chwały! – krzyczał pan z ekranu. Nagle rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi.
Nie spodziewała się nikogo. Wstała i podeszła do drzwi. Zdziwiła się widząc Teslę.
- Co ty tu robisz?
- Szayel wysłał mi twój adres i kazał przyjść… - odpowiedział opierając się jedną ręką o ścianę.
- Oh… W takim razie wejdź… Czemu jesteś taki blady? – spytała lekko zaniepokojona.
- Blady? Zawsze jestem przecież blady – uśmiechnął się niewyraźnie. – Przyniosłem… czekoladę…
Zachwiał się i zaczął opadać w dół, jednak refleks Kat uchronił go przed upadkiem.
- …
Wciągnęła go do środka i położyła na sofie. Nawet nie był ciężki. Podłożyła mu poduszkę pod głowę i bardzo dużo innych pod nogi. Otworzyła okno. Usiała na podłodze przy jego głowie i cały czas obserwowała czy oddycha.
Po minucie otworzył lekko oczy. Dopiero jednak po kolejnej chwili był w stanie się ogarnąć.
- Co się stało?
- No właśnie chciałabym wiedzieć, bo to nie jest fajne, że se przychodzisz do mnie i słabniesz mi tu.
- Zasłabłem? – spytał podnosząc się gwałtownie. Jednak zakręciło mu się w głowie, więc wrócił do poprzedniej pozycji.
- Nie jadłeś śniadania czy coś?
- Jadłem… Gdzie są czekolady?! – znowu chciał wstać, ale go powstrzymała.
- Tu są – wskazała na stół.
- To dobrze… Bo widzisz, przyniosłem tobie – uśmiechnął się anemicznie.
- Tobie się w tej chwili bardziej przydadzą – mruknęła. Wyciągnęła z kartonika gorzką czekoladę i połamała ją.
- Ale to dla ciebie.
- Ale ja chcę żebyś ty to zjadł. Czemu właściwie mi zemdlałeś?
Nagle usłyszeli z dworu głos z megafonu:
- Oddaj krew do banku krwi! I ty możesz być potrzebny! W zamian dostaniesz czekoladę na wzmocnienie po dobrym uczynku!
Kat rzuciła w stronę Tesli mordercze spojrzenie.
- Sprzedałeś się za czekoladę? – syknęła.
- Co!? Przecież oddałem krew w dobrym celu! – krzyknął zaskoczony jej reakcją.
- Oni ciebie tam w ogóle zbadali? Przecież jesteś za chudy na takie rzeczy! W twoim stanie to jest czysta prostytucja!
Nastała chwila milczenia.
- Jedz.
- Ale to dla ciebie…
Wcisnęła mu kostkę w usta.
- Jedz.
Posłusznie skonsumował. Tak jak kolejną kostkę. I kolejną.
Sama też trochę podjadła. Siedzieliby tak pewnie dłuższy czas, gdyby nagle nie złapał jej za nadgarstek ręki, którą dawała mu czekoladę.
- Dobra, wystarczy.
- Ale dalej źle wyglądasz.
- Trudno. Przyniosłem ci czekoladę, bo ty miałaś ją zjeść.
- Nie chcę czekolady z prostytuowania się.
- Ale przecież już zjadłaś trochę…
- Nie obcho… JEDZ – zaczęła mu wciskać kolejną kostkę, chociaż dalej trzymał ją za rękę. Poczęli się szarpać.
Nagle z sąsiedniego pokoju ktoś wyszedł zastając ich w nieciekawe i niejednoznacznej pozycji.
- Martine? Dobrze, że już wstałaś, siostrzyczko – zaśmiała się nerwowo.
- Siostra? Nie wiedziałam, że masz chopoka – dziewczyna poprawiła nieco pasek przy spódnicy, która rozkloszowana sięgała jej nieco za kolana. Na górze miała zwiewną koszulę wsadzoną w środek.
- Ale to kolega…
- No to ja was zostawię. Nie przeszkadzajcie sobie – odpowiedziała poważnie i lekko się uśmiechnęła. Wsunęła oskarpetkowane stopy w sandałki, po czym wysunęła się cicho z mieszkania. Powoli zeszła po schodach. Wyszła na zewnątrz i w uduchowionej pozie wdychała idealne promienie słońca.
- Moja siostra jest już taka dojrzała. Pewnie niedługo weźmie ślub. Mam nadzieję, że zostanę druhną – powiedziała cichutko.
Nagle przejechał jakiś tir oblewając jej smukłą figurkę zawartością kałuży z porannego deszczu.
- Deszczu, ty kurko – westchnęła.
 

niedziela, 5 października 2014

22# Życie w NY - Koniec roku szkolnego

To było wyprodukowane w czerwcu, ale jakoś nie wrzuciłam w wakacje, nie ogarniam xD
***
I oto ostatni dzień szkoły. W całym budynku słychać było jeden wielki hałas ludzi ładujących się do auli. Trzeba było odczekać najnudniejszą część, czyli przemówienie dyrektora, rozdanie świadectw ostatnich klas itp. Kat usiadła obok Konaty.
- Gdzie masz swojego kolegę? - spytała niebieskowłosej.
- Kolegę? Jakiego ja mam kolegę... Ah, tego kolegę? - wskazała na chłopaka w okularach siedzącego gdzieś w kącie w pobliżu Cullenów.
- Czemu nie siedzi z tobą? Na stołówce zawsze siedzicie razem.
Konata wzruszyła ramionami.
- Znalazł sobie inną koleżankę - przetarła nosek. - I teraz nie mam z kim grać w Metina. Bez niego nasza gildia upadnie.
- Ah... przykre... - Kat odwróciła się w druga stronę. Właśnie obok niej usiadł Szayel.
- Cześć, koleżanko od projektu - uśmiechnął się.
- Cześć, kolego od projektu - odpowiedziała sztywno. Zauważyła, jak obok różowowłosego zajęli miejsca jego koledzy. Spojrzała na Ulqa, ale on martwo wpatrywał się w inną stronę. Westchnęła i zaczęła śledzić wzrokiem sytuację na auli.
Zakończenie przebiegało sprawnie i bez zakłóceń. Tylko jakiś golas przebiegł przez środek. I Grimmjow zapomniał panować nad śliną.
Po części uroczystej wszystkie klasy prócz ostatnich poszły do sal po świadectwa.
- Najpierw rozdam świadectwa z wyróżnieniem - powiedział wychowawca. - Zapraszam Szayela ze średnią 5.2.
Różowowłosy z udawanym skromnym uśmiechem wstał i poszedł na środek.
- Gratuluję - nauczyciel uścisnął mu dłoń i wręczył co miał wręczyć.
- Poproszę Katechi ze średnią 5.21.
Wszyscy w szoku spojrzeli na Szayela, który nagle zbladł.
- Jak to... - zemdlał. Ktoś miał średnią wyższą od niego. I tym kimś była jego partnerka z projektu. Pewnie przez jego geniusz dostała tą wspaniałą ocenę, która podciągnęła jej średnią ponad jego.

Kiedy Grimmjow wybiegł ze szkoły zastał tłumy nowych absolwentów w tradycyjnych pelerynkach la Harry Potter i czapeczkach z wstążką. Szybko odnalazł Sonę. Rozmawiała z jakimiś ludźmi i koleżankami.
- Kochanie, to ja lecę do Nami sprawdzić czy zajęła stolik - powiedziała Janna i poszła.
- To daj nam te rzeczy i już cię zostawiamy - powiedział jakiś mężczyzna zabierając od niej tonę książek, które dostała za różne konkursy, olimpiady, czy inne wyróżnienia.
- Tylko pamiętaj, że za dwie godziny jedziemy do babci - kobieta ucałowała ją i poszli, a dziewczyna ruszyła w tą samą stronę co Janna. Grimmjow żwawo podążył za nią. Kątem oka zauważył Ahri w jednym samochodzie z obrażoną miną i tego dziwnego blond chłopca w drugim samochodzie, który ciągle do niej machał. Między pojazdami stała para, która żywo gestykulując kłóciła się.
Sona skręciła, więc zrobił to samo. Już miał ją zawołać, kiedy ktoś go uprzedził.
- Sono! Dzień dobry! - Wolontarka radośnie przywitała dziewczynę. Sona nie byłaby w takim szoku, gdyby nie fakt, że kobieta nie była sama.
- Chciałem się z tobą zobaczyć po zakończeniu - powiedział Li. - Masz na sobie to śmieszne wdzianko?
Sona podała mu swoją czapeczķę, którą wymacał.
- Przyjemny materiał. Granatowa?
- Czarna z zieloną wstążką - powiedziała Wolontarka.
Grimmjow nie wiedział kto to, ale bardzo nie spodobał mu się ten gościu.
- Sona! - zawołał. Dziewczyna odwróciła się. Tylko nie on, pomyślała. Lubiła go, ale teraz był tu niepotrzebny. Chociaż pewnie chciał się tylko pożegnać... Właściwie to już się chyba nigdy w życiu nie zobaczą. Chyba warto przecierpieć te ostatnie chwile dla świętego spokoju, prawda?
- Kto to? - spytał Li szeptem.
- Sądząc po mundurku to pewnie jej kolega ze szkoły - odpowiedziała Wolontarka.
- Chciałem ci złożyć życzenia - powiedział Grimmjow podając jej ładnie zapakowane pudełeczko. - Wszystkiego najlepszego.
Sona uśmiechnęła się do niego i skinęła głową w podzięce. Grimmjow kątem oka zerknął na obcego sobie mężczyznę. Skoro miał opaskę na oczach to pewnie był ślepy.
Pantera pochylił się nieco nachalnie nad Soną, aby ją cmoknąć w policzek, ale nie zdążył nic zrobić. Chwilowo stracił czucie od pasa w górę. Zobaczył przerażoną twarz dziewczyny.
- Sona jest bardzo wdzięczna za pamięć, ale teraz się spieszy - Li stał obok nich. Kiedy tylko zabrał palec z pleców Grimma, ten nagle odzyskał czucie. Odsunął się trochę i spojrzał wrogo na ślepego.
- Co ty *przekleństwo* *brzydkie wyzwisko*!?
Spojrzał na Sonę, która posłała mu przepraszające spojrzenie.
- Co to za jeden, co? Co on sobie myśli, co?
- A ty, młodzieńcze, co chciałeś zrobić?
- Nie twoja *przekleństwo* sprawa - Grimmjow lekko zarumienił się.
Sona złapała Li za rękaw chcąc aby już zostawili jej kolegę w spokoju. Ten rozumiejąc o co jej chodzi wziął ją za rękę i już chciał się odwrócić, ale Grimmjow nie zamierzał skończyć. Nie wiadomo po co tutaj taka agresja ze strony jednego i drugiego, ale życie.
- Czyli tak? Czyli wolisz tego ślepca, który nawet nie uratuje ciebie, kiedy zajdzie taka potrzeba? - krzyknął.
Sona miała kompletnie dosyć tej sytuacji.
Lee się odwrócił, więc Pantera o bardzo małym rozumku postanowił zaatakować go z pięści. Niewidomy z łatwością zatrzymał jego atak jednym palcem.
- Jak to...
- Proszę odejdź nim zaczniesz myśleć, że dam się sprowokować.
Grimmjow poprzeklinał trochę, ale odszedł.
Sona westchnęła. Przynajmniej pozbyła się tego idioty raz na zawsze. Ich kontakty były w dobre, dopóki nie zaczął jej wysyłać ofert wspólnych wakacji. Wtedy zaczęła się cieszyć, że niedługo koniec. Jednak po tej akcji była pewna, że nie nawiedzi jej czasem którego pięknego dnia. Zastanowiła się też czemu on wywnioskował, że ma u niej jakiekolwiek szanse. I w tym momencie, gdyby nie Wolontarka, wpadliby pod tira przechodząc na drugą stronę ulicy.
- Sono, nie zamyślaj się tak, mam tu już jednego ślepca pod opieką - zaśmiała się, a Lee przybrał obrażoną minę.
- Czego chcesz, kobieto, dawno nie byłem na dworze, mam wrażenie, że to wszystko jeździ wszędzie.
- To masz co robić w wakacje.
Przechodzili właśnie obok kawiarenki i Sona przypomniała sobie o koleżankach. Zastanowiła się czy może czasem nie zostać z Lee...
- Sona! Co tak długo! - Janna miała dar znajdowania jej.
- Umówiłaś się z koleżankami? Mogłaś nas poinformować - powiedziała z uśmiechem Wolontarka. Sona ścisnęła dłoń Lee.
- Idź się zabawić z młodymi, starego Lee musi Wolontarka nakarmić obiadem - powiedział.
- Stary Lee jest przecież tylko kilka lat starszy od młodej Sony - zaśmiała się Wolontarka. - Spokojnie mógłbyś być moim synem! Skoro już idziesz, to do zobaczenia Sono.
Lee ścisnął jej dłoń po czym poszli sobie. Sona pożegnała ich uśmiechem, który natychmiast zmienił się w przerażenie na widok wyrazu twarzy Janny.
O nie, będą pytania, pomyślała.
- Sono, zamówimy pyszne desery, a potem nam wszystko opowiesz - Janna uśmiechnęła się makabrycznie i zaciągnęła przyjaciółkę wgłąb kawiarenki.

***

I to na tyle, hihi, hoho. Będzie odcinek o wakacjach. Może kiedyś.

piątek, 20 czerwca 2014

21# Życie w NY: Bal maturalny i nowy wymiar znajomości

A oto i długo wyczekiwany bal xD 6 stron wordowych pisanych NA TELEFONIE ;u; Miłej zabawy.

***


Oto wielce wyczekiwany dzień balu. Wszyscy, którzy mieli dzisiaj wieczorem imprezę, wydzielali aurę radosnego podniecenia. Szayel obdarzał ich wszystkich spojrzeniem pełnym łagodnego współczucia. Myślą, że się dobrze zabawią. Naiwni. Przecież najlepsza impreza będzie za rok u niego! Już w nocy uzyskał poparcie Nnotry i Grimmjowa. Ulqu nie odbierał telefonu, ani nie odpisał na SMSowy spam. Trzeba było więc porozmawiać z nim dzisiaj.
- Ulqiorra, przyjacielu! - poleciał do niego z otwartymi szeroko ramionami. - Czyś zapoznał się z moim FANTASTYCZNYM planem?
Ulqu spojrzał na niego swoim nihilistycznym wzrokiem.
- Przecież mnie nie będzie.
Szayel poczuł się, jakby ktoś mu zrzucił pianino z Szopenem na głowę. O przypadku Ulqa kompletnie zapomniał. Chociaż to właściwie ułatwiało sprawę. Ulqu pewnie i tak pewnie nie brałby udziału w całym przedsięwzięciu.
- To fakt, ale zawsze możesz przyjechać na tą imprezę.
- Nie.
- Nie chcesz oglądać mojego triumfu?  
Przyjaciel obdarzył go spojrzeniem " nie". Szayel ściągnął okulary i nerwowo przetarł je o bawełniany T-shirt Grimmjowa.
- Tak czy inaczej: co dzisiaj robimy? - spytał Niebieskowłosy.
- Nie idziesz na bal? - Szayel uniósł brew.
Pięć oczu wbiło spojrzenie w Grimma.
- Nie - odpowiedział wzruszając ramionami.
- A Sona z kim idzie?
- Z koleżankami.
- ... nie zaprosiłeś jej?
- Ale to jej bal...
- Ale to faceci zapraszają - uświadomił go Nnoit.
Grimm zamrugał kilka razy i po chwili zniknął im z oczu. Biegał po całej szkole, aż w końcu ją znalazł. Stała ze swoimi koleżankami. Złapał ją za ramię i z rozpędu odciągnął na bok. Zaskoczyła ją ta sytuacja.
- Ej, oddaj nam ją - zaśmiała się Janna, jednak nie wyglądała jakby jej cokolwiek przeszkadzało.
- Pójdziesz ze mną na bal? - spytał szybko Sonę wypatrując się w nią niecierpliwie.
Bez wahania zaprzeczyła głową.
- Czemu? Idziesz z kimś innym?!
Znowu zaprzeczyła wyciągając telefon. "Idę tylko z dziewczynami, chcemy się zabawić razem, to nasze ostatnie dni razem." - pokazała mu wyświetlacz i uśmiechnęła się przepraszająco.  
- Aha, ok... - odpowiedział. Lekko zrezygnowany poszedł wracać do kolegów.
- Czemu się nie zgodziłaś? - spytała Janna lekko oburzonym tonem, kiedy odszedł.
Dobrze wiesz, że na tego typu imprezy chodzi się albo z chłopakiem, albo samemu - przekazała jej migowo Sona.
- No a co ci szkodzi skoro i tak kończysz tą szkołę?
Sona spojrzała na nią wymownie.
- Czekaj... Jest ktoś inny?! - pisnęła podniecona.
Koleżanka szybko zaprzeczyła.
- Czyli tak! No powiedz kto to! Powiedz - ciągała ją za ręce. - Poppy, powiedz jej, żeby powiedziała!
- Co ja będę mówić... - burknęła ciemnoskóra dziewczyna. Od kilku dni nie miała humoru. Jej przyjaciółki szły na after party do Dravena, u którego nie mogła przecież się pojawić. Całkowicie zrezygnowała i z jakiekolwiek imprezy i z całego balu, pomimo stwierdzenia Janny, że przecież mogą iść gdzie indziej. Jednak wiadomo, że to Draven robi najlepsze imprezy, a zaproszeni mogą czuć się kimś, więc Poppy nie chciała psuć przyjaciółkom zabawy.
***
- Najlepsze imprezy robi Draven, a ja znam kogoś, kto został zaproszony - oznajmił Szayel podczas przerwy obiadowej.
- Któż to taki? - spytał Nnoit pałaszując ze smakiem swoją porcję waty.
- Edward Erlic - poprawił okulary. Nnoit zaksztusił się colą, a Grimmjow, który dopiero co dotarł usiadł z wrażenia.
- Czemu rozmawiacie o tym chłopcu? - spytał.
- Zda nam szczegółową relację z imprezy u Dravena oraz zrobi wywiady z uczestnikami.
- A po co?  
- Żebyśmy za rok zrobili równie dobrą imprezę - uśmiechnął się Szayel.
- Ale czy ludzie nie będą woleli iść do niego, skoro go już znają?
- Przecież go już nie będzie.
- Ej, ale on ma rację - stwierdził Nnoit. - Skąd wiesz, że Draven w końcu zdał?
Szayel złapał się za głowę. Natychmiast musiał się tego dowiedzieć. Pobiegł szybko do pokoju nauczycielskiego do najbardziej zaufanego nauczyciel.
- Tak, Szayel, o co chodzi?
- Panie profesorze, czy wie pan czy Draven... - zawahał się, bo przecież nie znał nawet jego nazwiska. Ale nauczyciel chyba nie o kogo chodzi - ...zdał?
- Wiem - nauczyciel uśmiechnął się przyjemnie.
- Czy mógłby więc pan powiedzieć więc, czy zdał?
- Nie mogę udostępniać takich informacji uczniom.
- Ależ to bardzo ważne! Od tego zależy...wszystko! - zaczął panikować.
- Skoro tak ci na tym zależy to sam go spytaj - zaproponował nauczyciel i wrócił do pokoju.
Nie było innej rady. Szayel pobiegł do stołówki. Draven był jeszcze bardziej oblegany niż zawsze. Różowowłosy przebił się przez tłum ludzi i dźgnął go w ramię. Natychmiast został obdarzony draaavenowym spojrzeniem i skupieniem wszystkich osób wokół.
- Witaj, chciałbym zadać tobie pytanie.
- No mów - Draven uśmiechnął się szeroko.
- To trochę prywatne, nie chciałbyś może odejść nieco dalej?
- Draven nie ma niczego do ukrycia!
- Rozumiem. Chciałem więc spytać czy zdałeś ten rok.
Nastała chwila milczenia. Nikt z fanów Dravena nawet nie pomyślał, że on mógłby odejść.
- Draven zostaje z wami! - oznajmił wyciągając ręce w stronę wiwatującego tłumu. Szayel przeraził się. Zadanie będzie trudniejsze niż myślał. Niezauważony wrócił do przyjaciół. Usiadł zrozpaczony przy niedokończonym posiłku i schował twarz w dłoniach.
- A mówiłem - powiedział Grimmjow z mięsem w buzi.
- Grimmjow wiedział raz coś lepiej od Szayela - Nnoit zaczął się głośno śmiać zwracając na siebie uwagę otoczenia, a kłębki waty wypadały mu z buzi.
- Nie umiecie jeść - skomentował Ulqu wyczulony na etykietę. Sam nosił do szkoły własne sztućce, gdyż stołówka nie zapewniała osobnych noży do drobiu i wieprzowiny. Grimmjow wziął serwetkę, którą kulturalnie obtarł Nnoitowi twarz z resztek waty.
- Dziękuję, przyjacielu - powiedział dystyngowanie Nnoitra, po czym zauważył sugestywne spojrzenie Szayela. Odwrócił się i ujrzał swojego kuzyna, który miał skierowany w jego stronę obiektyw telefonu.
- Tesla, idioto! - wydarł się po czym wylał wodospad przekleństw i zaczął go gonić. Szayel znowu ukrył twarz w dłoniach.
***
Balowe zamieszanie Grimmjowa nie było jedyna przykra rzeczą, jaka go dzisiaj spotkała. Idąc na ostatnią lekcję przechodził obok Janny i dziwnej dziewczyny, której nie znał. Usłyszawszy, że rozmawiają o Sonie, przystanął i podsłuchiwał w ukryciu.
- Pytałam już czy będziesz w sobotę, Nami?
- Na tej imprezie urodzinowej dla Sony? Tak, wyjeżdżam dopiero za tydzień.
- To świetnie. Tak poza tym to rozmawiałam z Dravenem. Pogada z muzykiem aby puścił ulubiony kawałek Sony. Ciekawi mnie to czemu od razu się na to zgodził...
- Czemu?
- Nie mamy z nim jakichś specjalnych kontaktów, a jako szkolny gwiazdor nie robi przysług tego typu.
- Może miał dobry dzień?
- Może... Nie wydaje mi się jakoby on wiedział nawet o kim mówię...  
Po chwili zaczęły gadać o jakichś prezentach, aż w końcu Grimmjow zrozumiał - Sona miała dzisiaj urodziny! I to nie byle jakie! Sona  właśnie stała się pełnoletnia! (Pan Szef stanu Nowy Jork zmodyfikował prawo dotyczące pełnoletności z powodów osobistych: jego córka miała o rok starszego od siebie chłopaka, więc według tego prawa, ów chłopak był pedofilem.)  Teraz musiał pędzić na lekcję, ale po zajęciach koniecznie chciał ją spotkać i złożyć życzenia. Że też nigdy nie pytał ją o datę urodzin...
***
Od razu po dzwonku zerwał się z miejsca i pobiegł na zewnątrz. Zauważył ją wychodząca z terenu szkoły. Szybko zaczął biec. Niestety dogonił ją, kiedy wsiadała do autobusu. Przez głupie głośne dzieciaki nie usłyszała go. Stwierdził, że chyba nie ma sensu wysyłać życzeń SMSem. Jutro to załatwi. Przynajmniej zdąży kupić prezent.
***
Do balu pozostało kilka godzin. Sona niespecjalnie się spieszyła. Dla niej było wystarczająco czasu, żeby jeszcze odwiedzić Lee. Wdrapała się pogodnie po starych schodach na odpowiednie piętro i zapukała do drzwi. Od razu otworzył. Potrafił rozpoznać jej kroki na schodach. Zaprowadził dziewczynę do salonu, gdzie jego nieduży stół był elegancko zastawiony. Sam Lee ubrany był w pewien sposób odświętnie. Sona zdziwiła się. Skąd wiedział?
- Wolontarka mi powiedziała i pomogła przygotować to wszystko. Wszystkiego najlepszego - uśmiechnął się i zaprosił ją do stołu.
Zjedli więc ten elegancki posiłek, po którym Sona wstała aby zabrać się za sprzątanie.
- Zostaw to - powiedział usłyszawszy, jak łapie za talerze. - To w końcu twoje urodziny. Poza tym masz dzisiaj bal, nie chcę ciebie zatrzymywać. Pozwól, że jeszcze dam ci prezent - wstał, znalazł jej rękę, po czym wcisnął jej zawiniątko wyjęte z kieszeni.
Sona stwierdziła, że nie może tego przyjąć. Lee lewo opłacał mieszkanie i jedzenie, ten obiad przecież też nie był za darmo.
- Musisz to wziąć.
Sona odwinęła więc pakunek. W środku znalazła zawieszkę – dziwny złotawy medalion z błękitnym kamieniem.
- To jeden z najcenniejszych artefaktów wojownika. Mi już to niepotrzebne, a nawet ładne to jest, więc może ci się spodoba...
Sona zarzuciła mu ręce za szyję i mocno przytuliła. To było naprawdę kochane, że podarował jej coś tak sentymentalnego. Też ją delikatnie przytulił.
- Czy mógłbym zobaczyć jak wygląda twoja twarz? - spytał wyciągając rękę w jej stronę. – Ciekawi mnie jak wyglądasz, a wcześniej nie chciałem o to pytać żeby mnie nikt o pedofilię nie oskarżył.
Dziewczyna wyraziła zgodę przyciągając jego dłoń do policzka. Zamknęła oczy, a Lee powoli przesuwał palcami po jej twarzy: po oczach, nosie, policzkach, brodzie i ustach. Nagle przysunął się bliżej całując ją prosto w usta. Sona nie spodziewała się tego, ale zarumieniona oddała szybko pocałunek. Pogłaskał ją po policzku.
- Cieszę się, że mogłem to zrobić nie narażając się prawu. To teraz możesz już iść na bal - uśmiechnął się lekko. Jednak Sonie nie chciało się już wychodzić. Właśnie dostała najpiękniejszy prezent na świecie.
Wtem telefon zadzwonił. Sona odebrała SMSa.
- Koleżanki się niecierpliwią?
Ścisnęła go za rękę dając do zrozumienia, że niestety musi iść.
"Obiecałam im." - przekazała syntezatorem.
- No to dalej, idź, dzisiaj nie dzień na siedzenie u mnie. Musisz się jeszcze przebrać, uczesać i umalować - zaprowadził ją do drzwi i pożegnali się.
Dzisiaj miała bal, więc nie mógł pozwolić jej na siedzenie z nim. Poza tym miał wiele do przemyślenia... Chyba tak jakby przeszli na inny wymiar znajomości.
***
W domu Sona szybko szykowała się na bal. Czekała ją cała noc imprezowania przecież... Nie mogła się kompletnie na tym skupić. Zrezygnowała z fryzury, którą planowała i zrobiła jej prostszą wersję. Jej sąsiad, który miał ją podwieźć do szkoły już czekał w samochodzie. Zabrała naszyjnik, wyciągnęła z niego zawieszkę i doczepiła tą podarowaną przez Lee. Wybiegła z pokoju. Ubrała buty. Wyskoczyła do samochodu i pojechała na bal. Miała świętować zakończenie szkoły i swoje urodziny, ale teraz myśl o imprezie po balu napawała ją niechęcią... Chciała być teraz w innym miejscu.
***
Bal już trwał. Nie rozkręcił się dobrze, a już Caitlyn musiała opuścić salę.
- Kochana, na pewno ci przejdzie? - Lux nie zostawiała jej na krok. - Może odwieść cię do domu?
Cait usiadła na ławce i spojrzała na koleżankę. Wyglądała na prawdziwie zmartwioną. Ale nie miała ochoty dawać się odwozić limuzyną Lux, która stała w gotowości pod szkołą.
- To zaraz minie, często tak mam...
- Na pewno? Może to przez to, że twój partner jeszcze nie dotarł?
- Nie, ma coś ważnego do zrobienia. Będzie za godzinę.
- Cait?
Odwróciły się w stronę mówiącego. Był to ów partner Cait.
- Coś się stało? - spytał podchodząc do niej.
- To co zawsze... - mruknęła stwierdzając w myślach z zadowoleniem, że ubrał dokładnie to, o co go prosiła. Nie mogła sobie wyobrazić, żeby jej partner miał niepasujący kolorystycznie outfit.
Lux odsunęła się więc od tej "uroczej parki". Bardziej niż Cait cieszyła się jej chopokiem. Blondynka zaś przyszła sama, bo... nikt nie śmiał się zaprosić jej. Właściwie to niby przyszła ze swoim kuzynem, ale jaka to zabawa.
***
Sona weszła szybko do sali i zaczęła szukać wzrokiem swoich przyjaciółek. One namierzyły ją wcześniej. Podeszły do niej.
- Co tak długo? Martwiłyśmy się o ciebie - Janna zaczęła poprawiać jej fryzurę.
Trochę się zasiedziałam u Lee, odpowiedziała migowo pozwalając jej na poprawki.
- Mogłaś sobie podarować odwiedziny dzisiaj. I tak siedzisz tam codziennie.
Sona wzruszyła ramionami. Po chwili przekazała przyjaciółkom co dla niej przygotował z okazji urodzin. Pomijając jeden szczegół...
- Dziwny ten wisiorek - stwierdziła Nami. - Radzę ci sprawdzić czy to czasem nie ma jakiegoś demonicznego znaczenia.
Sona tylko uśmiechnęła się i dotknęła włosów. Teraz jej kok nie groził zawaleniem.
Postanowiły popatrzeć sobie na ludzi. Kiedy już usiadły, obserwowały ludzi, z którymi spędziły te wszystkie lata w szkole średniej. W oczy rzucała się grupa sportowców i czyrliderek zajmujących większą część parkietu. Wśród nich był bogato zbudowany Garen i jego kuzyn Jarosław "Jarvan" z drużyny futbolowej, ich największy wróg - Dariusz z drużyny tenisowej wraz z siostrą Katarzyną, jedyną tenisistką w szkole (od czasów, kiedy była mistrzyni juniorów, Poppy, zrezygnowała ze sportu z powodów prywatnych), oraz starszym bratem Dravenem siedzącym w tej szkole nie wiadomo jak długo (i będącym powodem odejścia Poppy), lecz osiągającym pierwsze miejsca w wielu dyscyplinach sportowych (daje szkole zwycięstwa, więc dyrektor nie chce się go jakoś specjalnie pozbywać, taka symbioza). Był wśród nich również nowy przyjaciel Wiecznego Ucznia - jakiś pierwszak, który pomimo wyjątkowo niskiego wzrostu potrafi z łatwością wrzucić piłkę do kosza. Razem z nimi densiły czyrliderki, takie jak Lux, Nidalee, głupia Orihime (dla której to ostatni rok, bo jest za głupia na tą szkołę) i wiele innych.
Nie było jednak Ahri, gdyż zrezygnowała ze swojego życia publicznego z powodu incydentu z młodszym bratem.
W jednym kącie siedzieli artyści, czy kij wie kto, między innymi Izuru.
- Tak bardzo się cieszę, że w końcu kończę tą szkołę - westchnął.
- Czemu? Nawet śmiesznie tu jest - stwierdził jego kolega o podobnej fryzurze.
- Bo ciebie nie prześladuje żaden nauczyciel - skomentował kolega o damskiej twarzy w czerwonych włosach. Deidara wzruszył ramionami, a Izuru z kolejnym westchnięciem upił łyk soku. Myśl o tym, że pozbędzie się z życia profesora Gina była naprawdę nieprawdopodobnie wspaniała.
- Oby to co tu nas zostało tu też zostało...
- I w proch powoli się obracało...
- I BUM! - dokończył Dei. Koledzy spojrzeli się na niego naprawdę nie chcąc po raz kolejny dyskutować na temat jego zapędów "szybkiej sztuki", która w niektórych momentach ocierała się o perwersję.
Kolejny kąt sali wypełniony był Cullenami i Bellą, a jeszcze kolejny całą resztą innych grup społecznych, których nikomu by się nie chciało wymieniać.
Nagle puszczono dosyć wolny utwór. I to nie jakiś pierwszy lepszy, lecz ulubiona piosenka Sony. Na twarzy dziewczyny widać było zachwyt. Nie spodziewała się, że usłyszy to na balu maturalnym. Janna uśmiechnęła się do siebie, po czym wzięła przyjaciółkę na parkiet. Co z tego, że tańczyły teraz same pary. One też przecież mogą jako BFF.
***
Bal powoli dobiegał końca. Przynajmniej dla tych, którzy szli na pobalowe imprezy. Sona bardzo chciała jeszcze zostać, ale Janna nalegała. Musiały jeszcze przebrać sukienki. Tak długie nie nadawały się na imprezę tego typu. Sona westchnęła. I tak powinna być trochę wcześniej. Odszukała wzrokiem Dravena. On chyba też już się zbierał. Wyszły ze szkoły i skierowały się do vana Nami, gdzie przebrały się, a potem ruszyły na miejsce.
Kiedy dotarły do luksusowego apartamentu Dravena, w środku było już parę osób i jakaś szmirowata muzyka sączyła się z radia. Jak ktoś mógł być tak niepoważny. Janna i Nami ciekawie rozglądały się wokół, a tymczasem Sona śmiało ruszyła w wiadomym sobie kierunku. Blondynka dopiero po chwili zauważyła brak przyjaciółki. Zaczęły jej szukać, kiedy nagle radio ucichło, światło się przyciemniło i jedynie na przeciwległej ścianie paliły się jakieś lampki oświetlając coś na kształt miejsca dla DJa, gdzie... stała Sona z jakimś kolegą.
- Draven wynajął ich na swoją imprezę, ale czadowo - pisnęła Nami. Janna też była w szoku. Wiedziała, że u Dravena muzykę puszczają najlepsi, ale nie myślała, że jej przyjaciółka i jej kolega są aż tak dobrzy. Muzyka zaczęła grać. Był to typowy kawałek, podczas którego Draven wchodzi do pokoju witany okrzykami tłumu.
Impreza się zaczęła.

20# Życie w NY: Jutro bal maturalny!

Strasznie krótkie i pisane na telefonie xD Ale za to 21 będzie większy :"D
***

Był wieczór. Kat leżała od kilku godzin i nie mogła zasnąć. Przyglądała się zapalonym oknom widocznym z jej pokoju. Ciekawe czemu tyle osób nie spało o tej porze. Chciała stwierdzić czy noc była pochmurna czy gwieździsta, ale silne światło wydobywające się z miasta oraz kłęby smogu uniemożliwiały jej to bardzo skutecznie. Miała już dość tego miasta. Było piękne, ale ona nie była stworzona do mieszkania w takim miejscu. Jednak szkołę trzeba było ukończyć...
***
Szayel spał tej nocy równie niespokojnie. Za kilka godzin bal maturalny, a on na niego nie idzie... Mógł się pocieszyć tylko tym, że na własny bal nie będzie potrzebować partnerki. Z drugiej strony nie był pewny czy załapie się na jakąkolwiek imprezę po balu, na czym mu najbardziej zależało, a sam nie jest na tyle popularny, aby zrobić własną...
- Eureka! - wrzasnął, zerwał się z łóżka i pognał do telefonu. Wybrał numer Nnoita. Te wakacje zapowiadały się niezwykle pracowicie.

***
Wakacje już za 2 dni. Jutro bal maturalny. Sona leżała sobie w wannie zanurzona w obfitej pianie pachnącej typowym płynem do kąpieli. Niedawno wróciła do domu po przedstawieniu. Odniosło ono duży sukces, wszyscy byli zafascynowani doborem aktorów, ich grą, a także muzyką, co najbardziej ją ucieszyło. Myślała jednak teraz o kimś niezwiązanym z przedstawieniem, a dokładniej o tym, co ją spotkało wczoraj.Jej wizyty u Lee Sina nie były już czymś w rodzaju wolontariatu. Stali się serdecznymi przyjaciółmi, więc kończąca się akcja charytatywna nie była dla nich znaczącą. Sona nie zamierzała zaprzestawać swoich wizyt, a Lee Sin nie poszukiwał nikogo innego do towarzystwa.Tego dnia, kiedy dziewczyna miała wracać do domu, zaczął padać deszcz. I nie była to taka tam sobie mżawka, lecz olbrzymia ulewa. Najbliższy przystanek był kawałek stąd, Lee nie miał w domu parasola, taksówki są strasznie drogie, a przecież Sona nie mogła wyjść w takiej pogodzie na dwór - nie można się przeziębić na własny bal maturalny! Jako, że jej rodziców nie było w domu i nie mogli po nią przyjechać, jedynym wyjściem było zostać...- Przenocujesz u mnie - stwierdził Lee i poszedł jej przygotować łóżko."Mogę spać na kanapie", powiadomiła, ale zignorował ją. Nie miała wyjścia, nie potrafiła walczyć z jego zawzięciem.Minęło zaledwie kilka minut od kiedy położyli się spać. Niebo rozbłysło, a po chwili zagrzmiało donośnie. Sona otworzyła oczy i spojrzała w okno. Czyżby czasem Lee nie wspominał jej o czymś związanym z burzą... Gwałtownie odwróciła się w stronę drzwi. Czyli ma dobry słuch. Jej przyjaciel też jeszcze nie spał. I najprawdopodobniej nie zamierzał tego uczynić w najbliższym czasie. Wstała. Nie była pewna, czy jej pamięć jej nie zawodzi i Lee ma jakieś przykre wspomnienia z burzą. Chciała trochę z nim teraz posiedzieć, aby o tym nie myślał. Została go siedzącego na kanapie.- Też nie możesz zasnąć? - spytał, jakby burza trwała co najmniej godzinę. Sona uśmiechnęła się i postanowiła cofnąć po komórkę, lecz nie zdążyła.- Możesz mi nalać trochę wody do szklanki? - poprosił. Sam potrafił to zrobić, ale dziewczyna postanowiła spełnić jego prośbę. Jak znowu zagrzmi, to mógłby czasem upuścić szklankę czy coś. Kiedy kierowała się w stronę kuchni zabłysło. Nie zdążyła dość do szafki, gdy złapał ją za nadgarstek i zatrzymał. Zagrzmiało i drgnął niespokojnie. Zachowywał się naprawdę dziwnie, chciała cofnąć się znowu po telefon, spytać go o co chodziło z tą burzą. - Opowiem ci o tym jeszcze raz, bardziej szczegółowo, ale nie idź po ten wstrętny telefon - powiedział. Zdziwiła się, ale w sumie mógł przewidzieć co chciała zrobić.- Tylko nie płacz. Wolontarka ryczała, kiedy jej opowiadałem.Dziewczyna się przestraszyła i zaniepokoiła.- To odpowiedzieć?Skinęła odruchowo głową na tak, lecz po chwili lekko spanikowała. Niby jak teraz mu przekaże, że chce to usłyszeć?- Dobrze, chodźmy usiąść i opowiem.Wmawia sobie co mogę odpowiedzieć, pomyślała. Ciekawe co jeśli bym nie chciała.- Nie wierzysz, że naprawdę wiem, co mi chcesz powiedzieć?To ją lekko zdziwiło. Czemu zachowywał się jak jakiś czarodziej? Ta burza bardzo źle na niego wpływała.- Zrzuć to na burzę, ale nie bawię się teraz w żadne sztuczki.Wyglądał całkowicie poważnie. Ścisnął ją lekko za nadgarstek.- Może i ciebie nie słyszę ani nie widzę, ale mogę ciebie poczuć, więc wiem, co chcesz mi przekazać.Usiedli na kanapie i odpowiedział jej. Opowiedział jej całe swoje życie. Jego chęci bycia najlepszym. Kierowanie się pychą i poczuciem wyższości. Burzy szalejącej pewnej nocy, kiedy z jego winy zginęła cała tybetańska wioska. O tym jak podpalił się w ramach protestu o wolny Tybet, kiedy odratowano go, jednak stracił oczy. Kiedy przez przypadek zabrano go jak bezdomnego inwalidę do przytułku w Stanach. A ona płakała. Nie uroniła jednak ani jednej łzy, nie pociągała nosem. Mimo wszystko on wiedział.- Miałaś nie płakać.Delikatnie wyciągnął dłoń przed siebie dotykając jej policzka. Łzy pociekły jej mimowolnie spływając po jego palcach.

niedziela, 6 kwietnia 2014

19# Życie w NY: dyskoteka i problemy Szayela


 
Dni nieubłaganie znikały z kalendarza. Bal był już za zakrętem, a Szayel nie miał z kim iść. Jak na razie tylko jedna osoba z ich całej czwórki miała zapewnioną wejściówkę. Ale czy na pewno?
Grimmjow expił właśnie na nowo ściągniętym serwerze Metina. Jego wypasiony wojownik siedzący na koniu z łatwością pokonywał gromady psów rzucające się na niego. Szybko nabił poziom 100 i postanowił pójść na PvP, lecz usłyszał dźwięk wiadomości.

[Sona]: Hej. Co tam? (:
[Ja]: gram w metina
[Sona]: Nie znam tej gry. Co robisz jutro wieczorem?
[Ja]: nie wiem a co
[Sona]: Chciałbyś zobaczyć jak pracuję? (:

Grimmjow zamyślił się. Kiedyś coś wspominała, że dorabia sobie na imprezach, ale jakoś nigdy nie pytał, co dokładnie robi.

[Ja]: ok.
[Sona]: To jutro w szkole podam Ci adres i godzinę. Teraz muszę już iść, pa. (:
[Ja]: pa

Wrócił do Metina zapomniawszy o tym, co mu napisała.
***
Kolejny dzień nie przyniósł rozwiązania dla Szayela. Chłopak bezradnie opierał się o zlew w męskiej toalecie. Głowę miał spuszczoną a z nosa kapały mu ostatnie krople krwi. Grimmjow znowu przez przypadek przywalił mu w nos z łokcia na WFie. Za jakie grzechy musiał mieć z nim ten przedmiot. Ciekawe, czemu w ogóle Ulqu ma to zwolnienie z WFu. Przecież często jeździ na zawody… Szayel wyobraził sobie przyjaciela, ogłuszonego łokciem Grimmjowa, który leży pół przytomnie na ziemi, a z jego nosa powoli cieknie krew. Jego twarz jest bladsza jak zwykle, a oczy lekko przymknięte…
- Cholera – różowowłosy uderzył głową w zlew. Jakim cudem do głowy przyszedł mu obraz tak słabego Ulqa? – Przecież on zawsze jest w najlepszej sytuacji, nic go nie obchodzi i nie rusza… - pomyślał o sytuacji przyjaciela-sieroty. – Eh…
Uderzył się ręką w czoło. Ulqu pewnie udawał, że nic go nie rusza. Chyba czas, aby Szayel wczuł się w rolę najlepszego przyjaciela i szczerze z nim pogadał.
***
Co tam szkoła. W szkole są same nudy. Najlepsze rzeczy dzieją się po szkole. Dlatego Grimmjow cały dzień nie słuchał nikogo i niczego, zajęty myśleniem o wieczornym spotkaniu z Soną.
- Grimmjow! Który z tych stopów metali dysocjuje z wodą!? – nauczycielka trzepnęła linijką w biurko.
- Y… - Pantera włączył się. – W dwutysięcznym pięćdziesiątym ósmym.
Klasa zaryczała śmiechem. Grimmjow był taki pocieszny. Szkoda, że nie zda do następnej klasy.
Szkoła jak to szkoła. Dla niektórych była fajna, a dla innych nie…
- Panie Granz, panu oddam sprawdzian po lekcjach.
- Dobrze.
Szayel zastanowił się, co to może znaczyć. Napisanie tego testu źle nie wchodziło w grę. Może napisał coś, czego nie było w kluczu, ale nauczyciel stwierdził, że właściwie w kluczu był błąd i on, Szayel Aporro Granz, odkrył coś, czego nie udało się odkryć nikomu wcześniej!?
- Średnia klasy to 10%.
- Zadziwiająco niska.
- Tak. Nie wiedziałem, że pójdzie aż tak źle. Na lekcjach każdy sobie w miarę radził. Chyba przesadziłem ze stopniem trudności sprawdzianu.
- Ależ, panie profesorze, sprawdzian powinien być trudny, bo inaczej pomyślą, że umieją wszystko i poprzewraca się im w głowach.
- Doskonała myśl. W takim razie i twój sprawdzian powinienem odebrać pozytywnie – nauczyciel podał mu kartkę. Szayel zerknął na punktację.
Chwilę później przyjechała karetka.
***
Grimmjow dojechał we wskazane miejsce. Spojrzał na luksusowe wejście do klubu i aż mu szczęka opadła. Sona czekała w pobliżu. Podeszła do niego, uśmiechnęła się na powitanie, po czym zaciągnęła go w stronę wejścia dla personelu.
- Nieźle tu – skomentował futurystyczny wygląd korytarza. Sona z uśmiechem poprowadziła go na sam koniec, po czym wyciągnęła telefon, aby coś napisać. Przyjrzał się jej odzieniu. Miała na sobie dość kusy fioletowo-niebieski top i niebieską spódnicę, a na rękach dziwne zielone rękawiczki bez palców. We włosach widać było spinki w kształcie gwiazdek. Ogólnie wyglądała… kolorowo. Biedne oczka Grimmjowa nawet nie dostrzegły detali takich jak różowe korale, tęczowy pasek spięty klamrą w kształcie gwiazdek, granatowych bucików. Właściwie po chwili i tak zapomniał, w co była ubrana. To takie męskie.
Po chwili weszli do pomieszczenia obok. Byłą to olbrzymia sala dyskotekowa. Widać było, że ludzie dopiero się schodzą. Z głośników wychodziła jakaś mieszanka techno. Sona skierowała się w stronę podestu dla DJ’a, który był tuż obok nich. Grimmjow oślepiony światłami po chwili dołączył do niej. Kiedy jego oczy przywykły do panujących w pomieszczeniu ciemności pomieszanych z błyskami lamp, zauważył, że Sona „rozmawia” językiem migowym z jakimś dziwnym facetem w hełmie na głowie. Na hełmie był róg. Tęczowy. I różowa grzywa.
„ To Hecarim. Pracujemy razem” – napisała mu na telefonie i pokazała.
- Aha – odpowiedział Grimm, a jego głos był w tym hałasie niesłyszalny. Po chwili zauważył, że ów „Hecarim” siedzi na wózku inwalidzkim, który do złudzenia przypominał futurystyczne krzesło. Zastanawiał się, czemu jakimś cudem ten nowoczesny styl pasował do średniowiecznego, a może nawet antycznego czy tam wróżkowego lub gejowego hełmu tego kogoś.
Kiedy Grimm ogarniał swoje miejsce położenia, w klubie zgromadził się duży tłum. Do podestu podszedł jakiś dziwnie przypominający Pitbulla facet.
- Joł wszystkim! – krzyknął przez mikrofon. – Zaczynamy impre, dzisiaj bawić się z nami będzie grupa Arcade: Sona i Hecarim!
Tłum zaczął szaleć. Sona założyła słuchawki i razem z zahełmionym kolegą zaczęła bawić się stosem pokręteł i guziczków, które wyglądały jakby ktoś wysypał na stole Lentilky.
***
- Dziękuję, że przyszedłeś mnie odwiedzić – powiedział Szayel do Ulqa próbując złapać jego dłoń.
- Przyszedłem tylko po moją książkę – odpowiedział sucho Ulqu trzymając ręce przy sobie. Siedział na krześle i patrzył swoim nihilistycznym wzrokiem na przyjaciela, który dramatycznie leżał na łóżku. Szayel, dowiedziawszy się o tym, że zrobił błąd na sprawdzianie, zemdlał na miejscu. Nadal czuł się źle. Był w trakcie popełniania próby samobójczej, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi. Był to Ulqu, który po chwili zaczął żałować, że właśnie tego dnia zachciało mu się żądać zwrotu książki.
- Oh, przecież wiem, że to taka wymówka. Jesteś bardzo skryty, Ulqu-sama.
- …
- Porozmawiajmy może o twoich problemach – Szayel przybrał pozę rzymianina i wcale nie wyglądał na kogoś, kto jest w głębinach depresji.
- Nie mam problemów.
- Masz. Na pewno masz. Po prostu nie chcesz nam o tym mówić. Ale mi możesz powiedzieć. Nie jestem Grimmjowem, ani Nnoitrą, nie wyśmieję ciebie. Mów, co chcesz.
- Dobrze.
- Słucham więc.
- Powiedz gdzie masz moją książkę.
- …
- …
- Chodziło mi o to, żebyś mówił swoje PROBLEMY.
- To jest problem: oddawaj książkę.
- Co ciebie nagle wzięło z tą książką?! – zdenerwował się Szayel. – Mam ją u siebie od ponad dwóch lat!
Nihilistyczne spojrzenie Ulqa zalała kropla irytacji. Szayel przeraził się i schował pod kołdrę.
- Dobra, bierz. Jest na półce numer 432, rząd 4345.
Ulquiorra wstał i począł szukać wskazanego miejsca.
- Ale naprawdę chcę wiedzieć: czemu nagle sobie przypomniałeś o tej książce? – spytał różowowłosy wychylając się spod kołdry.
- Jutro wyjeżdżam – odpowiedział krótko Ulqu i wyciągnął książkę z półki. – Żegnaj – powiedział i ruszył do wyjścia.
Szayela zamurowało. Jednak opamiętał się, wyskoczył z łóżka i poleciał własnym ciałem zasłonić drzwi wyjściowe.
- Jak to JUTRO!? – zaczął zamykać drzwi na wszystko, co się dało.
- …
- Odpowiedz! – krzyknął zrozpaczony.
- Daj mi wyjść.
- Nie dam! – Szayel zsunął się na podłogę przybierając pozę Rejtana.
Ulqu schował książkę do kieszeni, po czym złapał przyjaciela i przesunął go na bok.
- Ulqu, nieee! Nie możesz mnie zostawić z idiotami!
- Bo co – retorycznie spytał Ulqu i wyszedł.

***
Kieszeń Grimma zawibrowała. Przebudził się i otarł ślinę. Dalej był na dyskotece, jednak zasnął po 5 minutach od jej rozpoczęcia. Wyciągnął z kieszeni telefon, przeczytał wiadomość i zadławił się.
- Sona – szarpnął ją za rękę – ja lecę.
I wybiegł.
***
- Umyłeś naczynia?
- Nie.
- Babcia nie byłaby z ciebie dumna.
- Mam to w dupie.
- …zmień proszę dzwonek na SMSa.
- …
- …co jest? Napisali ci, że wygrałeś Opla?
- …
- Ej, Nnoit!
- Nie czekaj na mnie z kolacją!
Trzaśnięcie drzwiami.
***
- Nie wiemy czy da się go uratować – te słowa skierował lekarz do Nnoitry i Grimmjowa, kiedy dotarli do szpitala. Szayel miał wypadek – tylko tyle udało im się dowiedzieć. Zdenerwowani i zrozpaczeni siedzieli na twardych plastikowych krzesełkach w sterylnie czystej poczekalni. Nawet gazetek do poczytania nie było.
***
[Sona]: Nie mogłam znaleźć ciebie w szkole. Co się stało wczoraj?
[Ja]: ten gnojek Szayel miał wypadek niby i byłem z Nnoitem w szpitalu a potem się okazało, że to tylko zatrucie pokarmowe i siedzi na kiblu ciągle, ale kazał lekarzowi powiedzieć, że nie wiadomo czy przeżyje
[Sona]: Dziwne. Niemiło z jego strony :/
[Ja]: no
[Sona]: Chciałbyś ze mną iść dzisiaj do Hecarima? Myślę, że znajdziecie wspólny język.
[Ja]: ok.
[Sona]: To spotkajmy się tam, gdzie zawsze za godzinę : )
***
Hecarim mieszkał gdzieś na przedmieściach Nowego Jorku, w charakterystycznym parterowym domku z garażem. Jechali do niego autobusem. Mieszkał blisko przystanku, więc nie musieli męczyć nóg.
- Siema! – pomachał im z otwartego garażu. Grimmjow mógł teraz przyjrzeć się mu z bliska. Był to dosyć napakowany koleś siedzący sobie na swoim futurystycznym wózku jak na krześle w barze, miał na sobie randomowy top, jakieś spodnie. No i jakiś dziwny hełm na głowie ze straszną twarzą.
- Właśnie spawałem – ściągnął hełm, położył go sobie na kolanach i wyciągnął rękę do Grimma. Ten mógł zobaczyć teraz zupełnie zwyczajną twarz z czarno-turkusowymi włosami i różową bródką.
Trwało to dobrą chwilę, po czym Hecarim zrobił zakłopotane „hehe, no to pokażę wam, co robię” i ruszył w garaż. Sona zaniepokojona zawiechą Grimmjowa poklepała go lekko po ramieniu z miną „wszystko w porządku?” i weszła do środka. Po sekundzie błękitnowłosy także zobaczył, co tam jest.
Ich oczom ukazał się… metalowy koń bez szyi i głowy.
- Co to? – spytał Grimm.
Hecarim złapał się „miejsca na szyję” metalowego czegoś, podciągnął się, zrzucił sztuczne nogi ze spodniami i wbił w „konia”.
- Protezy nóg są dla słabych. Ja będę centaurem – powiedział z wielkim uśmiechem.