LISTA STRON

|SŁOWO WSTĘPU|

Witam szanownego czytelnika w swoich skromnych progach.
Zapraszam do zapoznania się ze spisem mojej "twórczości" i wybraniem odpowiadającej sobie pozycji.
W razie problemów zapraszam do zakładki "Bohaterowie".
Życzę miłej lektury!

PS Będę wdzięczna za wszelkie komentarze~!

|Statystyka, co mnie na duchu wcale nie podnosi ani nic|

niedziela, 6 września 2015

26# Nocne Party u Kat 3

Witam serdecznie.
Postanowiłam na poważnie podejść do tego bloga, a mianowicie zmienić wygląd (mam raka oka od tego co widać w "Spisie opowiadań") i może jakoś zareklamować. Muszę zerwać z myśleniem, że skoro w opowiadaniach pojawiają się nieznane innym osoby, to będzie to dla nich nudne. Bo przecież jak czytamy nową książkę, to jest to nasz pierwszy kontakt z jej bohaterami, czyż nie?

Nocne Party u Kat 3 zostało napisane 28-29 sierpnia tego roku. Niestety wena nie dopisała i musiałam to wszystko obrobić. Współautorką można nazwać Roxi, bo pomogła nawet bardziej niż ostatnio, huehue XDD

Co do powieści - robi się... a raczej robiła. Nie wiem jak wyjdzie.

Chętnie bym spisała Nocne Party u Roxi, bo to była taka psychodela, że szok i w ogóle to było w końcu prawdziwa nocna impreza XDD

Wracając do głównego tematu. Wczoraj przeczytałam mojego starego bloga (Bleach Parody Magazine, gdzieś w linkach na starym blogu jest) i w kilku momentach naprawdę poleciały mi łezki ze śmiechu. Nie stwierdzam, że się wypaliłam w pisaniu parodii, czy jakkolwiek nazwanych śmiesznych rzeczy... Po prostu tak jakoś mieszam ładne opisy z randomami.

Miłej zabawy.

_____________________________________________________


A wszystko zaczęło się w Krainie Świnek. Po udanej misji, Kat i Roxi wróciły do domu. Były lekko zmęczone, jednak objawił im się duch... Nie wierzyły własnym oczom... Nie był to jednak duch Michaela Jackson'a, który miał piątą [szóstą!] rocznicę śmierci. Jasne włosy odbijały się w świetle księżyca. Na początku myślały, że to Jerzak, jednak po chwili padły na kolana, widząc, iż mają przed sobą prawdziwego Emajnema.
- Biały, nie znaczy lepszy - powiedział. Wtedy przypomniały sobie jego naukę. Nie było czasu na odpoczynek. Pora zorganizować kolejne przyjęcie.
Tym razem miało być to eleganckie przyjęcie herbaciane. Filiżanki, ciasteczka, imbryczki, Henryczki i Orliczki.  Jednak, pojawiły się trudności z utworzeniem listy gości. Nie wiedziały bowiem, kto ze znajomych skusiłby się na takie klimaty, poza Aizenem, którego i tak nie zaproszą. Postanowiły nadać przyjęciu jakąś tematyczną otoczkę. Padły różne propozycje. Minecraft, Posiedzenie Rządu, Bal transwestytów im. Ciela P. Nie mogły się jednak zdecydować, dlatego zostały bez tematu. Poza tym znając życie nikt by się nie przebrał i dekoracje kij by trafił. Przebrani ludzie w normalnym miejscu wyglądają o wiele lepiej niż Hogwart z Mugolami.
Rozpoczęły przygotowania. Gośćmi, zajmą się później. Zamówienie serwetek i herbaty, dla nieokreślonej liczby osób nie było niestety łatwe. Dlatego zaprosiły większość znajomych nie mówiąc im o tym, że to przyjęcie herbaciane. Tak chyba najłatwiej. Może jednak ktoś przyjdzie.
Rok później, czyli w dniu imprezy, już o siódmej, kiedy gang piekarzy harcował na ulicy, nadjechał tajemniczy van. Jego kierowca przedstawił się jako dostawca porcelany. Razem z Kat i Roxi rozłożyli zastawę na stołach, pożyczonych z Ikei. Następnie rozstawiły inne potrzebne rzeczy, np. krzesła, darmowy parking, dmuchany zamek i stoisko z watą dla Grimmjowa. Nie zdążyły niestety się przebrać w odpowiednie kreacje, gdyż pojawili się pierwsi goście. Niekulturalnie to z ich strony.
- Mamusiu - powiedział Iwan machając do Kat na powitanie. Roxi w tym czasie wycofała się nieco, udając, że nie widzi Yao stojącego obok Rosji. Nie, żeby w jakiś sposób unikała go, czy tam może bała się Iwanka. Spróbowała wejść do domu, aby się przebrać. Niemal nie zderzyła się z Pepper, która właśnie staczała się ze schodów. Dexter, idący za nią, nie przejmował się tym, że jego dziewczyna nieco za bardzo panoszy się wszędzie. W końcu byli buntownikami.
Kat w tym czasie witała kolejnych gości. Niezbyt komfortowo się czuła robiąc to w swoim codziennym dresie, ale cóż miała zrobić. W sumie to był dres wyjściowy, bo tą spódnicę ubierała także na specjalne okazje. Chociaż nawet dobrze było - miała w co wytrzeć dłonie po tym, jak przez przypadek jej ręce otarły się o Grimmjowa przechodzącego zbyt blisko. Goście z wyraźną nieśmiałością zajmowali miejsca. Większość z nich nigdy nie była na przyjęciu, gdzie stał zastawiony stół i nie wiedzieli, jak się zachować. Wywołało to lekkie zgorszenie na twarzy Dziadka Janusza. Poza tym byli w szoku, że to przyjęcie herbaciane. Ale na przykład taki Grimmjow nawet się cieszył. Mógł popisać się swoją umiejętnością picia herbaty, którą opanował do perfekcji podczas służenia Aizenowi. Dobra, wystarczy już tego pisania o Grimmie tylko, przecież tam była masa innych osób jeszcze! Na przykład Hirako. Nikt nie miał pojęcia skąd ten facet wziął się w tym gronie. Poza tym wzbudzał kontrowersje krawatem niedopasowanym do koloru butów.
Roxi udało się przebrać i dojść do gości. Przypomniało jej się Nocne Party u Kat, kiedy latała w stroju Vadera. Teraz wiedziała już kim on jest. Niestety. W końcu każdą lampę w tym domu zdobił jego wizerunek. Odkąd Kat kupiła książeczkę z naprasowankami i innymi poradami DIY z Gwiezdnymi Wojnami, zmieniło się tu nie do poznania.
Po pierwszej filiżance, widać było, kto ma słabą głowę. Yao rękawami zamiatał połowę stołu, kiedy sięgał po cukier. Iwan starał się ostrożnie dodawać kostki cukru do herbaty, jednak niestety kruszył je szczypczykami w połowi drogi do napoju. Nnoit dzwonił łyżeczką przy mieszaniu. Pepper piła całą filiżankę jednym łykiem i wycierała po tym usta. Dziadek Janusz nie wytrzymał. Nie podobało mu się to wschodnie towarzystwo.
- Jak ty wyjdziesz za Ruska, albo Ukraińca, to ja na ślub nie przyjadę! - krzyknął w stronę Kat, która właśnie patrzyła. Iwan nie zdążył spytać, czemu miałby brać ślub z mamusią, bo Dziadek opuścił serwer.
Roxi otwarcie zaczęła przyznawać się do kontaktów z Iśkiem dopiero wtedy, gdy Yao zniknął pod krzesłem. Nie wiedziała co prawda, czy Leon informuje ojca o swoim życiu prywatnym, jednak wolała nie ryzykować. (Sugerowanie, że mu cokolwiek mówi.) Iwanowi było przykro, więc zabrał Chińczyka i poszli do domu.
Kat zapuściła w końcu normalną muzykę. Było to coś o wiele lepszego niż rok temu. Wtedy było tylko zwykłe "Jestem bogiem", tego dnia leciała prawilna wersja będąca coverem z feat i Arką Noego. Wystarczyło, aby Nnoitra zamanifestował swoją przynależność do Zgromadzenia Magicznych Fasolek. Jest to, drodzy koledzy, organizacja ekologiczna, mająca na celu zlewicowanie świata przestępczego. Ale kogo to obchodzi. Większość ze zgromadzonych, nie wiedziała kim jest pan Jiruga, więc po prostu go zignorowali. Zainteresowania nie okazał również Bartioszek, będący zazwyczaj osobą otwartą na nowe idee.
Parkiet tej imprezy został ochrzczony przez Codiego, który ze swoją nową modną fryzurą (tak, zgadliście, "na pędzla"), co krok załapywał coraz więcej atencji od przebywających wokół.
/Britnej Plaża/
Cody godnie zastępował Łosia, który porzucił życie dynamicznego tancerza, na rzecz producenta Szopkinsów - najlepiej sprzedającej się serii zabawek na zachodzie. Zdobył tym serca milionów osób.
Grimmjow był zazdrosny. Nie mógł pozwolić, aby jakiś młodziak zabrał jego atencję. Ruszył na parkiet. Wyginając się jak stały bywalec dożynkowych dyskotek w remizie spowodował, że ludzie automatycznie oderwali wzrok od miejsca do tańca. To było po prostu niesmaczne. Nnoitra aż zakrztusił się torebką od herbaty widząc kolegę w akcji. Szayel musiał go ratować. Na szczęście zabrał swój podróżny zestaw małego medyka. Kiedy tak go ratował, siedzący obok Tesla nie zauważył, że wstawiony pięcioma filiżankami Luppi, malował mu paznokcie na buraczkowo. Łotwie aż przypomniała się pewna szarlotka, przez co jego twarz przybrała kolor wspomnianego wcześniej warzywa. Miał nadzieję, że Roxi tego nie widziała.
Mógł być spokojny. Była zajęta dyskretnym uciekaniem od Braciszka Francji, który postanowił przełamać wszelkie bariery i pokazać czym jest równość wszystkich ludzi, poprzez taniec z Grimmjowem. Tym samym niebezpiecznie zbliżyli się do miejsca, w którym siedział Isiek z obstawą. Czyli Roxi, hehe.
Na chwilę zgasły światła. Ale tylko na sekundę. Wszyscy zwrócili wzrok na drzwi od piwnicy. Zauważyli dwa lasery, które okazały się po chwili oczami gospodarza. Henryk zerknął na taras, po czym zdecydował, że wróci do środka. Znajcie łaskę.
Kat postanowiła się przebrać w coś ciekawszego. Wchodząc na górę upewniała się, że w domu nikogo nie było. Na parterze czysto. Na piętrze też. (Na półpiętrze też). Tylko Henryczek zabunkrował się pod stołem w salonie czekając na sposobny moment aby zgankować kogoś za pomocą swojej umiejętności biernej. Kaczi zakluczyła więc drzwi do swojego pokoju, aby w spokoju przebrać się w piękną sukienkę. Kiedy tylko lekko podciągnęła bluzkę, usłyszała kogoś. Odwróciła się spanikowana. Szayel i Ulquiorra siedzieli na kanapie. Matko jedyna, Szopkinsie limitowany. Jak mogła ich nie zauważyć. Zamieniła twarz na czerwonego pomidora, po czym grzecznie kazała im ulotnić się stąd. Nie wiedzieli o co chodzi. Szczerze mówiąc nawet na nią nie patrzyli. No bo przecież nie sugerujmy, że jakiś dojrzały mężczyzna pokroju Szayela zainteresuje się ledwo pełnoletnią losową dziewoją. Haha, zabawne. Musiała więc iść przebrać się do łazienki. Niestety na toalecie siedział Jason czytając nowy numer Gościa Niedzielnego. Chciała załatwić to szybko, więc musiała wrócić do pokoju. Przebrała się tak, żeby niczego nie zauważyli. Bo akurat by na nią patrzyli. Byli pochłonięci poważną rozmową na temat wpływów występowania pauzy we wszystkich Tamagotchi, oprócz tych japońskich, na podaż obuwia w Stanach. Zapomniała niestety o portrecie Sparrowa, który czujnie obserwował wszystko jednym okiem (drugie było zasłonięte fartuszkiem wiszącym na wieszaku nad plakatem). Ledwo się przebrała, ktoś wpadł do drzwi. Musiała zapomnieć zakluczyć, albo rozwalili jej klamkę. Dan, z krawatem na czole, w jednej ręce przytrzymywał Prusa, a w drugiej trzymał jakąś dwulitrową puszkę Mołtan Dju.
- No bo chciołem z gospodorzem się zoboczyć żeby upominek wręczyć osobiście - rzekł wciskając dziewczynie puszkę w ręce. Lekko zakłopotana odłożyła ją do reszty, po czym rzuciła się ocenić stan drzwi. Blondyn opuścił pomieszczenie słysząc jakieś ciekawe bity z dołu. Prusa niestety zostawił. Trzeźwy albinos rzucił spojrzeniem na dwójkę siedzącą na kanapie. Westchnął i mruknął coś pod nosem.
- Co to za cieniasy - powiedział do Kat. Nie wiedziała o co mu chodzi. Może to miało być pytanie, lecz Prus będąc nowoczesnym, nie używał znaków interpunkcyjnych. Albo Iwan zjadł mu cały zapas, ups.
Szayel i Ulqu tradycyjnie zignorowali go. Nie lubili rozmawiać z obcymi młodzieńcami. Ulquiorra po chwili wstał, otworzył balkon i wyszedł mówiąc coś o tym, że idzie odebrać telefon. Kat po bilansie drzwi ruszyła na dół pilnować przyjęcia.
- Ju szol mi dałn bat ajm skfaf ajm tajtaaan - krzyczał ktoś do mikrofonu. Chyba odpalili karaoke.
Szayel klikał sobie na swoim telefoniku z klapką, kiedy poczuł, że ktoś zajął miejsce obok niego. Miodowe oczy na ułamek sekundy spotkały na swojej drodze dwa rubinki. Prus uśmiechnął się szeroko.
- Kolejne azjatyckie transiki? - spytał. Wiedział, że Kat lubi Kambodże i inne takie. Nie mógł jednak stwierdzić, kiedy dokładnie pozbył się lewego ramienia. Może urodził się bez niego? Po chwili zarejestrował palec różowowłosego przyłożony do miejsca, gdzie kiedyś mogła znajdować się pruska kończyna. Ciekawie. I nawet kropla krwi nie upadła na podłogę. Szayel wiedział, że nie warto denerwować Kat syfieniem domu.
Izuru w ciszy i skupieniu zaparzał kolejną herbatkę. Wszyscy mu odradzali. Wypił już wystarczająco. Co zrobi, gdy... Blondyn nagle wstał i wbiegł do domu. Musiał jak najszybciej znaleźć łazienkę. Ilość herbaty, którą wypił, nie mogła zmieścić się w jego małym pęcherzu. Przypomniał sobie swoją babcię, która wydziergała na drutach sweterek na pęcherz, żeby sobie nie przeziębił. A może to zrobiła Kim na swoim biuście. Nie ważne. Niestety spotkała go tragiczna wiadomość. Obie łazienki były nieczynne. Przypomniał sobie dopiero teraz słowa ludzi mówiących mu, aby odpuścił kolejną filiżankę. Poczuł wtedy coś. Ten smutek zalewający jego ciało. Upadł na podłogę. Czemu to zawsze musiało się tak kończyć. Sięgnął ręką do kieszeni. O nie. Musiał zostawić telefon w domu. A tak bardzo chciał się podzielić tym uczuciem ze swoimi kolegami z Uczuciopedii. Poczuł wilgoć pod palcami. Widocznie łzy cieknące mu po twarzy utworzyły niezłą kałużę. Poczuł znowu coś - jak ktoś klepie go po głowie. Spojrzał w górę.
- Gin?
- Jejku, Izuru, czemu klęczysz w jakiejś kałuży moczu? - spytał białowłosy uważając, aby samemu nie wejść w żółte jeziorko. Izuru chciał umrzeć. Ale jego pęcherz, uwolniony od zmartwień, powiedział mu, że życie jest piękne. I tego blondyn postanowił się trzymać. Wyciągnął dłoń w stronę byłego przyjaciela, aby ten pomógł mu wstać, jednak zdał sobie sprawę, że miał ją mokrą. Smutne.
Kat pilnowała porządku. Wszystko szło elegancko. Nawet Francja opuścił parcelę, a ktoś pokusił się na stwierdzenie, że zrobił to razem z Łotwą. Kilka osób tańczyło do murzyńskich rapsów, niektórzy leżeli na trawie i oglądali gwiazdy. Niebo faktycznie wyglądało tego dnia wyjątkowo.   Postanowiła więc wyciągnąć telefon i zerknąć w Plemiona. Surowce same się nie zdobędą, a wojsko samo się nie zrobi. Nagle ktoś ją złapał za ramię. Odwróciła się szybko. Zobaczyła niezidentyfikowaną rękę bez właściciela. Miała nadzieję, że nie maczał w tym palców Jason. Jednak lepiej i tak znaleźć Pesę.
Nie wiedząc, o co chodzi, Nnoit wrzucił pieniążka do kapelusza leżącego przy nieznanej mu osobie, która całkiem ładnie udawała chodzącego grzyba. Później się dowiedział, że ten ktoś nie zbierał pieniędzy, a nakrycie głowy po prostu leżało i stracił bezpowrotnie trzy dolony.
- No kurczę - skomentował Nnoit, lat sto czternaście. (Ze względów bezpieczeństwa dla młodych czytelników i ogólnej przyzwoitości dubbing został ocenzurowany.)
Roxi wraz z Iśkiem była jedną z osób leżących na trawie i oglądających gwiazdy, leżała przytulona do jego boku. Nagle podszedł do nich Cody.
- No hej mała, mogę się dołączyć ? - nie czekając na odpowiedź wepchnął się pomiędzy nich. Isiek spojrzał na Roxi pytająco po czym wstał a ona zrobiła to samo.
- Co ty tworzysz? Nie zgodziłam się na dotykanie mnie - chwyciła Iśka za dłoń i przeszli położyć się kilka metrów dalej. - Następnym razem najpierw wypełnij podanie - dodała odchodząc.
Cody westchnął. Na lekkie dotknięcie podanie, na dodanie do znajomych podanie, na dołączenie do grupki jakieś refy... Co z tym światem jest nie tak? Gdzie jest miłość dla innych? Braciszku Francjo, czemuś nas opuścił?
- Znam to uczucie - usłyszał czyjś głos. Odwrócił głowę w bok. Obok niego leżał Harold wpatrujący się w gwiazdy.
Pan Lala wdał się w ciekawą pogawędkę z Pedobearem. Sączyli sobie herbatkę, kiedy ich spokój został zakłócony przez... nie, jednak nie został zakłócony.
Kat naśladowała dźwięki miecza świetlnego machając jakimś zwitkiem papieru. Patrzyła przy tym uważnie na swoje odbicie w piekarniku. Głupio by było, gdyby nagle ktoś wszedł do kuchni.
- Aha - powiedział Hirako wchodząc do kuchni. W ręce trzymał puszkę Małtan Dju. Rzucając w dziewczynę zdegustowanym spojrzeniem, schował to do lodówki. Kat zauważyła, że puszka była otwarta. Dziwne. Schowała szybko zwitek papieru za siebie i spoglądała na jego blond włosy powiewające na braku wiatru. Najgorsze było to, że miał je dłuższe od jej włosów, chociaż zapuszczał dopiero dwa lata. Zaczęło się to wszystko wtedy, kiedy zaproponowała mu zrobienie kospleju Lady Gagi i Beyonce z Telephone. Niestety nic z tego nie wyszło, gdyż Kat była zbyt jasna. A nie chciała, żeby inni kosplejerzy się śmiali z jej wady. Bo cała ta gadka o tym, że kosplej to tylko zabawa to zwykła ściema. Wiele już wycierpiała, kiedy jej koledzy byli nękani z powodu rzeczy, na które nie mają wpływu. Tak było w przypadku Izuru w stroju Deidary (zbyt nisko osadzony zewnętrzny kącik oka), Kaname w stroju Lucjana z Ligi Legend (za krótka szyja) lub Ulqa w stroju Dołka z Krasnoludków (za krótki palec wskazujący przy prawej stopie). Kiedy Hirako wyszedł z kuchni, wyciągnęła puszkę z lodówki. Tak jak myślała, była kompletnie pusta. Nie rozumiała, czemu wrzucał puste opakowania po produktach spożywczych do lodówek, piekarników i pod łóżka. Może to ten słynny kryzys wieku średniego.
Pomimo dynamicznej muzyki, zawiewało trochę nudą. To już nie były te stare dobre imprezy, które wspominało się z pokolenia na pokolenie. Kat postanowiła zaproponować jakąś zabawę, jednak wiedziała, że "7 minut w niebie" jest zbyt kontrowersyjne. I bała się sama trafić do szafy z kimś niepowołanym. Ogłosiła więc grę w butelkę. Niestety trudno znaleźć butelkę na przyjęciu herbacianym, więc rolę tą pełnił tradycyjnie Harold. Odsunęli meble na bok i usiedli w kole. Harold przyjął pozycję żelazka (czyli kołyski - przyp. dla osób typu Kat).
Pierwsza kręciła Roxi. Wylosowała Izuru.
- Pytanie czy zadanie? - spytała. Blondyn, wciąż pełen traumy wydarzenia na korytarzu, odpowiedział krótko, że pytanie. - Czy pomysł z herbacianym przyjęciem był dobry, czy wolałbyś coś innego?
Mina Nnoita po tym pytaniu wyrażała wszystko.
- Co to za pytanie! - zbulwersował się.
- Spokojnie, Nnoitro - uspokoił go Szayel. - W końcu nie ustaliliśmy poziomu dirtu pytań - zerknął na Kat. Ta rozejrzała się po ludziach. Odpowiedź była prosta. Super dirty.
- Obojętnie - powiedziała. Niestety towarzystwo było zbyt mieszane, żeby zaszaleć.
- Czym jest dirt? - spytała Natalka z uśmiechem.
- To ziemia po angielsku - odpowiedziała Pepper zawstydzając Natalkę brakiem znajomości języka.
Izuru podrapał się po głowie. Ogólnie by mu się podobało, jednak ta cała sytuacja z przedawkowaniem...
- Nie jest źle... - wymruczał zastanawiając się jak zakręcić Haroldem. Kiedy już się udało, wylosował Kat. Wybrała zadanie. Po zebranych przeszło krótkie "Ooooo". - Musisz... Wykonać głupi telefon.
- Uuuuu - powiedzieli wszyscy. Nieco staroświeckie zadanie, ale jednak wzbudzało emocje i kontrowersje nawet wśród młodzieży XXI wieku. Wyciągnęła telefon. Wybrała numer. Włączyła na głośnik, żeby wszyscy mogli słyszeć. Pierwszy dźwięk, drugi, trzeci... Niestety jak zwykle Sea nie odbierał. Postanowili więc zadzwonić do kogoś innego. Dan podał jej numer do Szweda i zadzwonili. Odebrał.
- Halo? Ikea? Stół mi się rozkręcił, HEHEHE - krzyknęła nieśmiesznie do telefonu. - Twoja matka skręca ołówki w Ikei!
Nnoit pokręcił głową. Nie podobało mu się to. Musiała się bardziej postarać. O dziwo, Szwed jeszcze był na linii.
- Kupuję meble w Voxie - powiedziała do telefonu i rozłączyła się. Poziom śmieszności w atmosferze był bardzo zły. Ludzie spoglądali speszeni w posadzkę. Kat zakręciła szybko Haroldem. Wylosowała Luppiego. Był to odważny chłopiec, dlatego wybrał zadanie.
- Zaśpiewaj patriotyczną piosenkę - powiedziała. Chłopak zamrugał kilka razy swoimi pięknymi oczkami. Hueco Mundo chyba nie miało własnych piosenek. - Jak nie, to zaśpiewaj "Wojenko, wojenko".
Więc zaśpiewał. Niestety nikt nie mógł zweryfikować, czy zrobił to poprawnie, bo nikt nie znał tego utworu. A następnie wylosował Iśka, który o dziwo wybrał również zadanie.
- Poliż tego tam w łokcie - powiedział Luppi wskazując na Hirako.
- Chyba nie - blondyn złapał się za łokcie.
- To może kogoś innego? - spytał Isiek niezwykle ochoczo (jak na niego). Luppi wskazał więc na Szayela. Różowowłosy podwinął rękawki. Iśko wykonał zadanie sprawiając, że Roxi prawie umarła z zażenowania. No kurczę, lizać łokcie Szayela, serio, Iśko? Dan zakrztusił się Prince Polo na ten widok, po czym oberwał od Roxi za kradzież jedzenia z jej buta. Następnie wypadł Bartioszek wybierający zawsze pytanie.
- Jaka była ostatnio przeczytana przez ciebie książka?
Kat miała zamiar rzucić się na Iśka. Nie było chyba gorszego pytania. Bartioszek zaczął opowiadać o książce opowiadającej o podróży pewnej dziennikarki do Estonii. Opisywał jej zmagania z biedą i ubóstwem, na które się natknęła. Dodatkowo opisywał zalety okładki i papieru wydania, które posiada. Trzeba było mu przypomnieć, że teraz kręci, bo by nie skończył. Wylosowany został Tesla. Ten spokojny chłopiec został przy pytaniu.
- Co sądzisz o teledysku "Alejandro"?
- Chyba jest w porządku... - odpowiedział Tesla. Zaszalał. Aż Nnoit zagwizdał zębami. Następnie tenże cyklop został wylosowany. Oczywiście wybrał zadanie.
- Okrąż nas skacząc jak króliczek.
Tego Nnoit nie przewidział.
- Przesadziłeś, gnojku!
Ale zrobił to. Po dwóch skokach Tesla upomniał go, żeby przyłożył ręce do głowy jak uszka. Bez grymaszenia, tak jak to jest w przypadku jedzenia warzyw na obiad, Cyklop wykonał zadanie. Teraz się zemści na kolejnej osobie. Cody. Na niej akurat słabo mógł się zemścić, poza tym to mugol, którego zabije pierwszy lepszy pantofelek czy inne gronkowce, no ale. Imię Nnoitra do czegoś zobowiązuje.
A to ciekawe.
- Hehe, zadanie - powiedział chłopiec luzackim tonem. - Pytania są dla ciot.
Izuru spuścił głowę.
Nie no, serio, wystarczy już tego poniżania go.
- Przytul Henryczka - powiedział Nnoir mrużąc oko.
Wszyscy wstrzymali oddech. Chyba przesadził. Dan wykaszlał uchem okruszki Prince Polo.
Kat szybko poszła jednak po kotka i podała go Codiemu. Ten nie zdążył dobrze go złapać, gdyż Henryczek odgryzł mu nos i wydrapał oko. Nnoit tarzał się po ziemi we własnych łzach popuszczonych ze śmiechu.
- Tak się nie robi... - powiedział smutno Cody odkładając kota. Grimm pocieszył go, że podczas ostatniej imprezy on stracił obie gałki. W nagrodę Harold zakręcił się na konto Codiego bez jego ingerencji.
- Eh, loszki to kurki - westchnął tylko Cody, który nie miał nastroju.
Nawet takie śmieszki jak Dan, odczuwał ten przykry nastrój. Niestety nie zdążył nikt wypaść, bo Harold odwinął się z pozycji kołyski i wstał.
- Tu jest tak nudziarsko, że lepiej bawiłem się na wakacjach z mamą w Sarbinowie - powiedział. - Zagrajmy w prawdziwą GRĘ. Normalnie Tibia w trzy de. Taka terenowa fajna. I ja wam ją zorganizuję. Połączę Was w pary i dam zadania do wykonania.
Wyciągnął jakąś kartkę, pospisywał imiona zebranych, po czym w sposób zupełnie losowy stworzył super świetne zespoły.
- Pamiętajcie, walczycie na śmierć i życie! - krzyknął do ludzi, którzy właśnie zapoznawali się z treścią pierwszego zadania. Nikt nawet się nie zastanawiał, kiedy zdołał on zorganizować grę terenową na te okolice.
Pepper i Hirako przenieśli się na dach. Blondyn od razu stwierdził, że chyba już nie będą w ten sposób podróżować. Prosiaczka nie ważyła dużo, ale dziwnie mu było ją uchwycić w jakikolwiek sposób. Poza tym Dexter wyglądał groźnie, nie chciał wywołać kontrowersji ani tym bardziej zostać pobitym przez tego buntownika. Spojrzał na kartkę z zadaniem. To było proste.
Gin uśmiechnął się szeroko. Lubił całkiem Toshiro, jednak bez wzajemności. Mierzyli się tylko wzrokiem zastanawiając się nad pierwszym zadaniem.
Prus rozwalił się na trawie. Roxi spojrzała na kartkę z zadaniem.
"Na górze duże,
Na dole róże,
Tosty z jajeczkiem
Smażę na rurze"
Odpowiedź była oczywista. Jednak nie wiedziała jak znaleźć daną osobę. Zerknęła na Prusa. W końcu byli przyjaciółmi.
- Prusie, zadzwoń po Francę, on nam pomoże wykonać zadanie. Teraz!
/Gesus bak, gesus bak, gesus bak, gesus, nanananananana narara nanananan/
Mój mózg nie może przetworzyć Dana i Tesli jako wspólników. Zostawmy to bez komentarza póki co.
Bartioszek spojrzał na obuwie Iśka, który zapoznawał się z treścią pierwszego zadania. Jasnowłosy zauważył ten wzrok, więc posłał mu spojrzenie pytającego kamienia. Zapowiadała się ciężka współpraca.
Nnoit zaśmiał się aż z treści zadania. Co nie zmieniało faktu, że ani on, ani Luppi nie wiedzieli co z tym zrobić.
- Może musimy się przebrać, zrobić żywą rzeźbę... - zastanawiał się na głos niższy z dwójki. I chyba na tym skończyli. Nnoitra jednak się nie poddawał. Wyciągnął z buta miniaturkę Santy Teresy, którą mógł w każdej chwili powiększyć do normalnych rozmiarów, i ruszył spokojnie w stronę Harolda. Na jego twarzy widniał wielki uśmiech.
Cody przeczytał zadanie na głos i posłał Panu Lali swoją szparkę między jedynkami.
- Pewnie chodzi o striptizerkę - powiedział chłopak. - Tylko nie wiem co mamy z tym zrobić.
Izuru z Ulquiorrą miał również problem. Nie tylko nie mogli wpaść na żaden pomysł, ale i mieli problemy z komunikacją. Ulqu się właściwie nie odzywał. Izuru był bardzo speszony. Nie wiedział, czy coś robi nie tak, czy Arrancar z natury nie będzie odzywał się do Shinigami. Najgorsze było to, że Ulqu patrzył w zupełnie inną stronę, jakby go zupełnie nie interesowała ta zabawa. A bez pracy zespołowej daleko nie zajdą... Izuru musiał pracować sam, jeśli nie chciał przegrać. Znowu. Jak zwykle.
Ale nie zapominajmy, że jest bardzo dzielny i w końcu sam prowadził trzeciom dywizję szynek z Biedronki!
Szayel i Grimmjow wpadli na podobny trop jak Cody. Byli właśnie w drodze do Pig Pena, który niestety znajdował się w innym wymiarze. Z tego powodu Szay wątpił, że robią dobrze. W końcu organizator zabawy był zwykłym człowiekiem...
Kat założyła kaptur. Dexter zawiązał na czole czerwoną przepaskę. Byli gotowi. Wygrają to. Niestety zagadka mimo wszystko była trudna nawet dla nich. Ostatnie dwie linijki Kat interpretowała jako metaforę miecza świetlnego.
- Na górze coś dużego, fajnego, a na dole róże - może to oznaczać też po prostu kolce. Może chodzi o Jedi? - zaproponowała. Nie wiedzieli tylko co z tym zrobić. Chyba czas pójść do Harolda. Może trzeba było po prostu podać mu odpowiedź na zagadkę.
Pedobir posłał swojej partnerce spojrzenie "Too old". Natalka wydała się zafascynowana zagadką. Może będzie mogła wykazać się swoimi harcerskimi zdolnościami?
- Może mamy ugotować coś na kuchni polowej - zastanowiła się. Pedobir wciągnął na głowę czapkę kucharza. Wchodził to. Zacisnął w pasie mocniej fartuch piekarzo-ciastkarza. Do roboty.
To musiało się udać. Hirako całkiem się uśmiechnął patrząc na efekt swojej pracy. Jego ubrania przesiąknięte były jajkiem, nogawki spodni były podpalone. Posypany był okruszkami chleba. Pepper natomiast owinięta była łodygami róży. Wyglądała zupełnie jak czerwony kwiat. Pasowali do tej historii. Byli gotowi na walkę z przeznaczeniem. Magia przyjaźni pokona największe zło.
Gin i Toshiro stwierdzili jednoznacznie, że nie interesuje ich ta zabawa.
- Ale na pewno, Toshiro-san? - spytał wyższy z dwójki, kątem zamkniętego oka zerkając na Izuru, który był w pobliżu i zakopany w notatkach próbował coś wyciągnąć z tej chorej zagadki.
- Halo? Franca? - Prus trzymając kłos trawy w ustach przyciskał telefon jedyną ręką jaką miał do ucha. - Jesteś nam potrzebny. Ehe. W fartuszku i z patelnią. Nie, spoko, nie musisz się ubierać, zostań jak jesteś. No, ok - schował telefon i machnął ręką na Roxi. - Załatwione.
- Kiedy przyjdzie? - spytała. - Ma być tu jak najszybciej! - krzyknęła. Była bardzo emocjonalnie nastawiona do tej gry. Nagle poczuła jak czyjeś ręce oplatają się wokół jej talii.
- Jestem, mon cheri - usłyszała charakterystyczny głos. Jej dusza była o krok od opuszczenia ciała. Widzący to Toshiro wyciągnął już swój miecz, aby odesłać ją do Rungokai. Zawsze gotowy do działania, to się ceni.
Tą scenę widział również Isiek. Patrzył i był zazdrosny. Jego małe, wulkaniczne serduszko bolało. W tym czasie Bartioszek zajęty był nalewaniem sobie herbaty tak, aby do filiżanki nie dostał się ani jeden liść mięty.
Dan, zrobiwszy samolocik z kartki z wypisaną zagadką, nie zauważył, kiedy Tesla oddalił się. Szedł on bowiem do Harolda, aby coś mu oznajmić. Nie był jednak jedyny. Okularnik oblegany był też przez innych uczestników gry. Nnoitra trzymał go za szyję i groził mu dojrzałą Santą Teresą. Harold próbował coś powiedzieć, ale nie mógł nawet powietrza złapać, a co dopiero wydobyć jakikolwiek dźwięk. Luppi stał obok znudzony i przyglądał się im biernie czekając na swoją kolej.
Cody zahaczył okiem o tą scenkę. Również Pan Lala się przyglądał, jednak nie zareagował. Pamiętał dobrze, co stało się ostatnio, kiedy mieszał się w takie rzeczy. Dźwięk piły przeszywającej jego ciało wciąż brzmiał w jego uszach. To uczucie, kiedy przebudził się półmartwy w pociągu w drodze do Herburtowa... Nie, nie chciał o tym myśleć. Przez tamto wydarzenie jego zapał zgasł, a kinder party nie sprawiały tej przyjemności co kiedyś.
Zapracowany Izuru i jak zwykle nihilistyczny Ulqu nawet nie zwrócili uwagi na to wszystko.
Szayel i Grimmjow dotali do Pig Pena. Po przejrzeniu katalogu pracowników, nie znaleźni niestety niczego, co by im pomogło w jakikolwiek sposób wygrać tą grę.
- Już wiem - powiedział Szayel. To było przecież oczywiste.
Kat i Dexter grzecznie czekali w kolejce do Harolda na swoją kolej. Żart. Kiedy Dexter zauważył, że Nnoitra gnębi słabszych, zaserwował mu swój popisowy cios stopą w twarz. (Dokładnie taki jak w The Movie!) Cyklop się tego nie spodziewał. Puścił Harolda, który zwinął się w kulkę, która otoczyła się kałużą. Chyba popuścił czy coś. Dexter już miał używać swoich super mocy, kiedy zakończył żywot jednym cięciem Santa Teresy.
- Nie będzie mi jakiś wymoczek mówił co mam robić! Nie znasz, nie oceniaj, znasz, szanuj! - krzyknął Cyklop machając dziwnie rękoma jakby rapował. Kat wkleiła mu żółtą kartkę za ścięcie drzewa Santą Teresą podczas tego machania. Biedna wiśnia leżała teraz biednie częściowo na podwórku sąsiada, którego świecące ślepia widniały przez krzewy. Usłyszeli piosenkę graną na harmonijce. Powiało grozą.
Pedobir i Natalka gotowali bez opamiętania.
Pepper zachrumkała radośnie paradując razem z Hirako w dziwnych odzieniach przed Haroldem. Nie zwróciła w ogóle uwagi na zwłoki swojego chłopaka leżące obok, które Kat próbowała właśnie posklejać w całość. Na całe szczęście był z plastiku. Poszło całkiem łatwo i szybko.
Harold pozbierał się w końcu z podłogi.
- Co wyście zrobili? - spytał zdziwiony widząc Pepper i Hirako. Para od razu straciła cały entuzjazm. Czyli zrobili to źle, czyli przegrali.
JAK TO MAGIA PRZYJAŹNI MA PRZEGRAĆ, ŻARTY SOBIE STROISZ? - krzyknąłby Hirako, gdyby był Nnoitem bardziej niż jest teraz. Bo ten, miał opaskę z jajka na lewym oku. Tesla stanął obok okularnika.
- Ta zagadka nie ma sensu - powiedział.
- Jasne, że nie ma sensu - odpowiedział Harold. - To miało być podchwytliwe.
- Co? - Prus zawiedziony podbiegł do nich. - Przecież my to zrobiliśmy! - popchnął przed siebie Francisa, który trzymał tosty na patelni. Tradycyjnie nagość miał okrytą pojedynczą różą, a wyjątkowo na jego torsie gościła wielka francuska flaga.
- Jakim cudem wpadliście na coś takiego? - zastanawiał się Harold.
- No masz róże, francuskie tosty i w ogóle - Prus machał ręką wskazując na Francję.
- Kolego mój drogi, a gdzie ty masz swoją lewą rączkę? - Francis spotkał zatroskany na albinosa.
- A nie wiem - Prus spojrzał na brak lewego ramienia. Ten różowowłosy zrobił to tak, że nawet go nie bolała rana ani nic. - Niezły był.
Francis zachichotał.
- Ale jakie róże... - Harold nie wiedział co tu się dzieje. Luppi podał mu kartkę z tekstem zagadki. Okularnik zerknął na nią. - Oh, dałem wam złe kartki.
Nowo narodzony Dexter musiał znowu interweniować i walczyć z przemocą ratując Harolda z rąk wściekłych imprezowiczów. Znaczy przyjęciowiczów.
- Tak czy inaczej wygrałem - powiedział na końcu Tesla. Harold poprawił okulary i wciągnął spodnie, które ktoś mu ściągnął przed chwilą.
- Nie do końca, bo to było dopiero pierwsze zadanie. Właściwie jako jedyni możecie po prostu przejść dalej. Zaraz dostaniecie drugą... - nie dokończył, gdyż wszyscy (oprócz Izuru, który pogrążał się z powodu kolejnej przegranej) spojrzeli na osobnika z piłą mechaniczną wychodzącego głównym wyjściem. Pan Lala zemdlał, a Cody nie zdążył go złapać. Z pomocą ruszyła Natalka, która miała umiejętność pierwszej pomocy.
Jason spojrzał na zebranych, pomachał im piłą i ruszył szybko w stronę ulicy, na której stał czarny mercedes. Wyścigowy i bez dachu.
- Dżejson, rusz te poślady! - krzyknęła do niego Pesa poprawiając okulary przeciwsłoneczne. Obok niej siedział sam Szumaher. Oczywiście to nie on kierował, no bez przesady, jeszcze czego. Dżejson załadował się na tył samochodu i grzecznie zapiął pasy. Odjechali przejeżdżając przez podwórko piekarzy, którzy zaczęli ich gonić z bagietami.
Po 22 większość gości poszła do domu. Niektórzy jednak zostali na kameralnym piżama party. Z powodu tego, że dom właściwie był bez rodziców tego dnia, Kat miała gdzie przenocować tą skromną gromadkę. Oczywiście każdy chciał spać w jej pokoju. Ale niestety nie każdemu było to dane. Dexter i Pepper zaklepali sypialnię na parterze. Roxi zaklepała dla siebie i Iśka gościnne łoże z klaunami w pokoju Kat, co spotkało się z głośnym sprzeciwem Nnoitry i Grimmjowa, którzy chcieli to łóżko dla siebie. Bo nigdy na nim nie spali (dlatego nie wiedzieli, że tam trzeba napchać poduszek pod podplecie, żeby nie dostać raka kręgosłupa podczas snu). Sprytny Szayel zaklepał dla siebie i Ulqa pokój gościnny. Wiedział, że przegrany w walce o sofę z klaunami trafi do salonu. A lekko bał się spać w pomieszczeniu, do którego w każdej chwili może wejść Henryczek. I wydłubać mu oczy podczas snu. Straszne.
Bo ten, do salonu nie ma drzwi. Poza tym Henryk to kleptoman.
- Ulqu śpi u mnie - powiedziała Kat. - A klauny są dla Roxi i Iśka. Niestety, i tak byście się tam nie zmieścili, jesteście za duzi. A taka kruszynka jak Isiek będzie idealna.
Kruszynka się obraziła.
- W takim razie ja idę z Szayelem do tego pokoju obok! - oznajmił Nnoit przyklejając się do pleców kolegi o różowych włosach. Kat zgodziła się na to, a następnie dała Grimmjowowi do nadmuchania materac.
W tym czasie w kuchni Dexter i Pepper pili sobie mleczko przed snem. Cieszyli się, że przyjęcie się udało. Lekko się zmęczyli nawet tym całym imprezowaniem.
Hihi.
Kiedy Grimmjow nadmuchał materac, oddał go uradowany.
- To co, będę na nim spać? - spytał dumny z siebie.
- No co ty, to dla Ulqa-samy - powiedziała Kat zabierając materac. - Ty śpisz na dole. Masz cały pokój z telewizorem dla siebie. Tylko nie oglądaj zbyt głośno - machnęła na niego ręką, żeby sobie już poszedł. Nnoit i Szayel nawet posłali za nim współczujące spojrzenie.
Nastała nerwowa godzina okupowania łazienki. Dexter i Pepper wzięli wspólną kąpiel już wcześniej, więc mogli spokojnie spać. Grimmjowek nawet nie chciał wchodzić na górę. W łazience na parterze umył tylko ząbki i przebrał się w swoją piżamkę, która składała się z białych bokserek w niebieskie kotki. Oryginalnie. Na górze panował chaos, jak w ubierance Sailor Moon. Nnoitra w jednoczęściowym kombinezonie-piżamce ze wzorkiem w żyrafę maltretował drzwi od łazienki chcąc dostać się do środka. Niestety pech chciał, że dzisiaj Ulqu miał dzień nakładania maseczki. Musiał z nią siedzieć 10 minut, przez co tamował ruch, lecz nie mógł się tak pokazać przecież ludziom. Kat jako gospodarz chciała iść ostatnia, więc w tym czasie kampiła na telefonie siedząc w Plemionach.
- Eh, znowu jakieś dramy robią na forum plemienia... - mruknęła do siebie. Roxi tłumaczyła się Iśkowi z tego całego zajścia z Francisem. (W ogóle na co tu się tłumaczyć? Tak jakby Isiek się dzisiaj urodził, ror.) On natomiast słuchał jej uważnie ubierając swoje wełniane skarpetki do snu. Szayel densił sobie w pokoju puszczając piosenkę Kejti Pery "Last Frajdej Najt". I skakał na łóżku w slow motion, dopóki nie uderzył głową w sufit.
- Jest coś do picia? - drzwi do pokoju Kat uchyliły się i ukazały wystającą głowę Grimmjowka.
- Tak, w piwnicy, poszukaj sobie - odpowiedziała. Nie chciało jej się wstawać. Poza tym pewnie miał tylko dolną część piżamki. Nie miała zamiaru go widzieć w takim negliżu.
Grimmjow ruszył więc na dół pamiętając o tym, żeby zamknąć drzwi do piwnicy, aby Henryczek nie uciekł. Spadł ze schodów nie wiedząc, jak włączyć światło, po czym wpadł jeszcze na Codiego, który spał na kartonach przeznaczonych do spalenia. Kiedy myślał, że już będzie dobrze i trafi na jakiś napój, zobaczył światło i jakiegoś żula. Prawie zszedł na zawał, jednak tajemnicza osoba okazała się tylko Łosiem składającym Szopkinsy. Spojrzeli na siebie.
- Szukam picia - wyszeptał Grimmjow łapiąc się za serce.
- Tu jest jakieś - Łoś wskazał na sześciopak Zbyszka. Pantera poczęstował się w duchu przyznając, że Zbyszko jest nieźle napakowany.
Ulqu zwilżył twarz, otarł ją ręcznikiem i wyszedł z łazienki. Nnoit wpadł do niej trzaskając drzwiami tak, że aż klamka odpadła, a drzwi się otworzyły na oścież ukazując Cyklopa rozbierającego się. Ulqu w swojej ładnej ciemnozielonej piżamce dwuczęściowej z długimi rękawami i nogawkami, wsunął się pod kołderkę w wyznaczonym miejscu i zasnął. Kat było go trochę żal. Szturchnęła go lekko.
- Ulqu-sama, może chcesz zamienić się łóżkami?
Spojrzał na nią spojrzeniem "Kobieto, czego ty chcesz ode mnie".
- Twoje łóżko ma niepełny materac - przypomniał jej. Niezbyt je lubił. Było wąskie, szczególnie z tym materacem. Jednak Kat wyglądała, jakby miała się popłakać, dlatego wstał i zamienił się meblem sypialnianym. Nim wszedł pod nową kołdrę, wbił wzrok pod biurko. W jego ślad poszli inni.
- Sealand? - zdziwiła się Roxi. Młody blondynek udawał, że wcale go tam nie ma. Postanowili go więc zignorować.
- Isiek, umyjemy się gąbką? - spytała Roxi. Zarumienił się, ale zgodził. (AHA.) Więc poszli. Kat rzuciła się na materac dmuchany wracając do Plemion.
Nastała noc. Wszyscy byli czyści i umyci. Jednak nie wszyscy spali. Kat obracała się na różne boki, ale jakoś Dziadek Sen do niej nie przychodził. NASYP MI DO OCZU TEJ PUSTYNI, ŻEBYM SIĘ POCZUŁA JAK NA TATOOINE, TY WSTRĘTNY DZIADZIE, pomyślała. Wstała starając się nie robić zbyt wielkiego hałasu. Niestety czujne oczy Ulqa ją zachaczyły. Ignorując to wyszła do pokoju, w którym spali Szayel i Nnoit. Zamknęła drzwi, po czym rzuciła się na nich. Nnoit wrzasnął, bo to na nim wylądowała większa jej część. Szayel tylko oberwał ręką w nos. Wbiła pod ich kołderkę, po czym zastanowiła się, dlaczego nie dała im dwóch. Przecież Szayel może nabawić się od tego zapalenia płuc, bo Nnoit prędzej czy później zawinie całą wokół siebie. A spali przy uchylonym oknie!
Nastąpiła krótka chwila szarpaniny między długowłosymi, po czym się całkiem uspokoili. W objęciach Szayela łatwiej było Kat zasnąć.
Tymczasem Sealand stwierdził, że dostaje raka stawów, dlatego wylazł z pod biurka. Niestety nie przewidział bólu i skurczów, jakie nastąpiły. Leżał dobrą godzinę rozlany na dywanie, po czym udało mu się wczołgać łożem klaunów od dołu pod kołdrą pomiędzy Roxi i Iśka.
Około piątej, kiedy Gang Piekarzy rozpoczynał finał swojej imprezy, Kat obudziła się ponownie. Lekko otworzyła oczy i prawie zeszła na zawał widząc Ulqa stojącego przy łóżku.
- Co - powiedziała chowając się pod kołdrę. Bez słowa wyszedł. Niestety po tym epizodzie nie mogła ponownie zasnąć, a żołądek domagał się paliwa. Wyszła więc na spacer do kuchni. Spotkała tam Hirako, który w swoim codziennym odzieniu siedział przy stole i pił kawę. Kątem oka spojrzał tylko na nią nie przerywając konsumpcji. Oparła się o blat stołu. Teraz go zabajeruje.
- Te włosy muszą spędzić dzisiejszą noc ze mną - powiedziała swoim najbardziej bisznym głosem jaki miała. Hirako kawa pociekła nosem z wrażenia.
- Już jest dzień, spóźniłaś się - powiedział ocierając noc rękawem. (Niestety bawił się z Henryczkiem, więc był cały od kociej jedwabistej sierści, przez co teraz wyglądał, jakby miał siwe wąsy.) Kat zabrała więc tylko kawałek chlebka, a kiedy się odwróciła musiała się aż przytrzymać o blat kuchenny. W drzwiach stał Ulqu. Śledził ją, czy jak?
Hirako nawet nie zwrócił na niego uwagi. Tak czy inaczej było czuć wyraźnie, że coś jest nie tak.
Około dziesiątej wszyscy byli na nogach. Nie widziano jeszcze Grimmjowka i zastanawiano się, czy nie ma go w namiocie, który pojawił się w salonie, lecz nikt nie był na tyle śmiały, aby to sprawdzić. Były też podejrzenia, że został pożarty przez Henryczka.
Wszyscy napychali się francuskimi tostami, które Dexter zrobił razem z Pepper. Nie jadła tylko Roxi z urazem do Francisa i Isiek właściwie z tego samego powodu. Nie popijali herbatą, bo mieli jej dosyć po poprzednim dniu - zamiast tego Kat zaproponowała drinki składające się z Pepsi i Tumbarku. Sama ich nie piła, tak samo jak Roxi (czy to anoreksja już) i Ulqu (pije tylko zielone napoje).
I teraz będą mieć nieprzyjemności żołądkowe, frajerzy.
Dzisiaj był wielki dzień. Mieli iść na dożynki miejskie, gdzie wystąpić miał sam Eminem!
Kiedy niektórzy jeszcze jedli, Pepper opowiedziała co spotkało ją z Dexterem podczas porannej wyprawy po chleb. Otóż jakaś ciężarówka jechała bardzo szybko, skręcając na zakręcie przewróciła się i wypadli z niej ludzi! Okazało się, że to był gang handlarzy ludźmi, którzy transportowali nielegalnych imigrantów na tereny Włoch. Zlecenie to było od nieznanej osoby i miało na celu rozwalić Unię, która biorąc tych ludzi za uchodźców, nie poradzi sobie z problemem i strzeli sobie w głowę. Jakoś nikt się tym specjalnie nie przejął, chociaż Kat wydawała się całkiem zadowolona.
Życie sobie trwało, kolejne piękne dni ukazywały się jej oczom. Już rozumiała, że nie da się ani zapisać ani tym bardziej odtworzyć chwil, które się przeżyło. Taki jest morał z tego opowiadania, drodzy czytelnicy. Nie wolno się zbytnio nastawiać, lecz łapać to co najlepsze!
Dzisiaj na pierwszą kolację mam parówkę Jedynkę, resztkę pomidora znalezioną w papryce, kawałek papryki i sok XD
 
__________________________________________
 
Jak zauważyliście, nie usuwałam wszędzie przerw, bo mi się nie chciało. .^.
A oto jak ten tekst wygląda w Wordzie:
 
 
 
 
 
 
Widzicie gdzieś kilometrowe przerwy między akapitami? BO JA NIE. A jak kopiuję z notatnika to jeszcze większy kosmos się robi. Omf.
Poleci ktoś jakiś edytor tekstu? Bo chyba zacznę pisać to bezpośrednio tutaj. (W sumie niegłupi pomysł.)
 
Pozdrawiam serdecznie i miłej nocy życzę c:

piątek, 12 czerwca 2015

25# Życie w NY - KONIEC

KONIEC I DZIĘKUJĘ BARDZO ZA MILE SPĘDZONY CZAS UŻYTKOWNIKOM STRON PORNOGRAFICZNYCH, Z KTÓRYCH JEST NAJWIĘCEJ WEJŚĆ TUTAJ. KOCHAM WAS ;*****

Dedyk dla Mac, która twierdziła, że to czyta.

***

Rok ten upłynął Kat w bardzo dziwnym nastroju. Po pierwsze, nie miała do kogo się odezwać. Ostatni rocznik był naprawdę ubogi w ludzi. Poza tym, nie było Ulqa. Z tego powodu Team of Espada również podupadł odczuwając boleśnie brak jakiegokolwiek kontaktu z przyjacielem. To jest powód drugi. Wplątali ją przecież kilka razy w jakieś „przygody”, a teraz to nic…. Od czasu sylwestrowej imprezy właściwie nic się nie wydarzyło. Oprócz tego, że naprawdę widać było jak ludzie zaczynają siebie szanować. I coraz więcej par pojawiło się w całej szkole.
- To musi być jej wina – stwierdził Nnoitra pewnego dnia patrząc na Amorę, która siedziała po drugiej stronie stołówki. Rozmawiali właśnie o tym, że Poppy i Draven znowu są razem i zamierzają pójść razem na studia. Kto by pomyślał.
- Tak sądzisz? – Szayel kątem oka również zerknął na różowowłosą.
- Odkąd przybyła nie mam ochoty przywalić Grimmjowowi w twarz twoją twarzą – westchnął mieszając palcem cukier w herbacie.
- To prawda. Wasza agresja zmalała. Co nie zmienia faktu, że… - spojrzał na Grimmjowa, który zajęty był graniem na telefonie – my wciąż jesteśmy sami.
Nnoitra wzruszył ramionami. Nie wiedział czy to w akcie solidarności z Grimmjowem, czy po prostu są beznadziejni i nawet Amora nic nie pomoże. Pantera ciągle rozpamiętywał Sonę, starał się tego po sobie nie pokazywać, ale jego przyjaciele wiedzieli, że to przez to. Bo nawet Amora nie mogła sprawić, że przestał tak często zarzucać tymi swoimi idiotycznymi tekstami.
- Właściwie masz rację – Szayel poprawił okulary. Nnoit zauważył u niego stan zwiększonego skupienia. – Nie wiem czemu o tym wcześniej nie myślałem, ale jak jesteśmy poza szkołą to zachowujecie się prawie normalnie. Pewnego dnia, kiedy wyjechała na wycieczkę, w całej szkole było prawie jak dawniej. Trzeba to zbadać – wstał.
- I co zamierzasz zrobić? – Nnoit odprowadził go okiem. Szayel szedł w stronę różowowłosej dziewczyny, która siedziała sobie z Kat i Konatą.
- Witam szanowne koleżanki – przywitał się z uśmiechem.
- To ja spadam – Konata zsunęła się z krzesła i wybyła gdzieś.
- Mogę się dosiąść? – spytał lekko zbity z tropu.
- Ehm – przytaknęła Kat przeżuwając zupę miodową. Amora tylko uśmiechnęła się uroczo pochłaniając niekończącą się nitkę pasty z koperkiem.
- Jak tam przygotowania do balu? – spytał.
Kat wzruszyła ramionami.
- Katechi, przyjaciółko moja, wspominałaś mi z kim idziesz?
Zapaliła się czerwona lampka.
- Napewnonieztobą – powiedziała popijając kompot. Nie zrozumiał. – Eh, idę sama.
- Dlaczego?
- Sama byłam w tej szkole od początku, wiec sama ją ukończę.
- Na pewno?
- Tak.
- A ty, Aromo? – zwrócił się po chwili do różowowłosej. Ta westchnęła.
- Chciałam iść z pewnym chłopcem… Ale od kilku tygodni nie widzę go w szkole.
Kat kichnęła. Zerknęli na nią.
- Na zdrowie.
Zapadła chwila ciszy.
- A impreza po balu…? – zagaił temat spoglądając na Kat.
- Nie robię.
- Czemu? – spytał naprawdę zdziwiony. – Po Sylwestrze myślałem, że to oczywiste, że będzie u ciebie.
Westchnęła z jakby lekkim smutkiem.
- Życie. Ale nie martw się, możesz iść do Dravena.
- Nie chcę iść do niego! To ja miałem zrobić imprezę po-balu! – zdenerwował się.
- To zrób. Ale ja tobie w tym nie pomogę – wstała i wyszła zabierając ze sobą tacę.
Odprowadzili ją wzrokiem. Szayel westchnął i nerwowo poprawił okulary. Chciał tylko zbliżyć się do Amory, a dowiedział się o porażce życia. Teraz to trochę za późno na organizację imprezy. Z Kat mógł to zrobić nawet 2 dni przed, a i tak by wyszło lepiej niż Dravenowi. O ile by sam się znowu nie przyłączył.
- Nie przejmuj się – powiedziała Amora kończąc niekończącą się nitkę pasty. – Ciężko jej teraz.
- A komu nie jest – mruknął opierając się wygodnie.
- Jeśli chcesz mogę pomóc ci urządzić przyjęcie – uśmiechnęła się. Jej walentynkowe przyjęcie spotkało się z dobrymi recenzjami. Ale to może dlatego, że był tam Draven…
- Dobrze – odwzajemnił uśmiech. Przy czym jego uśmiech był raczej czymś w rodzaju „jestem krulem zua”. Dzięki przygotowywaniu imprezy razem z Aromą w końcu dowie się co tu jest grane.
- Co robisz po szkole? Moglibyśmy zacząć przygotowania już dzisiaj, w końcu impreza już za 3 tygodnie – powiedziała.
- Tak, to rozsądne. Gdzie pójdziemy? Niestety moje mieszkanie jest dzisiaj… nieczynne – poprawił okularki.
- Masz remont?
Cotygodniowe zarzynanie bydła. Tak.
- Niekoniecznie…
- Rozumiem. Możemy iść do mnie po prostu.
- Oki – odpowiedział tańcząc dziki taniec radości w głosie. Chwila. A jeśli ona wie, że on wie. I go zlikwiduje? – Mogę zabrać kumpli?
- Raczej tak – odpowiedziała z wahaniem. Może i dobrze. Poznając ich lepiej będzie mogła im bardziej pomóc. Bo od początku należeli do nielicznych osób, które były dosyć odporne na jej magię. I nie miała pojęcia czemu tak jest.
Kat również należała do tej grupy. I pomimo pewnego rodzaju przyjaźni z Aromą nic się nie zmieniało. Trzymały się razem od pierwszych dni różowowłosej w szkole, kiedy to Kat uratowała ją od Grimmjowa mówiącego „Ej, chcesz poznać gościa co też ma takie włosy?”. Co nie zmienia faktu, że widywały się właściwie tylko na kilku lekcjach i czasami na przerwach obiadowych. Amora miała zbyt wiele do roboty między lekcjami i po nich, a Kat jakoś nigdy nie proponowała spotkania.
Tak czy inaczej.
Kat nie była pewna czy sama chce iść na ten bal. Ale właściwie to niezbyt miała z kim. Szayela nawet nie brała pod uwagę. Poza tym z kimkolwiek by nie poszła, każdy chciał iść na imprezę po-balową. Sama też by poszła, ale jakieś pół roku temu. Teraz nie miał ochoty na takie rzeczy. Niedługo czeka ją zmiana trybu życia, w końcu rozpoczną się studia. Miała nadzieję, że może tam spotka kogoś, z kim się zaprzyjaźni. Czy coś. Ale nic nie zapowiadało na to, że czeka ją taka przyszłość. Że czeka ją jakakolwiek przyszłość. Coś miało się zdarzyć, i to już niedługo.
***
- Dożynki to jest coś – ucieszył się Grimmjow na wieść o tym, że po zakończeniu roku jadą do pobliskiej wsi zabawić się nieco. W tym roku ciężko pracował, no i ogólnie było mu ciężko bez Ulqa i Sony, więc miał prawo zaszaleć dwa dni po rząd.
Jasne.
- Skoro jedziemy moim vanem, to opłacałoby się zabrać jeszcze kogoś. Koszty paliwa i te pe – powiedział Nnoit.
- To ile masz w nim miejsc? – spytał Szayel.
- Sześć.
Różowowłosy zamyślił się. Cenił Nnoita za ekonomiczne podejście do życia, ale niezbyt mieli kogo zabrać. A jeśli nie znajdą dwóch osób, to nici z wycieczki. Babka Nnoita i Tesli ujawniła się na początku tego roku szkolnego. Wpadła do nich pewnego dnia i po przyznaniu się, że tak naprawdę nie umarła, tylko została mistrzynią świata w skokach narciarskich seniorów, dała każdemu z nich dużą sumkę pieniędzy. Od tego czasu Nnoit zaczął się przejmować wydatkami. No i nabył ostatnio vana, ponieważ postanowił mieć w końcu samochód.
- Może Katechi i Aroma? – zasugerował Szayel.
- W sumie czemu nie – Nnoit wzruszył ramionami. – To idź się ich spytaj. Natychmiast.
Cyklop lubił wykorzystywać to, że jest większy od przyjaciela.
Jakby to robiło jakąkolwiek różnicę. Pobije go czy co?
Szayel podszedł więc do swojej najnowszej najlepszej koleżanki. Aroma o dziwo siedziała z Kat.
- Witajcie moje koleżanki, co powiecie na wyjazd na dożynki w dniu zakończenia szkoły do Widłowic Zachodniopomorskich? – mrugnął do nich zalotnie przysiadając się.
- Właściwie czemu by nie. Po po-balowym przyjęciu i całym procesie jego przygotowania należy nam się jakiś odpoczynek na łonie przyrody – odpowiedziała z entuzjazmem różowowłosa. Zamiast „impreza” mówiła „przyjęcie”. Zawsze. Spojrzeli na Kat.
- Czemu by nie? – wzruszyła ramionami.
- No to resztę szczegółów i koszty podam później – uśmiechnął się i wstał z zamiarem odejścia. Spojrzały się na niego. – Jedziemy vanem Nnoita, skąpiec chce zwrotów za paliwo.
- Ok. Super wycieczka. Ktoś jeszcze jedzie oprócz waszej trójki? – spytała Kat wracając do pochłaniania posiłku.
- Nie, tylko Tesla.
Zakrztusiła się.
Szayel opuścił je jak najszybciej.
- Eh, to trochę niemiłe z jego strony, myślałam, że coś nas łączy… - Aroma ze smutną minką pomieszała widelcem w swojej zupie kajmakowej.
- Hm? – Kat spojrzała z lekkim przerażeniem na koleżankę. Ta zarumieniła się tylko i westchnęła.
Kat zwinęła swój posiłek i odeszła. Kiedy się poznały, wysłuchała długaśną opowieść Aromy o tym jak wpadła w fz, po czym różowowłosa po tygodniu znalazła sobie nowy obiekt westchnień. Był to bardzo podobny do poprzedniego brązowowłosy chłopaczek w mejstrimowych hipsterskich okularach. Zniknął niestety jakiś czas temu, nim Kat zdążyła ich ze sobą zapoznać.
A teraz Szayel. A może to wypali, zastanowiła się. Chociaż naprawdę nie potrafiła sobie wyobrazić różowowłosych jako pary.
***
Dni uciekały jak dziki. Nadszedł magiczny dzień balu maturalnego.
Tak, Kat poszła sama. A Aroma z Szayelem. Ten niestety niczego niezwykłego się o niej nie dowiedział. Grimmjow i Nnoit poszli z jakimiś kuzynkami nawet nie wiadomo kogo. Kat pospędzała trochę czas z różowowłosymi, ale czuła się jakby daleko od tego wszystkiego. Nie mogła się doczekać tego balu, lecz czuła się teraz… Nie zawiedziona, ale wyobrażała to sobie po prostu inaczej. No i nie pojawił się książę na białym koniu.
Na drugi dzień, po szalonym zakończeniu, kiedy to Szayel otrzymawszy tytuł prymusa rzucił swoją czapeczką w twarz Kat jak ostatni cham, ruszyli na dożynki. Cała trójka z Teslą czuli się, jakby Ulqu znów był z nim. Kaczi nie odzywała się przez całą drogę i wiedzieli, że tu nie chodzi o Szayela.
Na miejscu przywitała ich fantastyczna pogoda. Słońce świeciło, wiał przyjemny wietrzyk – było idealnie. Wszędzie biegali wieśniacy i fani chłopstwa (jak ten z Ferdydurke, hihi). Widać było nieliczną młodzież siedzącą na trawie i słuchającą koncertu orkiestry ochotniczej straży pożarnej. Po niej występ miały mieć dzieci z pobliskiego przedszkola, a potem koncert lokalnego zespołu country-metalowego. Szayel czuł, że to będzie przypominać cotygodniowy ubój bydła w jego domu.
Szli sobie obok kilku straganów, gdzie gospodynie sprzedawały pajdy chleba z kupą i czymś jeszcze, oraz watę cukrową i prażynki. Grimmjow chciał iść na dmuchany zamek, ale Szayel zabronił mu, póki nie zje swojej waty, bo nikt mu jej nie potrzyma, a na zamku jeszcze pobrudzi tym dzieci. Nnoit kłócił się z Teslą o idealne wymiary podkowy dla świń.
Kiedy w końcu znaleźli wolny zestaw stolik+ławeczki, okazało się, że się nie mieszczą. Grimmjow zajmował trzy miejsca i nie chciał się posunąć, obok niego wcisnęli Teslę, bo nikt nie chciał, a po tym jak Nnoit również zajął dwa miejsca na drugiej ławeczce, nie starczyło miejsca dla Kat.
- To ja się przejdę – stwierdziła.
Nikt jej specjalnie nie zatrzymywał. Szayel próbował wyciągnąć z włosów Aromy watę, którą Grimmjowa przez przypadek tam wsadził, a Nnoit zlizywał watę ze swoich włosów. Zażenowany Tesla podążył za Kat.
Czuła się śledzona, ale nie zagrożona. Przecież to tylko Tesla. Zatrzymała się przy straganie, gdzie sprzedawali naszyjniki z racic. W sumie czemu by nie kupić kilku i rozdać przyjaciołom i rodzinie. Ups, nie miała rodziny. Znaczy przyjaciół (z serii zostawiamy błędy). Tesla stał dalej w tej samej odległości. Jakby chociaż udawał, że ogląda wystawę aktów wieśniaków, nie wyglądałby tak głupio i stalkersko jak teraz. Odwróciła się w jego stronę.
- Czemu tam stoisz? – spytała.
- Nie chcę ci przeszkadzać…
- Przecież możesz chodzić ze mną.
Nie ruszył się.
- Haha, CHODZIĆ – zaśmiała się z żartu na poziomie gdzieś między Nnoitrą, a Grimmjowem.
Lekko się zarumienił.
- No cho tu.
- Eh, nie chcę z tobą… się tu wałęsać. Po prostu nie miałem ochoty z nimi siedzieć.
- To mnie nie śledź.
- Zgubisz się.
- Jaki ty nieśmieszny. Czemu mnie śledzisz? – nie podobało jej się to.
- Nie ważne.
- Wyglądasz jakbyś chciał coś jeszcze powiedzieć.
- Ale nie chcę – odwrócił się.
- Jasne.
- No dobra, właściwie muszę ci to powiedzieć. Ale nie tutaj.
- Dobra.
Ruszyli więc w stronę z dala od tłumu. Ale im bardziej się od niego oddalali, w tym większy tłum trafiali.
***
- O nie! – krzyknęła nagle Aroma. Chłopaki spojrzeli na nią. – To jeszcze nie czas!
Wstała i zaczęła się przepychać obok Szayela aby wyjść z ławki, przez co oberwał biodrem, a jej ręka trafiła w oślinione i zawacone włosy Nnoitry.
- Fuuuj… - powiedziała z obrzydzeniem przerywając na chwilę swoją panikę i wycierając rękę w spodnie.
- Na co jeszcze nie czas, hę? – spytał Grimmjow bawiąc się patyczkiem po wacie.
- Musimy im przeszkodzić – ruszyła szybkim krokiem przed siebie. Gdyby nie to, że było tu pełno dzieci, na które łatwo wpaść, pobiegłaby. Trójka ruszyła za nią, a ich stolik w sekundę został obleczony przez kolejnych dożynkowiczów.
- Sugerujesz, że Kat i Tesla… - zaczął Szayel, ale mu przerwała.
- Szybko!
No więc Grimmjow zaczął biec. Nnoitra też. Swoimi długimi nogami z łatwością przeskakiwał dzieci. Pantera zaś swoją szerokością je po prostu taranował.
- Ale dokąd mamy biec? – spytał po chwili Cyklop zerkając w tył na Aromę. Biegła ona z Szayelem przeskakując ztaranowane dzieci. Grimmjow zgubił się w tle.
- Nie wiem… Nie wiem… - nerwowo rozglądała się wokół. – Tam – wskazała w pewno miejsce i ruszyli.
Po drodze znaleźli Grimmjowa, który przyłączył się do nich razem z nową watą cukrową. Z oddali ujrzeli Kat. Szybko do niej dotarli.
- Stój! Jesteście jeszcze za młodzi! – zdyszany Szayel oparł się o ramię dziewczyny próbując złapać oddech. Aroma również nie wykazała oznak dobrej formy.
- Musimy jak najszybciej wracać… - wydyszała.
- Na co za młodzi? – spytała Kat pozwalając Szayelowi się opierać.
- No właśnie – dodał Grimmjow. Nnoit wyglądał jakby chciał też zadać to pytanie.
- Grimmjow, zatkaj uszy, to co powiem jest dla dorosłych… - zaczął Szayel, ale dostał watą w twarz i patyczek wsunął mu się do oka.
- Wracać! – wrzasnęła Aroma odzyskując normalny oddech.
- Co tyś chciał zrobić? – spytał Nnoit kuzyna ignorując Aromę.
- Fuj… - odpowiedział Tesla patrząc na jego włosy.
- Więc?
- Tylko chciałem jej powiedzieć…
- Aha! Tak to się zaczyna! – powiedział Szayel łapiąc Teslę za ramię i uwieszając się na nim, jednocześnie odinstalowywując się z Kat. Wyciągnął watę z twarzy. – Pokazywanie ładnych miejsc, już ja dobrze wiem, jak wy młodzi…
Przerwał i wszyscy spojrzeli na Aromę, która wyglądała, jakby miał zaraz uderzyć w nich meteor.
- Jeszcze nie teraz… - szepnęła.
Zignorowali ją równie szybko.
- Chciałem jej tylko powiedzieć, że jej nie lubię – skrzywił się Tesla odsuwając różowowłosego od siebie i rumieniąc się lekko.
- Mhm, jasne – skomentował Nnoit.
Kat westchnęła. I wtedy go zobaczyła.
Czarne włosy i blada cera. To musi być…
- Ulqu – krzyknęła bezgłośnie i rzuciła się w tłum. Trójka natychmiastowo rzuciła się za nią.
- Ulqu! – Kat rzuciła się chłopakowi w ramiona. Ulquiorra poczuł jej łzy na swoim policzku, usłyszeli zduszony krzyk Aromy, po czym wszystko zgasło.
***
Otworzył oczy. Był w swoim pokoju. Wokół panowała cisza. Stał bokiem do okna. Nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć co za nim jest. Pustynia. Espada wyszedł z pokoju i poszedł sprawdzić czy Aizen go nie potrzebuje. Miał wrażenie, że coś mu umknęło.
***
Zamrugała kilka razy oczami i odgarnęła grzywkę z oczu. Czuła, że jej wysiłek poszedł na marne. Zajęło jej to kilka lat i skończyła to. Chyba po raz pierwszy ukończyła coś tak dużego. Ale to było niczym. Było tylko małym pyłkiem kurzy, który można sobie wetknąć w nos. Wszystko będzie dobrze… Spojrzała na szare kółeczko z nadzieją, że znów zrobi się zielone.


KONIEC
UWIELBIAM PISAĆ TAK BARDZO, SERIO. ALE JAK PISZĘ DLA SIEBIE, TO RÓWNIE DOBRZE MOGŁABYM TYLKO GRAĆ W GRY O GLĄDAĆ SHELDONA W KÓŁKO. Eh, nie ujęłam go tutaj :c

czwartek, 11 czerwca 2015

24# Życie w NY - odcinek przedostatni

JaniemogęxDDDD
Zaczęłam pisać to w Sylwestra z kuzynką. Nie skończyłyśmy, bo szkoda mi było czasu na wstęp. Napisałam wstęp innym razem. Ale potem miałam 2 razy reinstalowanego Windowsa, a przez wielki bałagan w dokumentach, które na reinstalację były przygotowana 3 lata temu, ukończone opowiadanie przestało istnieć. Byłam zła, dlatego postanowiłam, że nie skończę tego i zadowolić się będę musiała powieścią (nad którą pracuję, serio).
Dzisiaj robiąc plan wydarzeń powieści czytałam wszystkie części opowiadania. One serio nie są takie złe, nie wiem czemu nikt poza Mac (i na początku Pesy) tego nie czyta... Tak czy inaczej postanowiłam nie pisać na nowo brakujących części, a dałam tylko wyjaśnienia moich notatek.

MIŁEJ ZABAWY.

PS Chyba dodam ostatni odcinek. Nie pamiętam co tam miało być, ale najwyżej będzie krótki. Z miłości do Mac i do pisania. W końcu poczułam wakacje.

PS2 Co do dedykacji to dedykuję to M.G. (losowo), Pesie (nie losowo, ale jej wiele zawdzięczam) no i kuzynce, bo w sumie pomogła mi jakoś to pisać. Chociaż topornie jej to szło >:C

***
Podobieństwo do prawdziwych osób przypadkowe (żart)

***

Pewnego cudownego dnia, bo jakże mogłoby być inaczej w tym ambitnym tekście, Tesla wrócił do domu. Zastał swojego kuzyna, Nnoitrę, oglądającego telewizję. Było to dosyć dziwne, gdyż ciemnowłosy młodzieniec o tej porze zazwyczaj był na mieście ze swoją aktualną partnerką.
- Ty tutaj? – spytał Tesla ściągając obuwie.
- No – odpowiedział Nnoit po chwili. – A co? – dodał po kolejnej przerwie.
- Zazwyczaj nie ma ciebie w domu wieczorem…
Czarnowłosy wzruszył ramionami.
- Co z twoimi… twoją dziewczyną?
- A znudziło mnie to – odpowiedział przełączając kanał.
Tesla zamrugał kilka razy.
- A gdzie ta twoja?
- M-moja? J-ja… - blondyn nie wiedział co odpowiedzieć. Czyżby ich misja się właśnie zakończyła? Rzucił się szybko do pokoju i wybrał numer Szayela.
- Halu? – usłyszał różowowłosego.
- On powiedział, że skończył z dziewczynami…
Po drugiej stronie słuchać było jakby ktoś się zadławił.
- Szayel?
- JAK TO SKOŃCZYŁ? CO Z MOIM PLANEM?
- Myślę, że możemy zakończyć tą „misję”…
Rozłączył się nim Szayel wybuchł.
***
Minął sobie jakiś tam czas. Rozpoczął się ostatni rok nauki w prestiżowym Liceum XXL. Czy jak mu tam było. To nie tak, że się gubię w fabule.
Tak czy inaczej nasi ulubieni bohaterowie zbliżają się ku końcowi. Lecz nie myślcie, że po prostu opiszę tu parę nieciekawych (jak zawsze) rzeczy i wszystko skończy się na balu zakończeniowym i sio.
Wracając: jak dobrze pamiętacie, do naszych przyjaciół dołączyła mieszkanka innego wymiaru. Różowowłosa Amora postanowiła zmienić imię i nazwisko, żeby za bardzo nie rzucać się w oczy lub uszy.
- Aroma, cho tu – Kat machnęła do koleżanki.
Był pierwszy dzień lekcyjny, pierwsza przerwa obiadowa w tym roku szkolnym. Różowowłosa, ciesząc się jak jej imię teraz brzmi, usiadła przy stole z Katechi. Miała na sobie zwykłe rurki, trampki i koszulkę. Musiała całkowicie zmienić swoją garderobę – z jej wcześniejszych obserwacji wynikało, że tutaj nie chodzi się do szkoły w wysokich szpilkach i jaskrawych sukieneczkach. Nie chciała farbować włosów, więc związała je tylko w kitkę. Zauważyła, że róż nie jest tutaj bardzo niecodziennym kolorem. Na szczęście. Odkąd przybyła do tej szkoły zakres tolerancji u wszystkich się zwiększył. Jej magia działała. Również to co jej powiedział ojciec było prawdą – ta szkoła nie była zwykłym ludzkim liceum. Czuło się tu coś niezwykłego i nie chodzi tu o zapach Grimmjowa.
- Idziesz z tą różową na bal? – spytał wyżej wspomniany kolegi.
Szayel zerknął z ukosa na stolik koleżanek. Aroma miała bardzo podobny kolor włosów do niego. Gdyby razem poszli na bal wyglądałoby to dziwnie… jakby byli bliźniętami. Chociaż z drugiej strony…
- Nie wiem. Wiem tylko, że musimy się bardzo postarać, żeby zostać zauważonymi w tym roku. Wszyscy mają przyjść na imprezę po-balową do NAS, nie do Dravena.
Tak, Draven był tu cały czas.

-coś o Cupid-
Kompletnie nie pamiętam co tutaj miało się znaleźć. Na pewno miała to być dalsza część pamiętnika Amory, ale o czym?
-Martine i jej bogata rodzina, Kat dostaje penthouse-
Okazało się, że Martine ma bogatą rodzinę. W podzięce za przyjaźń z Martine, Kat otrzymała penthouse. Właściwie wygryw życia. Poza tym Martine wyjechała do szkoły z Internatem.
-Szayel chce Kat do pomocy przy imprezie-
Szayel stwierdził, że Kat może być przydatna w przygotowaniu imprezy roku. Ta zgadza się, a proponując na miejsce imprezy swoje nowe mieszkanko zyskuje różowowłosego na własność. Hihi.
-załatwiają Sonę, Draven chce zrobić imprezę z Kat-
Postanawiają załatwić Sonę, jako najlepszego DJa w okolicy (tak, z Hecarimem). Nie wiem czemu i dlaczego, ale Draven proponuje Kat współpracę. Serio nie mam pojęcia dlaczego.
-Szayel drama, bo nikt nie pamięta o nim-
Podczas przygotowań do imprezy, kiedy cała szkoła o niej huczy, nikt nie pamięta o Szayelu. Biedak wysłuchuje tylko o „imprezie Dravena i tej tam, jak jej było, chyba Kat”.
-kuzynka przyjeżdża-
Do Kat przyjeżdża jej kuzynka, Roxi. Zwiastuje to niezłą inbę.
-drugi dzień świąt idą do Barney’s użyć pierwszy raz karty stałego klienta-
Jak w opisie. Nie pamiętam czy coś kupiły czy nie.
-wracając spotykają Codiego, który zaprasza je do klubu karaoke- Spotkanie starego kolegi nie wróży najlepiej. Już go nie lubią. Szczególnie, że zmienił się na gorsze. Ale poszły z nim do klubu karaoke, bo czemu nie.
-poznanie Pisaczka i Pędzla-
Przy mikrofonie większość czasu spędzało dwóch chłopaków. Jeden wyższy, blondyn z niewidocznymi brwiami obcięty na pędzla, oraz drugi – nieco niższy, z ciemnymi włosami zaczesanymi na hipsterskiego półpędzla. Szybko otrzymali od dziewczyn pseudonimy Pędzel i Pisaczek (ten drugi charakteryzował się używaniem wyższych oktaw, poza tym zaskoczył wszystkich wydając dźwięki jak piszący pisak).
-zapraszają na imprezę-
Cody cały czas przyglądał się Pisaczkowi, natomiast dziewczyny zauważyły, że podobnym spojrzeniem obdarza Pędzel Codiego. Jakimś trafem zaczęli wszyscy ze sobą rozmawiać. Dowiedziały się, że Pędzel to Scout, a Pisaczek to Mitsh. Zaprosiły ich także na imprezę. Co im szkodzi.

Na drugi dzień Cody postanowił wyjść jeszcze w podomce do baru hotelowego zamówić porannego drinka. Po drodze spotkał nowopoznanych kolegów.
- Siemaneczko, ziomale – podszedł do nich.
- Witaj, Cody – przywitał się Scout.
- Cześć – odpowiedział również Mitsch, który zmierzał w znaną sobie stronę.
- Też mieszkacie w tym hotelu, chłopaki? – kontynuował rozmowę Szpara, patrząc się jak zwykle tylko na ciemnowłosego. Ten natomiast już dawno zniknął za zakrętem. Jedynie Pędzel przystanął jakby oczekując wspaniałej konwersacji.
- No. Co za zbieg okoliczności – uśmiechnął się blondyn.
- Tak… - mruknął Cody obdarzając go pozbawionym uczuć spojrzeniem. – Chcecie iść może ze mną dzisiaj do fryzjera?
- Jakiego?
- „U Katarzyny”
Mitsch aż się cofnął.
- U TEJ Katarzyny? – zmierzył Codiego podejrzliwym wzrokiem.
- Tak – chłopak ukazał swoją szparkę między górnymi jedynkami. Scout przełknął ślinę z wrażenia widząc to.
- Czy masz zamiar iść tam na dziesiątą? – spytał ciemnowłosy.
- Dokładnie tak.
Nastała chwila milczenia.
- Dobrze, możemy iść razem. Też jestem tam umówiony. Scout, proszę, opanuj się – chłopak wyciągnął z kieszeni kawałek papierowego ręcznika i otarł koledze usta. Czasami Pędzel ślinił się niekontrolowanie na widok interesujących go rzeczy.
- Ale ja wtedy mam manikir… - przypomniał sobie blondyn po chwili.
- Trudno, nie pójdziesz z nami – Cody machnął ręką. – No to do zobaczenia – mrugnął do ciemnowłosego.
Mitsch zignorował to i ponownie ruszył w stronę swojego apartamentu.
***
Kat leżała rozwalona na łóżku i myślała o wspaniałym głosie poznanego wczoraj kolegi. I o tym jak można żyć w tych czasach bez brwi. Roxi w tym samym czasie oglądała telewizję. Zadzwonił telefon. Spojrzała na wyświetlacz. Dziadek Janusz. Nie miała ochoty z nim teraz rozmawiać.
***
Mitsch poddawał się zabiegowi mycia włosów, kiedy Cody zasiadł na fotelu obok.
- Pan chciał mieć włosy farbowane, prawda? – spytała obsługująca go fryzjerka.
- Tak. Na brązowo.
Nastąpiła niezręczna cisza. Pracownice spuściły wzrok, natomiast Mitsch zdegustowany spojrzał na kolegę.
- Jak to na brązowo?
- No na brązowo.
- …
- No przecie wiem, że mam brązowe włosy, na inny brązowy – Cody uśmiechnął się i przewrócił oczami.
- Ale jaki. Kawa z mlekiem czy kenijski maratończyk?
- Co?
- Masz ty rozum i godność człowieka? Chodzisz do prestiżowych salonów fryzjerskich, a nie znasz nawet podstawowych barw? Mam dosyć – Mitsch wstał z fotela.
- Ale nie skończyłam płukać…
- Nie szkodzi. Nie rozumiem jak możecie tu przyjmować takich [truskawkowa cenzura].
Opuścił to zgromadzenie. Stojąc na dworze pomyślał, że chyba zrobił źle. Była zima, na dworze pełno śniegu, a on… miał mokre włosy.
- Na zakręcony ogonek…
Potarł nosek, po czym wezwał taksówkę.
***
Kolejne dni płynęły i płynęły, niczym Arka Noego. Nadszedł Sylwester. Z D…. Nie, nie z Dwójką. Nie w tym roku. Z… Dexterem? O nie, to nie tutaj. Tutaj odbędzie się niezapomniana impreza z Draaaaaaavenem i Kat. Oh, i z Szayelem podobno też.
Od rana Kat wzięła gorący prysznic i zaczęła się szykować. Roxi jeszcze spała, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi.
- Otwórz! – krzyknęła pani gospodarz z łazienki. Kuzynka wyturlała się z łóżka i niczym Dicaprio w Wilku z Wall Street podpełzła do drzwi.
- Y… Halu? – spytała.
- Pedobir S.A. Katering.
- Kat, jedzenie przyszło!
- To wpuść!
- Ok!
Roxi wstała i otworzyła drzwi. Stojący przed nią mężczyzna zmierzył ją wzrokiem. Za stara. Roxi wskazała panu miejsce, w którym może rozstawić szwedzki stół.
- Mam nadzieję, że wytrzyma… - mruknął kateringmen.
- Spokojnie, kupiony specjalnie na tą okazję w hehe Ikei.
Jedzenie zaczęło się rozstawiać, kiedy Kat w odpowiednim odzieniu weszła do obszernego salonu. Przejechała wzrokiem pożywienie. Idealnie. Czipsy solone, paluszki i tony chrupek z przeceny. Wieczorem przyjdą ludzie od ciepłych przekąsek. Pedobir S.A. rozpoczął rozstawianie napojów. Stoły po chwili zapełniły się Zbyszkami i trzema cytrynami.
***
Let’s inba tunajt
Dzikie bity wypływały bogato z penthausu Kat. Sona i Hecarim porywali wszystkich. I bardzo dobrze, bo było mało miejsca do siedzenia. Kat w ciemnych okularach spacerowała po swoim dobytku spoglądając na swoich gości. Czuła się panem sytuacji. Draven siedział na kanapie w kącie razem ze swoim haremem. Szayel biegał między ludźmi starając się zagadać każdego nudną i sztuczną gadką o operonie tryptofanowym. Grimmjow starał się nie patrzeć na Sonę. Co prawda Lee Sina raczej tu nie było, jednak wolał nie ryzykować. Nnoitra zmuszony do przyjścia siedział sobie w sypialni dla gości. Dostał specjalne pozwolenie od Kat. W salonie nie chciał przebywać, a Szayel dostawał prawie padaczki, słysząc, że jego przyjaciel nie chce iść na imprezę. JEGO imprezę.
Na przyjęciu nie zabrało oczywiście Edwarda, który próbował wbić się w bliskie towarzystwo Draavena. Cody szalał na parkiecie razem ze swoimi pełnymi porażki znajomymi – większość z nich była pędzlami. Tańczył w pobliżu Mitscha, który zdążył wyleczyć się już z hipotermii i zapalenia płuc. W ciepłym sweterku oraz szaliku siedział na jedynym fotelu w pomieszczeniu. Na oparciu siedziała jego przyjaciółka. Reszta jego znajomych niestety miała inne plany na ten dzień. Nawet Scout. Jednak ona zrezygnowała z Sylwestra z Ritom Oreom dla przyjaciela, który bał się trochę Szpary. Jego intencje były tak bardzo widoczne, że nawet Draven wolał nie patrzeć na Codiego, który naśladuje Niki Melanż pół metra przed innym osobnikiem tej samej płci.
Zapowiedziano karaoke.
- Pierwszy utwór to coś na rozruszanie – ogłosił Hecarim. – „Majteczki w kropeczki”!
Na Sali rozległo się zamieszanie. Każdy chciał śpiewać, jednak nie każdy zdobył się na odwagę do pierwszego utworu. Dwie ręce wystrzeliły w górę.
- Widzę chętnych! Zapraszam waszą dwójkę!
Kat z uśmiechem podbiegła do stoiska DJa. Już po chwili obok niej znalazł się Mitsch. Hecarim i Sona wręczyli im mikrofony.
- Ja śpiewam pierwszy – uśmiechnął się ciemnowłosy. Muzyka poleciała. Tekst wyświetlił się na ścianie Dravena.
- Gdy sześć lat skończyłem, do szkoły był czas, maleńka Marzenka żegnała mnie tak – zaczął swoim idealnym głosem. Kat wiedziała, że nigdy nie zaśpiewa tego lepiej od niego. Postanowiła trochę zaszaleć.
- Kolonie, wycieczki, poznałem nie raz – zaczęła drugą zwrotkę głosem wyjętym prosto z metalowych otchłani muzycznych.
- Majteczki w kropeczki – refren śpiewali razem, już normalnym głosem. Wyszło naprawdę ciekawie. Kiedy skończyli, Hecarim zaproponował „Kajne Grencen”. Kat wróciła do obchodzenia towarzystwa mijając Mitscha, który ponownie zasiadł w fotelu. Skinął, żeby do niego podeszła.
- Tak? – pochyliła się, aby go usłyszeć.
- Mogę ci mówić po imieniu? – uśmiechnął się.
Ściągnęła swoje ciemne okulary.
- Oczywiście… - odwzajemniła uśmiech. Nagle ktoś ją popchnął. Złapawszy równowagę zauważyła, że to był Cody. Z przymkniętymi oczami wił się bardzo ekspresywnie do jakiegoś mocnego kawałka. Oczywiście myślał, że skupi na sobie uwagę ciemnowłosego. Nic z tego.
- Chłopak rodzina to prawdziwa dziewczyna – zarapował mu ktoś, kto też nie mógł już na to patrzeć.
***

Nie wiem czy to miało mieć zakończenie. Znaczy nie pamiętam. Joł.

sobota, 13 grudnia 2014

23# Życie w NY - Wakacje, ty kurko

Nawet jestem zadowolona z tego :D
Za inspirację dziękuję Adamowi G., Martynce W. oraz zbiegu dziwnych przypadków, które sprawiły, że dorzuciłam postać z czegoś innego... i jednocześnie wymyśliłam pomysł na zakończenie tego :D
No bo sam bal maturalny nie byłby fajnym zakończeniem xD
Poza tym... te chwile, w których żałujesz, że wrzucasz sam siebie do opowiadania xDD
Od razu zaznaczę, że scena z czekoladą będzie wyglądać inaczej w ogarniętej wersji (w której nie będzie mnie xD)

PS Jeszcze lekka inspiracja od pewnych panów z pewnego portalu ze śmiesznymi obrazkami.
***
Czemu wszystko kurką jest?

Odgarnęła grzywkę za ucho i nabrała trochę kremu z filtrem. Za kilka minut wychodziła na plażę. Wolała posmarować się teraz niż potem siedzieć na słońcu czekając aż krem się wchłonie, zamiast od razu wskoczyć do wody. Po zakończonej czynności odruchowo zerknęła w lustro i poprawiła daszek z logiem Croppa, który dostała kiedyś na zamkniętej wyprzedaży. Nie wyglądał nawet źle – taki zwykły błękitny z seledynowymi akcentami. I wielkim logo. Spokojnie można było go używać, aby ochronić twarz przed słońcem. Szkoda, że głowy już nie.
Wyszła z domu i targając dosyć dużą słomianą torbę ruszyła na przystanek autobusowy. Nie miała daleko do wybrzeża, ale chciała ze sobą zabrać Lee. Trochę zajęło namawianie go na taką wycieczkę. A jeszcze więcej namawianie na kupno odpowiednich ubrań.
Zapukała do drzwi. Otworzył jej Lee ubrany dokładnie w to, w co miał się ubrać. Typowe letnie bermudy i koszula w hawajskie wzorki. A do tego klapeczki, daszek oraz ciemne okulary, dzięki którym nie będzie wyglądał na niewidomego. Czy coś.
Po krótkim przywitaniu ruszyli na plażę. Jechali 20 minut autobusem trafiając na tylko jeden korek. Sukces. Cały czas trzymała go za rękę, aby się nie zgubił. Albo nie wpadł na kogoś. Lee szedł lekko spięty. Słyszał ten otaczający go tłum i w pewnym sensie nawet czuł lekkie podmuchy tworzone przez przechodzących ludzi. Słońce tego dnia dawało z siebie całą moc, więc trochę żałował, że uległ. Mógł siedzieć w swoim chłodnym mieszkanku. Ale nie chciał sprawiać przykrości Sonie. Zatrzymał się, kiedy ona też to uczyniła. Puściła go na chwilę. Pewnie znalazła dobre miejsce.
Sona rozejrzała się. Nie dostrzegła nikogo znajomego. W pewnym sensie dobrze. Lekko zmarszczyła brwi na widok chłopaka, który gardzącym wzrokiem obdarzył jej daszek. Rozłożyła zabrany koc i lekko pociągnęła Lee za rękę dając mu do zrozumienia, że może usiąść. Ten pochylił się, wymacał kawałek materiału, po czym usiadł. Po raz kolejny zastanowił się, co oni tu właściwie robią. Same problemy, pomyślał, ona będzie ciągle musiała pilnować abym na nikogo nie wpadł a ja nawet nie będę mógł zadbać o jej bezpieczeństwo. Na plaży było zdecydowanie zbyt głośno. Jego poprzedni „atak” na Grimmjowa raczej nie miałby racji bytu w takich warunkach. Jeszcze by kogoś przez przypadek zabił. Zakrztusił się piaskiem, który został sypnięty przez jakieś biegnące dziecko. Czuł jak jego brak włosów spala się w tej temperaturze. Słońce, ty kurko.
Sona ściągnęła koszulkę i szorty. Czas wejść do wody. Wstała łapiąc Lee za rękę. Lekko go pociągnęła.
- Gdzie ty mnie chcesz teraz zabrać – mruknął wyraźnie niezadowolony. Sona lekko posmutniała. Czyli jednak zupełnie mu się nie podobało. Ale się nie poddała. Pociągnęła drugi raz. Wstał. Poczuł jej stopę na swojej.
- Klapki, eh – zsunął obuwie. Czyli czas na kontakt z wodą. Czuł, że to będzie dziwne.
Sona prowadziła go powoli w stronę wody omijając skupiska dzieci, które mogłyby spowodować kolizję. Stopa Lee poczuła wilgoć.
- To już – stwierdził zatrzymując się na chwilkę, po czym powoli zaczął wchodzić w zbiornik. Woda była nawet znośna.
***
- Nie mam pojęcia jak do tego doszło – mruknął Szayel odgarniając pot z czoła. Dotarcie do Grimmjowa w tym upale nie było takie komfortowe.
- Nie przeżywaj – odpowiedział Grimmjow popijając Pepsi Kolę prosto z butelki. – Chcesz? – podstawił koledze pod nos.
- Nie chcę twoich zarazków. Skup się.
- Na czym?
- Musimy odzyskać przyjaciela!
- E… To my go straciliśmy? Przecież byliśmy razem z nim wczoraj w klubie…
- Nie mów, że ci to nie przeszkadza!
- To, że ma dziewczynę? W sumie słaba jest. A ty co, pewnie zazdrosny…
- Nie o to chodzi! Spójrz może na jakość tych dziewczyn i na częstotliwość, z jaką są zmieniane! Poza tym nie sądzę, że to można nazwać od razu „dziewczyną” – Szayel poprawił okulary. – Grimmjow, Nnoitra stał się męską dziwką i nie można tego nie uznawać.
- Co ty od razu tak go nazywasz. Ma po prostu chłopak powodzenie.
- Nie powodzenie, tylko widzą, że jest łatwy, to się nim zabawiają, a potem koniec.
- No, bo jak są słabe to z nimi kończy.
- No właśnie. To nie mógłby znaleźć sobie jednej a dobrej? Albo nie być tak wybrednym?! – ręce Szayela powędrowały wysoko.
- To poproś go, aby tobie też kogoś znalazł – zaproponował Grimmjow spokojnie.
- Ty nic nie rozumiesz!
Grimmjow, ty kurko.
***
- USUŃ TOOOOOO.
Kat zatrzymała się. Chyba zna skądś ten głos.
- NO USUUUUUŃ.
Odwróciła się. W kawiarence obok Konata skakała wokół jakiegoś kelnera.
- Co tu się – mruknęła do siebie. Popatrzyła jeszcze chwilkę, po czym ruszyła dalej.
Tego dnia było tak bardzo gorąco, że postanowiła wrócić do domu. Jeszcze rano radośnie wybiegła do Central Parku, aby spędzić cały dzień an świeżym powietrzu. Ale niestety zbyt wysoka temperatura w cieniu zmusiła ją do opuszczenia tego miejsca przed obiadem.
Wracała sobie więc tak spokojnie, aż dojrzała bardzo fascynującą scenkę. Otóż w pewnym miejscu zauważyła znajomego jej Nnoitrę Jirugę z jakąś wydekoltowaną dziewczyną. Chyba rozmawiali. Ale wyglądali też jakby byli ze sobą bardzo blisko. BARDZO blisko.
Ciekawe, kilka dni temu widziała go też jakąś dziewczyną. Z nią też był BARDZO blisko. Kilka dni temu z jakąś inną też…
Wróciwszy do domu włączyła komputer. Od razu otrzymała wiadomość od swojego byłego partnera z projektu. Prosił ją o szybki kontakt…
***
Dzwonek do drzwi. Kat oderwała wzrok od monitora i spojrzała tępo przed siebie. Przecież już po 21…
- Ups – kompletnie zapomniała, że Szayel miał do niej przyjść. Poczłapała do drzwi i otworzyła.
- Witaj Katechi, cieszę się, że chcesz współpracować – przywitał się różowowłosy.
- No cześć.
Wpuściła go do środka i zaprosiła do salonu. Usiedli.
- Przyniosłem ciasto – podał jej kartonik.
- Oh, dziękuję – odebrała poczęstunek, po czym podeszła do aneksu kuchennego, aby wyłożyć placek na stole. Kremówka. Interesująco. Postawiła też talerzyki i łyżeczki.
- Czegoś się napijesz?
- Nie mam na to czasu, musimy jak najszybciej przejść do sedna sprawy – oznajmił poważnym tonem.
- Dobrze. To mów – wpakowała sobie kremówkę do buzi i czekała aż zacznie.
Odchrząknął. Poprawił okulary. I zaczął wykładać o tym jak to jego najlepszy przyjaciel Nnoitra zagubił się w życiu, i że źle czyni, i że tak nie wolno.
- Rozumiem. Widziałam go kilka razy ostatnio – powiedziała Kat. – Ale nie rozumiem właściwie, po co ja ci do tego.
- Mam pewien plan, jednak z powodu nieprzewidywalności Nnoitry, nie wiem czy to się uda. Otóż próbowałem rozmawiać z nim o tym, co robi. Zignorował to. Grimmjow również z nim rozmawiał, oczywiście w mniej przyjaznym tonie. Ale to również zignorował. Wpadłem wtedy na dwa pomysły. Pierwszy, żeby któraś z dziewczyn, do których się dostawia, powiedziała mu, co o nim myśli. Jednak ten plan nie wypalił. On tak bardzo nie przywiązuje uwagi do tych dziewczyn, że mu to obojętne. Właściwie skoro zignorował swoich najlepszych przyjaciół to chyba nic mu nie pomoże i ten plan z góry skazany był na porażkę – otarł łzę.
- A drugi plan?
- Myślałem, aby po prostu podstawić mu pod nos jakąś porządną dziewczynę, ale takimi to on się raczej nie zainteresuje – wzruszył ramionami. – Dlatego trzeba mu po prostu dać dobry przykład. I w tym momencie – uśmiechnął się – wkraczasz ty.
- To co mam zrobić? – spytała niezbyt rozumiejąc.
- Musisz udawać, że tworzysz parę z Grimmjowem. Wiesz, który to, prawda?
Zakrztusiła się kremówką.
- Śmieszek z ciebie.
- Mówię poważnie.
- Nie zgadzam się.
- Jesteś mi to winna.
- Za co? – zmarszczyła brwi.
- Za średnią na koniec roku.
- Ah, bo miałam większą od…
- CIIIII
Zaśmiała się złowrogo.
- Trzeba było się uczyć… - zobaczyła jego spojrzenie. - …no dobra, pomogę. Ale w inny sposób.
- Myślałem też, że mogłabyś ze mną udawać… ale jesteś tego niegodna – spojrzał na nią kątem oka.
- Aha. Mam jeszcze kogoś do wyboru?
- Właściwie nie.
- No to niestety nie pomogę.
- Liczyłem na to, że będziesz nalegać, aby udawać ze mną… - zakaszlał.
- …
- Nie ważne… - mruknął. – Gdyby był Ulquiorra to może z nim… - dojrzał coś dziwnego co przeszło przez jej twarz. Interesujące, pomyślał. – Ale Nnoitra ma też kuzyna – dokończył.
- Znam go?
- Może tak – Szayel wyciągnął z kieszeni zdjęcie danego osobnika i jej pokazał.
- Chyba może coś kojarzę – powiedziała po przyjrzeniu się mu.
- Uffff – westchnął z ulgą. – Jak dobrze, że w końcu współpracujesz. Spotkacie się jutro przed szkołą o 16 – wstał.
- Ale…
- Przepraszam, że zająłem kawałek wieczoru, ale miałem dzisiaj dużo na głowie i nie mogłem wcześniej przyjść – poprawił okulary i ruszył do wyjścia.
***
Kolejny dzień nie rozpoczynał niczego nowego. Kat obudziła się jak zwykle (eh, co za monotonia). Postanowiła, że czas zrobić coś konstruktywnego. Po ogarnięciu się, zjedzeniu szybkiego śniadanka otworzyła szafę. Mebel zapchany był równo poskładanymi ubraniami w różnych kolorach. Wybrała zwiewną różową bluzeczkę, czarną spódnicę i wkładając do tego wysokie sandałki od MiuMiu wyszła na miasto.
- Głupie słońce… - mruknęła osłaniając się od promieni, które uderzyły ją w twarz od razu na ulicy. Zsunęła na nos swoje mafijne okularki i ruszyła ulicą słysząc lecącą skądś dynamiczną muzykę. Idealna na dzisiaj, pomyślała. Szła więc sobie w rytm piosenki, a ludzie sami schodzili jej z drogi. Widać, że mafia/dres/cokolwiek. Spacerując tak sobie obserwowała ludzi. Lubiła to robić. Analizowała ich od butów przez zachowanie do możliwych celów ich wędrówki. Nawet nie zauważyła, kiedy doszła do Barney’s. Wzruszyła ramionami i weszła do środka. Tutaj czuła się jak u całkiem dobrego znajomego w domu. Na początku ruszyła w stronę sukienek. O, nowa kolekcja. Przeglądając sukienki pomyślała o swojej karcie stałego klienta umieszczonej w widocznym miejscu w portfelu. Miło byłoby skorzystać kiedyś z niej. Jednak cokolwiek ładnego tu było, miało zbyt wysoką cenę. Tak czy inaczej zawsze miło pooglądać.
Nie wiedzieć kiedy, minęło kilka dobrych godzin. Pora obiadowa. Kat skręciła w jedną z przecznic, w której pewnie była milion razy, ale za każdym razem miała wrażenie, że jest tam po raz pierwszy. Nie, żeby się gubiła przez to. Nowy Jork, ty kurko. Z daleka zauważyła szyld North Fish’a. A może by tak rybka? Dziarsko maszerując w tamtą stronę jej wzrok padł na pobliską wystawę… Sklep z zabawkami. Nasyciwszy się troszkę wystawą weszła do środka. Szybko ominęła działy z edukacyjnymi zabawkami dla niemowląt i dotarła do lalek.
Zeszła jej na to spora chwila. Wychodząc słońce dalej niemiłosiernie świeciło, a zegarek na wyświetlaczu oznajmiał, że pora obiadowa zaraz minie. Nie rozglądając się już więcej doszła do North Fish’a.
***
Jeszcze nigdy wakacje u kuzynki tak bardzo jej nie męczyły. Sona leniwie spoglądała na faunę ogrodową żyjącą swoim życiem. Oni to mają łatwo, pomyślała. Już trzeci tydzień spędzała oddalona od domu o pisiont miljonuf kilometrów. Zazwyczaj był to najlepszy czas wakacji, a czasem nawet i roku. Ale tym razem nie mogła przestać myśleć o kimś, kogo zostawiła w Nowym Jorku…
***
Grimmjow też wiele myślał. Co było niespotykane dla niego. We wrześniu miał rozpocząć kolejną klasę. Co się wydarzy w tym roku? Zmienią mu nauczycieli? Czy zostanie przyjęty do szkolnej drużyny koszykówki? Czy dodadzą coś nowego do automatów z przekąskami? No sory, ale te Grześki już się trochę znudziły. Mogliby dodać w końcu te krakersy, które są we wszystkich automatach na świecie, oprócz tych w jego szkole. W jego myślach przemknęło cicho też jeszcze coś. Coś bardzo cichego, powiedzmy nawet, że niemego. Hoho. Otóż Grimmjowek czasami myślał o pięknej niebieskowłosej koleżance, która w tak dziwny sposób dała mu kosza. Kilka razy miał zamiar napisać do niej po tym czerwcowym incydencie, ale nie wiedział właściwie co. Ona też nie dawała znaku życia. Może po prostu umarła. Westchnął. Czemu życie jest takie ciężkie. Obrócił się na bok i wtulił ryjco w poduszkę. Śmierdziała czymś słodkim. Dziwne.
Po chwili Grimmjow odkrył czekoladę roztopioną w pościeli.
Życie, ty kurko.
***
Kiedy wyszła z North Fish’a spróbowała pieszo wrócić do domu. Zauważyła w oddali miejsce, które chyba kojarzyła. Idąc przed siebie odkryła mury swojej szkoły. W tym samym momencie przypomniało jej się coś. Niestety nie wiedziała co. Ale coś to było. Idąc wzdłuż murów odgradzających szkołę od świata zauważyła, że ktoś stoi przy głównej bramie. Miał na sobie jakąś koszulkę, spodnie i buty. Zwolniła kroku i przyjrzała mu się uważniej. Coś tu nie pasowało. Nagle on również na nią spojrzał. Kat przeniosła wzrok przed siebie wracając do zwykłego tempa. Całe szczęście, że miała na sobie okulary przeciwsłoneczne. Kątem oka spoglądała na owego człowieka, który dalej się na nią lampił, a im bliżej niego była, tym bardziej zestresowany się wydawał. Kiedy go minęła, po chwili usłyszała jego głos.
- Ale dokąd idziesz?
Nie odwróciła się sądząc, że to nie do niej. Jednak po „Halo?” poczuła się lekko niespokojna, a kiedy poczuła czyjąś rękę na swoim ramieniu, odskoczyła w bok. Spojrzała na prześladowcę.
- Cz-cześć… - powiedział wyraźnie zmieszany.
- Witam – odpowiedziała czekając na rozwój wypadków.
Nastała dosyć niezręczna cisza.
- Szayel właściwie nie powiedział mi co dokładniej mamy dzisiaj zrobić… Wiesz może coś więcej o tym?
Kat zamrugała kilka razy oczami i ściągnęła okulary.
- Oh, to ty – powiedziała zaskoczona. – W tych okularach myślałam, że to jakiś afgański turysta.
Zaśmiała się niezręcznie.
- No więc… wiesz coś może? – spytał Tesla.
- Nie, nie mam pojęcia. Mamy po prostu udawać, nie wiem, może on robi nam zdjęcia z ukrycia, albo nas nagrywa, albo naśle na nas Nnoita czy coś – odpowiedziała szybko zerkając na telefon. No tak, 16.04. Zupełnie zapomniała o tym spotkaniu.
- Ale śmieszkowo – powiedziała do siebie patrząc dalej na wyświetlacz. – Wiesz, że ja kompletnie zapomniałam o tym spotkaniu?
- Oh…
- No to co robimy? – schowała telefon.
- E… Nie wiem…
- Ty jesteś facetem, wymyśl coś.
- Ale czemu…
- Jeśli jesteśmy obserwowani to musimy się zachowywać według planu, więc ty musisz być panem sytuacji – powiedziała cicho.
- No dobrze… Może pójdziemy coś zjeść?
- Przed chwilą jadłam obiad.
- To może do parku?
- O, tam mnie jeszcze dzisiaj nie było. Może będą kaczki.
Tak więc ruszyli.
***
Ulquiorra otworzył oczy. Z każdej strony otaczała go przenikliwa ciemność. Kompletnie nie mógł przyzwyczaić się do zmiany strefy czasowej. Ani do tego, że nie był tam, gdzie być powinien… a przynajmniej, gdzie mu mówiono, że będzie…
***
Lekarzu ulecz sam siebie – to jest tak bardzo o mnie. Z jednej strony jestem ekspertką od spraw sercowych, ale… sama mam problemy natury miłosnej… Jak to się dzieje? Czemu tyle się mówi o friends zone, jednak tak, jakby problem miał miejsce tylko u chłopaków?
Tak czy inaczej to nie jest najgorsze. Wróciwszy na wakacje do domu cieszyłam się nawet, że będę mogła z dala od sfery szkolnej przemyśleć całą sytuację. Ojciec pozwolił mi nawet urządzić przyjęcie! Muszę koniecznie skontaktować się z Briar. Na pewno znowu pomoże mi je urządzić. Chociaż chętnie przyjęłabym też rady od Maddie – chcę zrobić coś naprawdę szalonego! Przydałaby mi się też nowa sukienka…
WRACAJĄC do tego, co najgorsze – ojciec oznajmił mi, że ZNOWU zmienię szkołę. Myślałam, że to żart. Przecież moja misja w Ever After się nie skończyła. (Pomijając fakt, że właściwie nie wiem, co miałam zrobić i czy cokolwiek zmieniła moja obecność. Oprócz wznowienia tradycji Dnia Zakochanych Serc. Chociaż właściwie nie wiadomo czy za rok ktoś się pofatyguje o zrobienie kolejnej imprezy.)
WRACAJĄC do głównego tematu – mam wrażenie, że umrę. W Ever After jest tak bardzo BAJECZNIE (szczególnie, kiedy w pobliżu jest Dexter, szczególnie, kiedy jest bez okularów), że nie wiem, czy gdziekolwiek będzie mi chociaż w połowie tak dobrze jak tu. Poza tym słabo tak zmieniać po raz kolejny szkołę. No i jak zwykle mam „niezwykle ważną misję”, która będzie jak zwykle polegała na sianiu miłości. Lubię swoją pracę, naprawdę, ale czy będę mieć kiedykolwiek czas dla siebie? Chcę poznać swoją przeszłość! (Pomijając to, że chcę wyjść z fz.) Świecie, ty kurko…
***
Siedzieli sobie na ławku w parce. Kaczek nie było. Nawet fajnie im się ze sobą rozmawiało, kiedy Tesla stwierdził, że nie ma siły już chodzić. Nie, żeby obeszli cały Central Park kilka razy. Kat kopnęła jakiegoś kamienia, który potoczył się na drugi koniec alejki. Nagle dostała SMSa.
Od Szayela.
„WIĘCEJ AKCJI”
A więc jednak ich obserwują. Udała, że nic się nie stało i podstawiła mu telefon pod nos. Przeczytawszy domyślił się, o co chodzi. Zamyślił się. Kat uśmiechnęła się jakby była najszczęśliwszą osobą na świecie i zamrugała parę razy oczkami. Tesla wyglądał jakby miał zejść za tydzień. Przysunęła się lekko do niego.
- O, patrz, kaczki! – wystrzelił ręką przed siebie.
- Gdzie? – spojrzała w tamtą stronę.
- No gdzieś tam były, chodź, sprawdźmy.
- Już odpocząłeś?
- Tak.
- Siedzieliśmy tu tylko niecałe pięć minut.
- Ale już mi lepiej. Po prostu mi się nudziło.
Posłała mu lekko mordercze spojrzenie kamuflowane niewinnym uśmiechem. Coś poruszyło się w krzakach. No tak, mieli przecież coś udawać.
- To, ekhem, chodźmy może coś przekąsić, pewnie straciłaś dużo energii po tym spacerze – powiedział lekko teatralnie.
- Bardzo chętnie – wstała i ruszyli w losowym kierunku.
***
Tak bardzo nie chcę… Ojciec mnie posyła do jakiegoś liceum dla Mugoli. To nie tak, że mam coś do podludzi… Ale tam jest tak bardzo NUDNO. Żadnej magii, żadnych niespodziewanych rzeczy. Ale ojciec powiedział, że to nie jest taka znowu zwykła szkoła. Spytałam dlaczego, lecz odpowiedział tylko, że wszystkiego dowiem się w swoim czasie. EHHHH… Tak czy inaczej poczułam się nawet dobrze jak powiedział, że chciał mnie wysłać do Syrii pierwotnie.
***
Wakacje w pewnym sensie się już kończyły.
Tesla szedł żwawym krokiem do miejsca docelowego. Po drodze minął jakiś śmieszny czerwony party van. Rzucił na niego okiem. Okazało się, że to ten busik, gdzie można oddawać krew i dostać za to czekoladę. Pomyślał chwilkę. Powoli postawił nogę w drzwiach i wszedł do środka.
***
Kat oglądała właśnie w telewizji reklamę jakiegoś filmu.
- Sierpniowe niebo! Ponad pisiont dni chwały! – krzyczał pan z ekranu. Nagle rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi.
Nie spodziewała się nikogo. Wstała i podeszła do drzwi. Zdziwiła się widząc Teslę.
- Co ty tu robisz?
- Szayel wysłał mi twój adres i kazał przyjść… - odpowiedział opierając się jedną ręką o ścianę.
- Oh… W takim razie wejdź… Czemu jesteś taki blady? – spytała lekko zaniepokojona.
- Blady? Zawsze jestem przecież blady – uśmiechnął się niewyraźnie. – Przyniosłem… czekoladę…
Zachwiał się i zaczął opadać w dół, jednak refleks Kat uchronił go przed upadkiem.
- …
Wciągnęła go do środka i położyła na sofie. Nawet nie był ciężki. Podłożyła mu poduszkę pod głowę i bardzo dużo innych pod nogi. Otworzyła okno. Usiała na podłodze przy jego głowie i cały czas obserwowała czy oddycha.
Po minucie otworzył lekko oczy. Dopiero jednak po kolejnej chwili był w stanie się ogarnąć.
- Co się stało?
- No właśnie chciałabym wiedzieć, bo to nie jest fajne, że se przychodzisz do mnie i słabniesz mi tu.
- Zasłabłem? – spytał podnosząc się gwałtownie. Jednak zakręciło mu się w głowie, więc wrócił do poprzedniej pozycji.
- Nie jadłeś śniadania czy coś?
- Jadłem… Gdzie są czekolady?! – znowu chciał wstać, ale go powstrzymała.
- Tu są – wskazała na stół.
- To dobrze… Bo widzisz, przyniosłem tobie – uśmiechnął się anemicznie.
- Tobie się w tej chwili bardziej przydadzą – mruknęła. Wyciągnęła z kartonika gorzką czekoladę i połamała ją.
- Ale to dla ciebie.
- Ale ja chcę żebyś ty to zjadł. Czemu właściwie mi zemdlałeś?
Nagle usłyszeli z dworu głos z megafonu:
- Oddaj krew do banku krwi! I ty możesz być potrzebny! W zamian dostaniesz czekoladę na wzmocnienie po dobrym uczynku!
Kat rzuciła w stronę Tesli mordercze spojrzenie.
- Sprzedałeś się za czekoladę? – syknęła.
- Co!? Przecież oddałem krew w dobrym celu! – krzyknął zaskoczony jej reakcją.
- Oni ciebie tam w ogóle zbadali? Przecież jesteś za chudy na takie rzeczy! W twoim stanie to jest czysta prostytucja!
Nastała chwila milczenia.
- Jedz.
- Ale to dla ciebie…
Wcisnęła mu kostkę w usta.
- Jedz.
Posłusznie skonsumował. Tak jak kolejną kostkę. I kolejną.
Sama też trochę podjadła. Siedzieliby tak pewnie dłuższy czas, gdyby nagle nie złapał jej za nadgarstek ręki, którą dawała mu czekoladę.
- Dobra, wystarczy.
- Ale dalej źle wyglądasz.
- Trudno. Przyniosłem ci czekoladę, bo ty miałaś ją zjeść.
- Nie chcę czekolady z prostytuowania się.
- Ale przecież już zjadłaś trochę…
- Nie obcho… JEDZ – zaczęła mu wciskać kolejną kostkę, chociaż dalej trzymał ją za rękę. Poczęli się szarpać.
Nagle z sąsiedniego pokoju ktoś wyszedł zastając ich w nieciekawe i niejednoznacznej pozycji.
- Martine? Dobrze, że już wstałaś, siostrzyczko – zaśmiała się nerwowo.
- Siostra? Nie wiedziałam, że masz chopoka – dziewczyna poprawiła nieco pasek przy spódnicy, która rozkloszowana sięgała jej nieco za kolana. Na górze miała zwiewną koszulę wsadzoną w środek.
- Ale to kolega…
- No to ja was zostawię. Nie przeszkadzajcie sobie – odpowiedziała poważnie i lekko się uśmiechnęła. Wsunęła oskarpetkowane stopy w sandałki, po czym wysunęła się cicho z mieszkania. Powoli zeszła po schodach. Wyszła na zewnątrz i w uduchowionej pozie wdychała idealne promienie słońca.
- Moja siostra jest już taka dojrzała. Pewnie niedługo weźmie ślub. Mam nadzieję, że zostanę druhną – powiedziała cichutko.
Nagle przejechał jakiś tir oblewając jej smukłą figurkę zawartością kałuży z porannego deszczu.
- Deszczu, ty kurko – westchnęła.