Ludzie chcieli drugą część, to napisałam XD Właściwie skończyłam to jakiś miesiąc temu, ale klęczałam nad końcówką, dokładniej to nad ostatnim zdaniem. Stwierdziłam, że to i tak nie ma sensu, wiec dodałam pierwsze co mi wpadło do głowy. Miłego czytania.
***
Pewnie wielu zastanawiało się, jak działa
Las Noches. Ile mają łazienek, gdzie śpią Fraccion, czy herbatka na
posiedzeniach Espady pojawia się z nikąd tak jak w Hogwarcie. Ciekawym pytaniem
jest także, czy gdzieś w Hueco Mundo nie biegają złole znani nam z historii.
Dariusz, Temudżyn, czy inny Sauron. Bardziej wnikliwi mają w głowie jeszcze
jedno pytanie: co się stało z Klubem Złych i Genialnych? Czy dalej istnieje?
Przecież wszyscy pamiętamy sceny śmierci poszczególnych członków. Voldemort
ugodzony zaklęciem z ręki zbuntowanego horkruksa, Darth Vader słabnący z powodu
męczeńskiego poświęcenia, Davy Jones ginący w odchłani morza, czy Biała
Czarownica... cóż, to nie tak, że nikt nie pamięta, jak wyglądała jej śmierć.
W każdym razie: Gdzie oni są? Czy możemy mieć nadzieję na
ponownie spotkanie, widząc śmierć naszego ulubionego bohatera na ekranie?
Otóż, możemy. Nadzieja umiera ostatnia. Zawsze.
Tajemnicza postać okryta szarym kocem,
wysunęła się z pomieszczenia i szybkim krokiem ruszyła w znanym sobie kierunku.
Jedynym wystającym elementem była cienka paróweczka, wystająca zapewne z otworu
gębowego. Tajemniczy osobnik
bezszelestnie przesuwał się podziemiami Las Noches licząc na pozostanie w
cieniu. Niestety się przeliczył.
- Kim jesteś? - ostrze katany zostało podstawione niebezpiecznie
blisko kiełbaski.
- Powiem wsystko, tylko opuść, prose, swojo broń - wymamrotał
parówkowicz.
- To nie jest moja broń... - mruknęła cicho strażniczka,
odsuwając miecz. Wpatrywała się swoim jedynym okiem w tajemniczą postać, co
mogło wyglądać niejednoznacznie biorąc pod uwagę brak źrenicy, czy tęczówki.
Prawa powieka była zaszyta grubymi nićmi.
Szary koc zsunął się nieco ukazując błękitną czuprynę
szóstego z Espady. W śnieżnobiałych kłach wciąż trzymał parówkę. Spoglądał
niemrawym wzrokiem w stojącego przed nim Arrancara. Podniósł się z klęczek,
gdyż w takiej pozycji przed chwilą się poruszał, i spojrzał w dół na
dziewczynę.
- Jesce coś mas mi do pedzenia? - mruknął wsuwając parówkę.
Koc zsunął mu się z ramion ukazując tonę jedzenia, jaką trzymał w rękach.
Strażniczka nie wydawała się zaskoczona w żaden sposób tym widokiem. Uniosła
nieco głowę, aby być w zasięgu rozmówcy, zaś różowa grzywka odsunęła się na
boki, zahaczając o skrawek pozostałości maski po lewej stronie czoła.
- Camaleón-san. Szósty nigdy nie używa słowa
"proszę". Poza tym jedzenie pakuje do kieszeni, natomiast parówki
upycha w swojej dziurze pustego. Pomijając fakt, że lokalizacja kuchni jest dla
niego ukryta - powiedziała. Kiedy skończyła, mogła opuścić głowę na normalną
wysokość, gdyż jej rozmówca skurczył się. Miała przed sobą pulchną kobietę w
uniformie Arrancara. Z salami w dekolcie.
- Już nie bądź taka mądra, Ko - rzuciła udając oburzenie
wobec młodziej wyglądającej istotki. Cama zdecydowanie wyglądała na co najmniej
pięćdziesiąt lat, co było dość niespotykane. Chociaż któż wiedział, czy aby na
pewno tak wygląda - potrafiła zmieniać się w każdego.
- Zabierz to jedzenie, skoro chcesz. Mam nadzieję, że
pamiętasz o dzisiejszym naborze - odrzekła różowowłosa. Kobieta o czerwonej fryzurze
zbladła, zaś w jej złotych oczach dostrzec można było przerażenie typowe dla
każdego sługusa Aizena.
- No tak, dzisiaj nabór, ojej, już uciekam - odwróciła się na
pięcie i już miała uciekać, kiedy poślizgnąwszy się na kocu, przejechała na
podłodze dość spory kawałek. Zatrzymała się u stóp kogoś, kto dopiero teraz
pojawił się w korytarzach spiżarni.
- Camaleón-san. Czyżby ostatnia wizyta w Świecie Żywych źle
na ciebie wpłynęła?
Kobieta nie musiała podnosić wzroku, żeby wiedzieć, kim jest
owa postać. Kaname Tousen. Jej bezpośredni przełożony. Na nic wszelkie
tłumaczenie się, czy nawet przeprosiny. Zrzuciła szybko całe jedzenie na koc,
zrobiła z tego zawiniątko i pobiegła, tym razem bezkolizyjnie, do sali
rekrutacyjnej. Miała nadzieję, że procedura się nie zaczęła. Gdyby się
spóźniła, zostałaby odebrana jej możliwość corocznych wycieczek w celu
obserwowania swojej córki. Szybko sprawdziła, czy broszka wciąż wpięta jest w
jej uniform, czy odpadła przy wyciąganiu salami. Jako zwykła dusza, była
zależna od tego drobnego przedmiociku, który chronił ją przed zbyt silnymi
źródłami Reiatsu, jakie spacerowały sobie po całym Las Noches.
Wślizgnęła się do sali, rzuciła pakunek w kąt i zasiadła przy
okienku. W pomieszczeniu była sama, więc nie wolno było jej jeszcze otwierać.
Czuła, że po drugiej stronie ściany, w poczekalni, siedzą naprawdę wyjątkowe
osobniki. A teraz musiał pojawić się ktoś naprawdę silny, bo prawie ją
zemdliło. Broszka nie była idealna, dlatego kobiecina mogła bezpiecznie czuć
się tylko w lochach po przeciwnej stronie od salonów Espady. Z niecierpliwością
oczekiwała przybycia Kaname, bądź Ichimaru. Zazwyczaj to oni pełnili funkcję
rekrutującego. Tym razem było inaczej.
- Eloszka.
Camaleón odwróciła się czując źle. O nie. Oto sam Aizen
postanowił dzisiaj przybyć. Rekrutujący zazwyczaj musieli tłumić swoje Reiatsu,
pozwalając kobiecie na spokojną pracę, jednak inaczej było z szefem i panem.
Rzucał swoją aurą na lewo i prawo, aż wszyscy mieli ochotę rzucić wszystko i
wyjechać w Bieszczady. Nie dało się z tym człowiekiem normalnie pracować.
Aizen odsunął kobietę wraz z krzesełkiem. Sam otworzył
półokrągłe okienko, wychylił się z niego nieprzyzwoicie i zaczerpnął powietrza,
jakby witał samą wiosnę. Dobrze wiedział, kto wpadnie na dzisiejszą rekrutację.
Już od rana siedział w krzakach przy wejściu, obserwując.
- Hmmmmm... A kogo my tu mamy? - podparł głowę na dłoniach
rzucając rozpalone spojrzenie w stronę postaci siedzących na długim klocku. Ze
zgromadzonych tylko jedna osoba, starzec o szpiczastych brwiach, zdecydował się
nieco zwrócić spojrzenie w stronę Aizena. - Siema, misiaczki. No to kto
pierwszy? - zachichotał król świata.
- Ja - odpowiedział staruszek wstając. Opierając się na
drewnianej lasce, pochylił się przy okienku, które znajdowało się niecałe
półtora metra nad ziemią. W dodatku wystawała z niego połowa Aizena. Starzec
pochylił się nieco niefortunnie, przez co nagle jego plecy nie wytrzymały i
zahaczył twarz króla swoją długą brwią, która okazała się resztką maski. Aizen
wrzasnął czując, jak ostry szpikulec wbija mu się w oko. W dodatku ruszył się
zbyt gwałtownie i grzmotnął kręgiem w górę okienka. Bluzgając, niczym Jurand na
Krzyżaków, wynurzył się z otworu masując twarz.
- Otwórz mu - mruknął pod koniec. Camaleón wcisnęła guzik. W
pozornie gładniej ścianie ukazało się przejście. Starzec wszedł niepewnie do
środka. Drzwi za nim się zasunęły. Aizen zasiadł na fotelu rekrutatora,
uprzednio przykleiwszy sobie wielki różowy plasterek na zranione oko. Mierzyli
się wzrokiem kilka sekund, po czym rozpoczęła się rozmowa. Z tej złości, Aizen
zapomniał nawet, że powinien czerpać satysfakcję widząc, jak były członek KZiG
płaszczy się przed nim, chcąc uzyskać dobrą fuchę u swojego kolegi. Ah ta
amnezja pośmiertna. Sosuke bardzo się cieszył, że karierę rozpoczął dopiero po
śmierci. Chociaż, kto to tam wie, co robił za życia. Może był samym Juliuszem
Cezarem?
- Pokaż uwolnienie swojego miecza - nakazał Aizen. Był to
główny punkt rekrutacji. Jak ktoś miał jakieś pierdy na kiju to go wywalał. Nie
ukrywajmy, nie potrzebował silnych ludzi. Wybierał tylko tych najbardziej
epickich. Ostatnio zgarnął jakiegoś Itahiego Uhicha, który miotał karambitami
jak pojebany. Tapeta w całym pomieszczeniu do wymiany, ale było warto. Tym
razem mogło nie być tak widowiskowo. Kandydat miał na sobie klasyczny strój
Arrancara, co już na starcie powiewało nudą. Jego dziura pustego nie dodawała
epickości, gdyż nawet nie było widać jej umiejscowienia. Być może znajdowała
się pod tą długą białą brodą, bądź włosami. No i te paskudne pozostałości
maski, które wyglądały jak długie, przerysowane brwi.
Staruszek powstał. Chociaż nie. On cały czas stał. Chwycił
swoją laskę w obie ręce i uniósł trochę. Aizen spodziewał się triku Dziadzia
Generała, że drewno zaraz wyparuje ustępując miejsca zwykłej katanie, ale nic
bardziej mylnego.
- Spójrz, Nieprzyjacielu - mruknął dziadoszek. Zadymiło się
lekko, jak to zawsze się dzieje, po czym brwi rozpoczęły pracę. W mig
zduplikowały się i porozciągały tak, że staruch został zabudowany kościstym
tworem. Wyglądał jak... wieża. Kończąca się dwoma słupami, pomiędzy którymi
zabłysło oko stworzone ze strumienia Reiatsu...
- Kurna, no ja ciebie proszę, Saruman - Aizena aż ścisnęło na
ten widok. - Ja chromolę, przecież nie pamiętasz swojego życia, zostaw w
spokoju biednego Saurona - rozmasował sobie z nerwów brwi, czując, jakby one
też rozpoczęły procesy replikacyjne. - Pamiętam, kiedy wpadliśmy na pomysł,
żeby zrobić sobie jaja i udawał oko z mocą - zaczął, przechodząc w refleksyjny
ton. - A potem jakieś niziołki myślały, że go zabiły, a to jego matka wpadła do
pokoju i odłączyła internet, he hehe... Stare dobre czasy - westchnął na końcu.
- Jaki Saruman? Jaki Sauron? - spytała wieża.
- Tak, a swojego imienia już nie pamiętasz, eh - Aizen
machnął ręką. - Camaleón, wpisz tego pana do drużyny szachowej.
Tak, Aizen miał takie "żywe" szachy jak w Potterze.
Wszystko dzięki Ulqowi, który kiedyś podsunął mu dzieła pani Rowling.
Następną postacią wchodzącą do sali była kobieta. Miała gruby,
puchaty kołnierz, jej kurtka nie miała rękawów, zaś ręce zdobiły czarne wstęgi.
Najprawdopodobniej nie miała hakamy, lecz na jej wzór stworzoną spódnicę,
obszytą u dołu czarną lamówką. Szpilki zastukały na posadzce, a Aizen posłał
Camie spojrzenie mówiące "Oho, kolejna typiara, która myśli, że to casting
do Master Chefa, a jak przyjdzie co do czego, to że nie może, bo buty".
Król popatrzył sobie na maskę kobiety, zakrywającej niemal całe jej czoło i
lewą stronę twarzy, wraz z okiem. U dołu wyglądała, jakby była wmrożona w
skórę. Dopiero teraz rzuciło mu się w oczy coś ważnego. Dobierany warkocz
platynowych włosów przewiniętych przez lewe ramię.
- Nie, żadnych Elz tu nie będzie - zaznaczył, po czym
narysował krzyżyk na formularzu.
- Czemu moje imię jest tu zakazane? - spytała kobieta
chłodnym głosem.
- Haha, bardzo śmieszne, Biała. Może jeszcze masz ze sobą
Aslana przebranego za tego głupawego bałwana? - pogroził jej ołówkiem. Kobieta
zamrugała kilka razy.
- Aizen-sama... Pani Biała Czarownica przeszła na ten świat
na długo przed wyjściem do kin wspomnianej bajki... - wtrąciła się ostrożnie
Cama, po czym wstrzymała oddech, ściskając w łapce tablet z odpaloną Wikipedią.
Król zastanawiał się chwilę. Mierzył wzrokiem Białą, zerknął niepewnie na okienko,
odsunął rękaw, aby spojrzeć na Rolexa.
- No dobra, pokaż, co umiesz robić... I nie będziesz się
żadną Elzą nazywać, jasne?
- ...dobra, to nie jest śmieszne, ukrywacie coś przede mną -
rzuciła podejrzliwie. - Nie przekupicie mnie żadnymi piankami, nic wam nie
powiem, rodzeństwa nie wydam...
Aizen policzył do dziesięciu, żeby się uspokoić. Myślał, że
dzień, w którym przyjdą do Las Noches jego byli znajomi będzie raczej pełen
satysfakcji. On wiedział, co robili przed śmiercią. Oni nie. Ale ta wiedza
powodowała teraz u niego tylko irytację.
Głupi mają lepiej.
- No dobra, użyj miecza, pani-ktokolwiek - machnął ręką
zrezygnowany.
- Nie mogę tutaj. To wywołuje zamieć śnieżną - powiedziała
wyciągając coś zza pasa. W pierwszej chwili Aizen myślał, że to serpentyny,
albo jakieś anielskie włosie. Biała... czy tam Elza, trzymała rękojeść
zakończoną srebrzystymi łańcuszkami. Długie były na jakiś metr, zwijały się
lekko, jakby odpychały się od siebie nawzajem, zaś na końcu każdego z nich
zamocowana była metalowa śnieżka.
- Musi boleć nawet bez uwolnienia - pokiwał głową Aizen
wyobrażając sobie, jak te śnieżynki mogą ładnie poharatać komuś twarzyczkę.
Następnie skreślił krzyżyk i domalował ptaszka. - Bierzemy. Przydasz się do
eventu zimowego. A powiedz no jeszcze... ELZA... Jakieś zwierzątko przypominasz
podczas przemiany? Może pingwina? I jak mieczyk się wabi?
- Aslan. I jestem...
- TO JUŻ JEST PRZESADA, NO NIE WYTRZYMIĘ. ŻĄDAM PRZERWY.
Aizen sączył herbatkę starając się zapomnieć o
tym, że Biała Czarownica po śmierci nazwała się Elzą i jej uwolniony Aslan
przemienia ją w lwa. Odłożył filiżankę. Czas na kolejną osobę. Wrota otworzyły
się, a do pomieszczenia wszedł negatyw Dartha Vadera.
- Co my tu mamy... - mruknął Aizen zacierając rączki. Były
kolega miał białą kurteczkę z nadprogramową ilością czarnych pasków i ciemne
rękawiczki. Reszta w normie. Jednak z całą pewnością nie zniknąłby w tłumie. Na
głowie miał swoją charakterystyczną maskę, tylko białą. Różniła się detalami,
między innymi, zamiast paskowanego trójkąta w miejscu buźki, miał coś bardziej
przypominającego... trójkąt z dwoma kropami, niczym świński ryjek. W dodatku
podczas oddychania wydawał dźwięk przypominający delikatne dzwoneczki.
- Dżentelmen ściąga nakrycie głowy w pomieszczeniu - Król
zwrócił mu uwagę.
- Ale to moja maska Pustego - zakwiczał Vader. Tak. Zakwiczał
jakimś skrzekliwym głosem, jak prosiak.
- Panie, z czym pan do ludu! - Cama aż zbulwersowała się. -
Mamy tu już jednego niedorobionego, więcej nie-Arrancarów nie potrzebujemy! Do
wygód to by się wszyscy pchali, ale jak trzeba robić, to nie ma komu! Pamięta
pan, Aizen-sama, tą plagę imigrantów z zachodnich regionów Hueco Mundo? Ale im
pan wtedy powiedział! Opowiedziałam wszystko córce! A ona potem w ciele takiego
pomarańczowego, bo wie pan, ona też umie jak ja zmieniać kształty, też zaczęła
takie rzeczy o imigrantach wygadywać! I jeszcze jakieś wybory wygrała! -
zachichotała. Aizen zawtórował, z grzeczności.
- Cama, dlaczego taka duszyczka jak ty pamięta o córce, to ja
nie wiem - oparł głowę na ramieniu i przypatrywał się jej krótką chwilę. Puści
tracili pamięć całkowicie (chociaż jak widać, przebłyski przeszłości u
niektórych pozostają), plusy zachowywały jakieś podświadome myśli, czy
predyspozycje, zaś o swoich bliskich pamiętali tylko, jeśli umarli w tej samej
chwili. Córka Camy wciąż żyła i miała się dobrze. - W każdym razie. WESZŁAŚ MI
W SŁOWO I NIE PRZYWOŁUJ PANA VADERA DO PORZĄDKU, BO SAMA JESTEŚ ZWYKŁĄ DUSZĄ.
Kobiecina aż odjechała na krzesełku pod ścianę, wystraszona
wybuchem Aizena. Ten odchrząknął i spojrzał na Dartha Vadera.
- No więc... jak się zwiesz? Obi Tak To Robi?
- Nie, Dżuk - wydyszał.
- Cudownie. A walczyć ty umiesz? Pokażesz swoją broń?
Vader-Dżuk wyciągnął prostą rękojeść. Z jednego końca
wyleciał strumień utrzymującego się Reiatsu - prawdziwy miecz świetlny!
- Brawo! Pięknie! Co jest nie tak z tą cholerną amnezją
pośmiertną!? - klasnął w dłonie Aizen. Już nawet nie wiedział, czy śmiać się,
czy płakać, taki to był poziom rozpaczy.
Dżuk poinformował, że niestety nie może pokazać swojego
mieczyka w pełnej krasie, gdyż zamienia się w Sokoła Milenium... to znaczy w
"latający obiekt niezidentyfikowanego kształtu". Nie potrafił tego
określić, ale na pytanie "Czy to kula?" odpowiedział, że nie, więc
Aizen mógł spać spokojnie nie bojąc się, że pewnego dnia trafi na Gwiazdę
Śmierci w ogrodzie.
Czas na ostatnią osobę. Łysy mężczyzna z białą szatą
narzuconą na zwykły uniform wszedł na boso do pomieszczenia rekrutacyjnego.
- Odważnie - Aizen uniósł brwi. - Cama, daj no panu jakieś
mokasynki. Wiadomo, BHP i te sprawy.
Kobieta podeszła do szafki z aktami i wyciągnęła z jednej z
szuflad odpowiednie obuwie. Podała je łysemu. Przypatrywał się krótko
bamboszom, ale je ubrał.
- Dobra decyzja, Voldi. To znaczy... jakie imię wybrałeś? -
Aizen usiadł wygodniej, żeby czuć się nieco bardziej komfortowo w tej chwili.
Oczywiście czekał na "Harry Potter", czy inne takie. Skupił wzrok na
twarzy byłego kolegi. Los nie obszedł się z Voldemortem łaskawie. Wręcz zakpił
z niego na całego. Dziurę pustego miał on w miejscu nosa, zaś resztką po masce
była długa, górna część ptasiego dziobu umiejscowiona dokładnie nad twarzowym
pępkiem. Niby miał nos, ale jednak nie.
- Bogdan Alejandro Martinez Garcia.
- ...cóż - Król założył nogę na nogę. Właściwie poczuł się
wyjątkowo nieśmieszenie. Na szczęście nowe moce Voldemorta nie rozczarowały. Za
broń służył mu krótki sztylet, subtelnie przypominający różdżkę. Jelec był w
kształcie węża ułożonego w literę S. - Prezentacji się doczekam?
- Oczywiście. Pasztetuj, Poterroza... - syknął Voldi, po tym
jak odsunął lewy rękaw i przejechał ostrzem zygzaka na ręce. Mieszane uczucia
znowu napłynęły do Aizena. Głównie dlatego, że nie był pewien, czy usłyszał
"pasztetuj", czy "kaszkietuj". Sama nazwa broni spowodowała tylko pęknięcie
dwóch wrzodów i związanie jelitka cienkiego w gustowny supełek. Następnie
zaczął się zastanawiać, czy ujrzy za chwilę feniksa, czy hipogryfa. Kiedy dym
opadł, oczom zebranych ukazał się średnich rozmiarów żmijoptak (taki długaśny
wąż z ptako-smoczym pyskiem i skrzydłami)
- Widzę, że jesteśmy na bieżąco - Aizen usilnie starał się
zachować pokerową twarz, lecz widać było, że coś jest na rzeczy. Zachowywał
się, jakby siedział na zestawie nowych brwi Sarumana. - No, Cama, dopisz pana
gdzieś tam. No, to kończymy na dzisiaj. Szkoda, że Calipso nie chciała po
prostu skończyć z Davym, był chyba najfajniejszy z tego towarzystwa... Hehe.
Cóż. A może jednak nie. No to do wiedzenia, Cama. Panie Bogdanie... pan może
pójść ze mną. Ależ proszę, proszę zostać w takiej formie, zapraszam.
Aizen wstał z miejsca, jak oparzony, jednak powierzchnia jego
fotela była cały czas gładka i w odpowiedniej temperaturze, więc raczej nic go
nie kuło w pupcię. Poklepał nowe wcielenie Voldemorta po grzbiecie... czy jak
to się nazywa ta część ciała.
Od tego dnia, Bogdana Alejandro Martinez Garcia nikt już
więcej nie widział. Plotki mówią, że ktoś był świadkiem tego, jak Aizen
zaprosił go do jakiejś walizki, po czym ją zamknął zaraz po wejściu tam
żmijoptaczej formy byłego kolegi, jednak tylko jedna osoba tak naprawdę wie, co
tu się dzieje.
A jestem nią ja, Ulquiorra. Najlepszy obserwator tego
grajdołka. Dobrze wiem, że Aizen-sama ukrywa przede mną zaczarowaną walizkę z
magicznymi stworzeniami. Wiem, że to Szayelowi zlecił stworzenie takiej, z
magicznie powiększonym dnem. Ja się nie przejmuję, nie uznaję kanoniczności
filmów. Mimo wszystko żałuję, że wprowadziłem Aizen-samę w magiczny świat
Harrego Pottera. Odkąd do kin weszły "Fantastyczne zwierzęta",
przestał się mną interesować. Teraz zajmują go tylko Arrancarzy, którzy przy
uwolnieniu przypominają jedno ze stworzeń z filmu. Zabiera ich ze sobą i zamyka
w walizeczce, a tam z czułością dogląda i pielęgnuje. Rowling, jeśli to czytasz
to wiedz, że nigdy nie wybaczę ci nie dodania żadnego nietoperzo-podobnego
stworzenia. Nie, nie uznaję filmów, lecz ten znam, obejrzałem kilkukrotnie,
gdyż Aizen nam je puszczał podczas posiedzeń Espady. Znam go na pamięć, a w razie
potrzeby mogę przywołać jego paskudny obraz krusząc swoje oko. Kiedy już uda mi
się wytworzyć w sobie Obskurusa, będę najbardziej niszczycielskim
Obskurodzicielem. Dobrze wiem, że moim przeznaczeniem jest władać ciemnością
(Cero Oscuras mówi samo za siebie). Muszę poprosić Dżuka o pomoc w opanowaniu
ciemnej strony mocy, ale teraz muszę znikać, gdyż leci już w telewizji nowy
odcinek mojego ulubionego serialu American Horror Story. Do zobaczenia.